Było ich czterech

BYŁO ICH CZTERECH

Czterech maturzystów z łomżyńskiego gimnazjum im T. Kościuszki.

13 maja 1938 roku dyrektor Józef Tajchert wręczył siedemnastu absolwentom dwóch klas matury, urzędowo nazywane świadectwami dojrzałości. Wśród tych siedemnastu było ich czterech:

Z klasy matematyczno-przyrodniczej (A)
Kazimierz Fulmyk i Antoni Rościszewski

Z klasy humanistycznej (B)
Jan Jaworowski i Zenon Skrzek.

Wszyscy czterej myśleli o studiach wyższych. Ale, aby przed rozpoczęciem studiów mieć „uregulowany stosunek do służby wojskowej”, po otrzymaniu matur wszyscy czterej stawili się na komisji poborowej. Jako maturzystów skierowano ich do szkół podchorążych.
I tak: Kazik trafił do Centrum Wyszkolenia Saperów w Modlinie, Antek – do Szkoły Podchorążych Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim, Janek – do Mazowieckiej Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii w Zambrowie, a Zenek – do Szkoły Podchorążych Rezerwy 18 DP w Zambrowie.
Szkoły podchorążych ukończyli, ale nie dane im było rozpocząć studiów. We wrześniu 1939 roku wszyscy trafili na front, a następnie, unikając niemieckiej niewoli – dalej walczyli o Polskę.
Każdy z nich jest przedstawicielem innej grupy Polaków, z których żadna nie chciała biernie czekać na bieg wypadków, a wszyscy razem doskonale ilustrują skomplikowaną historię polskiego społeczeństwa lat 1939 – 1945.

Janek – „Maryśka” – „rasowy” harcerz – konspirator, oficer, któremu dana była możliwość otwartej walki w Powstaniu i który zginął śmiercią żołnierza.

Antek – „Grot” – wyższy (funkcją, nie stopniem) oficer konspiracji, który nie dostąpił zaszczytu otwartej walki z bronią – zamordowany w obozie.

Zenek – konspirator, zamiast nagrody za czynny udział w walce z Niemcami, skazany na sowieckie łagry, który po tym, jak prawie miliony Polaków, szukał (i znalazł) swoje miejsce w „nowej Polsce”.

Kazik – żołnierz- tułacz, który tak na prawdę nie wie, czy w latach 40-tych podjął słuszną decyzję – pozostania za granicą.

„Maryśka”

Podharcmistrz por. Jan Jaworowski „Maryśka” – dowódca plutonu „Alek” z kompanii „Rudy” harcerskiego batalionu „Zośka” urodził się 16 maja 1920 roku w Łomży. Był uczniem Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki w Łomży i harcerzem działającej przy tym gimnazjum I-szej Łomżyńskiej Drużyny Harcerskiej. W 1938 roku zdał maturę i aby, przed rozpoczęciem studiów mieć „uregulowany stosunek do służby wojskowej”, jesienią 1938 roku zameldował się w Mazowieckiej Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii w Zambrowie, skąd, w 1939 roku jako podchorąży został skierowany do 33 pułku piechoty w Łomży, z którym przeszedł jego szlak bojowy unikając niewoli. Po zakończonej kampanii przedostał się do Warszawy, gdzie podczas okupacji niemieckiej działał w polskim podziemiu zbrojnym i studiował medycynę na tajnych kompletach.

Jak wspomina Zenek Skrzek, przyjęło się w pewnym okresie w klasie, że chłopcy wołali do siebie nie imionami własnymi, a imionami swoich sympatii. On miał sympatię Basię, a więc wołano na niego „Baśka”. Janek miał Marysię – został więc „Maryśką”. To łomżyńskie, szkolne przezwisko obrał sobie jako pseudonim w Szarych Szeregach.
Od pierwszego dnia Powstania, „Maryśka” był, jak wszyscy żołnierze „Zośki’, w pierwszej linii. Zdobywał Gęsiówkę, Pawiak i magazyny na Stawkach. Bronił cmentarzy na Woli i Starym Mieście. Za czyny bojowe został odznaczony orderem Virtuti Militari V klasy oraz Krzyżem Walecznych. Był duszą plutonu. W najcięższych chwilach zawsze uśmiechnięty, rozbawiał wszystkich swoimi słynnymi w całej kompanii, dowcipami. Najlepiej oddaje to wspomnienie „Boruty”:

„… Idziemy na wypad. „Maryśka” idzie przodem sypiąc jak zwykle dowcipami. Wszyscy się śmieją. Kilku chłopców wyznaczonych do zadania w rejonie zachodniego muru cmentarza, uśmiechnięty „Maryśka” poprowadził pod gęstym ogniem…

