Ewakuacja, bimber i „wyzwoliciele”

Ewakuacja, bimber i „wyzwoliciele”

We wrześniu 1944 roku na skutek działań wojennych (front przechodził wzdłuż Narwi) mieszkańcy Łomży zostali ewakuowani.

Zerwany most „żelazny” na Narwi

Zerwany most „żelazny” na Narwi

Stało się to nagle i tak szybko, że każdy był w stanie zabrać wyłącznie niezbędne rzeczy. Zresztą, jak nas informowano, walki miały nie trwać długo, a więc po kilku tygodniach będziemy mogli wracać.
Nasza rodzina, podobnie jak kilka innych, zatrzymała się we wsi Rząśnik koło Ostrowi Mazowieckiej. Państwo Jesionkowie, właściciele niewielkiego gospodarstwa rolnego, wynajęli nam połowę domu tj. pokój z kuchnią. Nasza rodzina liczyła siedem osób (dziadkowie, rodzice, siostra babci, ja i mój czteroletni brat). Razem z nami zamieszkała trzyosobowa rodzina pp. Jabłońskich (małżeństwo łomżyńskich aptekarzy z małą córeczką), a więc w sumie było nas dziesięcioro. To stanowczo za dużo, jak na niewielki pokoik i małą kuchnię, ale cieszyliśmy się, że mamy dach nad głową. Warunki były wyjątkowo prymitywne, wręcz tragiczne, szczególnie jeżeli chodzi i higienę osobistą i nocleg. Spaliśmy wszyscy „pokotem” na słomie na podłodze, ponieważ w pokoju nie było łóżek, tylko maleńka kanapka, stół, krzesła i szafa. Na szczęście wkrótce nasi współlokatorzy wyprowadzili się do szkoły, która udostępniła swoje pomieszczenia ewakuowanym. Teraz było już o wiele wygodniej.
Nasi gospodarze (bezdzietne małżeństwo w wieku ok. trzydziestu lat) okazali się nadzwyczaj dobrymi i uczynnymi ludźmi, to też wkrótce bardzo zaprzyjaźniliśmy się (przyjaźń ta przetrwała przez lata). Ojciec mój wraz z p. Jesionkiem w pobliskim zagajniku zaczęli pędzić bimber, który w owym czasie był doskonałym środkiem płatniczym. Pieniądze nie miały żadnej wartości, praktycznie ich nie było, a za bimber można było zdobyć różne niezbędne rzeczy i produkty.
Czas płynął, a sytuacja nie ulegała zmianie. Najgorsze było to, że minęła połowa października, a my nie mieliśmy ciepłej odzieży. Niedaleko naszego miejsca zamieszkania stacjonował oddział żołnierzy radzieckich będący w stałym kontakcie z wojskiem strefy przyfrontowej i w związku z tym prawie każdego tygodnia z Rząśnika do Łomży jeździła wojskowa ciężarówka. Ojciec mój był człowiekiem niezwykle zaradnym i pomysłowym to też szybko nawiązał kontakt z dowódcą oddziału, który obiecał, że za pewną ilość bimbru wyda polecenie żołnierzom jadącym do Łomży, aby zabrali ojca, a następnie pomogli mu przy załadunku niezbędnych rzeczy i przywieźli z powrotem do Rząśnika. Tak się też stało. Ojciec zawinięty w plandekę, leżąc na platformie ciężarówki szczęśliwie dojechał do Łomży i od razu udał się do naszego mieszkania. Tam przygotował do zabrania tapczan, łóżko, trochę pościeli i odzież zimową. Krasnoarmiejcy po załatwieniu swoich spraw pomogli ojcu załadować wszystko na ciężarówkę, ojca zawinęli w plandekę, ułożyli na platformie i ruszyli. Kiedy przejechali punkt kontrolny, ojciec zadowolony, że wszystko się udało, wyczołgał się spod plandeki, usiadł i zapalił papierosa. Była już ciemna noc i padał rzęsisty deszcz. W pewnej chwili samochód zatrzymał się w szczerym polu, a żołnierze wysiedli z kabiny. Na pytanie ojca, co się dzieje, jeden z nich krzyknął: „Złaź na dół!” Zdezorientowany ojciec ponowił pytanie ale tym razem zobaczył wycelowaną w siebie lufę karabinu i usłyszał : „Złaź i wynoś się do diabła bo będę strzelał!” Jak później opowiadał ojciec, ogarnęła go czarna rozpacz i jednocześnie straszna wściekłość. Było mu obojętne co się stanie, po prostu stracił panowanie nad sobą. Stojąc na platformie ciężarówki zaczął krzyczeć ile sił i wymyślać złodziejom nie przebierając w słowach (wszystko po rosyjsku). Zaskoczeni taką reakcją złodzieje stali jak wryci. Nagle w oddali wśród ciemności błysnęło światło latarki i dał się słyszeć odgłos szybkich, miarowych kroków. Okazało się, że był to patrol złożony z lejtnanta i dwóch szeregowych. Usłyszeli krzyk i przybiegli zobaczyć, co się dzieje. Po wysłuchaniu ojca, dowódca patrolu kazał swoim żołnierzom rozbroić złodziei i załadować ich na ciężarówkę. Jeden żołnierz z patrolu usiadł za kierownicą i ruszyli na posterunek. Tu bandziorów zamknięto w szopie służącej za areszt, a major przeprosił ojca za ten incydent i poczęstował herbatą. Zaproponował też, aby ojciec przenocował na posterunku, a rano dostanie nowego szofera, który zawiezie go do domu. Ojciec serdecznie podziękował i obiecał przesłać przez kierowcę nieco bimbru, co ogromnie uradowało majora. Po przyjeździe do Rząśnika sympatyczny młody kierowca pomógł ojcu pozdejmować wszystko z ciężarówki, załadował kilka litrów bimbru i zaproszony przez ojca wszedł do domu. Siedziałyśmy z babcią w pokoju zajęte robótkami na drutach, a na stole leżał złoty zegarek babci. Chłopakowi na jego widok zaświeciły się oczy. W jednej chwili chwycił zegarek i wrzucił go do kieszeni. Głośne protesty babci skwitował „Niczewo, babuszka, niczewo”, po czym wybiegł z domu, wskoczył do samochodu i odjechał. Babcia bardzo żałowała zegarka, ale dobrze, że tylko tak się skończyła eskapada ojca do Łomży, bo mogło być dużo gorzej. Ważne było, że teraz będzie na czym spać i mamy ciepłą odzież na zimę.
