Dwadzieścia dni bolszewików w Łomży

Dwadzieścia dni bolszewików w Łomży

Rok 1920 to rok wojny polsko-bolszewickiej, rok „Cudu nad Wisłą” i rok prawie trzytygodniowej władzy bolszewików w Łomży. ( Wkroczyli do miasta 3 sierpnia, a 22 tegoż miesiąca, po ataku 59-go Pułku Piechoty Wielkopolskiej Łomża była już wolna. )

W połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w gronie członków Oddziału Warszawskiego TPZŁ zrodził się pomysł spisania naszych wspomnień. Na prośbę Zarządu odpowiedziało dwadzieścia osób przesyłając swoje rękopisy. Zespół redakcyjny (Stanisław Kalinowski, Barbara Parczewska-Maciejczyk, Halina Miroszowa i ja – jako redaktor prowadzący) opracował nadesłane materiały i w 1998 roku ukazała się wydana drukiem łomżyńskiej „Libry Print” książka „Łomżyńskie Wspomnienia”. Wśród jej 360 stron siedem jest dzisiaj szczególnie aktualnych. Są to wspomnienia pobytu bolszewików w Łomży w sierpniu 1920 roku. Wspomnienia szczególnie ciekawe, bo opisujące zdarzenia widziane oczyma dzieci, a więc świadków dla takich opracowań raczej rzadko spotykanych.

Niestety, książka nasza, której nakład rozszedł się w ciągi kilku pierwszych tygodni, nie doczekała się następnego wydania i dzisiaj jest już, może poza nielicznymi lokalnymi bibliotekami, niedostępna. Dlatego, jako jej redaktor, zdecydowałem się opublikować, w 98-mą rocznicę opisywanych wydarzeń, a dwudziestą ukazania się książki, wspomnienia Bogny Gepner – córki znanego łomżyńskiego chirurga – dr Alfonsa Marcinkowskiego (książka – str. 147-150) i Stanisława Kalinowskiego – autora licznych wspomnień Łomży z początków XX wieku ( str. 47 – 49 ).

Jerzy Smurzyński

* * * * *

Stanisław KaIinowski

DOJRZEWANIE

(….) Obijały mi się o uszy różne informacje o walkach naszych wojsk toczonych pod wodzą Józefa Piłsudskiego na terenach wschodnich. Powtarzało się znane z pobytu w Kijowie nazwisko atamana Petlury. Gdzieś około połowy tego roku, chyba w okresie wakacji szkolnych odbywało się jakieś pożegnanie odjeżdżających na front żołnierzy miejscowego 33 pułku piechoty. Wszystko to nie odrywało mnie od normalnego toku zajęć właściwych mojemu wiekowi. Ponieważ nie obca była mi nazwa Kijowa ( Stach dzieciństwo spędził w Kijowie – przyp. JS) zainteresowałem się wiadomością, że jakoś w początkach maja 1920 roku wkroczyły do tego miasta wojska polskie. Zaraz potem zaczęły nadchodzić wiadomości, które ogromnie zaniepokoiły moich rodziców, mających smutne doświadczenie z okresu rewolucji, że wojska bolszewickie zbliżają się szybko do naszych granic. Tak zaczęły się na nowo nasze przeżycia w kontakcie w niedługim czasie z armią bolszewicką, o której pamięć była wciąż jeszcze we mnie żywa. W ostatnich kilku dniach lipca gwałtowna strzelanina uświadomiła nam, że odbywa się bezpośredni atak na Łomżę. Broniona ona była przez zbudowane jeszcze za czasów carskich forty, wśród których prowadziła na północ, począwszy do Piątnicy, kręta szosa, którą nieraz wędrowaliśmy do pobliskich lasów, piątnickiego i drozdowskiego, na jagody i grzyby, popijając w upalne dni z tryskających na poboczu źródeł czystą, chłodną wodę.