Ale jak trzeba było potrafił „rzucić mięsem”. Wtedy zaciśnięte zęby zastępowały tak charakterystyczny dla „Maryśki” wesoły uśmiech. Oprócz kawałów, czasami bardzo pieprznych, ale opowiadanych jedynie wtedy, kiedy nie było w pobliżu dziewcząt, zasłynął też grą na fortepianie. Wszędzie gdzie tylko zakwaterował się pluton, „Maryśka” wyszukiwał jakiś instrument i grał. Grał wszystko: melodie sentymentalne i wesołe „kawałki”, ale najczęściej swoją nieśmiertelną „Jalousie”.
We wspomnieniach podkomendnych i kolegów pozostał na zawsze jako odważny, idący do natarcia zawsze na czele izawsze uśmiechnięty, tryskający humorem, oficer – kolega.Czasami tylko na kwaterze usiłował w tym „wojsku świętej Jadwigi”, jak miał w zwyczaju zwracać się niekiedy do swoich żołnierzy, wprowadzać życie garnizonowe – sprawdzanie broni, czystości obuwia, złożenia mundurów… Wtedy, jak mawiali chłopcy, „powiewał nad nimi duch dowódców Maryśki z zambrowskiej podchorążówki”.

22 sierpnia, biegnąc przez podwórze dostał się pod ogień moździerzy. Był tak poharatany, że sanitariuszki nie wiedziały jak go bandażować. Miał w ciele kilkadziesiąt drobnych odłamków. Kiedy niesiono go na noszach do szpitala, chyba pierwszy raz jego żołnierze zobaczyli na twarzy swojego dowódcy zamiast uśmiechu, łzy. Powiedział: „Czołem chłopcy! Trzymajcie się dobrze i czekajcie na mnie. Pewnie niedługo wrócę do was…” Sam pewnie w to nie wierzył.
Pluton objął po nim „Mały Jędrek” (Andrzej Makólski), który poległ już tego samego dnia. „Maryśka” zmarł z ran w szpitalu św. Stanisława 10 października 1944 roku. Miał 24 lata. Spoczywa w kwaterze „Zośki” na warszawskich Wojskowych Powązkach.

„Grot”

Antoni Michał Rościszewski urodzil się 26 września 1920 roku w Warszawie. Rodzice jego – Jan Rościszewski i Maria ze Skłodowskich, byli właścicielami majątku Czernie na wschodnim Mazowszu. Uczył się w Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki w Łomży. Maturę otrzymał w 1938 roku i jesienią wstąpił do Szkoły Podchorążych Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Był żołnierzem z zamiłowania i nie wykluczone, że zostałby oficerem służby stałej. Z życzliwością wspominał nawet znarowione konie artyleryjskie w szkole i „cukanie” – chyba dawną „falę”, bo taka w szkole była. Jak wszyscy podchorążowie, w 1939 roku, otrzymał przydział do jednostki bojowej. Został skierowany do Modlina. Po kapitulacji twierdzy uniknął niewoli i przedostał się do okupowanej Warszawy.
Już w końcu 1939 roku przystąpił do konspiracji. Od 1940 roku był w ZWZ w „Madagaskarze”, a później w „Garłuchu” przyjmując pseudonim „Grot”.

