KONGRES FILOZOFÓW W OKSFORDZIE

KONGRES FILOZOFÓW W OKSFORDZIE.

Wojna wszechświatowa prócz wielu innych prac międzynarodowych przerwała także peryodyczne, w ostatnich dziesięcioleciach przed wojną zainicyowane, zjazdy naukowe. Na polu filozofii od r. 1900 do 1911-go odbyły się cztery kongresy międzynarodowe, a na ostatnim w Bolonii postanowiono zebrać się w r. 1915 w Londynie. Ten piąty kongres międzynarodowy nie doszedł do skutku, natomiast angielskie towarzystwa filozoficzne urządziły 24—27 września roku bieżącego kongres filozoficzny, na który zaproszono filozofów francuskich i kilku gości innych narodowości.
Przez cztery dni kilkaset osób słuchało przemówień na różne tematy od godz. 10-ej rano do 10-ej wieczór z krótkiemi przerwami. Każde posiedzenie było poświęcone jednej kwestyi, a o każdej kwestyi wydrukowano i rozdano uczestnikom kilka głównych referatów.
Największe zainteresowanie budziła nowa teorya Einsteina, profesora berlińskiego uniwersytetu, który poruszył cały świat naukowy jak nikt inny od czasów Darwina. I znowu teorya przyrodnicza wpływa na myśl filozoficzną i religijną, a jeśli brać miarę z treści obrad kongresu oksfordzkiego, to zainteresowanie relatywizmem Einsteina i Bergsona oddala od wielkich zasadniczych zagadnień o istnieniu Boga, nieśmiertelności duszy i wolności woli, o których na tym kongresie mowy prawie nie było.
Gdy Bergson przez całą godzinę mówił o twórczości jakiegoś nieosobistego ducha, bez żadnej wzmianki o jaźni ani o Stwórcy, i owszem traktując szukanie pierwszej przyczyny jako źle postawione zagadnienie, ośmielił się ktoś go publicznie zapytać, czy nieśmiertelność jaźni takie do tych ile postawionych zagadnień należy? I usłyszano zdumiewającą odpowiedź, dowodzącą, że człowiek, który przez angielskich i francuskich filozofów Jest ceniony najwyżej, który na tym kongresie zajmował bez niczyjego protestu miejsce najpierwsze, że ten arcyfilozof o naczelnej kwestyi filozofii nic pewnego nie wie, czyli, że nie jest pewnym własnego swego rzeczywistego istnienia.
Podobnie w dyskusyi o stosunku religii do moralności dwaj profesorowie uniwersytetu w Oksfordzie, I. A. Smith i L. P. Jacks, zastrzegali, że wiara w Boga nie jest koniecznym warunkiem najdoskonalszej moralności, podczas gdy Niemiec baron von Hugel i Francuz J. Chevalier, prof, uniwersytetu w Grenoble, zgodnie bronili teizmu jako podstawy przykazań moralnych. Rzecz to ciekawa, że w rozmowach prywatnych poza posiedzeniami daleko śmielej się zaznaczyły przekonania dotyczące jaźni i Boga, szczególniej wśród młodych Szkotów.
Niezmiernie ważną dla nas była w ostatnim dniu kongresu dyskusya o pojęciu narodowości, w której wzięło udział kilku Francuzów i Anglików, składając liczne dowody swemi przemówieniami, że nie odróżniają narodu od plemienia, państwa i społeczeństwa. Jeśli na kongresie filozofów można spotkać takie pomieszanie pojęć, to cóż się dziwić, jeśli politycy nie są w słanie zrozumieć naszych narodowych aspiracyi!
W Oksfordzie kwestya świadomości narodowej jako sity duchowej musiała się wydawać bardzo drażliwą wobec strasznej walki, toczonej o niepodległość Irlandyi. Właśnie Balfour, jeden z ministrów odpowiedzialnych za ostre represye stosowane do Irlandczyków, przewodniczył na kilku zebraniach kongresu i także na zebraniu w dniu 27 września, na którem mowa była o zagadnieniu narodowości.
Na tem zebraniu Elie Halévy, socyalista francuski, twierdził, że między Niemcami a Moskwą jest szereg państw „bez przeszłości politycznej i bez granic kulturalnych”, które wzajemnie będą się napadały, jeśli dawna zasada równowagi europejskiej nie zostanie utrzymana.