Dom nasz, położony na brzegu wysokiej skarpy, był miejscem z którego doskonale było widać, co dzieje się na szosie piątnickiej prowadzącej w kierunku fortów. Widoczne były stale ruchy wojsk, widać było wozy wiozące rannych do znajdującego się obok naszej posesji szpitala, przemykały się różne osoby cywilne, szczególnie kobiety z zaopatrzeniem dla obrońców fortów. Niebezpiecznie zaczęło być kiedy po paru dniach forty zostały dobyte przez bolszewików i kiedy pojawili się oni na pobliskich pulwach. Zdarzało się, że kule wpadały już do naszego mieszkania (jedna została zachowana przez moją siostrę Jadwigę jako pamiątka, wraz z krucyfiksem w który ugodziła). Po kilku dniach obrony bolszewicy pojawili się w mieście.

Był to początek sierpnia, a więc okres wakacji szkolnych. Rodzice zabronili więc nam dzieciom na wydalanie się z domu, zanim sytuacja jakoś się nie wyjaśni. Co się działo w mieście wiedzieliśmy tylko z różnych odgłosów. Doświadczenia kijowskie pozwalały nam domyślać się, że nie dzieje się nic dobrego . Wkrótce żołnierze bolszewiccy pojawili się i w naszej posesji myszkując po mieszkaniach w poszukiwaniu jakiejś żywności, a pewnie i czegoś do zrabowania. Od zbyt natarczywej penetracji uchronił nas pewien fakt. Po dwu chyba najdalej dniach zaczęły do nas dochodzić zza sąsiadującego z naszą posesją wysokiego płotu przyszpitalnego odgłosy jakby pracującego motoru. Ciekawość nasza zakończyła się stwierdzeniem, że na terenie przyszpitalnym znajduje się jakiś maszt. Okazało się, że była to radiostacja wojskowa, której bezustanne „pykanie” towarzyszyło już nam dniem i nocą przez około 20 dni aż do ucieczki bolszewików. Sąsiedztwo tej radiostacji okazało się dla nas pożyteczne, gdyż jej fachowa obsługa zaglądająca do nas od czasu do czasu przez wyrwę w płocie w poszukiwaniu jakiegoś zaopatrzenia np. w gorącą wodę, odznaczała się spokojnym zachowaniem i nie pozwalała na jakieś wybryki zwykłych żołnierzy. O istnieniu tej radiostacji uzyskałem potwierdzenie dopiero niedawno. W programie I Polskiego Radia w dniu 4 maja 1994 roku prof. Maciej Józef Kwiatkowski, historyk badający dzieje wojny polsko-bolszewickiej w roku 1920 mówił o złamaniu szyfru armii generała Tuchaczewskiego przez zespól specjalistów polskich pracujących na przejętej po dowództwie niemieckim radiostacji w cytadeli warszawskiej, nadawanego przez radiostację w Łomży. Jak powiedział, kierownik zespołu szyfrantów przekazał treść komunikatów o ruchach armii bolszewickiej Józefowi Piłsudskiemu, który miał powiedzieć : „dobrze, wykorzystamy to, ale jeśli to jest kłamstwo, zostaniesz rozstrzelany”. Podjęto również akcję zniekształcania bolszewickiego tekstu przez stałe cytowanie początkowego wersetu z Biblii „ Na początku było słowo, a słowo było u Boga, a Bogiem było słowo itd.”, powtarzanego bez przerwy przez 36 godzin.

Któregoś dnia zamilkła nagle terkocąca bezustannie radiostacja, a przez szparę w płocie zauważyliśmy jakąś gorączkową krzątaninę koło niej. Wieczorem tego dnia rozpoczęła się na naszej Zamiejskiej ulicy istna burza. Zwaliły się całe chmary konnych wozów, podniosły się wrzaski woźniców, słychać było przekleństwa , a nawet pojedyncze wystrzały. Okazało się, że uciekała cala lawina taborów, jak się można było potem zorientować z rozbitych resztek wozów, załadowanych różnym zdobytym mieniem. Ulica Zamiejska łączyła się po swoich skrętach w jedną drogę z ulicą Zjazd, którą sunął również taki sam potok taborów. Piekło jakie się przy tym w mrokach nocy rozgrywało było doskonale słyszalne w naszym domu. Jeszcze przez cały następny ranek obserwowaliśmy z ganku tę bezustannie płynącą rzekę wozów oraz konnych jeźdźców . Koło południa zauważyliśmy, że most prowadzący do Piątnicy dymi, a w jakiś czas potem pojawili się nasi kawalerzyści pędzący przez podpalony most za uchodzącymi bolszewikami. Wiedzieliśmy, że to już koniec panowania bolszewików w Łomży.

