Była taka drużyna

Była taka drużyna

 Mowa tu będzie o jednej drużynie skautowej. O drużynie imienia Tadeusza Kościuszki (w Łomży). Powstanie jej i pierwsze lata jej życia noszą w mych wspomnieniach tak wiele odrębnych i charakterystycznych cech, że dziś po wielu już latach zabrałem się do spisania tych wspomnień w nieśmiałej nadziei, iż to się może komu przydać.
Drużyna powstała w roku 1916, w małym, ongiś „gubernialnym”, mieście Królestwa. Był to już drugi rok Wojny Europejskiej. W mieście byli już Niemcy. Miasto ubogie, mocno wyludnione, żyjące z dnia na dzień. Żadnych fabryk, żadnego przemysłu.
Pierwsze nieśmiałe porywy wolnościowe, obchód Trzeciego Maja, ręcznie malowane orzełki na balkonach i z byle czego uszyte chorągiewki. Dwie polskie szkoły średnie: męska „handlówka” i żeńska „pensja”, również o typie handlowym. Młodzież przeważnie miejscowa z domów inteligencji urzędniczej, właścicieli nieruchomości, kupców i rzemieślników – trochę młodzieży wiejskiej z pobliskiej okolicy.
Tu właśnie na wiosnę szesnastego roku powstał zalążek drużyny: pluton imienia Kościuszki. Było to kilku chłopców w wieku 13-17 lat, uczniów wyższych klas wspomnianej „handlówki”.
Żaden z nich nie widział w życiu prawdziwego skautingu. Za całą wiedzę musiał wystarczyć zdobyty przypadkowo egzemplarz

5

książeczki Księdza Zawady: „Czuj Duch” i parę numerów lwowskiego „Skauta”.
Istotne rzeczy, jakie się z tej lektury dały wyłuskać, to były: prawo i węzły. Uczono się na pamięć prawa i węzłów. Najważniejsze jednak było to, co się samo przez się rozumiało: że trzeba żyć inaczej – lepiej. Że musi się skończyć bezmyślność i swawola, jakie dotąd dominowały w życiu młodzieży.
U źródeł powstania plutonu leżała nad wiek ciężka powaga, pragnienie czystego i bohaterskiego żywota.
Młodzież żyła bowiem wtedy w dwu jaskrawo różnych światach. Szara filisterska codzienność, pozbawiona wszelkich wzruszeń, a jednocześnie ogień wielkiej poezji romantyzmu oraz młodej Polski, a świeżo odkryty i pochłaniany bez miary.
Z wiosną zaczęły się wycieczki. Oprócz zwykłej radości z chodzenia po drogach, polu i lesie, dawały one nowe i dziwne wzruszenia. Przerabiało się na nich rozmaite ćwiczenia i gry, pozbawione praktycznego sensu, ale właśnie dlatego porywające obrzędowością według skautowej liturgii księdza Zawady. Przerabiano je dlatego, że były w książce i przerabiano je tak, jak to było opisane.
Na wycieczki pluton szedł w szyku, to jest parami. Tu już potrzebna była musztra i komenda. Zapożyczono ją z Legionów.
Maszerowano i śpiewano piosenki, ćwiczono podchodzenia, palono ognie. Ale to było za mało. Skąd wziąć więcej.
Gdy jednej i drugiej niedzieli pluton przemaszerował przez miasto, wieść o jego istnieniu rozeszła się szeroko. Zaczęli się zgłaszać nowi kandydaci. Pod koniec roku szkolnego pluton, miał już cztery zastępy: „Czajki”, „Wrony”, „Psy”, „Jaskółki”, – razem około 30 chłopców.

6

tym czasie ówczesny komendant i twórca plutonu nagle wyjechał z miasta. Oddał swą władzę jednemu ze świeżo przybyłych starszych chłopców. Ten nie bardzo wiedział, jak ma sobie poczynać. Do wczoraj był jeszcze szeregowcem, słuchającym pilnie rozkazów swego zastępowego, – dziś nagle stał już na czele całej gromady i od niego domagano się zarządzeń. Nie rezygnując z otrzymanej władzy, zaczął się radzić swych dawnych przełożonych – zastępowych – i tak powstało to, co w kilka miesięcy później miało już oficjalne miejsce w hierarchii władz: Rada Drużyny.
Książka księdza Zawady została przeczytana i przerobiona od deski do deski. Dalej trzeba było sobie radzić samemu:
Więc pierwsza rzecz – ekwipunek. To się tak łatwo mówi. Ale wtedy była wojna. Brak materiałów na mundurki, brak butów, brak chleba.
Pierwsza rzecz, na jaką się pluton zdobył – to były owijacze. Kupiono okazyjnie dwa wojskowe koce. Pocięto je na pasy, siostry to jakoś obrębiły, przyszyły tasiemki i wyszło zupełnie dobrze.
Te same siostry uszyły w parę tygodni później chorągiewki dla zastępów. Kijki wycięto w lesie. Z pobojowisk pobliskich zebrano stare menażki, manierki, znalazła się nawet jakaś łopatka saperska i toporek strażacki. Latem matki, wzruszone trochę nędzą tego rynsztunku, sypnęły groszem na mundurki. Bluzeczki drelichowe kroju legionowego i spodenki na guzik pod kolano.
Z takim ekwipunkiem wyruszano co niedziela do lasu. Najgorzej było z jedzeniem. Gotować było już w czym, ale nie było co.
Więc zbierano przez cały tydzień zapasy. Po jednym ziemniaku, po jednym sucharze, po garstce kaszy. Zsypywano to do jednego

7

woreczka i to się w lesie gotowało. Było to dobre, tylko mało. Takie dziadowanie zaczynało dokuczać. Trzeba było zdobyć pieniądze. Tylko jak? Z góry odrzucono możliwość wyproszenia czegoś od starszych. Nie po to pluton powstał, żeby być dla świata ciężarem, ale po to, żeby światu dopomóc. Trzeba zarobić!
Zdarzyła się sposobność. Jeden z właścicieli niezamieszkałego domu z ogrodem zgodził się na wynajęcie ogrodu chłopakom za 50 rubli na lato. Było w tym sadzie kilkanaście starych drzew owocowych,a między nimi grządki warzywne.

8

 Właścicielowi chodziło najbardziej o to, by nad sadem ktoś miał opiekę.
Pluton wziął się do roboty. Codziennie po lekcjach biegli chłopcy na zbiórkę do sadu. Tu już nie było ani węzłów, ani pochodzenia. Kopano grządki, siano, podlewano. W maju wyrosła piękna sałata.
Chodziło się z nią po domach „sympatyków” i sprzedawano, byle się nie zmarnowała.
Sałata była dobrze uprawiona i podlewana bez miary. Rosła, aż kipiało. Wielkie głowy powytaczały się z grządek na ścieżki, a puste miejsca po okazach wyciętych już nazajutrz były zajęte przez głowy sąsiednie. Mój Boże!… jakie utrapienie z tego się zrobiło! Gdzie to wszystko sprzedać?
Sympatyków było jeszcze niewielu. Do każdego z nich codziennie przychodził zgarbiony pod ciężarem olbrzymiego kosza skaucik i grzecznie meldował: „Sałatę przyniosłem”.
A tu jeszcze wczorajsza leży w kuchni… i przedwczorajsza też. Dwie krowy można by tym napaść do syta. A znów – chłopaka szkoda. Ganiał przecie z tym koszem przez całe miasto i wiadomo, że rozkaz ma sprzedać. Więc brali. Trochę niechętnie ale jednak nie odmawiali. Tylko, jeśli po pięciu minutach odzywał się znów dzwonek i za progiem sterczał znów skaut z sałatą, to już przepraszam. Mówiło się wtedy: „Właśnie przed chwilą był kolega”.
Wynikały po tym między chłopcami „sprawy honorowe”. – „Jakim prawem łazicie do mojego sympatyka?”
A bo co, kupiłeś go?” –
Nie kupiłem, ale ja go znalazłem. To jest mój sympatyk. Szukajcie sobie innych”. Potem przyszły porzeczki i agrest. Z tym już szło łatwiej.

9

Na jesieni zebrało się warzywa i owoce. Praca się opłaciła. Pluton już miał kasę.
Ale nie tylko ogród był źródłem dochodu. W rozmowie ze znajomym aptekarzem chłopcy się dowiedzieli, że brak mu różnych ziół i chętnie je będzie kupować.
Od najbliższej niedzieli chłopcy mieli już nowy zarobek. Kwiat lipy i mięta, dziewanna, jałowiec i najważniejszy, bo najlepiej płatny, sporysz. Było w okolicy dużo pól niezebranych, ugorów, na których rosło dzikie już zboże z samosiewu i tam w kłosach pełno było sporyszu. Więc po odrobieniu ceremoniałem przepisanych gier i podchodzeń, zwykle po obiedzie, pluton biegł w okoliczne pola na sporysz. Dawało to zupełnie pokaźne zarobki.
A jednocześnie były to piękne lekcje przyrody. Schylało się i brało do ręki różne roślinki i stwory. Z początku były dziwne i nieznane. Jedni pytali drugich. Bywało, że ktoś wiedział, umiał nazwać: – „To jest krwawnik”. – „Pokaż, pokaż, daj zobaczyć”.
I niepozorna roślinka, którą się dotąd obojętnie deptało, puszyła się teraz dumnie, jak gwiazda filmowa bo patrzało na nią kilka par zachwyconych oczu.
– „Ach, więc to jest krwawnik?”
Okazywało się także, że są różne gatunki mięty. Dobra nazywała się pieprzowa – tę należało rwać. A inne chłopcy pochrzcili swymi nazwami: „psia”, „żabia”, „świńska” i tych się nie ruszało.
Przy tym szperaniu po polu i lesie spotykało się ciągle coś ciekawego. Gniazdo kuropatwy, mysz polną, okrwawione pióra ptasie – ślad uczty jakiegoś drapieżca. Albo wspaniała rzecz: mrowisko.
Popatrz, one nie łażą byle jak. One idą drogami…” Chłopcy kucają i parzą.

10

Rzeczywiście. Mrówki posuwają się wydeptanym szlakiem, aż czarno na nim, a obok ani jednej. A tu jedna biedaczka ciągnie sama duży patyk i nie może dać sobie rady. Trzeba jej pomóc. Nic nie wychodzi: mrówka nie rozumie, że jej się pomaga. Ucieka. Ale po chwili wraca i to nie sama. Inne jej pomagają. Chłopcy patrząna to zdumieni: – „Słuchaj, jak myślisz, może mrówka ma duszę?”
Po kilkunastu takich wycieczkach jest się już w lesie, jak u siebie. Nawet w nocy las nie jest straszny.
Od tego momentu wycieczka do lasu przestaje być obowiązkiem. Już nie jest ćwiczeniem do wyrabiania „siły woli”. Staje się czystą i potężną uciechą. Na wycieczkę już się chłopaków nie napędza, – nie mogą się sami doczekać niedzieli: tak im pilno do drzew, do mrówek, jałowców i tego wszystkiego, co jest w lesie.
Trzecim sposobem zarobkowania był kolportaż wydawnictw spółdzielni „Czytaj”. Instytucja ta, świeżo wtedy powstała, wypuściła szereg małych broszurek popularnych. Znajdowały one chętnych odbiorców na wsi, ale trzeba je było tam zanieść.
Pluton brał je w komis, otrzymując 15% od ceny sprzedażnej. Sprzedaż odbywała się tak. Przychodziło i się do wsi i w samym jej środku, przed gminą, lub przed kościołem drużyna stawała. Chłopcy śpie­wali. Ludzie wychodzili z obejść i szli popatrzeć. Wtedy wyjmowało się książki z plecaków i rozkładało na trawie. Okładeczki były barwne. Na jednej Poniatowski, na innej Kościuszko. Książeczki nie grube. Tanie. Ludzie oglądali coraz śmielej, wreszcie jeden odważny kupował. I wtedy już bez namysłu kupowali wszyscy. Dzieciaki latały do chałup po drobne, chłopcy wydawali reszty i ze śpiewem szli dalej.
Była w tym taka uciecha, że to oni przynieśli ludziom prawdziwą polską książkę i jeszcze większa radość, że ludzie tak się do niej garną.

