Karciarstwo

Gry hazardowe pociągają niektórych dzisiaj tak samo, jak pociągły ich pradziadków sto lat temu. Jeśli byśmy w poniższym artykule obok słowa „karty” dodali „jednoręki bandyta”, czy „automat do gry” ( maszyny umieszczane obecnie najczęściej w salonach gier bądź pubach i klubach), można by go uznać prawie za aktualny.

Redakcja serwisu

Karciarstwo

Teorja wszelkiego rodzaju gier oparta jest rachunku prawdopodobieństwa. który, aczkolwiek operuje na zjawiskach przypadkowych, daje mimo to rezultaty zupełnie ścisłe. Zasady tego rachunku są proste i wiele zadań odnośnych daje się rozwiązać bardzo łatwo, należy tylko wiedzieć i pamiętać, co stanowi o stopniu prawdopodobieństwa. Mianowicie szanse każdego wydarzenia, wyrażają się przez stosunek ilości przypadków, sprzyjających danemu wydarzeniu, do ogólnej ilości wszystkich możliwych przypadków. Stąd wynika bezpośrednio, że mając do czynienia naprzykład z talją, złożoną z 52 kart, mamy szansę wyrzucenia naprzykład asa treflowego równą jednej pięćdziesiątej drugiej, szansę wyrzucenia asa jakiegokolwiek równą jednej trzynastej, szansę wyrzucenia jakiejkolwiek karty treflowej równą jednej czwartej: stąd wypływa również, że, grając w orła i reszkę, mamy prawdopodobieństwo wyrzucenia orła równe połowie, że prawdopodobieństwo dwukrotnego wyrzucenia kolejnie orla równe jest jednej czwartej; stąd otrzymujemy również odpowiedź, że, grając w dwie kostki, mamy szansę wyrzucenia jednakowych figur równą jednej szóstej, szansę wyrzucenia różnych figur równą pięciu szóstym i t. d. Oczywiście , rozmaitość warunków jest tu bez końca i stąd dla gier wolno żywić wielkie nawet zainteresowanie teoretyczne.
Od układu właśnie tych warunków zależy większa lub mniejsza pomyślność udziału w grze. Naprzykład oczywistym jest, że, gdy ilość przypadków, sprzyjających danemu wydarzeniu, równą jest zeru, to wówczas prawdopodobieństwo staje się niepodobieństwem; że, odwrotnie, kiedy wszystkie możliwe przypadki sprzyjają danemu wydarzeniu, wtedy prawdopodobieństwo staje się pewnością. To znaczy, że napewno przegra ten, kto na przykład zakłada się, że z urny, zawierającej same tylko gałki białe, wyciągnie gałkę czarną; że na pewno wygra ten, kto zakłada się, że z tej samej urny wyrzuci gałkę białą. Jaki skutek będzie w pośrednich warunkach, tego dla I każdej poszczególnej próby przewidzieć nie możemy to właśnie do gry, jako takiej, może pociągać.
Ale zobaczmy jak się mają sprawy w grze nie bezinteresownej, nie dla samych li tylko prób, lecz na pieniądze. A to każdy udział w grze, każde posiadanie losu już przed ciągnieniem loteryjnym, już przed zrealizowaniem gry posiadają pewną wartość, zależną od dwóch czynników: stopnia prawdopodobieństwa wygrania i wielkości sumy, będącej do wygrania, iloczyn z tych dwóch czynników, stanowiący o warunkach gry, ma nawet spe- cjalną nazwę nadziei matematycznej. Łatwym do zrozumienia jest, że, aby gra była sprawiedliwą, wkładka w grze lub cena losu musi sie ściśle równać tej nadziei matematycznej. To znaczy, że, jeżeli za wyrzucenie naprzyklad jednakowych figur w grze w kości mamy otrzymać 60 jednostek monetarnych, czyli wspomniany iloczyn wynosi 10 jednostek monetarnych, to winniśmy wpłacać tytułem wkładki nie mniej, ni więcej jak 10 jednostek monetarnych tej samej wielkości. W przeciwnym razie gra będzie niesprawiedliwą, czyli tak zwaną hazardową.
Niestety, tak dzieje się prawie we wszystkich loterjach, tak dzieje się w większości gier zamiast 10, jak wyżej, jednostek monetarnych trzeba wpłacać nieraz 20 i więcej. Że przytoczymy tu, jako przykład, głośną aferę w ruletę, gdzie bankier wypłaca tylko 36-krotną stawkę, podczas gdy powinien wypłacać wkładkę 38-krotną, bo oprócz 36 numerów jawnych od 1 do 36 włącznie są ponadto w rulecie 2 zamaskowane numery, oznaczone przez 0 i przez 00, a więc razem numerów 38 Oszustwo pozornie mizerne, a jednak już z tych to właśnie dla krótkowidzów ukrytych przywłaszczeń tworzą się fortuny kolosalne, bo w domach gry odbywają się tysiące obrotów codziennie, na tysiące rubli każdy, co w rezultacie tworzy miljony miljonów rubli rocznie, i w tym jest już oświetlenie jednej strony gier: są one niesprawiedliwe, a więc zjawiskiem ujemnym, – wzbogacają nie instytucje użyteczności publicznej, a więc nie zasługują na poparcie.
