A kiedyś miałem sen… – Tomik poezji Zenona Faszyńskiego 2

Od Autora

Człowiekiem się jest a poetą bywa. Poeta to za wielkie dla mnie słowo. Piszę z potrzeby serca, a ściślej mówiąc, są dwa główne powody, że biorę pióro do ręki. Pierwszy — głoszenie Miłości Bożej poprzez słowo pisane. Drugi — poprzez głoszenie tejże Miłości przyczyniać się do integracji świata ludzi zdrowych ze światem osób starszych, chorych, niepełnosprawnych. I właśnie, dlatego taki a nie inny tytuł tegoż tomiku i także, dlatego na początku tego ewangeliczno-integracyjnego, debiutanckiego zbiorku chciałbym fragmentem pracy pt. Tylko Miłość uwrażliwić na to, że miłość jest wszechmocna i wszystko może — także zintegrować te dwa światy, dzięki czemu będziemy mogli bardziej wzajemnie się ubogacać. Cieszy mnie to i jest w jakimś stopniu zachętą, a także zobowiązaniem dla mnie, gdy inni znajdują w tej mojej twórczości coś dla siebie. Wydaje mi się, że właśnie o to chodzi, abyśmy pozwalali Panu Bogu nawzajem ubogacać się także poprzez poezję, tak piszący jak i czytający ją. Muszę w tym miejscu powiedzieć, że mnie osobiście moja twórczość pozwala coraz lepiej poznawać wiarę i wzrastać w niej. Są wiersze, które powstały z marszu, ale są i takie, które pisałem kilka, a nawet kilkanaście miesięcy. Bo od samego pomysłu do upublicznienia jakiegoś utworu, poruszany temat w danym wierszu trzeba było głębiej przemyśleć od strony wiary, moralności czy sytuacji społeczno-politycznej.
W tym debiutanckim tomiku postanowiłem ułożyć utwory w ewangeliczno-katechetycznym ciągu tematycznym, począwszy od poszukiwania, a nawet niewiary, poprzez powtórne narodzenie do dziękczynienia i dzielenia się już świadomie radościami i trudnościami, płynącymi z życia wiarą. Nie pozostało mi już nic innego, jak tylko życzyć owocnych przeżyć pod wpływem strof moich utworów. Jednocześnie zapewniam, że ogarniam modlitewną pamięcią jak i swoim cierpieniem wszystkich, którym dane będzie wziąć ten mały zbiorek wierszy do ręki. Proszę także o modlitwę i odrobinę umartwień w mojej intencji.
Tylko Miłość
Jednym z powodów mojego siadania na wózek i wychodzenia poza cztery ściany swojego pokoju jest wypełnienie mego marzenia, tj. integracji świata ludzi chorych, niepełnosprawnych ze światem ludzi zdrowych (niestety takie podziały rzeczywiście istnieją). Nie wiem, czy dane mi będzie dożyć tego i czy w ogóle jest to możliwe. Jednak to wiem na pewno: tylko poprzez miłość może się to dokonać i trzeba o tym mówić, pisać, bo miłość nie pozwoli, aby człowiek zgubił drugiego człowieka.
Temat, który chciałbym podjąć, nie jest tylko moim głosem. Czynię to w imieniu wielu ludzi niepełnosprawnych, których radości i smutki nie są mi obce, ponieważ od 30 lat jestem jednym z nich.
Zanim przejdę do właściwego tematu, chciałbym opowiedzieć o pewnym zdarzeniu z mego źycia, które przyśpieszyło decyzję wzięcia pióra do ręki i podjęcia niniejszej kwestii. Przez lata dusiłem ten ból w sobie. Nie czułem się na tyle kompetentny, aby publicznie zabierać głos. Aż wreszcie przełamałem się, bowiem nie mogłem dłużej nosić tego w sobie. Dane mi było kilkakrotnie przebywać w jednym z najlepiej wyposażonych ośrodków rehabilitacji w Polsce. Kiedyś (w czasach PRL-u) szpital w Konstancinie był oczkiem w głowie ówczesnych władz. Taką małą wizytówką Polski, gdzie zapraszano różne osobistości z kraju i z zagranicy. Ja w czasie swoich pobytów najczęściej spotykałem polityków, którzy przebywali z wizytą w Polsce. Nie mam nic przeciwko temu, że głowy państwa dostrzegają takie miejsca na ziemi, ale wizyty te nieraz były tak sztywne i sztuczne, iż odnosiłem wrażenie, że idąc, do ZOO, bardziej angażujemy się emocjonalnie
Niepełnosprawni nie potrzebują litości czy łaski albo jednorazowych aktów dobrej woli. Pragniemy, aby traktowano nas na równi z innymi, poważnie, z miłością. Rozmawiałem na ten temat z wieloma osobami i większość zgadza się ze mną. Byli jednak i tacy, którzy tłumaczyli to brakiem czasu, napiętym programem wizyt elit politycznych. Tych, którzy moimi słowami krytyki czują się dotknięci, przepraszam, ale mnie takie argumenty nie przekonują. Czyż Jan Paweł II w czasie pielgrzymek ma więcej czasu, a jego program jest mniej napięty? Na pewno nie! On nawet w te najkrótsze spotkania z człowiekiem wkłada całe swoje serce. Uczmy się tego od Papieża, bo nie ma tam fałszu i pozoru, a jedynie promieniujące dookoła uczucie prawdziwej miłości.