11

Na jesieni pieniędzy było już dość, by się odważyć na wynajęcie lokalu na Izbę. Pustych lokali było w mieście w bród, ceny nie były wysokie. Piękny trzypokojowy lokal na parterze w środku miasta „szedł” 50 rubli miesięcznie. Chłopcy się odważyli: mieli pewność, że na komorne zarobią.
Ale w międzyczasie, jeszcze w okresie wakacji pluton odważył się na imprezę jeszcze bardziej ryzykowną na: dwutygodniowy obóz w lesie. Przygotowania do tego przedsięwzięcia robione były od zimy. Obmyślono cały plan. Wyrysowano trasę marszu na całe 70 kilometrów z postojami. Wybrano na mapie miejsce na obóz, opracowano plan zajęć na każdy dzień. Postoje w drodze wypadały u rodziców kilku chłopców. Za otrzymane jedzenie miało się płacić pracą. Dla pewności urządzono jeszcze przed wycieczką „obóz treningowy”, jakby się to dziś powiedziało.
W ogrodzie u jednego z chłopaków była stara drewniana altana. Więc tam. Spanie na gołych deskach, bo ktoś wyczytał, że skauci nie używają sienników. Trudno było zaprzeczyć. W lesie nie rosną sienniki. Więc spało się na deskach. Pod głową był wałek ze słomy i jakoś leżała. Ale biodro! okazało się, że człowiek ma w biodrze taką wy stającą kość, której w żaden sposób nie można dopasować do deski: ciągle uwiera. Była to całkiem niemiła niespodzianka.
Tyle lat ją mam i nie wiedziałem, że sterczy…
Boś sypiał na piernatach…
Tyś się też nie urodził na desce.
-Ale ja już wyrosłem. Moja kość już się przyzwyczaiła, o popatrz, jak się uleżała…
Oglądali tę kość i rzeczywiście. Wygląda, jakby się już zaczynała przyzwyczajać.
W nocy były warty. Jedzenie gotowało się na ognisku.

12

Przyszła kiedyś mama i powiedziała, że to nie ma sensu. Kuchnia o trzy kroki, a oni kopcą i kopcą do mleka, aż żal patrzeć. I kto to będzie pił?
Ale nie dali się. Pili, choć było przypalone i węgielków tam skądś naleciało i pachniało sadzami, czy smołą. To nie było ważne.
Ważne było, że się ogień w ogóle chciał palić i że było właśnie inaczej niż „u ludzi”.
Ale wszyscy wiedzieli, że altanka, – to tylko wstąp do prawdziwego obozu w lesie. Ciągle o tym mówili i byli niespokojni, czy się uda.
Udało się wszystko wspaniale. Pierwszego dnia marszu lał deszcz. Na zdrowy rozum należało poczekać do jutra. Ale kto by się odważył na taką kapitulację! Jeszcze w marcu ustalono, że wymarsz odbędzie się dnia „tego a tego”, więc mowy nie ma, żeby wyszło inaczej. Poszli. Śpiewali niewiele, ale szli. Mieli do zrobienia około 30 kilometrów. Pod wieczór już dochodzili. Skręcili w las. Za lasem czekał ich nocleg. Ale w lesie wybuchła burza. Pioruny trzaskały, jak granaty. Robiło się na moment przeraźliwie jasno, a potem z czarnego piekła lał ktoś całe kubły wody wprost w oczy. I znów piorun. Więc zaczęli się w niebogłosy wydzierać: „O mój rozmarynie, rozwijaj się”. A jednocześnie bali się, żeby piorun nie strzelił w ten toporek, który był przytroczony do plecaka. Największy skarb. Prawdziwa stal. Ale za to ściąga pioruny. Na szczęście nic nie ściągnęła i chłopcy doszli.
Drugiego dnia już nie lało. Mundurki obeschły, zaczęło prażyć.
Chciało się pić. Nie pomagały kamienie, wkładane indiańskim obyczajem pod język. Chłopcom marzyło sią mleko. Trzeba się było dobrze nawędrować, aby dojść do mleka. Malcy pytali wyższych: – „Spójrz, tam – za górką, czy nie widać słupa? Mnie się zdaje, że już widać”

13

 Ale kilometrowe słupy stały coraz dalej i dojść do nich było coraz trudniej.
Pod wieczór, jeden, który miał „dobre nogi”, wybiegał przed oddział na paręset metrów i krzyczał stamtąd: – „Jest słup, widzę, słu-uuup!” i wtedy chłopcy raźniej przebierali nogami, bo już było o jeden kilometr mniej.
A trzeciego dnia był już las. Prawdziwy, wielki las, w którym można było nawet zabłądzić.
Cały dzień budowano obóz. Dwa szałasy z gałęzi, zaczepione dla mocy o konary rosnących drzew. Szpary utkane paprocią. Posłania ze świerkowych łap i wrzosu. Dookoła płot z chrustu.
Miejsce zbiórki na środku obozu pod sosną. Z boku kuchnia.
Wieczorem, gdy po pacierzu, śpiewali Rotę przy blasku ogni­ ska, czuli, że są u siebie. I warty, które czuwały w nocy, wiedziały, że to już nie altanka w ogrodzie.
Byli w tym lesie dwa tygodnie i wrócili tylko dlatego, że tak było ustalone w programie.
Tych samych jeszcze wakacji trzech chłopców pojechało do Warszawy na kurs instruktorski. Okazało się, że kurs nie był harcerski, ale peowiacki, a kilku harcerzy dołączono do zespołu, by stanowili „przykrywkę” dla Niemców. Lecz o to mniejsza.
Chłopcy po raz pierwszy zobaczyli Warszawę, ujrzeli innych żywych skautów, otarli się o wielkie sprawy. Przez dwa dni kwaterowali w Warszawie. Przyszli warszawscy skauci. Zaczęli rozmawiać. Po kil­ ku zdaniach warszawiacy orzekli: „Wy nie jesteście nasi”.
– „Jak to nie nasi?” Zdumienie. Gorzej, niż zdumienie. Niepokój: Co to ma znaczyć?
-Wy jesteście z P.O.S., a my z Z.H.P.
– Czy to nie wszystko jedno?

14

Naturalnie. Ogromna różnica. -A jaka?
My jesteśmy prawdziwym skautingiem, a wy nie.
Nie można było jednak wyjaśnić, na czym ta ogromna różnica polega. Trzeba siąbyło oswoić z myślą, że obok „naszych” sąjeszcze jakieś nie nasze drużyny.
Nie dawało się to pogodzić z niezachwianą dotąd pewnością, że wszyscy skauci są braćmi. Należałoby dopytać, dotrzeć do dna tego dziwacznego nieporozumienia, ale to nie było łatwe.
Próbowali. Pytali: Nie mogli zrozumieć. Więc w lęku, żeby się nie dopytać do jakiegoś głębokiego pęknięcia, żeby się nie dać wciągnąć na jakieś wertepy, zamilkli. Zwarli sią tylko mocniej we trzech, żeby się nie dać, bo wierzyli, że oni sapo tej stronie, gdzie jest prawda.
Nie dochodziły na głęboką prowincję żadne oddźwięki tarć, jakie dobrze były znane w Warszawie. Nie pisało o tym nic w książeczce druha Zawady i dobrze, że nie pisało. Zabity deskami świat, ciche prowincjonalne miasto, swoja rzeka i las, – były zrozumiałe.
Tam można było żyć. A tu w Warszawie czaiły się po kątach Kanonii i Tamki jakieś zmory, na które nie było sposobu.
Na szczęście zmory te znikły po powrocie do rodzinnego miasta.
Zaczął się nowy rok szkolny. Codzienne zbiórki przed lekcjami na szkolnym boisku. Musztra. Formalna i bojowa wedle regulaminu Legionów. Nowi kandydaci zaczęli się pchać do plutonu dziesiątkami. W niespełna dwa tygodnie było już ponad stu chłopców. Pluton przemianował się w drużyną. Tak właśnie: przemianował się. Naczelna Komenda poza odbieraniem miesięcznych raportów i groszaków z pogłównego, uporczywie milczała. Wobec tego pluton przemianował się sam i zaczął dalej iść drogą Kiplingowskiego kota.

15

Pomyślcie tylko. Stu przeszło chłopców. Własna izba z trzech pokoi. W kasie kilkaset rubli. W bibliotece podręcznik „Czuj-Duch”. Poza tym wykształcenie zdobyte przez trzech „plutonowych” na dwutygodniowym kursie. To już bogactwo!
Najłatwiej było tłuc musztrę. Jezus Maria!… jak to szło pięknie i precyzyjnie. Zbiórki i raporty, marsze na wprost i na skos, defilady i „rozejść się” i karne raporty, rozkazy dzienne…
– „Drużyna, baczność!… podpisano „Młot”… Spocznij. –
Musztra bojowa też. Patrole, ubezpieczenia, tyraliery, kopanie rowów, maskowanie… celownik pięćset… pojedynczo od prawego… ognia…
Tak to wszystko było przerobione i po stokroć wykute, że najmłodszy z lewego skrzydła pędrak – umiał wkrótce dowodzić plutonem.
Ale wycieczki, normalne skautowe wycieczki niedzielne szły regularnie swym rytmem, aż do śniegów i pluch jesiennych. Nie mogło być niedzieli bez wycieczki. Było to jedno z niepisanych praw. Harcerz (przepraszam, ciągle jeszcze nie było harcerza, skaut). A więc skaut w niedziele chodzi na wycieczki do lasu. To już weszło w krew. Gorzej: stało się nałogiem. Nie można już było wytrzymać bez wędrówki do lasu. Czekało się na to cały tydzień. Przypominało się wszystkie nieudane wyczyny żeby tym razem wyszło lepiej. Chciało się zobaczyć, czy tam wszystko zostało po staremu, czy też może coś się zmieniło, urosło, zjawiło.
Więc wycieczki szły jak w zegarku, coraz sprawniej i coraz weselej. Każdy wiedział, co ma robić i jak robić. Nie było już niepotrzebnych rad, ani niemądrych namysłów. Już się wiedziało, jakie gałązki najlepiej chwytają ogień i gdzie jest najlepszy zdrój i gdzie są pieczarki czy rydze.