Mijały następne dni i tygodnie, a my ciągle czekaliśmy na powrót do domu. Czas oczekiwania łomżyniacy urozmaicali sobie spotkaniami przy kawie (zbożowej) w czasie których prowadzono ożywione dyskusje na temat aktualnej sytuacji politycznej na świecie. Atrakcji dostarczali nam też czasem nasi „wyzwoliciele”, nie były one jednak przyjemne.
Pewnego popołudnia siedziałyśmy z mamą w pokoju, babcia leżała chora, a mój mały brat ustawiał domki z klocków. Dziadka wezwano do chorego (był felczerem), ojciec pojechał do Ostrowi Mazowieckiej, a ciocia Tosia (siostra babci) wyszła do sąsiadów. Panowała cisza i spokój. Nagle na podwórku rozległy się wrzaski w języku rosyjskim, a po chwili z impetem otworzyły się drzwi i do domu wtoczyło się dwóch kompletnie pijanych krasnoarmiejców z pepeszami. Z ich bełkotu wywnioskowałyśmy, iż wiedzą, że można tu dostać bimber. Mama zaczęła im tłumaczyć, że nic nie wie, ale wkrótce wróci gospodarz, to będą go mogli zapytać. Na to jeden z pijanych zaczął mamie grozić, że ją zastrzeli. Akurat w tej chwili wróciła ciocia Tosia i widząc co się dzieje stojąc na progu zaczęła krzyczeć: „I to są nasi wyzwoliciele? Czekajcie sukinsyny, zaraz pobiegnę do dowódcy waszego posterunku i powiem co wyprawiacie!” W odpowiedzi jeden z krasnoarmiejców „wygarnął” serię z automatu, ale ponieważ ledwie trzymał się na nogach, wszystko poszło w sufit. Ciocia Tosia upadla na ziemię, ale po chwili zerwała się i pobiegła na posterunek. Do pijanych widocznie coś dotarło, bo szybko się wycofali kradnąc po drodze garnek z masłem, który stał na stole w kuchni.
Na następne wydarzenie nie trzeba było długo czekać. Którejś niedzieli przyszedł do nas sołtys z rosyjskim majorem, który oglądał wszystkie domy szukając dla siebie odpowiedniej kwatery. Jak na nieszczęście ogromnie spodobało mu się nasze mieszkanie. Powiedział, że nie musimy się wyprowadzać, bo on będzie urzędował i spał tylko w kuchni, z której będziemy mogli normalnie korzystać. Nie pomogły tłumaczenia, że i tak jest ciasno, uparł się jak osioł.
Nasz nowy współlokator ( w cywilu stolarz) okazał się całkiem przyzwoitym i sympatycznym człowiekiem. Bardzo lubił rozmawiać z babcią, która dobrze znała rosyjski ( w czasie pierwszej wojny światowej dziadkowie kilka lat spędzili w Rosji). Dużo opowiadał o swoich przeżyciach wojennych oraz o swojej rodzinie (miał żonę i dwóch synów), o którą bardzo się martwił. Ordynansem majora był student medycyny Sasza, piękny i inteligentny chłopak. Mieszkał u naszych gospodarzy ( za ścianą). Wieczorami często zbierali się tam sąsiedzi a Sasza pięknie śpiewał rosyjskie piosenki akompaniując sobie na gitarze.
Ordynans codziennie przynosił z kuchni wojskowej obiad dla swojego przełożonego i dla siebie. Babcia zauważyła, że major dostaje zawsze solidny kawal jakiegoś mięsa z ziemniakami, kapustą lub kaszą, a Sasza przeważnie jakąś marną zupę i chleb. Któregoś dnia babcia powiedziała do majora: „Zastanawiam się co wam dała ta wasza wielka rewolucja październikowa. Wymordowano tysiące ludzi i co z tego? Gdzie ta równość, o którą ta rewolucja walczyła? Saszka dostaje gorsze jedzenie, a wy lepsze, dlaczego?” Major odpowiedział, że owszem, równość równością, ale porządek musi być, bo byłoby nie w porządku gdyby ordynans jadał to samo, co jego dowódca. Na takie dictum babcia tylko machnęła ręką i wyszła.
Nadeszło Boże Narodzenie, a my ciągle byliśmy na wygnaniu. Babcia i mama przygotowały skromną wigilię i zaprosiliśmy na nią naszych gospodarzy. Na Gwiazdkę otrzymałam od rodziców używaną książkę „Księżniczka Dżawacha” L. Czarskiej, którą ojcu udało się kupić na rynku w Ostrowi Mazowieckiej. Książkę tę przechowuję do dziś, stanowi ona dla mnie drogą pamiątkę. Czasem otwieram i czytam dedykację: „Ukochanej córeczce na Gwiazdkę podczas wysiedlenia – Rodzice. Rząśnik 24/XII 1944r.” . I łza się kręci w oku.
Do Łomży powróciliśmy w końcu stycznia 1945 roku. Prawie całe śródmieście leżało w gruzach, wiele domów było wypalonych ocalały tylko nieliczne.