Nie orientowałem się oczywiście w sposobie przejmowania miasta przez władze polskie, zapamiętałem tylko jeden szczegół o charakterze krwawym. W załamaniu muru dzielącego gimnazjum żeńskie od terenów szpitalnych rozstrzelano trzech ludzi, wśród których był o ile pamiętam żydowski fryzjer Zabłudowski, za współpracę z władzami bolszewickimi. Mniej więcej z tego samego miejsca przemawiał wkrótce Józef Piłsudski do licznie zgromadzonej na tej samej uliczce i sąsiednim Nowym Rynku ludności.

Minął sierpień 1920 roku i zaczął się nowy rok szkolny w gronie rozproszonych w wakacje kolegów. Z rozmów prowadzonych na temat ostatniej wojny dowiadywałem się o różnych wydarzeniach niektórych starszych kolegów, którzy brali w niej udział i o śmierci niektórych z nich. Wmurowana po niejakimś czasie wewnątrz budynku szkolnego tablica upamiętniła ich ofiarną śmierć. (….)

* * * * *

Bogna Gepner (Marcinkowska)

MOJE WSPOMNIENIA O WOJNIE 1920 r.

Latem pamiętnego roku 1920 Łomża też przeżyła swoją epopeję. Wobec bardzo szybko posuwającej się nawały bolszewickiej, inteligencja masowo opuściła miasto, w tym absolutnie wszyscy lekarze. Mój Ojciec dr Alfons Marcinkowski, chirurg, który od trzech lat kierował miejscowym Szpitalem Powiatowym im. Św. Ducha, został zupełnie sam. Miałam wtedy osiem lat i sporo pamiętam. Pozbawieni opieki (matka już nie żyła ) dużo czasu z siostrą i bratem spędzaliśmy w obrębie szpitala. Mieliśmy swobodę poruszania się, ale nie wolno było wychodzić za bramę. W krytycznych chwilach sypialiśmy w szpitalnej szwalni, skuleni jak kociaki na wielkim ojcowskim futrze do sań. Było mnóstwo pcheł, ale nie przypominam sobie, żebym była głodna- pamiętano o nas w kuchni.

Najstarszy brat, Zbigniew, uczeń Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki, dołączył na ochotnika do miejscowego garnizonu, o ile pamiętam był to 33 p. p.

Obrońcy miasta ulokowali się na przeciwległym brzegu Narwi w pozostałych po I wojnie światowej „fortach”. Wśród nich znalazł się i bohatersko poległ piętnastoletni gimnazjalista – Pusz.

Pierwsi ranni i zabici zaczęli napływać przez most na Narwi, nie mam pojęcia jakimi środkami transportu. Na własne oczy widziałam dwóch Ojców Kapucynów i dwie Żydówki w perukach, którzy wspólnie przynieśli rannego. Pocisk artyleryjski rozbił narożnik sali operacyjnej podczas amputacji kończyny. Nasz dom też został trafiony i na parterze, po ulewie, zgromadziła się woda po kostki.

Moja 16-letnia siostra Wanda, nazywana Danusią, wraz z p. Jaźwińską, która była nauczycielką francuskiego w żeńskim gimnazjum im Marii Konopnickiej, a jednocześnie komendantką harcerek, przeszły ostrzeliwany most niosąc jakieś drobiazgi dla obrońców. O ile pamiętam siostra miała jasiek, obszerny barani serdak i nieco wystałej wiśniówki, którą żołnierze natychmiast wypili. Z żywnością było krucho.