16

 Wiedziało się także, kiedy należy już zwijać obóz i zbierać się do odmarszu, żeby na czas wrócić do domu. Byli już nawet tacy, którzy umieli odczytać godzinę z gwiazd. To było całkiem łatwe. W gwiazdozbiorze Wielkiej Niedźwiedzicy mniej więcej co godzina, dwie, coraz to inne gwiazdy stoją na jednym poziomie. Wystarczyło przez dwa wieczory obserwować z zegarkiem, jak to jest i już się wiedziało.
Wracało się przecie wieczorem.
Z wycieczek przynosiło się zioła, a później gałęzie, żeby było czym w Izbie napalić.
Izba była już wtedy pięknie wyszorowana, oszklona i zamknięta. Ale była pusta. Chłopcy zaczęli znosić ze swych domów rupiecie. Połamane stołki ze strychu, okaleczałe ramy. Odarte z okładek książki. Deski, sznurki i gwoździe. Jeden przyciągnął pęknięty żelazny piecyk bez nogi. Podkleiło się gliną i można było palić.
Teraz nie było już właściwie zbiórek. W dwie godziny po zakończeniu lekcji w szkole, już cała drużyna była w swej Izbie. Zastępy odbywały zbiórki, jak obowiązkowy pacierz. Przeklepali gawędę, przerobili rytualne węzły, a potem na wyrywki prawo, a potem jeszcze „Kima” i chwała Bogu koniec. Teraz można się było brać do roboty… Kleić, wiązać zbijać, szorować. A potem przy blasku rozgrzanego do czerwieni piecyka śpiewać. A potem na dobranoc za łby się brać, aż wrzask leciał w puste ulice. Nazywało się to „zdziczeć”. A było z tym tak. W Prawie nie było nic o dokazywaniu. Same poważne i trudne „zagadnienia”.
Nawet to „miłuj przyrodę” osolone było szkolnym „i stara się ją poznać”, co wyraźnie zalatywało „wiedzą” czyli obkuwaniem z podręcznika. A o dokazywaniu nie było nic. Ani dobrze, ani źle. A chłopcy czuli, że bez dokazywania nie wytrzyma.

17

Bez kłamstwa trudno, ale jak się pilnować i język za zębami trzymać, – to jeszcze można. Ale bez dokazywania…
Oczywiście rozumiało się, że takie ordynarne kawały, które się w szkolnym żargonie nazywały „grandą” i które dawały w skutku czyjąś krzywdę lub szkodę są niedopuszczalne.
Ale przecie można podokazywać tak, żeby tylko śmiech był, – no… może trochę niewinnego strachu, jakiś żartobliwy kuksaniec. Czasem nawet trochę złośliwości, ale tak w miarę, żeby ofiara „wyrabiała się duchowo”, ale nie była doprowadzana do beku. Zdania były podzielone, na ogół jednak uważano, że można.
Tak zakorzenił się obyczaj, że po zbiórce chłopcy trochę dokazywali. Każdy miał prawo „zdziczeć”, wyczynić coś do śmiechu, ale gdy mu się nie udało, dostawał lanie.
Było wiele energii w tej grze. Wolno było robić każdemu, co chciał. Ale i innym też było wolno. Nie było wtedy przyjaciół, ani pobłażania. Z każdej strony czyhało niebezpieczeństwo. Trzeba było dobrze uważać bo za moment gapiostwa płaciło się wstydem i kompromitacją. Urywało się to nagle, gdy zastępowy, czując, że na dzisiaj już dość, osadzał rozbrykanych chłopaków, krótkim okrzykiem: „Baczność!”
Nie było takiego bałaganu, którego by tym słowem nie można było przerwać. „Baczność” była święta. Chłopcy wracali od razu w swój zwykły świat, w którym rządziła karność i praca.
Drużyna miała już prawo obywatelstwa w mieście. Brała udział w uroczystych wystąpieniach, w tych niezliczonych rocznicach, jakie się wtedy z nabożeństwem prawdziwym obchodziło. Urodziny i śmierci, powstania i zwycięstwa, grunwaldy i wiedeńskie odsiecze.

18

Szła drużyna przez bezładny i bezkształtny tłum cywilów czwórkami, parła w sam środek i nagle zdarta komendą, jak koń wędzidłem, stawała, pięknie jak mur w trzasku podkutych obcasów. Wysługiwała się społeczeństwu, jak mogła. Nosiła krzesła na obchody. Wiła wieńce, latała na posyłki, ciągle chciwa i niesyta „dobrych uczynków”, które są Prawem nakazane, a o które tak przecie niełatwo.
Od czasu do czasu zdarzało się coś lepszego. Tak kiedyś po burzy wybuchł w sąsiedniej wiosce pożar. Pobiegli chłopcy boso po zachlapanych ulicach wprost do remizy, że może się uda coś strażakom pomóc i – dobry uczynek w kieszeni. Ale strażaków jeszcze nie było.
Dozorca dał się ubłagać i wydał – choć ze strachem – szczeniakom starą przedpotopową sikaweczkę na dwukółce. Porwali, zaprzęgli się jak kto się czepił – i biegiem dolecieli do pożaru (z góry było – nie ciężko) i tam zaczęli pompować. A strażacy z rumorem przyjechali o całe pół godziny później. No tak. To był dobry uczynek, bez bujdy. Ale na co dzień nie było o to łatwo. Zastępowy patrzał na zegarek i rozkazywał: „Na 30 minut rozejść się i zrobić dobry uczynek”.
Biegają chłopcy po mieście. Może gdzie drzewko złamane. Może kaleka przez ulicę przejść nie może. Może jaka pestka na chodniku się znajdzie. Może sierotka. A tu nic. Ani drzewka, ani sierotki, ani nawet tej pestki. Pół godziny przeleciało, jak z bicza trząsł i nic. Zupełnie nic. Więc się martwią chłopcy i martwi się zastępowy, ale cóż na to poradzić. Siła wyższa. Los.
Raz zdarzyło się jeszcze gorzej. Biega jeden taki już w beznadziei, a tu patrzy staruszka czerpie wodę ze studni. Staruszka, to ona co prawda nie jest: kobieta, ale zawsze. Można chociaż to wiadro wody zanieść. Może będzie zaliczone. Więc do studni i łap za wiadro.

19

A „staruszka” w krzyk: – „Poszedł won, ty łobuzie, wiadro chce kraść i to już z trzeci!”…
Więc najłatwiej było tak. Zmawiali się we trzech. Jeden kupował pół kilo wiśni, czy śliwek, czy co tam było, – szedł chodnikiem i pluł pestkami przed siebie. A inni za nim zbierali. A potem inny pluł, że tamten mógł też „zrobić dobry uczynek”. W raporcie pisali: „zbieralim pestki”. Ale się to szybko wydało, zostało zabronione i znowu był kłopot.
W izbie jeden pokój był bardzo duży. Można było w nim zrobić kółko na rowerze. Nadawał się w sam raz na teatr. Więc Rada postanowiła zrobić przedstawienie. Ale jakie? Szukano odpowiedniej sztuki przez kilka tygodni i nic. Były owszem sztuczki, ale albo głupie, albo znów z miłością i dziewczynami. A skąd tu wziąć dziewczyny. Więc nie było odpowiedniej sztuki. Rada radziła, radziła i ciągle nie mogła uchwalić. Aż wreszcie uchwaliła. Trzeba sztukę napisać. Bez miłości, bez Żyda w beczce, a zwyczajnie o skautach. Żeby była na scenie wycieczka i skauci, ognisko i piosenki i obowiązkowo dobry uczynek. Tak prawie że uradzili całą treść sztuki i nawet rozdali role. Jeden podjął się napisać. Wyznaczyli mu termin do soboty. Napisał. No więc trzeba było już tylko rozpisać role, zbudować sceną, namalować dekoracje, zdobyć kostiumy, napożyczać krzesełek dla gości i już. To już była drobnostka.
Odbyło się wszystko pięknie. Sala była przepełniona. Sprzedało ponad trzydzieści biletów. Ludzie stali aż w korytarzu.
Chłopcy żałowali, że tyle najlepszego miejsca trzeba było zabrać na scenę. Prawie półtora metra w głąb. Ale na to już nie było rady.

20

Potem w tej samej sali odbywało sią wiele przedstawień. Nawet jasełka własnego pomysłu i układu z diabłem i Herodem. Herod był ubrany w pikielhaubę i wąsy miał jak kajzer. Wśród kolędników byli oczywiście i skauci.
Więc był już teatr. Ale nie było chóru. Śpiewało się uniso-no ze słuchu, jak kto potrafił. Chłopcy czuli, że to nie jest śpiew. A w mieście nie było wtedy ani jednej muzykalnej osoby. Zresztą może gdzieś i była – tylko, że chłopcy o niej nie wiedzieli. A może się wstydzili prosić?
A bardzo chcieli śpiewać ładnie, choćby tylko „Rotę”. Rota była hymnem drużyny. Śpiewało się ją na każdej zbiórce na początku i na końcu. Na wycieczce. Na obozie zaraz po pobudce i na capstrzyku. W dwuszeregu, na baczność z odkrytą głową.
Więc żeby choć Rotę można było zaśpiewać na głosy.
Był jeden, który umiał brzdąkać na pianinie, ale nie umiał nut. Pianino też było. Ten jeden grał. Brał akordy po trzy palce na raz i to było ładne, ale nie można było w żaden sposób rozdzielić trzech głosów, żeby się każdego osobno nauczyć.
Aż wreszcie zrobili wynalazek. Ponumerowało o się wszystkie klawisze od C, po kolei białe i czarne, jak szły od 1 do 12. Potem ten jeden, który „grał”, brał pierwszy akord i dyktował numery klawiszy któe „przydeptywał”. Drugi to zapisywał na papierku w kolumnie. Najpierw najwyższy, pod nim średni, a w dole najniższy. Po tym grajek brał następny akord i znów się tak zapisywało, aż do ostatniego „ВÓG”. I już była melodia rozłożona na trzy głosy. W gónym wierszu był pierwszy, pod nim drugi, a na samym dole trzeci.

21

Teraz wystukiwało się według numerów klawiszy na pianinie sam drugi głos, aż się chłopcy nauczyli, potem trzeci, a potem -jeden machał ręką do taktu i wszyscy śpiewali razem.
Z początku to nie szło, bo się drugie głosy po kilku taktach myliły i wjeżdżały na melodię, ale, jak sobie pozatykali uszy, to się przyzwyczaili i wyszło. Naprawdę wyszło i potem już szło jak po maśle. Więc był już chór.
Nie było jeszcze tylko gazety.
Myślało się o tym godzinami i nic nie wychodziło. Druk oczywiście wykluczony. Drukarnia w mieście była, ale drukowało się tam tylko nekrologi, zaproszenia na ważne śluby, bilety wizytowe dla dostojników, magistrackie ogłoszenia i już. Zresztą drukarni pilnowali Niemcy. Szkoda gadać.
Chłopcy słyszeli, że jest jakiś sposób na powielanie. Pisze się specjalnym atramentem, a potem przylepia się papier do masy, w którą wsiąkają litery. I z tego się potem odbija. Ale z czego ta masa? Nie wiadomo. Próbowali. Może żelatyna? Nie wyszło. Może klej stolarski. Też nie. A tu już był uchwalony na radzie i tytuł „Czuwaj” i wybrany redaktor i nawet „artykuły” zaczęły się zjawiać. No więc co?
– Będzie się zwyczajnie pisało ręcznie w jednym egzemplarzu. I będzie to leżało w Izbie na stole do czytania. Za przeczytanie grosz. A brudzić, ani wynosić nie wolno.
Tak wyszedł pierwszy numer „Czuwają”. Był naprawdę piękny. Na pierwszej stronicy tytuł, rysowany tuszem. Litery ułożone jak ze sznura, na którym w kilku miejscach (dla ozdoby i nauki) węzły. Kluczki rybackie, więzienne. Zaraz pod winietką tytułową (rok I Nr. 1). Potem gawęda o karności. Potem artykuł „techniczny”: Jak zrobić