Pułk „Garłuch” powstał w Warszawie w październiku 1939 roku z inicjatywy oficerów 7 Pułku Piechoty Legionów, 3 Dywizji Piechoty Wojska Polskiego. Początkowo był jednostką kadrową działającą w ramach organizacji Orła Białego. Od 1940 roku istniał samodzielnie jako podstawowy oddział Związku Strzeleckiego. Na początku roku 1941 został podporządkowany Dowództwu Okręgu Warszawskiego ZWZ. Pułk został rozwinięty do pełnych stanów etatowych. W okresie od października 1941 roku do kwietnia roku 1942 do pułku włączono pododdziały Warszawskiej Organizacji Wojskowej.
W listopadzie 1941 roku Antoni (nazywany w rodzinie z drugiego imienia – Michałem) Rościszewski zawarł związek małżeński z koleżanką z łomżyńskiego gimnazjum (absolwentką gimnazjum im. Marii Konopnickiej) Haliną Uścińską, która w „Garłuchu” była jego łączniczką. Zamieszkali przy ul. Olesińskiej 5 na warszawskim Mokotowie. W styczniu 1943 urodził się im syn – Jacek.
Por. Rościszewski był w „Garłuchu” oficerem informacji i broni. Pełnił też funkcję adiutanta dowódcy pułku. W jego mieszkaniu odbywały się zebrania dowództwa. Wyjeżdżał na odbiory zrzutów alianckich na podwarszawskie zrzutowiska aby następnie bezpiecznie przetransportować zrzutków i materiały do miejsc konspiracyjnych.
Był doskonale zorientowany w przygotowaniach do Powstania i jego ewentualnym przebiegu. Dlatego 31 lipca 1944 roku, nie zdradzając godziny „W”, powiedział żonie: „Walki w mieście będą straszne, musisz natychmiast z dzieckiem wyjechać”. Kiedy ta odmawiała, poprosił o pomoc ojca Haliny i obaj odprowadzili ją, z półtorarocznym Jackiem, mimo jej sprzeciwów, do kolejki do Zalesia. W ten sposób najprawdopodobniej ocalił i żonę i syna…
Najważniejszym zadaniem działającego na Okęciu 7 pułku piechoty AK „Garłuch”, było natychmiast po wybuchu powstania zdobycie lotniska. Dowództwo Armii Krajowej liczyło bowiem, iż uda się utworzyć tzw. „most powietrzny” łączący Warszawę z bazami aliantów we Włoszech. 1 sierpnia przed godz. 17 wśród zabudowań wsi Zbarż i Zagościniec ukryli się żołnierze, wchodzącej w skład Pułku „Garłuch”, baterii „Kuba”. Ich zadaniem było opanowanie dział przeciwlotniczych chroniących lotnisko Okęcie. Podporucznik Romuald Jakubowski –„Kuba” – zdawał sobie sprawę, że szanse są niewielkie. Na 180 ludzi miał sześć pistoletów maszynowych, trzy karabiny, kilkadziesiąt pistoletów i ok. czterystu granatów. Nieprzyjaciel był liczny i doskonale uzbrojony. Ale rozkaz jest jednak rozkazem.
O godz. 17 żołnierze „Kuby” ruszyli do ataku, biegnąc po płaskim, odsłoniętym ugorze rozciągającym się pomiędzy wsią a lotniskiem. Odezwały się niemieckie ckm-y, a po chwili pojawiły się dwa transportery opancerzone, które zaatakowały baterię z boku. Zginęło 120 żołnierzy, w tym dowódca ppor. Romuald Jakubowski. W momencie załamania się szturmu dotarł do baterii spóźniony goniec od dowódcy pułku z rozkazem o odwołaniu ataku.
Dowódca „Garłucha”, Major Stanisław Babiarz – „Wysocki”, około godz. 16, mimo sprzeciwu komendanta okręgu, zdecydował się na odwołanie ataku. Była to dla niego trudna, ale przemyślana, decyzja. Do pułku liczącego około 2500 ludzi, na miejsca koncentracji w godzinie „W”, nie udało się dotrzeć blisko jednej trzeciej żołnierzy. Jak na oddział powstańczy uzbrojenie było dość dobre, ale biorąc pod uwagę zadania, jakie przed żołnierzami stawiało dowództwo Powstania, była to kropla w morzu potrzeb. Lotnisko było bowiem umocnione zasiekami, bunkrami i silnie obsadzone bronią maszynową. Na domiar złego w ostatniej chwili niemiecka załoga Okęcia została wzmocniona dodatkowymi siłami, a w rejonie Ursusa pojawiły się pododdziały Dywizji Pancerno-Spadochronowej „Herman Göring”. Dlatego mjr „Wysocki” zdecydował się na odwołanie ataku.
Rozkaz ten, chociaż nie zdążył uchronić od tragedii baterii ppor „Kuby” i wywołał zamieszanie wśród pozostałych pododdziałów, ocalił wielu powstańców od niechybnej zagłady. Na przykład kompanii por. Oleńskiego z II batalionu udało się w całości wycofać do Lasów Chojnowskich. Inne oddziały podzieliły się na mniejsze grupki i rozproszyły po okolicznych wsiach próbując połączyć się z oddziałami partyzanckimi, lub, tocząc nierówny bój z nieprzyjacielem, przebijać się do walczącej Warszawy.

Początkowo nieznane były losy por. „Grota”, o którym wiadomo było jedynie, że w godzinie „W” był wśród atakujących lotnisko powstańców. Uznano go za „zaginionego”. Już po upadku powstania rodzina dowiedziała się, że Antoni Rościszewski zdołał wycofać się z grupką powstańców spod niemieckiego ognia na Okęciu, przedostał się do Włoch pod Warszawą i tam, 12 sierpnia, w niewyjaśnionych okolicznościach został aresztowany. Od tego momentu ślad po nim zaginął. Żona i rodzina szukali go po całej Europie. Dopiero niedawno udało się prześledzić jego krótką drogę ku śmierci: – Oświęcim, a po tym obóz koncentracyjny w Natzwiler k/de Vaihingen. Zmarł tam 4 stycznia 1945 roku.
W czasie okupacji i Powstania zginęło łącznie około 525 żołnierzy „Garłucha”. Ekshumowani zostali pochowani we wspólnej kwaterze na Wojskowych Powązkach. Tam też znajduje się symboliczna mogiła Porucznika Antoniego Michała Rościszewskiego – „Grota”