Czy się bałam w tym czasie? Nie, mimo, że często kule karabinowe świstały mi koło uszu, nie wyobrażałam sobie jednak, że mogę być trafiona. Pierwszy raz przestraszyły mnie dopiero okrzyki „Dom doktora się pali!”, bo tam byli moi bliscy. Chciałam biec do nich, ale mnie zatrzymano z powodu silnego ostrzału. Dom jednak nie palił się tylko pocisk artyleryjski, który eksplodował na strychu, wzbił ogromny tuman kurzu przypominający dym. Odłamki dotarły do parteru nie raniąc nikogo.

Po dramatycznej, niezbyt chyba długiej obronie, Łomża została oddana. Szpital był niewielki, zaledwie na 60 lóżek, a tu masowo napływali ranni. Kładzie się ich na podłodze na słomie, Rosjan obok Polaków, w salach, na korytarzach, a nawet w pomieszczeniach gospodarczych. Doktór i 4 Szarytki pracują po kilkanaście godzin na dobę. W tym, okresie prawie nie widywaliśmy Ojca, nie wiedzieliśmy kiedy jadał i sypiał. Czasem mignął nam z daleka – w zakrwawionym fartuchu wyglądał jak rzeźnik.

Zabici i zmarli, których nie nadążono grzebać, leżeli na dziedzińcu czekając na miejsce w kostnicy. Później dowiedzieliśmy się, że Ojciec, przez którego ręce przechodzili wszyscy ranni, nocami przeglądał zwłoki sprawdzając czy wśród nich niema jego syna.

Bolszewicy odnosili się ordynarnie do Szarytek, które opiekowały się również ich rannymi. Poza tym robili dość żałosne wrażenie. Niektórzy byli bosi, inni mieli damskie kaftaniki, jakie wówczas nosiły wiejskie kobiety. Widziało się karabiny na sznurkach, wyglądali też na wygłodzonych, ale było ich „mnogo” jak sami mówili.

Któregoś wieczoru jacyś maruderzy zaczęli walić kolbami w solidne, obite blachą, drzwi naszego domu, grożąc wyważeniem. Stacjonująca w Szpitalu placówka żandarmerii, nie bez trudu i po dłuższych pertraktacjach zdołała ich jakoś odprawić. Obawiam się, że mieszkańcy miasta, mogli mieć mniej szczęścia w podobnych przypadkach, ale nie znam faktów.

Pewnego dnia Ojciec został zawiadomiony, że przydzielono go do wojska i będzie wywieziony „ w poniedziałek”. Dzieci mają zostać na miejscu. Wcześniejsza ofensywa Armii Poznańskiej „w piątek” uwolniła go nieoczekiwanie od tej ewentualności.

Walki o miasto trwały krótko, wydaje mi się, że tylko jeden dzień, który w mojej pamięci zapisał się następująco: Z okna na piętrze zauważyliśmy z siostrą na ul. Wiejskiej (później Okrzei) bolszewików pędzących pośpiesznie ku rzece stado baranów. Z bram strzelali do nich z broni krótkiej pojedynczy cywile, a ludzie wyłapywali rozłażące się zwierzęta. Z głębi rozległego terenu przyszpitalnego nadjechał galopem oficer bolszewicki i usiłował przesadzić drewnianą bramę pod naszym oknem. Koń wyłamał ją po prostu piersią i włączył się w strumień uciekających.

Zabrawszy lornetkę udaliśmy się wszyscy troje do Szpitala. Z wielkiego okna na piętrze roztaczał się szeroki widok na torfowiska nad Narwią tzw. „pulwy”. Tamtędy w kierunku rzeki uciekali pojedynczy kawalerzyści oraz w większej liczbie piesi – ci porzucali karabiny i nawet płaszcze. Polscy ułani szarżowali na nich, wysadzając konnych lancami z siodeł i bodąc pieszych. Nie było widać krwi, widok nie budził grozy, z dużej odległości patrzyliśmy jak na teatr marionetek. Nagle gdzieś niedaleko wybuchła strzelanina i wtedy zaczęłam się bać. Brat zdziwił się „ Przecież dotąd się nie bałaś”. Ale bałam się okropnie, trzęsłam się wprost ze strachu. Napatrzyłam się na tylu rannych i zabitych, że uwierzyłam w istnienie śmierci.