Śródmieście - widok od ul. Krótkiej

Śródmieście – widok od ul. Krótkiej

Zarówno nasze mieszkanie, jak i cała kamienica ( na końcu ul. Dwornej ) przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Powybijane szyby w oknach, większość mebli rozkradziona, fortepian rozbity, a w pokoju wypalona w podłodze dziura po ognisku. Na klatkach schodowych porozrzucane naczynia kuchenne, książki, ubrania itp. Wszyscy mieszkańcy kamienicy zabrali się za wyszukiwanie resztek swego dobytku wśród tego rozgardiaszu i za uporządkowanie w miarę możliwości swoich mieszkań. Przede wszystkim należało zabezpieczyć jakoś okna, bo to przecież był styczeń. W miejsce szyb wstawiano znalezione kawałki dykty lub tektury. W niektórych mieszkaniach były porozbijane piece, co nastręczało dodatkowe problemy. Na każdym kroku napotykaliśmy ślady działalności naszych „wyzwolicieli” i dużo czasu musiało upłynąć zanim udało się doprowadzić mieszkania do stanu jakiej takiej używalności.

Piastów, lipiec 2014 r.                                                                                               Iwona Krzepkowska-Bułat

1420 Ogólnie 2 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Ziemia i Groby część II

Ludzie więc chlubią się, że wielkich znali, K’temu jedynie, Iż nie poznają się na wielkim mali Pierwej, aż zginie. „Wielkość” 1861, C.K. Norwid. Nie udało się mi do[...]