22

dzwonek elektryczny. Potem kronika. Potem rozkazy i różne urzędowe kawałki, a na samym końcu humor.
Był jeden taki, co pięknie pisał. To on przepisywał. A jego brat pięknie rysował. Ten brał zapisany już arkusz i piórkiem rysował inicały, winietki, obrazki. Nawet liczby stron były pięknie rysowane i zdobione. Numer wyglądał jak cacko.
Po tygodniu ukazał się drugi numer, za nim trzeci i nie zdarzyło się przez wiele miesięcy ani przerwy, ani opóźnienia.
Na pisanie numeru zbierali się chłopcy z „redakcji” w Izbie wybrać to, co ma pójść – i obliczyć, żeby wyszło akurat na osiem stronic. Potem trzeba to było ułożyć. Co pierwsze, a co drugie, – aż do końca. A potem redaktor dyktował, a tamten pisał. Czasem były nawet i spory, jeśli się kto nie zgadzał z tym, co pisze autor.
Wtedy redaktor robił wykład „o wolności prasy” i pisało się dalej.
A tymczasem inni już pisali po kątach odpowiedzi polemicznie do następnego numeru, zatytułowane: „W sprawie…”, albo: „Kilka słów odpowiedzi” i już był materiał do następnego numeru.
Tak wyszło osiemnaście numerów „Czuwają”. Dziewiętnasty był już naprawdę odbity na hektografle i wyszedł w 30 egzemplarzach.
Od siódmego numeru pisało się już dwa egzemplarze. Ten drugi pisały dla siebie skautki z drużyny imienia Platerówny, ale nie miały rysowniczek, więc ich numer był skromny, bez rysunków.
W „Czuwaju” były także i wiersze. Chłopcy czuli, że w tej ich dziecinnej robocie jest też coś takiego, o czym się czytało u „wieszczów”. Próbowali to ująć w poetycki obraz, ustawić wyrazy w rytmiczny kształt maszerującej kolumny, znaleźć na swoje marzenia i troski nazwy, zawołania i hasła.

23

Nie dla nas Polska na papierze niemieckie mapy rzuć im precz, bo zrozumielim już, harcerze, że Polska, – to jest Wielka Rzecz.
Wiemy, gdzie szukać Jej potrzeba,
że Jej nie znajdzie w pyle ksiąg,
że darmo Ją budować… z chleba,
lub oczekiwać z cudzych rąk.”
A kończył się ten marsz refrenem:
Więc niech żyje na świecie jedyna Kościuszkowska, najlepsza drużyna, sto szeregowców, dwadzieścia szarż Baczność… Drużyna, marsz!…”
A kiedy przyszły ciężkie dni, gdy już starsi patrzyli czujnie na to, co chłopcy robią i oceniali to wedle swoich „ideologii”, to nie zawsze witano skautów oklaskami. Czasem mówiono nawet, że skauting „schodzi na manowce”.
Chłopcy nie wiedzieli jeszcze, że starsi często używają tego słowa na określenie rzeczy, której jeszcze nie było, sprawy, która idzie drogami, których jeszcze nie przedeptano.
Chłopcy wzięli to na serio. Rozżalili się, że zarzut tak ciężki i tak krzywdzący. Oni właśnie z pełnych kłamstwa manowców po których błąkała się przez tyle lat młodzież, wyszli na prostą drogę, a tu… manowce. Nieprawda, to nie są manowce.

24

Wtedy w „Czuwaju” ukazał się taki wierszowany manifest:
Będą ci w serce rzucać jad zwątpienia, jasne twe drogi manowcami zwać, będą się śmiać, jak z szaleńca…
A ty mi porwiesz swoją orlą brać
do twardej pracy, Drużyno chłopięca:
do Wyzwolenia… Będą sumiennie liczyć twoje grzechy i na samotność skażą w czarną noc, gdzie nie ma świtu…
A ty się nie trwóż: dożyjesz pociechy,
że Polsce dasz ze słońca i błękitu
skautową moc. Więc chociaż czasem brak do walki sił, choć się pod głazem troski kark ugina, choć serce pęka…
Pójdziesz i żadna nie strwoży cię męka…
do krwi ostatniej kropli z żył…
boś jest: DRUŻYNA”.
Wiersze te chłopcy nie tylko czytali. Nie tylko uczyli się ich na pamięć. Pokupowali sobie małe zeszyciki – takie do słówek – przepisywali i nosili w kieszeniach. Po co? Po prostu, chcieli je mieć. Nie tak na niby, w „głowie”, ale naprawdę, w kieszeni mundurka. Bo to były wiersze swoje i należały do ekwipunku.
Ale i innych kłopotów zawsze było sporo. Na przykład, skąd wziąć drzewo na opał. Szło ku zimie – a jeszcze nie było opału do Izby.
Aż się wynalazł na klasztornym cmentarzu. Chłopcy nauczyli się już chodzić tak, żeby wszystko dostrzegać naokoło. Toteż wypatrzyli pewnego razu, że na kościelnym cmentarzu przy klasztorze stoją piękne

25

wiązy i lipy, wysokie równo z kościelnym dachem. I że te drzewa od dawna nie pielęgnowane mają w koronach po kilka zeschłych konarów. Drużynowy poszedł do furty. Porozmawiał grzecznie z ksienią, żeby pozwoliła ten susz powycinać. Zgodziła się. Nazajutrz cała drużyna siedziała w gałęziach, jak szpaki. Piłki, siekierki, tasaki, co tam kto z domu matce z przed nosa złapał. Pod wieczór wszystkie drzewa były do czysta obrane i ciągnęło się zdobycz do Izby przez środek ulicy, aż wozy zjeżdżały w bok. Było czym palić przez kilka miesięcy i dobrze było śpiewać przy rozżarzonym piecyku.
Wtedy nastąpił okres prawdziwych gawęd. Stary już jestem dziś, a jeszcze nie wiem, dlaczego prawdziwa harcerska gawęda udaje się tylko przy ogniu. Może to być ognisko w lesie a może też być zwykły blaszany piecyk, który tak samo parzy i dymi, ale ogień musi być. Wtedy człowiek, siedząc razem z innymi koło ognia wie, że ich kocha naprawdę, że im ufa i wierzy.
I wtedy właśnie przychodzi to, że chciałby być sam lepszy i żeby wszyscy byli lepsi i żeby wszystkim ludziom w całej Polsce i na całym świecie było dobrze. Więc, jak to zrobić?
I człowiek się nie wstydzi. Mówi, co myśli. I o swoich grzechach, i o tych wątpliwościach, co jest dobre, a co złe. I o tym, co się marnuje, a przecie szkoda. I w ogóle o życiu, że jest takie bogate, że kto wie, czy się aby zdąży.
A piecyk piszczy, strzela i dymi, czerwona blacha rzuca na twarze blaski, po suficie latają cienie, jak nietoperze i już wiesz: dobrze jest być w drużynie. Dobrze jest nie być samemu w taki czas.
Gałęzie się jednak skończyły i w Izbie zrobiło się zimno. Jakoś w tym czasie drużynowy użyczył Izby na obywatelskie zebranie i jeden z uczestników,

26

 wzruszony skautowym niedostatkiem przysłał drużynie wóz torfu. Woźnica zrzucił torf w bramie i odjechał.
Po południu, gdy się rzecz wydała, Rada załamała ręce z rozpaczy. Jakże to? Darowizna, jałmużna? Dla skautów? W żaden sposób to nie może być!!!
Poszła delegacja do ofiarodawcy, żeby torf zabrał. Nie chciał. Tłumaczył, że to z dobrego serca. Że torfu ma aż za dużo. Że go nic nie kosztuje. A oni wciąż swoje. Prawo nie pozwala i honor zabrania. Wiec tamten, że mu się nie opłaci żadną miarą koni po to słać i człowieka od roboty odrywać, bo ludzi na folwarku ma mało i już się teraz martwi, kto mu buraki na wiosnę opiele.
I tu się znalazło wyjście. Dobrze: niech torf zostanie, ale za to pójdą chłopcy wiosną na folwark przez tydzień buraki pleć.
I poszli. Spali w stodole. Jedli folwarczne jadło z dworskiej kuchni, jak wszyscy. Przez osiem godzin robili przy burakach, a potem były jeszcze gry, ćwiczenia i śpiewy jak na obozie.
A torfu starczyło do wiosny i było ciepło. Ciepło szło nie tylko od piecyka. Ciepło biło od chłopców. Było takie prawo w drużynie, że jak przychodził nowy i po próbie był już wyczytany w rozkazie i zameldował się przed frontem, to zaraz wchodził w swój zastęp, gdzie miejsce na niego czekało. I od tej chwili wszystkim mówił po imieniu, na ty. I szarżom i drużynowemu, wszystkim. Na znak, że jest w rodzinie, jak brat. Nie łatwo to takiemu nowemu przychodziło. Przez pierwsze kilka dni jeszcze się mylił, jeszcze temu i owemu ze starszych powiedział na wy, albo druhu, ale go cierpliwie poprawiali, więc wskakiwał w to nowe niespodziane a tak bogate braterstwo na łeb na szyję i już był wierny.

27

Nie cackali się. tam z nim, to prawda. Za byle co na karną baczność musiał w kącie stać i nawet nikt nie pilnował, tylko mu zastępowy przypominał o Zawiszy i żeby się nie ruszył, choć komary tną. Węzłów też nie umiał, i przy podchodzeniu pierwszego go zawsze ustrzelili, a w marszu nogi sobie poobcierał, a z dobrym uczynkiem rozpacz. Ale za to od innych się uczył, żeby ofermą w zastępie nie być i po kilku tygodniach umiał już całą drużynę na pamięć i wtedy dostawał przezwisko.
Były w drużynie pseudonimy. Trochę z konspiracyjnego obyczaju, trochę z wyczytanego indiaństwa i żeby się łatwo było zawołać w polu, czy w lesie. Więc musiały być krótkie jednozgłoskowe. A z tym było niełatwo. Co pierwsi rozchwytali takie efektowne, jak: „Krak”, „Lew”, „Gryf, „Młot”, a dla reszty zostały już gorsze: „Sęp”, „Słoń”, „Krzak”. I tych zresztą wkrótce zabrakło i była prawdziwa pogoń za dobrym, efektownym pseudonimem. Każdy nowy przez parę tygodni szukał, dopóki coś tam sobie wygrzebał.
Ale obok pseudonimów były także i przezwiska. Dostawało się je, gdy koledzy podpatrzyli w chłopcu coś charakterystycznego i musieli to nazwać. Więc był „Burek”, był „Bobik”, była „Krowa”, była nawet „Zosia” – że biedak miał trzy siostry, które stale drżały żeby sobie czego złego nie zrobił na wycieczce. Taki, który miał już przezwisko, był ważny.
W domach u chłopców na ogół nie było dostatku. Nie była to bieda, o której warto mówić, tyle, że się „nie przelewało”. To też żadnemu z chłopców nie przyszło do głowy, żeby z tego jeszcze coś dla „siebie” uszczknąć, na swój osobisty, skautowy użytek. Trzeba było raczej oszczędzać. Albo lepiej – coś wymyślić.