Ale, niestety, można wyprowadzić i inne jeszcze konsekwencje. Mianowicie, z poprzedniego rozważania również bezpośrednio wynika, że dla sprawiedliwości gry jest koniecznym, aby stawki poszczególnych osób, biorących udział w grze, były proporcjonalne do poszczególnych szans wygrania, jakie te osoby posiadają. Jeżelitedy przeciwstawimy domowi gry pojedynczego gracza, którego wkładka jest wielkością znikomo mała w stosunku do kapitału, jakim rozporządza i obraca taki dom bankierski, to otrzymamy nieunikniony wniosek (można słuszności jego dowieść zupełnie ściśle, dokładnym rachunkiem), że nawet tak zwana gra sprawiedliwa wzbogaca każdy dom gry, a rujnuje jej pojedynczych uczestników. Prawda ta, dotycząca kwestji spodziewanych zysków przez ogół pojedynczych graczy, została zresztą dawno już przesądzoną w praktyce i zapieczętowaną w dosadnym przysłowiu „Nie graj Wojtek…”, które wszak jest wyrazem mądrości narodów.
A skoro wzbogaca się tylko szulernia i znikoma garstka szczęśliwych graczów przygodnych, więc rujnują się wszyscy pozostali, więc rujnują się niezliczone zastępy ogółu. I dąży oto dobrowolnie naród, uprawiający karciarstwo, do upadku na całej linji, bo pod względem i ekonomicznym, i fizycznym, i intelektualnym, i moralnym. Bo czy może ojciec rodziny, wciągnięty w wir karciany i widujący żonę i dzieci zazwyczaj tylko przy obiedzie, być jej faktycznie nie obcym, czy może żyć życiem tej swojej gromadki, czy może być jej prawdziwym opiekunem?! Czy taki ojciec rodziny, o ile do zamożnych Iudzi nie należy, jest w możności utrzymywać stale w równowadze budżet domowy, czy może opędzać wszelkie potrzeby domowe, opłacać kosztowne dzisiaj nauczanie dzieci, czy może przy lada przegranej regulować zobowiązania osobiste, często pod pretekstem zupełnie niewystarczających środków na utrzymanie rodziny zaciągnięte w instytucjach dobroczynności publicznej?! Czy może ten nicpoń młodzieniaszek, całe wieczory na ślepy traf przypadku polujący, nauczyć się myśleć o pracy; czy może on po grze denerwującej do świtu pełnić nazajutrz przytomnie swe obowiązki? Czy może taki osobnik, w karciarstwo wciągnięty, pogłębiać swoje wykształcenie, zazwyczaj mocno niedostateczne; czy może taki mąż znaleźć czas dla tak licznych godziwych instytucji, które ludzi pracy zazwyczaj gwałtownie potrzebują?! Czy gracze, w hazard wciągnięci, regulujący swe długi „honorowe” przy pomocy procentów lichwiarskich, nie stają się żywicielami pijawek społecznych, dzięki którym właśnie tylu ludzi lekkomyślnych brnie w błoto coraz głębiej i głębiej? Czy nie prowadzi karciarstwo do zatraty ekonomicznego zmysłu, który wszak jest niezbędnym warunkiem rządności domowej? Czy mało to razy rachunki, z karciarstwa wynikłe, i zgniła atmosfera, w której żyją ci zawodowi szulerzy, prowadziły zabłąkanych aż do samobójstwa?! Czy nie były znane przypadki, że hazard doprowadził do takiego upodlenia, że jako zapłatę oddawano córki i żony?!
Z powyższego zdawałoby się być jasnym, że karciarstwu nie należało się żadne poparcie i zdawna już powinno było przejść na smutne karty historji. Niestety, tak nie jest: mądrość narodu pozostała na papierze, grają wciąż Wojtki, a liczba ich – miljon. Co gorsza, ostatniemi czasy mnożą się fakty, świadczące, że karciarstwo nie tylko dalej prosperuje, ale bodaj coraz lepiej kwitnie, i w sercu kraju, i na prowincji, – a i tu u nas, nad Narwią. Raz po raz wyczytujemy w prasie codziennej, że tu lub owdzie świeżo odkryto nową kryjówkę gry hazardowej, a jej bohaterowie są obecnie przez policję ścigani. Raz po raz dowiadujemy się, że pod firmą klubów towarzyskich lub sportowych o najrozmaitszych nazwach ukrywają się najpospolitsze szulernie. Tu, w Łomży, znane są stałym jej mieszkańcom nazwiska niejednej osoby, które od czasu do czasu potrafią w domach prywatnych, tytułem zabawy towarzyskiej, przegrywać po kilkaset rubli jednego wieczora; znane są nazwiska całego szeregu osobników, co już grają nie zrzadka, nie od niedzieli i święta, i, co mają jeszcze coś do przegrania, ale którzy grają z dnia na dzień przez całe wieczory, nieraz w gry hazardowe, mając chyba to, co Wojtek, jeszcze do przegrania.
Czas byłoby pójść za przykładem japońskiego bodajby społeczeństwa i przeciwko ogłupiającemu i demoralizującemu nałogowi zaprotestować.

X. Welkin

Wspólna Praca.  Łomża dnia 1 Października 1910 roku. nr 27 str. 1, 2

71 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.