Wkrótce po ustąpieniu bolszewików nadeszły amerykańskie dostawy m. in. żywności i ciepłej odzieży. W odkrytym samochodzie zjawili się amerykańscy lekarze i zabrali w objazd szpitali wojskowych Ojca, który, po studiach w Grazu, jakiś czas pracował jako lekarz w Płd. Afryce i biegle władał angielskim. Nie pamiętam jakim sposobem dowiedzieliśmy się, że Zbigniew leży w szpitalu w Różanie i prosi, żeby go stamtąd zabrać. Z tą misją wybrał się mój drugi brat, Wiesław, zaledwie piętnastoletni, ale bardzo energiczny. Zastał ciężko rannego na podłodze w różańskim szpitalu, bez garstki słomy. Z niemałym trudem zatrzymując po drodze wojskowe podwody, dowlókł go jakoś do domu.

Zbigniew chorował do końca roku, istniała obawa, że nie przeżyje – podejrzewano tyfus brzuszny i plamisty jednocześnie.

To była jego pierwsza wojna, ale nie ostatnia. W 1939 r. walczył ochotniczo bez karty powołania, należał do AK, Niemcy wywieźli go z Powstania do obozu w Sandbostel. W Anglii przeszedł cztery operacje rannej ręki. Po 45 latach emigracji powrócił do Kraju, został odznaczony za udział w wojnie 1920 roku i awansowany do stopnia kapitana. Umarł w Wesołej , w wieku 92 lat.

Dr Marcinkowski pozostał w Łomży do zakończenia w 1937 roku swej aktywności zawodowej. Fanatyk OBOWIĄZKU, miał dewizę „Robić swoje”. Nigdy nie odmówił bezpłatnej porady biedakowi. Jako jedyny chirurg w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, wykonywał ogromną pracę. Mówił „tu jestem potrzebny”. Najbliższy oddział chirurgiczny był w szpitalu białostockim, w Ostrołęce takiego oddziału nie było. Dopiero w połowie lat trzydziestych szpital łomżyński zatrudnił młodego lekarza Wyszogrodzkiego jako drugiego chirurga. Średnia tygodniowa wykonywanych przez Ojca operacji – bardzo często nocą – wynosiła trzynaście, a zdarzało się i sześć w ciągu doby. Te dane uzyskałam w swoim czasie w Bibliotece Lekarskiej przy ul. Chocimskiej, gdzie odnalazłam jego akta. Zakończył bardzo pracowite życie w 1940 roku w Warszawie przeżywszy 76 lat.

PS. Zastrzegam się, że zdarzenia sprzed 75 lat, oglądane oczami dziecka mogły zostać nieświadomie zniekształcone, ale tak je zapamiętałam.

Wesoła, maj 1996 roku.

283 Ogólnie 1 Dziś
  
 

1 Komentarz

  1. Cz. R.
    1 sierpnia 2018  23:21 przez Cz. R. Odpowiedz

    Edward Pusz walczył jako ochotnik w 233 p. p. i lidzkim p. p. Otrzymał ranę postrzałową w głowę. Zmarł 28 sierpnia 1920 r.
    w miejscowości Kazuń, położonej między Modlinem a Nowym Dworem. Podczas bitwy pod Nasielskiem polegli także inni łomżyńscy harcerze: Stefan Wądołowski, Antoni Śledziewski i Tomasz Kuligowski .

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Waciarnia

Waciarnia Watę w końcu XIX wieku wyrabiało w Łomży kilka zakładów rzemieślniczych. Prawdopodobnie była ona niejako „produkcją uboczną” w gręplarniach wełny, gdzie przy pomocy ręcz[...]