28

Ośrodkiem tego „myślenia” stała się Drużyna. W domu na wiele rzeczy nie pozwalano, a tu wszyscy chwytali podjęty temat łapczywie, z całą pasją, do jakiej zdolny być może dorastający chłopiec.
A problemów było mnóstwo. Sprowadzały się one na ogół do jednego: jak z niczego, lub z lichych namiastek zrobić coś co jest pobzebne. Na przykład zelówki. Buty darły się na wycieczkach w niebogłosy. Bywało o to piekło w niejednym domu. Gwoździe nie pomagały. Szło od nich zimno, przez dziury lała się woda, skóra próchniała i w ogóle już nie było do czego przybijać.
Więc może dykta? Próbowali – nie wyszło. Linoleum? Było lepsze od dykty, ale rozłaziło sią po jednym dniu marszu. Trzeba było szukać dalej. Drewniaki – nie chciały się trzymać nogi – i hałas był za duży.
Albo: z czego zrobić plecak, żeby wyglądał, jak prawdziwy? Może worek! A może cerata?
A znów: co by można zmajstrować z papieru? Ze zwykłej makulatury. Albo jeszcze: podobno są takie deski do chodzenia po śniegu – narty. Ale jak to się przyczepia do nogi? Albo: dlaczego zegarek się spóźnia?
Tak powstały w Izbie warsztaty. Introligatornia. Oprawa książek, początkowo bez prasy, bez noża, bez kleju. Ale jednak książki sią trzymały i wychodziły coraz lepsze. Wtedy kupiono nóż i prasę i już było naprawdę dobrze.
Stał tam u jednego w szopie stary i do niczego już warsztat ojcowy. Wyprosili, żeby pożyczył. Udało się. Przywlekli do Izby, ustawili, pozbijali gwoździami na rozlazłych szwach i zaczęli robić sanki. Na wiosnę zrobili łódź. Była tak ciężka, że prawie cały dzień wlekli ją przez miasto do rzeki, ale jak już poszła na wodą, chodziła lekko, jak ryba.

29

 A przy tym właził w nią cały zastęp z dobytkiem i mowy nie było, żeby się wywróciła. Plątała się odtąd po rzece bez odpoczynku przez kilka lat aż się rozlazła ze starości.
Surowce i materiały do tej dłubaniny, a także i narzędzia – zbierało się po strychach, rupieciarniach i zgoła na śmietniskach.

Po kątach izby w skrzyneczkach i schowkach leżały skarby. W kieszeniach u chłopców chrobotało żelastwo. Kiedyś w klasie nauczycielka, zabierając zeszyty po klasówce, zwróciła siê z pytaniem, czy może ktoœ ma sznurek do związania. Klasa ryknęła chórem: „Burek ma”. Burek, to był jeden z zastępowych. Powiedział poważnie, „poszukam” i wyszedł przed ławki. Tu zaczął grzebać w przepaścistych

30

kieszeniach mundurka. Wyciągał z nich śrubki, gwoździe, kawałki pasków, sprzączki, guziki, skuwki, jakieś kawałki świec, a klasa ryczała od śmiechu, bo to wszystko wyglądało na żart. Ale to nie był żart. Na samym dnie kieszeni był porządny, nie papierowy sznurek, pięknie zwinięty w kółeczko, żeby się nie poplątał.
Nie było wtedy jeszcze mowy o „sprawnościach”, ale żaden rzemieślnik u chłopców w Izbie nie zarobił. Wszystko robili sami. Oczywiście robili to znacznie gorzej. Piec wyszedł krzywo, ale się palił, jak prawdziwy. Szyb przy cięciu trochę nałamali i trzeba było dać łaty, ale już na drugi raz wiedzieli, od czego się łamie. Psuli swoje skarby i ze śmietnisk znosili wciąż nowe, bo ręce tęskniły do roboty. Toteż po kilku miesiącach umieli już obchodzić się z każdym narzędziem rzemieślniczym. Z kielnią i pędzlem, z młotem, dłutem i diamentem. Próbowali nawet produkować gaz świetlny, ale, że robili w butelce od piwa, trzasło wszystko z hukiem i dobrze, że nikogo nie pokaleczyło.
Poza tym jednak była szkoła. O tym się nie zapominało. Stosunek szkoły do drużyny był trochę ostrożny. Że się tak sami szarogęsią i Bóg wie, co jeszcze mogą „zmalować”. Ale w miarę, jak drużyna rosła, a skandalu żadnego nie było, zaczęto na nią patrzeć życzliwiej. Jednak trzeba było uważać.
Zastępowi pilnowali nauki swych chłopców czujniej, niż nauczyciele. Kto był słaby, temu się pomagało. Ściągać nie było wolno. Wszystko musiało być uczciwie, nawet, gdy się trzeba było przyznać.
Był taki jeden, co na egzaminie zapomniał jakiegoś wzoru mate­matycznego i utknął w środku zadania. W kieszeni miał notatkę i mógł do niej zajrzeć. Ale nie zajrzał. Usiłował sobie ten zapomniany wzór sam wyprowadzić – i wyprowadził – tylko, że zadania nie skończył. Ale dostał dostatecznie.

31

Jeśli kto miał uporczywie złe stopnie – to dostawał urlop z drużyny. Zdarzało się, że z takiego urlopu już w ogóle nie wracał, bo się nie chciał z innymi o te dwóje użerać, a wiedział, że mu nie darują.
Dobre „piątkowe” wypracowania „drukowały się” w „Czuwaju”, a geografia, fizyka i chemia bardzo pomagały w różnych harcerskich kłopotach. Było raz nawet tak, że się okazała potrzebna trygonometria. Chłopcy robili swego pomysłu przybór do pisania. Prostokątna podstawa z deseczki. Ogrodzona wkoło niskim płotkiem z prawdziwego drutu kolczastego. Kałamarzyki, przykryte łbami od szrapneli, a przed nimi nałożona na deskę, wycięta z aluminiowej manierki znalezionej na pobojowisku – lilijka. Z takiej manierki łatwo się wycinało różne rzeczy zwyczajną piłeczką – „laubzegą”.
Zachciało się jeszcze chłopcom okuć blachą wszystkie narożniki. A narożniki były zebrane od góry – ukośnie – „sfazowane” -jak mówią stolarze. Więc narożnik się nie schodził. Kąt albo był za ostry, albo za duży. Próbowali kilkanaście razy na oko i nic z tego: aż jeden z siódmej klasy zrobił z tego zadania i rozwiązał. Obliczył kąt i wyszło. Ale do tego trzeba było aż trygonometrii. Więc i szkoła się w dru­żynie przydawała i nikt nie narzekał. A że trudno było odrobić wszyst­ko dobre dla szkoły i dla drużyny – to stało się powoli tak, iż w drużynie skupił się element najtwardszy, najbardziej energiczny, zdolny i wyrobiony.
Słabsi tego nie mogli wytrzymać i odchodzili.
Był w mieście taki śmieszny zwyczaj. W niedziele, po mszy u Fary, wszyscy szli na mały skwerek w środku miasta, gdzie kręcili się w kółko do dwunastej. Skwerek nazywał się „deptak”. Nie była to żadna przyjemność, ale tak było zawsze. Skauci podjęli z tym obyczajem walkę.

32

 Zabraniano łazić po „deptaku”, wyśmiewano opornych, ale obyczaj trwał. Latem można było zagarnąć całą drużynę wprost spod kościoła na wycieczkę. Jesienią i zimą było trudniej. Ten i ów wymykał się jednak na deptak. Reszta szła do swej Izby.
Piątego listopada przyleciał jeden mały z deptaku, że coś się szykuje: jakaś niemiecka uroczystość. Stoi batalion wojska, orkiestra. Chłopcy pobiegli. Stanęli dla pewności z daleka, żeby łatwiej było uciekać. Na placu roiło się od Niemców. Orkiestra raptem zaczęła grać „Deutschland iiber alles”, potem „Gott erhalte”, zaszczekały niemieckie komendy, batalion brał broń na ramię i do nogi i nagle w samym środku tej komedii orkiestra zagrała: „Jeszcze Polska nie zginęła”…
Chłopcy spojrzeli po sobie. Cóż to za nowy kawał. W środku tłumu jakiś Niemiec – może Ślązak – czytał manifest. Cesarsko królewski i apostolski, zełgany tak beznadziejnie głupio, że nie było cienia wątpliwości. Chłopcy zaczęli mrugać jeden na drugiego i wycofywać się z placu do Izby. Mała grupka gapiów rozłaziła się chyłkiem i nieśmiało do domów. Na placu zostali tylko Niemcy i grali przez dobrą godzinę, same polskie ludowe kawałki. Oberki, kujawiaki, poleczki.
A chłopcy zebrali się w Izbie i śpiewali chórem: „Zdechł Beseler, zdechł Beseler, zdechł Beseler, zdechł Beseler”… Gadania żadnego na temat „Aktu” nie było. Chłopcy wiedzieli, że to nie jest ważne. Polska będzie taka, jaką Ją oni zbudują. Niemiec tu nie ma nic do gadania. Zaczęły się natomiast rozmowy inne. Czy Prawo pozwala, żeby na przykład ukraść Niemcowi rower? A jeżeli nie pozwala ukraść – to może pozwala przynajmniej kichę mu nożem pociąć. Prawo milczało, a ksiądz Zawada też o tym nie pisał w „Czuj-Duchu”.
Ale gdy miasto zostało oblepione wielkimi płachtami niemieckiego „manifestu”, zachlapano je smołą, podarto w strzępy zaraz pierwszej nocy. Prawo ciągle milczało, a wyrzutów sumienia nie było.

33

Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem gruchnęła po mieście wiadomość: przychodzi wojsko polskie. Cały pułk Legionów. W południe będą na rynku. Zawrzało. Żywego żołnierza polskiego nikt jeszcze dotąd w mieście nie widział. Trzeba lecieć, witać. A tu lekcje. Ale lekcje się skończyły, wojsko jeszcze nie przyszło, więc zbiórka biegiem i na rynek. Błoto było tego dnia okropne. Dosłownie po kolana. Zdążyli. Na rynku stały już bataliony szarobłękitne, młode, w kusych płaszczach. Ktoś przemawiał, ale to nie było ważne. Ważne było stać przed nimi na wprost w tym samym porządku, pod słowami tej samej komendy i paść oczy pierwszą w życiu wojenną uciechą. Że mają orzełki na czapkach, że na ramieniu prawdziwe karabiny, ładownice u pasa, w nich pełno chyba prawdziwej amunicji i tyle, tyle na sobie żołnierskiego dobra. Stoją na spocznij i śmieją się życzliwym, cwanym uśmiechem.
Tak się chłopakom objawiła prawdziwa, bo zbrojna Polska. Potem była defilada. Poszli i oni. Patrzyli w prawo, bili dziurawymi zelówkami z całej siły w bezdenne kałuże, aż bryzgało na ściany… i koniec.
Wojsko odchodziło już do koszar. Chłopcy szli za kolumną daleko za miasto – do samej bramy koszar, a gdyby nie posterunek przy bramie i te cywilne porcięta – poszliby i dalej. Niełatwo było zostawić ich tam i wracać.
Pod wieczór jednak w mieście było pełno legionistów. Chodzili po ulicach, zwiedzali miasto, zaglądali do sklepów. Nawiązały się znajomości. Żołnierze zaczęli przychodzić do Izby, opowiadać, uczyć. Przynieśli prawdziwy manlicher i piątkę naboi – w prezencie – żeby chłopcy mogli nareszcie poćwiczyć prawdziwą bronią i żeby się jej nauczyli. Wobec Niemców zachowywali się hardo i zaczepnie.

