A kiedyś miałem sen… – Tomik prozy Zenona Faszyńskiego. 7

A kiedyś miałem sen… – Tomik prozy Zenona Faszyńskiego.

Koledzy szybko zapomnieli, a dziewczyna odeszła. Widocznie ta nasza miłość, a raczej młodzieńcze za­uroczenie sobą, było zbyt słabe, skoro nie wytrzymało takiej próby. Wiadomo, sytuacja, jaka się wytworzyła, zmieniała nasze patrzenie na życie i ewentualną wspól­ną przyszłość; mogłem być mężem, ale rola ojca prak­tycznie nie wchodziła już w rachubę. To wszystko, co kryje się pod pojęciem założenie rodziny, stało się dla mnie zamkniętym rozdziałem. Serce bolało, że wszyst­ko ułożyło się w ten sposób. Chociaż, prawdę mówiąc, nie mam do swojej byłej sympatii żadnych pretensji. Wtedy nie wyobrażałem sobie człowieka przykutego do łóżka, a tym bardziej życia we dwoje. Dziś, znając smut­ki i radości życia na wózku, mogę stwierdzić, że nawet w takim stanie małżeństwo w związku sakramental­nym jest możliwe. Musimy tylko nieco inaczej nauczyć się patrzeć na życie. Znam takie małżeństwa i wiem, że pomimo takich, a nie innych okoliczności można się wzajemnie ubogacać i być szczęśliwymi. A nawet czyn­nie włączyć się w życie społeczno-polityczno-religijne. Z pewnością Miłość Boża i zaufanie tej Prawdziwej Mi­łości powinno stać się skałą, na której pozwalamy Bogu budować. Wtedy ja i moja narzeczona, nie dorośliśmy do takiej Miłości, a to młodzieńcze zauroczenie było zbyt kruche, aby stawić czoła takiemu wyzwaniu i wcze­śniej czy później musiał przyjść dzień rozstania. Stało się to tuż przed świętami Bożego Narodzenia, rok po wypadku.
W tamtym czasie, gdy tak na dobre nie otrząsnąłem się z szoku i nie oswoiłem z sytuacją, w jakiej przyszło mi żyć, to osamotnienie, czyli opuszczenie przez kole­gów i dziewczynę, choć bolesne, z drugiej strony było mi na rękę. Nie lubiłem, gdy ktoś mnie w domu odwiedzał, a szczególnie nie znosiłem grzecznościowych po­cieszeń w stylu: nie martw się, na pewno będzie lepiej. Coraz bardziej uświadamiałem sobie, że medycyna wo­bec tego schorzenia jest bezradna, a te słowa zamiast mnie pocieszać – złościły. Obrażony byłem na wszystko i na wszystkich wokoło, z Panem Bogiem na czele. My­ślę, że warto w tym miejscu zacytować fragment moje­go wiersza pt. Nowenna o uzdrowienie, w którym uka­zuję ten mój bunt, żal, wręcz rozpacz.
(…)
Mówią, że jesteś sprawiedliwy – śmiechu warte…
Dlaczego jestem cieniem człowieka?
Czym zasłużyłem na taki los?
Dlaczego fizycznie jestem mniej niż zero?
Przecież nie jestem taki zły.
Są gorsi, a cieszą się życiem, tryskają zdrowiem.
Powiedz mi, o Sprawiedliwy:
Dlaczego to ja jestem kalekę,
A nie ten spod budki z piwem?
Czy Ty to słyszysz?
Czy Ty w ogóle jesteś?
Tak było i jeszcze gorzej! (…)
Straciłem kontakt ze światem na kilka lat. Nigdzie się nie ruszałem, jedynie co jakiś czas wyjeżdżałem na turnusy kontrolno-rehabilitacyjne do Białegostoku lub Konstancina. Choroba jak kajdany zakuła mi ręce i no­gi, a cztery ściany własnego pokoju stały się dla mnie celą więzienną, gdzie człowiek je, pije, śpi i spędza więk­szość czasu odizolowany od ludzi i świata. Dni dłużyły mi się w nieskończoność, a noce były jeszcze dłuższe i nierzadko bezsenne. Wiele razy myślałem o swoim dotychczasowym życiu. Powtarzałem często słowa: nie ma sprawiedliwości na tym świecie, przecież aż taki zły nie byłem, i nie zasłużyłem na taki okrutny, brutalny los. Żyłem z dnia na dzień, bez sensu i celu.
Podczas jednego z pobytów w Białymstoku pozna­łem terapeutkę, która później, będąc na praktyce w Łom­ży, odwiedziła mnie. Wspominaliśmy wspólnych zna­jomych, rozmawialiśmy na różne tematy. Zaczęła mnie pocieszać od strony religijnej, a zarazem zachęcać do głębszego poznania wiary. Uniosłem się trochę i powie­działem: życie głęboką wiarą to robota dla księży i zakon­ników, a ja nie mam zamiaru im tego chleba odbierać. Je­żeli jesteś taka mądra, to powiedz mi, dlaczego tak się sta­ło? Dlaczego to ja jestem kaleką?. Zmieszała się trochę, ale po chwili zaczęła nieśmiało: Wiesz Zenek, ja nie potrafię tobie na to pytanie odpowiedzieć, ale zapytaj o to Pana Je­zusa. Zaskoczyła mnie tym całkowicie. Była to pierwsza osoba, której nie potrafiłem udzielić odpowiedzi. W tym moim myślowym zamieszaniu wcisnęła mi Nowy Testa­ment oraz kilka książek i pożegnaliśmy się.
Po jej wyjściu zastanawiałem się nad tym, co powie­działa. Nie mogłem się uwolnić od tych słów: Wiesz Ze­nek, ja nie potrafię tobie na to pytanie odpowiedzieć, ale zapytaj o to Pana Jezusa. Dziwne i obce były one dla mnie. Nie rozumiałem ich zupełnie. Nie wiedziałem, z której strony się do tego zabrać i jak o to pytać. Jednak wbrew sobie, nie wierząc w jakikolwiek efekt, powtarza­łem ze łzami w oczach: Panie Jezu, dlaczego tak się sta­ło? Dlaczego to ja jestem kaleką? Pytałem i zabrałem się do czytania książek, które mi zostawiła. Bardzo dużo pomogły mi te lektury w tej przełomowej chwili.

C.d.n.

587 Ogólnie 2 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.