Zenek

Zenon Skrzek urodził się 19 czerwca 1919 roku w Ostrołęce. Wkrótce ojciec jego, naczelnik poczty, został przeniesiony do Suwałk. Kiedy w 1927 zmarł nagle, matka postanowiła opuścić Suwałki i zamieszkać z małym synkiem w Łomży bliżej rodziców i brata.
Naukę szkolną rozpoczął w Łomży w Szkole Powszechnej na Rybakach. Po jej ukończeniu, 27 czerwca 1930 roku zdał egzamin wstępny i został uczniem pierwszej klasy humanistycznej Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Tadeusza Kościuszki. 7 kwietnia 1932 roku zmarła jego mama. Sierotą zaopiekował się brat mamy – Jan Łuba wyższy urzędnik kolejowy. W domu wuja Zenek mieszkał aż do matury.
Jak pisze w swoich wspomnieniach, ogromny wpływ na jego życie miało harcerstwo i Sodalicja Mariańska. Do harcerstwa wstąpił w pierwszej klasie. Był aktywnym harcerzem – zakończył swoją działalność w szkolnej drużynie funkcją zastępowego. Brał udział w Międzynarodowym Zlocie Harcerstwa (Jamborre) w Spale w 1935 roku. Bardzo mile wspominał po latach letnie obozy harcerskie, ćwiczenia i zdobywanie sprawności. Obozy harcerskie dały mu wiele tężyzny fizycznej, nauczyły odwagi, krajoznawstwa, zaradności życiowej, dyscypliny, koleżeństwa i wytrwałości. Wszystko to przydało mu się później w szkole podchorążych.
Do Sodalicji Mariańskiej należał od piątej klasy. Sodalicja zbliżyła go do Boga, ugruntowała podstawy wiary, której nie opuścił i później. Dzięki niej miał siłę do przetrwania ciężkich chwil życia, a miał ich bardzo wiele (Wojna z Niemcami w 1939 roku, praca w konspiracji w czasie okupacji sowieckiej i niemieckiej, więzienie niemieckie i sowieckie łagry).
Maturę otrzymał w maju 1938 roku. W sierpniu zdał pomyślnie egzamin na Wydział Weterynaryjny Uniwersytetu Warszawskiego i wziął roczny urlop akademicki w celu odbycia czynnej służby wojskowej. Dostał skierowanie do Szkoły Podchorążych Rezerwy 18 Dywizji Piechoty w Zambrowie

Podchorążówkę ukończył w stopniu kaprala podchorążego, otrzymując przydział do drugiej kompanii, pierwszego batalionu 33 pp. w Łomży. W pułku stawił się w końcu lipca. Początkowo ze swoją kompanią pracował przy budowie umocnień polowych w Nowogrodzie, a następnie, od sierpnia, okopów wzdłuż ulicy Nowogrodzkiej na Skowronkach. W dniach 1 – 11 września na piątnickich fortach walczył w obronie Łomży, skąd wraz z pierwszym batalionem, w nocy z 11 na 12 września, wycofywał się w okolice Zambrowa. Widział zniszczoną bombardowaniami i pożarami Łomżę. Wspominał przygnębiający widok rozbitych i splądrowanych sklepów. Brał udział w walkach 33 pp. w okolicach Zambrowa, Andrzejewa i Łętownicy i należał do tej nielicznej grupy żołnierzy, której udało się wydostać z kotła. W końcu września, unikając niewoli, powrócił do Łomży, gdzie od razu został zaprzysiężony do tajnej organizacji wojskowej.
W kwietniu 1940 roku, zagrożony aresztowaniem przez NKWD, przedostał się do Generalnej Guberni. Nadal działał w konspiracji. W początkach 1943 roku powrócił do pracy konspiracyjnej w Łomży. W kwietniu 1944 roku został w czasie ulicznej łapanki aresztowany przez Gestapo. Z więzienia wydostał się 13 września kiedy do Łomży wkroczyła Armia Czerwona.
Wobec niemożliwości przedostania się poprzez front do zachodniej części Polski, nawiązał kontakty konspiracyjne z ruchem podziemnym w Siedlcach. Powracając do Łomży z tajną prasą zatrzymał się na noc we wsi Krajewo Borowe. Tam w nocy z 23 na 24 października został wraz z gospodarzami aresztowany przez SMERSZ. Przewieziony do Białegostoku, po wielokrotnych przesłuchaniach, został skazany za „…działalność przeciwko ZSRR…” na 5 lat łagru. W gronie podobnych jak on skazańców wywieziono go do Rosji. Przebywał kolejno w obozach: Ostaszków, Riazań i Borowicze. Do Polski wrócił 27 października 1947 roku i w tym samym roku rozpoczął studia na Weterynarii na UW.
Dyplom lekarza uzyskał w roku 1952. W latach 1952 – 60 pracował jako lekarz weterynarii w Orzyszu, Lidzbarku Warmińskim i Wągrowcu. Od 1975 roku był zastępcą wojewódzkiego lekarza weterynarii w Radomiu. W 1981 roku przeszedł na emeryturę, ale pracował na pół etatu. 1982 roku uzyskał dyplom doktora weterynarii. Był żonaty, miał troje dzieci – dwie córki i syna.
Działał społecznie w różnych organizacjach. Należał do TPZŁ od chwili jego powstania w 1958 roku. W roku 1988 przystąpił do Drużyny Weteranów – Harcerzy Ziemi Łomżyńskiej, gdzie w 1990 roku otrzymał stopień Harcerza Rzeczpospolitej, w 1999 roku został decyzją Rady Drużyny nagrodzony godnością „Zasłużony Weteran Harcerstwa Łomżyńskiego”, a w maju 2002 roku przyznano mu „Odznakę 80-lecia ZHP”.
Działał też aktywnie w Klubie Inteligencji Katolickiej w Radomiu, był członkiem Zarządu Związku Sybiraków w Radomiu i członkiem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Był odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Srebrnym Krzyżem Zasługi, Medalem za Udział w Wojnie Obronnej 1939 roku, Krzyżem Zesłańców Sybiru, Honorową Odznaką Sybiraków, Krzyżem więźnia Politycznego i Odznaką Pamiątkową Akcji „Burza”.