34

Nie schodzili z drogi, a w razie kłótni bili w pysk bez namysłu, aż zęby leciały na bruk. Ponauczali chłopaków nowych nieznanych dotąd piosenek, zaczęli przynosić z koszar manierki, „kochmaszyny”, plecaki, – nawet dwa płótna namiotowe.
Tyle tylko, że klęli. Używali „wyrazów”. Zwłaszcza, gdy się zgadało o Niemcach. Chłopcy byli w rozterce. Prawo zabrania używać „wyrazów”. Nie wiadomo, czy zabrania także słuchać. – Chyba nie, choć jednak i to nie jest w porządku. A znowu, jakże obrazić gościa? Więc udawało się, że się nie słyszy. A i to nie było łatwe.
Bo to nie były takie zwykle przekleństwa znane z miejskich rynsztoków – tylko jakieś inne. Czasem nawet nie było wiadomo, czy to nieprzyzwoicie. Na przykład: „dziadu sakramencki”, albo: „bałagan”, albo jeszcze: „oferma”. Nie. W tych wyrazach nie było nieprzyzwoitości, więc je zaraz chwycili i od rana do nocy nic tylko: „bałagan, dziady sakramenckie, ofermy”.
Po kilku tygodniach pułk został przeniesiony do innego miasteczka. Gorączka ustała. Ale na wiosną przyszedł inny pułk. Tym razem z Drugiej Brygady. Teraz znajomości zawiązały się jeszcze szybciej. Drzwi wszystkich domów w mieście i bramy koszar były otwarte. Miało się legionistów na co dzień i od święta, rozmaitej szarży i wieku. Chłopcy łazili po koszarach, jak po własnym podwórku. Nauczyli się wszelakiej żołnierki. Tak przyszła „Przysięga”.
Pewnego letniego dnia stanął na rynku cały pułk baonami. Pod bronią. Przed frontem stolik, ksiądz w komży, kilku obcych oficerów i jacyś cywile. Cywil przemówił, po tym rozległa się komenda: „do przysięgi wystąp!” Nie wystąpił nikt. Komenda powtórzyła się. Cisza. Pułk stał na baczność, groźnym milczeniem składając nie wiadomo

35

komu meldunek. I nagle rozległ się łoskot. Nie zmieniając postawy, żołnierze zaczęli tłuc żelaznymi stopkami karabinów o bruk jakiś niesamowity werbel, jakiś żelazny protest. Trzaskało żelazo o kamień i chłopcy poczuli nagle, że oto wali się coś w gruzy. Gdy łoskot ustał, wyskoczyli przed front kompanij nie oficerowie, lecz sierżanci. Poderwali je komendą, złamali czwórki i pułk samowolnie odmaszerował z placu do koszar.
Na placu został tylko śmieszny stoliczek, którego nikt nie zabrał.
Chłopcy pobiegli za wojskiem do koszar. Przy bramie stały dwa karabiny maszynowe z obsługą. Rozesłano patrole w okolice, zarządzono ostre pogotowie. Jeśli Niemcy nadejdą, bodziemy strzelać.
Wielu chłopców zostało w koszarach. Chcieli się bić. Innych rozesłano na wywiad. Przeszła noc. Niemcy nie nadchodzili. I jeszcze jeden dzień. I jeszcze noc. I znów dzień. Groza klęski kładła się na zmęczone czuwaniem oczy. Było beznadziejnie wszystko jedno. Aż stało się wiadome. Nie będzie wojny. Dajemy się rozbroić i odjeżdżamy.
Cóż chłopcy mogli na to poradzić. Chyba to, że nie wychodzili z koszar już nawet na noc. Chcieli być aż do końca. Nie cieszyło ich nawet to, że otrzymali wtedy mnóstwo cennego sprzętu: namioty, koce, plecaki, kociołki. Nawet kilka karabinów do nauki.
Pułk odszedł ku stacji kolejowej bez broni. Pociąg jeszcze dłu­ go stał, ale nie było już o czym mówić. Każdy myślał: „niech się to już raz skończy”.
Tak odjechali. A po tym ze świata zaczęły nadchodzić wieści o obozach, procesach, włoskim froncie. Nazwy dotąd nieznane: Beniaminowo i Szczypiorna stały się wszystkim znane i bliskie.

36

Wtedy to wypłynęła w drużynie sprawa P.O. W.
W mieście był oddział tej organizacji. Drużyna o tym wiedziała. Od czasu do czasu urządzano nawet wspólne ćwiczenia w lesie, kilku starszych skautów było już po przysiędze, ale poza tym każda organizacja żyła własnym życiem.
Po rozbrojeniu Legionów sprawa zaczęła wyglądać inaczej. Wojna z Niemcami stawała się jedynym celem życia. Ale chłopcy wiedzieli, że wejście całą gromadą w szeregi P.O. W. rozwali i połamie całą dotychczasową pracę drużyny.
Wiedzieli także a raczej czuli, że rzemiosło żołnierskie, którego szkołą była P.O. W. nie jest wszystkim. Że się tym życia nie wypełni tak bez reszty, jak to się dzieje w drużynie. Że zostaną bez opieki ci najmłodsi, których do P. O. W. nie przyjmą.
A z drugiej strony -jakże to! Stać z boku i patrzeć biernie na klęskę, która już wisi nad głową. Nie chwycić za broń? W takiej chwili?
Zaczęły się rozmowy z komendą Okręgu P.O. W. Z początku szły trudno, – nie można się było porozumieć, niełatwo się było dogadać.
Wreszcie ustalono. Drużyna nie wejdzie do P.O.W. Pójdzie tylko kilkunastu najstarszych, a i oni nie będą włączeni do istniejących już sekcji i plutonów, tylko pozostaną w drużynie i tam będą wykonywać różne prace pomocnicze dla P.O.W. nawet przy pomocy niewtajemniczonych chłopaków. Na tym stanęło.
Do normalnych prac w zastępach przybyły teraz nowe. Robiono wywiady i fotografie dróg i mostów, nocą klejono podziemne odezwy na murach, biegano z pocztą do oddalonych o dziesiątki kilometrów miasteczek i wsi. Chłopcy niby to nie wiedzieli po co się to robi. Udawali, że wierzą, iż to takie skautowe gry, ale z oczu i czasem z ostrożnych

37

 półsłówek widać było, że wiedzą. Jeden Edek robił wywiady mostów na drogach. Porobił to pięknie z rysunkami, jak było nakazane, a potem przyznał się drużynowemu, że z własnej inicjatywy zakopał przy każdym mostku butelkę nafty. Po co? Żeby było czym podpalić. Inni ściągali z domów i kryli po strychach noże kuchenne, szyli z worków plecaki, zbierali suchary. Szykowali się – na wojnę.
Po pewnym czasie na Radzie Drużyny zaczęto gadać, że ten zapał wojskowy ma swoje złe strony. Wszystko idzie w kąt. Rozpływa się w nijakiej mgle to wszystko, co było dotąd ideałem. Buduje się nowy ołtarz – a na nim – karabin. Czyżby idea skautowa była pomyłką? Czyżby to była słabizna, która się rozsypuje w gruzy pod pierwszym podmuchem wojennego wichru?
Na to nie można było przystać. A trudno było wyjaśnić.
Szukano rozpaczliwie jakichś sposobów. Zredukowano ilość ćwiczeń wojskowych – i tak to chłopcy umieli na pamięć. Zreorganizowano drużyną. Zlikwidowane zostały plutony. Drużyną podzielono na patrole.
Chłopcy mieli się sami podobierać wedle przyjaźni i upodobań. Długo trwały namysły, czy aby z tego nie wyjdzie bałagan. Czy chłopcy zrozumieją, o co chodzi. Z wielkim strachem udały się szarże na zbiórkę drużyny, na której miała nastąpić ta rewolucja. Drużynowy wytłumaczył chłopcom, o co chodzi, a po tym komenda: „rozejść się”.
Aza chwilę, już stały na placu, jak młode roje pszczół, nowe patrole. Chłopcy trzymali się za ręce i nawoływali. Kilku niezdecydowanych stało bezradnie na placu. Wołano na nich z kilku stron: i tu i tam byli przyjaciele – kogo wybrać? Tak samo szybko odbył się wybór patrolowych. Było kilku kandydatów, wyznaczonych przez Radę. Rozchwytano ich w mig. Drużyna ustawiła się już w nowym porządku według patroli. Pomysł ten okazał się dobry w skutkach; Chłopcy podobierali

38

 się według specjalnych upodobań i przyjaźni. Mieli całą gromadę wspólnych spraw, ciągle byli razem. Każdy patrol włóczył się teraz nieustannie ze swym patrolowym. Mało im było w Izbie – przychodzili do niego do domu, rano przed lekcjami i wieczorem, kiedy trzeba było piasek w szybę rzucać, żeby otworzył. Starła się w tym bezpośrednim obcowaniu resztka blagi, jaką jeden człowiek w stosunku do drugiego zawsze po trosze ma. Każdy cień fałszu, cięty był zaraz bezlitosnym szyderstwem jak brzytwą i już nie odrastał. Poza oficjalnymi wycieczkami całej drużyny, jęły się wymykać do lasu poszczególne patrole. Mówiło się: „Idziemy zdziczeć”. A inni dodawali: „Niedługo ogony wam wyrosną. Będziecie prawdziwe małpy”.
Chodzili do lasu nawet po kilku. Zmawiali się po lekcjach i biegli byle zdążyć przed nocą. Szczęście, że było niedaleko – nie więcej niż osiem kilometrów. W lesie budowało się szałas z gałęzi. Fason polegał na tym, żeby gałęzi nie ciąć, tylko przygiąć ku sobie rosnące na drzewie lub krzaku, powiązać korzeniami jałowca, pozatykać szczeliny mchem i paprocią, narwać wrzosu na posłanie i już.
Po tym paliło się ognisko i siedziało przy nim, dopóki nie chciało się spać. Czasem zobaczyło się jakieś zwierzątko, czasem trzeszczało coś w borze, czasem popadał deszcz. Wszystko było ciekawe.
Na wszystko warto było patrzeć i szkoda było iść spać. Nawet niewiele rozmawiało się przy ogniu. Wszystko było wiadome, a jedno było ważne, żeby się na całe życie złączyć tak razem i nie dać się rozbić aż do śmierci.
Nawet zima nie odstraszała od lasu. Trudno było przetrzymać na mrozie całą noc. Nie pomagało nawet ognisko. Twarze czerwone od gorąca, a po plecach latał mróz, jak mysz. Ale można było wytrzymać.

39

40

I w tym właśnie była cała uciecha, że można było wytrzymać. Chłopcy, zwłaszcza ci starsi – mogli już wiele wytrzymać.
Edek polecisz z listem. Zapamiętaj dobrze adres, bo nie jest napisany.
Daleko? – Nie, jakieś czterdzieści kilometrów.
Dobrze, polecę.
I Edek leci. Nie przyzna się że jeszcze nie jadł obiadu, że jutro ma korepetycję i wypracowanie z polskiego. Odrabia czterdzieści kilometrów doręcza list i wraca. Nie dali mu tam jeść – nikt przecie nie wiedział, skąd przychodzi, więc ledwo idzie. Ale idzie. Żeby na przekór zmęczeniu – nie idzie do domu, tylko jeszcze do rzeki: wykąpać się, popływać w zimnej wodzie poranka.
Albo wrzody. Od marnego obuwia i lichego ubrania, każdy miał na ciele, a zwłaszcza na nogach pełno wrzodów i wrzodzianek. Jedne się goiły, to wyskakiwały drugie, lepiły się do bielizny, przy każdym ruchu szarpało i krwawiło. Więc chodziło się z tymi wrzodami, dźwigało ciężary, aż same znikły i było po krzyku.
Takim trudem zdobyty od legionistów sprzęt obozowy przepadł na pierwszej zaraz wycieczce. Poszła drużyna do lasu z całym swoim dobytkiem. Rozpięto namioty, nastawiono na ogniu „kochmaszyny”. Łopatki i siekierki pyszniły się w słońcu obok pięknych wojskowych plecaków. 1 nagle jak spod ziemi wyrośli Niemcy. Trzech. Wszyscy z bronią. Zaczął się wrzask. Wszystko było „militar”.
Pod groźbą luf chłopcy zrzucali na gromadę namioty, plecaki, łopatki, menażki. Nienawiść czaiła się w oczach, jak kot.
– A żeby ich tak stuknąć?