Żyję nie, dlatego, że muszę. Nie żyję na siłę. Żyję, ponieważ chcę żyć. Tak, chcę żyć, mimo że jestem ułomny fizycznie. Abym został dobrze zrozumiany, aby nikt nie nazwał mnie cierp4tnikiem, muszę powiedzieć, że nie chcę chorować. Pragnę być zdrowy, jak każdy normalny człowiek, chcę być niezależny fizycznie od innych. Ale jednocześnie szukam celu, sensu, radości, a nawet szczęścia w tym, co mam, w tym, co jest mi dane. Myślę, że to moje życie na wózku nie jest beznadziejne, nie jest to życie stracone. Nie da się ukryć — fizycznie jestem ograniczony. Duchowo jednak mogę się rozwijać na równi z drugim człowiekiem, gdyż normalnie widzę, słyszę, czuję. Jestem inny, ale nie muszę i nie chcę być gorszy. Żyję inaczej, ale to nie znaczy gorzej. Wiadomo, że bez pomocy człowieka zdrowego nie poradzę sobie w życiu i w tym miejscu zacytuję przesłanie Jana Pawła II, skierowane do pracowników Służby Zdrowia. Myślę, że są to słowa, skierowane do wszystkich ludzi zdrowych, którzy spotykają się z cierpieniem. Papież powiedział: Od was zdrowych tak wiele zależy — właśnie od Was tak wiele zależy, żeby chory nie czuł się gorszy; żeby żyjąc inaczej, nie odczuwał, że żyje gorzej, że żyje odrzucony przez społeczeństwo. Choroba jest dana, a nawet powiedziałbym, że jest ona zdrowym zadana. Jeżeli choroba jest zadana także zdrowym, to czyż nie powinniście chcieć, aby nam chorym prawdziwie chciało się żyć?
Na swoich drogach życia spotyka się wiele różnego rodzaju cierpień i to, w jaki sposób przyjmujemy chorobę i cierpienie drugiego człowieka, świadczy o naszym człowieczeństwie. Moim zda10niem świat ludzi zdrowych nie nadąża za potrzebami niepełnosprawnych. Przy dzisiejszej technice, jaką dysponuje świat, niepełnosprawni powinni nieco więcej korzystać z jej osiągnięć. Tak naprawdę — czy te potrzeby są tak wielkie? Czy te pragnienia przerastają technikę i możliwości dzisiejszego świata? Na pewno nie i jeszcze raz, na pewno nie! Tylko Wy zdrowi dostrzegajcie nas w tym świecie. My jesteśmy, my żyjemy wśród Was, chcemy żyć z Wami.
Ponownie zacytuję wielkiego orędownika miłości — Polaka Jana Pawła II, który mówi: przebywanie i obcowanie z chorym nie jest łatwe, a nawet bardzo trudne. Ale ten włożony trud może po jakimś czasie procentować, może wydać dobry owoc, bo przy chorym i przez chorego możemy się wiele nauczyć. Tylko musimy pamiętać, że na drugiego człowieka powinniśmy patrzeć nie tylko okiem, ale przede wszystkim sercem, tak, aby czuł, że jest prawdziwie kochany. Serce pełne miłości może nieraz więcej pomóc, niż tabletka.
Nam przewlekle chorym, przykutym do łóżka czy wózka, właśnie serce i prawdziwa miłość są tak bardzo potrzebne. Dostrzegamy, widzimy to, co robicie dla nas i jesteśmy bardzo wdzięczni, ale oczekujemy czegoś więcej. Ofiarujcie nam nie tylko pielęgniarkę w szpitalu czy w czterech ścianach własnego pokoju. Na co dzień nie widać wielu niepełnosprawnych w świecie ludzi zdrowych, ale to nie znaczy, że nie chcemy być w kinie, w teatrze, w sklepie, czy po prostu w parku na spacerze. Pomóżcie nam wydostać się z tego domowego więzienia, przyjmijcie nas z prawdziwą miłością. My umiemy i pragniemy kochać, a zarazem chcemy być kochani, prawdziwie kochani. Kłopoty i trudności, związane z naszą niesprawnością, nie powinny osłabiać Waszej miłości. Miłość jest w stanie pokonać wiele przeciwności, z jakimi spotykamy się w życiu. A jeżeli już nie stać nas na odrobinę miłości, to, chociaż dostrzegajmy w kimś drugim człowieka, bez względu na to, kim on jest. Człowiek może stracić zdrowie, ale nie powinien stracić wiary w drugiego człowieka. I dlatego poprzez to słowo tak bardzo namawiam, zachęcam do miłości, a nawet o nią proszę. Wiem, że jeżeli integracja dokona się w naszych sercach, to przy dzisiejszych osiągnięciach medycznych i technicznych inne bariery prysną jak bańka mydlana.