Zmarł 14 sierpnia 2007 roku

Kazik

Michał Fulmyk, legionista, po „kryzysie przysięgowym” był internowany w Zambrowie. Uciekł w czasie transportu i ukrywał się w Łomży. Tam ożenił się z córką drobnego szlachcica z Jednaczewa. Tam też wstąpił do 33 pp. z którym odbył całą kampanię.
Pierwszym dzieckiem urodzonym w 33 pp. była córka ppłk Sawickiego, a pierwszym chłopcem ( o czym zawsze mówił z dumą) – on – Kazimierz Fulmyk – urodzony w 1919 roku.
Michał Fulmyk, odchodząc w latach dwudziestych ze służby czynnej, jako legionista otrzymał działkę rolną w Kupiskach, ale rolnictwem się nie zajmował. (Działkę wynajmował miejscowemu rolnikowi) Działał w różnych organizacjach kombatanckich i paramilitarnych. Trzy lata przed wojną został burmistrzem Zambrowa.
Kazik w 1938 roku zdał maturę w gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki w Łomży razem z Antkiem Rościszewskim, Jankiem Jaworowskim i Zenkiem Skrzekiem. Po maturze wstąpił do szkoły podchorążych saperów w Modlinie.
W okresie dwudziestolecia międzywojennego Twierdza Modlin była ważnym garnizonem i magazynem. Znajdowała się tam m.in. Szkoła Podchorążych Broni Pancernych i Centrum Wyszkolenia Saperów. Pełniła też rolę poligonu fortecznego. W 1939 roku, po ukończeniu szkolenia, podchorążowie – saperzy oczekiwali w Modlinie na przydział do jednostek. Tam zaskoczył ich wybuch wojny, który tak wspomina Kazik Fulmyk:
W nocy na 1 września 1939 r. miałem służbę wartowniczą na moście kolejowym w Modlinie. Noc była spokojna i pogodna. Kiedy się rozjaśniło, pokazało się 25 samolotów lecących w moją stronę. Pomyślałem, że to nasi robią ćwiczenia. Raptem samoloty zaczęły pikować i zrzucać bomby. Starali się trafić w most. Wtedy się przestraszyłem. Nie bałem się, że mogą trafić w most, że mogą mnie zabić czy zranić. Bałem się, bo obok był ogromny zbiornik z benzyną. Gdyby tam trafili – pożar byłby nie do opanowania i objąłby ogromną część twierdzy. Ostatecznie trafili w znajdującą się opodal mostu stocznię rzeczną. Most nawet nie był „ruszony”. Głupi Niemcy nie potrafili bombardować: Lecieli nie wzdłuż mostu, a wzdłuż rzeki. Gdyby te 25 samolotów lecąc obok siebie, leciało wzdłuż mostu, albo też „zygzakiem” to prawdopodobieństwo trafienia byłoby większe, a tak, lecąc wzdłuż rzeki trafiali w brzegi, w nurt, ale akurat żadna z bomb nie trafiła w most.
Taki był mój początek wojny 1939 roku”
W kilka dni później z pierwszego rocznika Szkoły Podchorążych Saperów sformowano, Samodzielną Kompanię Zmotoryzowaną Saperów, skierowaną do obrony Warszawy. Kazik dostał przydział do II patrolu rozpoznawczego, którego dowódcą został jego wcześniejszy instruktor z Centrum Wyszkolenia Saperów w Modlinie, por. Jan Kajus Andrzejewski – późniejszy, legendarny „Kapitan Jan” – organizator i d-ca wielu akcji dywersyjnych, a w czasie Powstania d-ca „Brody” – pułku w skład którego wchodziły słynne bataliony: „Zośka” i „Parasol”. ( Poległ w ataku na niemieckie pozycje 31 sierpnia 1944 roku. Odznaczony VM IV i V kl. i trzykrotnie KW).
Rozkazem d-cy Armii „Warszawa” gen. dyw. Juliusza Rómmla z dnia 22 września 1939 roku, wszyscy, wchodzący w skład Samodzielnej Kompanii Zmotoryzowanej Saperów podchorążowie, zostali awansowani na podporuczników, a pięć dni później ppor. Kazimierz Fulmyk rozkazem z dnia 27. IX. 1939 r odznaczony został Krzyżem Walecznych po raz pierwszy.
Po kapitulacji stolicy trzej koledzy z łomżyńskiego gimnazjum – już nie podchorążowie, a podporucznicy: Jan Jaworowski, Antoni Michał Rościszewski i Kazimierz Fulmyk uniknęli niewoli niemieckiej i spotykali się w gościnnym domu państwa Uścińskich zastanawiając się nad swymi dalszymi losami. Janek i Antek postanowili pozostać w Warszawie, a Kazik zdecydował się na powrót do rodziny w Łomży. Gdyby podjął tą decyzję natychmiast po kapitulacji stolicy z pewnością bez trudu powróciłby do rodziny. Ale czekał za długo. Rosjanie zdążyli już zorganizować swoją służbę graniczną i granica była pilnie strzeżona. Przy próbie jej przekroczenia Kazik został złapany i osadzony w sowieckim więzieniu w Łomży. Skazany na pobyt w tzw. „obozie wychowawczym”, po 9 miesiącach przebywania w łomżyńskim więzieniu został wywieziony w głąb Rosji.
Trafił do obozu w pobliżu Archangielska. Tam nowoprzybyłych przydzielano do brygad pracy, przy czym podstawą przydziału była narodowość. Brygady złożone z Polaków były kierowane do cięższych prac, gdzie praktycznie niemożliwe było wyrobienie normy, a co za tym idzie – otrzymanie pełnej normy żywieniowej. (Ilość wydawanej żywności – głównie chleba, zależała od procentu wykonania wyznaczonej normy.) W ten sposób Polaków po prostu wykańczano ciężkimi warunkami pracy i wynikającym z nich, brakiem żywności.
Kazik, oczekując na przydział, spotkał przypadkiem Rosjanina, który znał Łomżę jeszcze z okresu przedrewolucyjnego. Ten z sentymentu do tego mile wspominanego miasta, mając swoje „chody” w obozie, spowodował przydzielenie Kazika do brygady złożonej nie z Polaków, ale wyłącznie z Rosjan. Brygada ta, dzięki „machlojkom” starszyzny obozowej, mimo, że pracowała jak inne, była wykazywana jako wyrabiająca ponad normę i zaliczana do „stachanowców”. Dzięki temu dostawali większe racje żywnościowe. I to pozwoliło Kazikowi jakoś przetrwać te kilka miesięcy zesłania