41

Mowy nie było. Byli ostrożni. Trzymali się z daleka i broń mieli gotową do strzału. Tak przepadło wszystko. Obozowało się więc po staremu – pod szałasem i było dobrze.
Ale z tej wycieczki wyciągnięto naukę. Wstyd, że Niemcom udało się tak nas zaskoczyć. Nie było ubezpieczeń. Kto o tym pomyślał, że w lesie. A właśnie okazało się, że nawet w lesie są. Więc odtąd chodziło się ciągle w pogotowiu: wróg był wszędzie. Trzeba się było uczyć chodzić koło niego, niemal ocierać się o jego wstrętną skórę, wytrenować w sobie spokój i szybkość decyzji. Było wiele ku temu okazji.
Na rzece był most. Na moście stała „wacha”. Pod mostem nie wolno było przechodzić nawet w dzień. Ale w nocy można było przepłynąć.
Wychodziło się o jakieś pół kilometra w górę rzeki. Ubranie przywiązywało się paskiem do głowy. Niewiele tego było: koszulka i spodenki. Po tym po cichu w wodę i samym środkiem rzeki pod most. Trzeba płynąć bez najmniejszego szelestu: nawet oddech słychać w nocy po wodzie daleko. Cóż dopiero plusk. Ręce wysuwa się przed siebie ostrożnie jak płetwy. Oczy lecą płasko nad samą krawędzią wody, żeby o co nie zaczepić. Co chwila patrzy się w most, który rośnie, jak czarna chmura, przesłania już pół nieba. Czarny nurt staje się szybszy, niesie po cichu, jak wiatr. Most już prawie nad głową. Na tle granatowego nieba koronkowa poręcz. Przy poręczy ciężka sylwetka „wachy”, ze sterczącą tyczką bagnetu. Nurt owija się koło ciała, jak wąż. Teraz już się nie można wycofać.
I nie można się śpieszyć. A właśnie teraz aż kusi, by prawie bezczynne ręce i nogi wyprężyć i rzucić się szczupakiem. Nie wolno. Na głowę nasuwa się noc. Most wali się na głowę, woda pod nim 

42

czarna i zła, jakby była w zmowie z tym Niemcem, który strzeli, jeśli tylko co usłyszy.
Między balami, oślizgłymi od wodorostów chlupoce strach. Drugi strach lata po górnych wiązaniach mostu tuż nad głową. Lada chwila coś może spaść na głowę, coś może chwycić za nogi.
W nocy, na wodzie pod mostem – wszystkie strachy stają się prawdą… Wszystko najgorsze jest możliwe.
A tu właśnie nie można uciekać. Trzeba płynąć wolno, jak topielec. To strasznie długo trwa. Nie można się doczekać momentu, kiedy most ucieknie do tyłu i nad głową ukażą się znów gwiazdy. Ale z tamtej strony też „wacha”. Wiec jeszcze długo trzeba płynąć po cichu i powoli zjeżdżać ku wysokiemu brzegowi, przy którym leży cień czarny, jak atrament, ale już wcale nie groźny, tylko swój. Tu się wyłazi na brzeg i stąd się jeszcze raz patrzy na most, jak na zwycięstwo.
Chłopcy łazili także „dla sportu” po niemieckich urzędach w zmyślonych interesach. Podpatrywali, robili psoty, i szkody, gdzie się dało. Robili to nie dla zabawy. Wiedzieli, że przyjdzie czas, kiedy trzeba będzie z tym gadem stanąć twarzą w twarz do rozprawy. A jeszcze czuli w sobie strach na sam widok pikielhauby, na dźwięk ich szczekliwej mowy, na spojrzenie w krwiożercze nieludzkie ślepia.
Tego strachu trzeba się było pozbyć. Z tym wstrętem trzeba się było oswoić, żeby nie zadrżała ręka, gdy przyjdzie naprawdę uderzyć. Żeby to już było – na śmierć.
W grudniu, któregoś dnia gruchnęła po mieście nowina. Legioniści przyjeżdżają. Do miasta, do opuszczonych koszar, które już zdążono odratować, sprowadzano istotnie internowanych legionistów.

43

Chłopcy pobiegli ku stacji. Stacja była w polu. Za czerwonym budynkiem więzienia kończyło się miasto. Dalej biegła szeroka droga do koszar, a na połowie drogi była właśnie stacja kolejowa. Tu miał stanąć pociąg. Drogą ku stacji ciągnęły tłumy. Każdy dom miał swych znajomych w Legionach. Może są?
Na szosie stały gęsto karabiny maszynowe. Gęste patrole żandarmów z nasadzonymi bagnetami napierały na tłum i spychały go ku miastu. Ale od miasta szły nowe tłumy, więc nie było dokąd się cofać.
Pod groźbą bagnetów ludzie uskakiwali na pole w zimny wiatr i znowu wracali. Chłopcy pchali się do przodu. Mieli już przed sobą wściekłe pyski żandarmów, patrzyli bez drgnienia w te szczekające gęby, nie uciekali przed uderzeniem. Kieszenie i wnętrza bluz mieli pozapychane książkami w twardych oprawach. Nie przebije tego bagnetem, nie złamie kości kolbą, choćby mocno uderzył. Jakoż oberwał ten i ów i tak stali dalej, zawściekając się, że muszą doczekać. Stali do czarnej nocy, a transport nie nadszedł. Kiedy Niemcy zaczęli zwijać posterunki i odchodzić, chłopcy wrócili do domów.
Zmówili się, że przyjdą jutro. Ale transport przybył w nocy. Zatrzymano go w polu i stamtąd wprost popędzono za druty. Kilku uciekło. Położyli się w śniegu a potem przyszli do miasta. Już byli w bezpiecznych kryjówkach.
Trzeba było organizować pomoc dla internowanych. Robiło to całe miasto, robili i chłopcy. Przed Świętami Bożego Narodzenia rozesłano chłopaków po wsiach z listami po ofiary w żywności.
Nigdzie nie odmawiano. Całe wozy jechały ku koszarowej bramie, a chłopcy szli przez zaspy na przełaj, żeby było prędzej, od jednej wsi do drugiej i tam od domu do domu z tym samym poselstwem.

44

Wielu nie zdążyło wrócić nawet na wigilię do domu. Mijali oświetlone okna chałup, widzieli przez szyby choinkowe świece i słyszeli śpiew kolęd, a tu trzeba było jeszcze tyle drogi odwalić. Dopiero ku północy, gdy na drogach ku miastu zjawiły się sznury sań sunących na pasterką do Fary, można się było przysiąść i odpocząć.
Obóz pochłaniał wszystkie dary i ofiary, jakie zdołano zgromadzić i ciągle jeszcze było brak. Chłopcy postanowili urządzić przedstawienie, ale nie u siebie w Izbie – tylko w prawdziwym teatrze, żeby zebrać dużo pieniędzy. Wybrano sztukę. Był to „Pułaski w Ameryce” Nowaczyńskiego. Zaczęły się próby. Na jedną próbę, wlazł niespodziewanie legionista, który uciekł z obozu i nie miał nikogo znajomego w mieście. Zobaczył, że się świeci – i wszedł.
Przebrali go w jakieś teatralne łachy – i co z nim zrobić? Był w mieście jeden nadpalony dom. Spalił się parter, ale na pięterku ocalał pokoik, zawieszony w powietrzu. Drzwi wisiały nad pustką. Chłop­ cy już tam bywali, bo ich korciło wleźć właśnie tam, gdzie nie ma dojścia. Zaciągnęli tam zbiega. Wciągnęli za nim siennik, napalili w pie­ cu i przez kilka tygodni utrzymywali go tam jak kanarka w klatce, dopóki nie dostał lewych dokumentów i mógł spokojnie wyjść.
A przedstawienie się nie odbyło, bo Niemcom wytłukli szyby. Po raz pierwszy zrobiła to P.O.W. Ale się nie bardzo udało. Nie umieli podejść, nie umieli rzucać kamieniami, za wcześnie się wycofali. Byli już za bardzo dorośli na takie dziecińskie wyczyny. Chłopcy orzekli, że oni to lepiej zrobią, niechby im tylko pozwolili. Poszedł meldunek do komendy. Pozwoliła.
Na przygotowania było już tylko dwie godziny. Tłuczenie szyb miało się odbyć o dziewiątej wieczór, jak tylko trębacze niemieccy skończą grać capstrzyk.

45

I zaraz po drugiej nucie capstrzyku – kamieniami. Zaczynać od parteru, a potem kolejno: pierwsze piętro, drugie piętro i dalej do końca. Stłuczone szyby policzyć, wycofywać się ogrodami. Zbiórka na cmentarzu wojskowym z raportem o przebiegu akcji. Część starszych

odkomenderowano do patrolowania po ulicach dla interwencji w razie potrzeby lub przykrycia odwrotu, gdyby coś nawaliło. Jednak nie nawaliło nic. Wszystko poszło jak w zegarku. Wszystkie niemieckie urzędy, mieszkania prywatne, a nawet koszary zostały na noc bez szyb. Także i gubernator, chociaż mieszkał w oddzielnej willi w ogrodzie, a przy bramie stał posterunek. Ale za płotem rósł wysoki kasztan.

46

Jak się na kasztan wlazło i rozkręciło na sznurku paczkę żelaznych muter, to wjechała panu gubernatorowi wprost na łeb i na biurko. Nie przyłapali nikogo. Budynek Feldpolizei (ówczesne gestapo) podparło się od ulicy kołkami, żeby drzwi nie mogli otworzyć i już spokojnie rąbano jedno okno po drugim, póki gdzie jeszcze co zostało.
Nazajutrz na miasto nałożono kontrybucję i godzinę policyjną przesunięto na szóstą wieczorem. Na miasto wyszły patrole w hełmach szturmowych, zaczęły się łapanki.
Chłopcy postanowili wykorzystać ten stan dla sprawdzenia swojej umiejętności podchodzenia. Na godzinę dziewiątą wieczór wyznaczono zbiórkę drużyny w parku miejskim. Każdy miał iść w pojedynką przez siebie wybraną trasą.
Zbiórka w zaroślach pod płotem. Mówić nie wolno nic. Wolno tylko psyknąć, gdy się już wpełznie w krzaki.
Chłopcy wiedzieli, że to już nie jest zabawa. To już nawet nie gra. To już jest walka. Jeśli kogo złapią, będą bić, wsadzą do więzienia, mogą nawet zastrzelić. Ale już mieli zaufanie do swoich skautowych umiejętności, umieli się nawzajem podchodzić na wycieczkach, muszą to wypróbować na Niemcach. Oczy się wszystkim zaświeciły, jak wilczkom. – Dobrze, przyjdziemy. I będziemy psykać.
Pod krzakami było bezpiecznie i ciemno. Ale na ulicach paliły się jasno latarnie. Patrole szły jeden po drugim, zgrzytając buciorami o bruk. Więc trzeba było skokami. Od bramy do bramy. Zapadać w ciemne wnęki, przylepiać się do pni drzew, przemykać przez podwórka, ogrody, przełazić przez płoty, trafiać nieomylnie do wypatrzonych w dzień przełazów, nie zaczepić nogą o żadną blachę na śmietnisku i przyjść na czas.