Zenon Faszyński

Jego Ekscelencji Księdzu Biskupowi Stanisławowi Stefankowi i redaktorowi naczelnemu Głosu Katolickiego Księdzu Pawłowi Bejgerowi cóż mogę powiedzieć: Bóg zapłać za wszystko. Podziękowania kieruje także Rektorowi Wyższej Szkoły Agrobiznesu — profesorowi. nadzwyczajnemu. dr hab. Romanowi Englerowi za okrycie mnie, jako jednego z laureatów plebiscytu „Człowiek sukcesu”, swoim płaszczem miłości. Owocem dobrej woli pana Rektora jest publikacja tego tomiku, który trafia do Twoich rąk.

Zenon Faszyński

 

91 Ogólnie 1 Dziś
  
 

1 Komantarz

  1. Henryk Sierzputowski
    30 kwietnia 2017  14:21 przez Henryk Sierzputowski Odpowiedz

    Zmieniłem treść w I i II części Tomiku poezji Zenona Faszyńskiego A kiedyś miałem sen...

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Historia kołem się toczy

HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY Za kilka dni XII Zjazd Wychowanków i Nauczycieli Średnich Szkół Łomżyńskich. Pierwszy zjazd odbył się 27, 28 i 29 czerwca 1958 r. z inicjatywy nowo utwo[...]

Pani Profesor Maria Nożewska

Pani Profesor Maria Nożewska Nie będzie mi łatwo napisać to wspomnienie…. Wiem o Pani Profesor bardzo dużo, a jednocześnie tak mało….. Wiem, że była łomżynianką, wiem, że była oso[...]

Biskup człowiek

„Jeśli komu droga otwarta do nieba. Tym, co służą ojczyźnie”- Jan Kochanowski - Odszedł biskup, który do końca swoich dni interesował się sprawami Polski. Biskup Niezłomny, nigd[...]