Po wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej i ogłoszeniu amnestii dla Polaków, Kazik został zwolniony z obozu i jak wielu jemu podobnych rozpoczął „podróż” na południe Rosji. W jej takcie spotkał polską rodzinę złożoną z matki i dwóch córek. Matka nie mogła sobie darować, że gdzieś na trasie wędrówki, na jednej ze stacji etapowych zgubiła najstarszą córkę. Pokazywała wszystkim jej zdjęcie i nie mogła się z tym pogodzić, że być może jej uda się wyjechać za granicę, a córka, jeśli jeszcze żyje, pozostanie na „nieludzkiej ziemi”. Z tą rodziną dotarł do Kujbyszewa, gdzie zrozpaczona matka, nadal poszukując zaginionej córki i oczekując na możliwość wyjazdu, znalazła tymczasowe mieszkanie .
Formowanie jednostek rozpoczęto we wrześniu w Buzułuku, Tatiszczewie, koło Saratowa, oraz w Tockoje na linii kolejowej Kujbyszew – Samara. Po zweryfikowaniu oficerskiego stopnia, Kazik jako podporucznik dostał przydział do piątego batalionu saperów. Przechodząc pewnego dnia, już w mundurze, przez korytarz jakiejś organizacji pomocowej zobaczył siedzącą na tłumoczku dziewczynę, której wygląd go zastanowił. Widział w niej coś znajomego. I nagle olśnienie – na kieszeni bluzki wyhaftowana litera U. Tą bluzkę widział na fotografii poszukującej córki matki. Zapytał – „czy pani nazywa się Urszula Wójcik?” (Tego nazwiska po latach nie był pewien). Dziewczyna patrząc na nieznajomego wojskowego niepewnie odpowiedziała „tak”. On wtedy powiedział – „jeśli pani chce zaprowadzę panią do matki”.
Nie mógł nawet przypuszczać, że podobna sytuacja powtórzy się wkrótce, tylko tym razem on będzie jej bohaterem. A tak to zdarzenie opisuje młodszy z braci Fulmyków – Leszek:
Byliśmy w sowchozie Nowa Put’ pod Kujbyszewem. Zabrali nam tam dokumenty, mimo że byliśmy już wolnymi obywatelami, sprzymierzonymi. Mimo to matka udała się bez dokumentów do ambasady polskiej do Kujbyszewa. Poszła na mszę do polskiego kościoła i tu zdarzył się cud. Spotkała swojego syna Kazia, który poszukiwał nas usilnie. Był w mundurze porucznika saperów. My zostaliśmy sami w sowchozie bojąc się, że matkę mogą zamknąć bez dokumentów. Tymczasem następnego dnia zobaczyłem z daleka nadjeżdżający wóz a na nim mama i Kazio w mundurze! Do dziś ze wzruszeniem wspominam ten moment…
Teraz Kazik poznał losy swojej, pozostawionej w 1939 roku w Kupiskach, rodziny: Kilka dni po wybuchu wojny ojciec, jako burmistrz miasta, dostał od władz zwierzchnich polecenie ewakuacji w kierunku wschodnim. Rodzice, ich dwie córki i młodszy syn, wraz z kilkoma innymi rodzinami, wyjechali do Pińska. Kiedy 17-go września do Pińska wkroczyli sowieci zapadła decyzja powrotu do domu. Po kilkunastu dniach Fulmykowie dotarli do Kupisk, gdzie rozpoczęli gospodarowanie na własnej działce rolnej. Wkrótce ojciec, jako były legionista i wyższy polski urzędnik państwowy musiał uciekać przed bolszewikami. Nie wykluczone, że znalazł się gdzieś w Białymstoku – rodzina nigdy nie otrzymała od niego żadnej wiadomości. 10 lutego 1940 roku matkę, dwie córki i syna, Lecha, bolszewicy wywieźli w rejon Archangielska, gdzie matkę przydzielono do brygady zwożącej drzewo z wyrębów. Kiedy zachorowała, musiał zastąpić ją kilkunastoletni Leszek. Po wielu tarapatach i po uznaniu Polaków za „sojuszników”, rodzina przedostała się w rejon Kujbyszewa…
Odnalezioną cudem rodzinę Kazik sprowadził wkrótce do Dzalal – Abad miejsca zakwaterowania pierwszej dywizji piechoty, skąd matka z córkami, jako rodzina wojskowa, wyjechała do Iranu. Tam po jakimś czasie dotarli też Kazik i Leszek. Oto jego relacja::
…Miałem już prawie 17 lat. Wstąpiłem do wojska, mimo niepełnego wieku. Władze nasze chciały w ten sposób umożliwić wyjazd jak największej liczby ludzi, bo nie było wiadomo, czy uda się wywieźć rodziny. Przyjęli mnie do saperów. Przyjechaliśmy do Buzułuku na krótko przed wyjazdem do Iranu. Było więc sporo kłopotów z zarejestrowaniem nas. W końcu wyjechałem w sierpniu z piątym batalionem saperów. Pamiętam tę radosną drogę. Krasnowodzk, długie molo (….).Dowódcą bazy w Krasnowodzku był pułkownik Berling. Zawsze odprowadzał odjeżdżających i salutował na molo odpływające statki. Chyba żydzi wyjeżdżający z Egiptu do Ziemi Obiecanej nie opuszczali go z taką radością jak my ZSRR. Persja po Rosji była dużym szokiem. Wierzyć się nie chciało, że można wszystko kupić….
Spotkanie moje i brata z pozostałą częścią naszej rodziny było równie niezwykłe. Anglicy ubrali nas w szorty, więc wyglądaliśmy jak harcerzyki. Brat miał 23 lata ale wyglądał bardzo młodo, można go było wziąć za zastępowego (….). Z Pahlavi wyjechaliśmy do Khanaqin, niezwykle wijącymi się górskimi drogami. Przeszedłem jeszcze jedno badanie lekarskie. Byłem wtedy rzeczywiście bardzo drobny. Okazało się, że miałem wadę serca i skrzywienie kręgosłupa.(….) Miałem niecałe siedemnaście lat, gdy zwolniono mnie do cywila. Okazało się, że moja rodzina wyjechała już przed trzema tygodniami do innych obozów uchodźczych. Udałem się do Ahwazu, by znów się dowiedzieć, że dwa tygodnie temu rodzina wyjechała do Karaczi. I dopiero tam ich złapałem. Po trzech tygodniach zawieźli nas konwojem do Wschodniej Afryki, do Mombasy…”