47

O wyznaczonej godzinie na miejscu zbiórki słychać było ze wszystkich stron ciche psykania i szelesty. Jakby wielkie, stado myszy odprawiało tam swój wiec. A była to drużyna. Nikt nic nie mówił. Rozpoznawali się dotykiem palców, jak ślepcy: tylko oczy świeciły w mroku z tej uciechy, że się udało.
Za parkanem chodziły gęsto patrole niemieckie. No tak. Udało się. Można sobie z Niemcami dać radę. To właśnie było najważniejsze. A potem, to już chodzili po mieście, kiedy im się podobało. Znali wszystkie przejścia przez podwórka, ogrody i wertepy. Umieli na pamięć każdą dziurę w płocie, wiec co im Niemcy zrobią.
Latem na początku wakacji wydarzył się ślub. Młoda nauczycielka wychodziła za mąż za opiekuna drużyny. Oboje byli bardzo lubiani, więc chłopcy uradzili, że musi być bukiet, jak stodoła. I to nie z byle jakich badyli: same róże. Dużo róż.
A róż w mieście nie było. Wymarzły jakoś w czasie ostatniej surowej zimy, zresztą, kto w tych ciężkich czasach dbał o kwiatki!
Więc róż nie było. Okazało się jednak, że są. Ale u Niemców.
W jednym z najładniejszych gmachów w mieście Niemcy urządzili szpital wojenny. Były tam całe chmary rannych i zdrowych, sanitariuszy, lekarzy, pucybutów i wartowników. Za domem był duży ogród, w którym ci Niemcy „zażywali świeżego powietrza” i właśnie w tym ogrodzie ocalały róże. Chłopcy zrobili wywiad. Tak jest. Niem­ cy przez cały dzień łażą między różami, nawet noc ich nie spędza do legowisk. Wąchają, dotykają, chrząkają z uciechy.
W nocy wszystkie róże zostały wycięte. Co do jednej. Panna młoda otrzymała bukiet, „jak stodoła”, reszta poszła do harcerek na prezenty,

48

 a żaden Niemiec nie powąchał już od tego dnia polskiej róży. Na przyszły rok kwitły dla swoich.
Tymczasem w drużynie działy się inne sprawy.
Jakoś na wiosnę przyjechał z Warszawy ważny druh na inspekcję. Pytał o kancelarię, a potem o składki, a potem gorszył się, że w Izbie jest hałas i zarządził zbiórkę drużyny. Była zbiórka, był raport, szarża przeszła poważnie przed frontem, a chłopcy stali na baczność i kącikiem oka uśmiechali się. Gdy już było „rozejść się”, obiegli szarżę i prosto z mostu: „Słuchaj, czegoś ty taki ważny, czy ty tak naprawdę, czy tylko udajesz?”
Szarża osłupiała.
Po pierwsze – nie mówi się do mnie „słuchaj” – tylko druhu (drużynowy), a po drugie ja jestem z Głównej Komendy”.
No to co?
Jak to „no to co”?
I trudno się było dogadać.
Szarża orzekła, że to jest bałagan, nie drużyna, a chłopcy, że szarża jest zgoła pomylona.
Najgorzej było na radach drużyny, na których przybysz propagował swoje porządki, a miejscowi zaperzali się w obronie swoich.
Po pierwszym nieudanym spotkaniu nastąpiły inne. Nastrój na nich był coraz mniej oficjalny. Spod wzajemnej obrazy zaczęła coraz śmielej przeglądać prawdziwa przyjaźń, której chłopcy mieli duży zapas i nie żałowali jej obcemu. Można już było spokojniej mówić o tym i o owym. Słuchało się chętnie o tym, jak jest w Warszawie, tym bardziej, że i przybysz już nie wszystko, co tam było, uważał za najlepsze. Wreszcie oswoił się zupełnie. Dostał pseudonim i zrobił się z niego

49

zwyczajny „Grzmot”, dowodził patrolem, nauczył się „dziczeć” i nie obrażał się już, gdy mu byle jaki pętak mawiał: „Słuchaj no Grzmot”. Wrósł z kościami w drużynę i był swój.
Latem zjawił się znów nowy przybysz. Mówił, że z Legionów. Że był kiedyś harcerzem. Bystry, dobrze zbudowany, wszystkiego ciekawy. Chodził z chłopcami do Izby, do rzeki kąpać się, do lasu.
Ciągle dopytywał o różne osoby z miasta i z okolicy. Chłopcy najeżyli się. Zaczęli go tropić po swojemu, że nic nie dostrzegł.
I wykryło się: on chodził co dzień do Feldpolizei. Więc – szpicel.
– Jezus, Maria… harcerz!!!
Poszedł raport do Komendy. Po kilku dniach przyjechał do miasta kurier z P.O.W. Przywiózł na tamtego wyrok śmierci. Tak, znają go. Zasypał całą Łódź i uciekł. Dobrze, że się odnalazł. Próbowali go chłopcy utopić, ale nie szedł na głęboką wodę i zawsze jakiś Niemiec przy nim się plątał. Nie było rady, trzeba go było ustrzelić. Ale to już zrobili peowiacy.
Od tego czasu żaden obcy przybysz nie mógł się pokazać w mieście, żeby go chłopcy zaraz nie „odczytali”. A szpiegów przyjeżdżało coraz więcej. Wydawało im się, że nikt na nich nie zwraca uwagi, a tu każdy ich krok był widziany i dobrze sprawdzany.
Miasto było niewielkie i wyludnione. Chłopcy znali wszystkich mieszkańców, jeśli nie z nazwiska to przynajmniej z twarzy. Każdy obcy natychmiast wpadał w oczy. Pochodzili za nim jeden dzień i drugi i już było wiadomo, gdzie mieszka, co jada, dokąd chodzi, komu dał koszule do prania.
Po nabożeństwie u Fary tłum ludzi z miasta i okolicznych wsi długo jeszcze stał na cmentarzu i ulicy. W tłumie kręcili się szpicle. A chłopcy rozrzucali ulotki. Dla sportu zachodziło się takiego szpicla

50

i sypało całą garść wprost na jego łeb. Nie wiedział, co ma robić: czy łapać fruwające papierki, czy szukać tego, co rzuca. Zanim się zorientował, już ludzie wyzbierali papierki, a tu mu znów zza pleców nowa chmura. Ogląda się, a tu jakieś niewinne panienki, gospodarze ze wsi – nic podejrzanego. I znów nowa chmurka. Znów trzeba ganiać i łatać, – a tu już wszyscy wiedzą: szpicel.
Tak oto drużyna rosła. Nie pęczniała już bez miary, jak to było w początku, ale normalnie rosła. Nie tylko przychodzili nowi. Stale też ubywali. Odchodzili. W pierwszych miesiącach życia drużyny był gwałtowny napływ nowych. Pociągnęła ich musztra, mundurek i obiecywali sobie używania. Uczono ich Prawa. Obkuwali na pamięć, ale nie przejmowali się. Jakoś się człowiek wykręci -jak w szkole.
Ale okazywało się że nie. Nie udawało się i było piekło. Stawiali takiego na baczność, ostrzegali, było piekło. Czasem starał się nakłamać, czasem machał ręką i odchodził. A czasem po prostu nie mógł się zżyć. Był i był w tym zastępie, a ciągle obcy. Próbowali go oswoić a gdy nie szło, machali na takiego ręką i wracali do swoich spraw. Nie miał już wtedy co robić w drużynie. Przychodził, że się wypisze, albo w ogóle nie przychodził i koniec.
Tak, trzeba się było dobrze napracować i nastarać, żeby zostać w drużynie na zawsze. A był jeszcze jeden powód. Dziewczęta. Była w mieście szkoła żeńska i tam była także drużyna. Chodziło się z harcerkami czasem na wspólne wycieczki, urządzało się rozmaite wieczorki i rocznice, pisało się razem „Czuwają”. Było ze strony chłopców w stosunku do dziewcząt trochę wyższości, trochę pobłażliwej opieki i ciekawość, jak one sobie radzą. A im było gorzej. W mieście nie uważano jeszcze że takie skautowanie, jest „odpowiednie” dla młodej panienki

51

z dobrej rodziny. Ciągle tam coś – „nie wypada”. Dochodziło chwilami do grubszych awantur. Był nawet protest zbiorowy z podpisami przeciw nauczycielce, która prowadziła drużynę. Więc chłopcom było żal i starali się, jak mogli ułatwić dziewczętom „harcowanie”.
O umizgach i flirtach nie było mowy. Owszem były takie, które się podobały, ale rzecz ciekawa, nie były to wcale najładniejsze, tylko „najmorowsze”. To znaczy takie, które naprawdę coś robiły w swojej drużynie i były odważne, żeby się nie lękać tego „nie wypada”. Pomagały chłopcom w lekcjach, albo im chłopcy pomagali, potrafiły podłogę wyszorować i uszyć coś i nie wstydziły się na powitanie odpowiadać głośno „czuwaj” – i można było z taką poważnie porozmawiać.
Ale nie wszystkim to odpowiadało. Byli chłopcy, których po staremu ciągnęło na „deptak”, gdzie się spacerowało w tłoku, wymieniało szepty, spojrzenia i westchnienia. Były i dziewczynki które wo­ lały taniec przy gramofonie od nudnej i męczącej wycieczki, po któ­ rej nigdy nie wyglądało się uroczo. Tacy odchodzili.
Nie było to przyjemne. Każdy z pozostałych męczył się przez pewien czas pytaniem: „dlaczego on odszedł?”
Odczuwało się to jako swego rodzaju zdradę. Myślało się z żalem, że to już musiało trwać długo przed tym, zanim się zdecydował, więc była już skaza, było jakieś pęknięcie i tak się z tym żyło, nie wiedząc. Więc udawał? Nie był już swój, a był w zastępie?
Nie były przyjemne takie myśli, toteż każdy „odszczepieniec” przez pewien czas miał dokoła siebie pustkę i chłód w szkole.
Ale i to przechodziło i nikt nie miał żalu, że sobie poszedł.

52

Drużynie to nie szkodziło. Żyła sobie już wedle wyrobionych praw i obyczajów i czekała na ten wielki dzień, kiedy można będzie uderzyć na Niemca.
                                                                      *
To już koniec opowieści. Miałem ją napisać zupełnie inaczej i kończyć się miała też nie tak. Nic na to nie poradzę.
Myślałem, że wysnuje z pamięci tę opowieść jak nitkę, która będzie się porządnie nawijać na stronice, jak kłębek.
A tu wynurzyło się z ciemnej wody niepamięci od razu wszystko, jak kłąb wodorostów, którego nie można rozplatać.
Więc trudno. Niech już tak zostanie.
Nie porządkuję nic, nie układam, nie wyciągam nauk ni krytycznych wniosków. Rozplątujcie to sobie sami, przyjaciele, jeśli wam sią na co zda.
Bo myślę, że wy tak samo dziś, jak my wtedy, szukacie ciągle tej drogi, która prowadzi do prawdziwego Harcerstwa.

A wiem, że to nie łatwo.

 

 

 

1531 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Bracia Grabowscy.

We „Wspólnej Pracy” nr 4 z dnia 21 stycznia 1911 roku zamieszczono poniższą informację: Koncert na rzecz straży ogniowej, z udziałem wychowańców konserwatorjum warszawskiego p.p. [...]