W Afryce cała rodzina przebywała aż do zakończenia wojny. Później stopniowo opuszczali gościnny Czarny Ląd, ale nikt z nich nie zdecydował się na powrót do Polski. W 1948 roku matka z jedną córką przyjechały do Anglii, gdzie już wcześniej znalazł się syn Leszek z drugą siostrą. W latach 50-tych wszyscy, posiadając już własne rodziny, osiedlili się wraz z matką, na stałe w Kanadzie….
Kazik, jako oficer Armii Polskiej na Wschodzie służył w Iranie, Iraku i Palestynie. We Włoszech, ze swoją kompanią saperów, uczestniczył w przygotowaniach do bitwy o Monte Cassino. To m. in. jego kompania wchodziła w skład budowniczych słynnej „Drogi Polskich Saperów” i później utrzymywała ją w stałej gotowości. Ranny przed rozpoczęciem ataku na klasztor znalazł się w szpitalu. Drugi raz został ranny pod Bolnią. Tym razem po opatrzeniu rany pozostał w kompanii. Walczył na całym włoskim szlaku II Korpusu gen. Andersa, aby w stopniu majora „wylądować” ostatecznie na stałe w Anglii.
Jednak mimo dość dobrych warunków materialnych wciąż tęsknił do Łomży, do przyjaciół i stale utrzymywał bliskie kontakty z ostatnim z ich „czwórki” – Zenkiem Skrzekiem. Kiedy przygotowywaliśmy, w 1998 roku, w Oddziale Warszawskim TPZŁ wydanie „Łomżyńskich Wspomnień”, na moją prośbę swoje wspomnienia przysłał i Kazik. Oto ich fragment:
„…. Gawędy prof. Woyczyńskiego i drużynowych uczyły nas miłości Ojczyzny i gotowości ofiar dla Niej. Nasza drużyna harcerska i gimnazjum mogą być dumni ze swych chłopców, którzy sprawdzili się w latach 1939 – 1945, oraz później. Może być również dumne nasze miasto – Łomża. My też jesteśmy z niej dumni. Przecież o niej śpiewaliśmy:

…..W Bombaju panny bledną – Gdy mówi do nich bej – Znam tylko miasto jedno – Gdzie damy wodzą rej. To Łomża, patrząca z Narwi fal – Łomża, co tydzień, koncert, bal! – Łomża, kochana Łomża, największa z twierdz, kobiecych serc!!”

Od siebie nieudolnie dodam:

W tułaczce po tym świecie – Ma Łomża mi się śni – I sercem ciągle wracam – do tamtych jasnych dni. Do Łomży! Jaką ją wciąż pamiętam – taką na co dzień i od święta – Łomża, kochana Łomża! Do niej bym biegł i „kocham” rzekł!

Tak to prawda, że powrót do kraju śnił mi się często. I to zawsze w ten sam sposób. Oto stoję zmęczony na granicy Polski, klękam i zanosząc się płaczem, takim szlochem serdecznym z głębin swego jestestwa, całuję tą ukochaną polską ziemię. I w tym płaczu budziłem się w obcej rzeczywistości. Widziałem Łomżę ostatni raz 12 maja 1940 roku gdy zamknęły się za mną bramy łomżyńskiego więzienia na 9 miesięcy. Potem 8 miesięcy przebywałem w obozie wychowawczym ok. 200 km od Archangielska. Później dostałem się do Wojska Polskiego w ZSRR, a z nim na Bliski Wschód i przez Włochy, do Anglii. Marzyłem stale o dniu powrotu do Łomży, by rozpocząć nowe życie. I tego mi zły los zabronił. Zostały mi tylko sny … oraz wspomnienia….

które starał się możliwie wiernie spisać

Jurek Smurzyński

Zabrania się rozpowszechniania bez zgody autorów.


2729 Ogólnie 2 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Więzienie łomżyńskie.

Więzienie łomżyńskie Zbudowane w 1892 roku więzienie łomżyńskie obejmowało swoim terenem ponad 4.000m2. Kompleks więzienny składał się z kilku murowanych z czerwonej cegły b[...]

Łomża sprzed lat

Ze wzruszaniem oglądałem w czerwcu 2001 r., w Galerii pod Arkadami na Starym Rynku, czarno - białe zdjęcia z połowy lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. …„Wy[...]