Inny socyalista, Marcel Mauss, określił naród jako społeczeństwo, które ma stałą władzę centralną, system prawodawstwa i administracyi, równowagę między prawami i obowiązkami ojczyzny! Pierwszym takim narodem w jego oczach było cesarstwo rzymskie, a po niem rozwinęło się siedem lub osiem wielkich narodów i tuzin małych w historyi ludzkości. Niestety, nie wyliczył jakie to państwa za narody uważał, i nie dowiedziałem się, czy Polska lub Irlandya do nich należy. W Jego oczach wzór najwyższy życia narodowego dają Szwajcarya i Norwegia, którym pod względem równowagi wewnętrznej nie dorównywają Francya, Wielka Brytania i Niemcy. Już samo nazwanie Wielkiej Brytanii narodem dowodzi, że Mauss narodu od państwa nie umie odróżnić. Jego ideałem nie jest bynajmniej życie narodowe, tylko porządek i ład państwowy.
Inny Francuz, znany przed wojną jako pacyfista, Teodor Ruyssen, określa narodowość, jako grupę etniczną, pozbawioną niepodległości politycznej, lecz dążącą do uniezależnienia się. Sądzi on, że osłabienie siły rządów poszczególnych narodów przez międzynarodową organizacyę najlepiej zabezpieczy rozwój narodowości.
Czwarty Francuz, René Johannet, powiedział, że państwa bez granic, jak Armenia, Polska lub Czechosłowacya, są potworami o tragicznym a krótkim żywocie. W jego oczach narodowościowa propaganda stwarza tylko chroniczny nieład w wielkich mocarstwach, których byt jest gwarancyą cywilizacyi. Johannet mniema, że świadomość narodowa, podobnie jak dawniej sława dynastyi, jest tylko środkiem lub pretekstem dla ambicyi państwowych, które prowadzą do militaryzmu.
Po takiem orzeczeniu Francuza zaczęli Anglicy swe wywody o sprawie narodowości. Znakomity hellenista, Gilbert Murray, który w czasie wojny dał liczne dowody swego zapału patryotycznego w obronie wolności, twierdził, że uczucia narodowe są źródłem z jednej strony nierozumnej dumy, a z drugiej gotowości do usług bliźnim. Każdy człowiek pyszni się przynależnością do swego narodu, tak jakby ten naród był najlepszym na świecie, a uczucie narodowe wzmaga się zarówno w miarę powodzenia narodu, jak doznanego ucisku Obecnie uczucia te dochodzą do szału na całym świecie wskutek rosnącej dumy ludów zaborczych, które panują nad różnymi narodami bezwzględniej, niż kiedykolwiek panowały w jakiemkołwiek społeczeństwie klasy uprzywilejowane, a także wskutek rosnącej świadomości odrębności każdego narodu i wskutek równolegle wzrastającego ucisku systematycznego ludów panujących. Narody doszły do wzajemnej nienawiści wskutek tajemnych knowań jednych przeciwko drugim, konkurencyi i krzywd sąsiadom wyrządzanych.
Liga narodów ma zapobiec tajemnym intrygom i ograniczyć nadużycia rządów wobec uciskanych ludów, zapobiegając podstępnym napaściom.
Jeśli uda się przeprowadzić te warunki, to świadomość narodowa powoli się przekształci i przestanie być niebezpiecznym szałem. Dziś Serbowie i Bułgarowie nie mogą się znieść wzajemnie, ale, jeśli przez kilka pokoleń zaniechają krzywd wzajemnych, mogą dojść do zgodnego współdziałania, jako uczynni sąsiedzi.
Po Gilbert Murrayu zabrał glos Sir Frederick Pollock, który za czynniki narodowości poczytuje rasę, język, religię, obyczaj i polityczne tradycye, a także geograficzne warunki. Ale żaden z tych czynników nie jest decydującym.

Szwajcarzy są narodem mówiącym trzema językami, Belgowie i Kanadyjczycy mówią dwoma językami, a wielojęzyczność Austryi Sir Frederick Pollock uważa za najmniejszą z jej wad. Z drugiej strony ludzie jednej mowy tworzą różne państwa, jak Austryacy i Prusacy. Jedność religijna też nie jest niezbędną dla narodowego życia. Ważniejszym czynnikiem jest obyczaj i tradycya. Wojna wzmacnia prawdziwe narody, a prowadzi do upadku sztuczne twory, jak państwo Piotra Wielkiego.
Żaden z tych wykładów o zagadnieniu narodowości nie wyraził jasno różnicy między państwem jako budową materyalną, a narodem jako związkiem duchowym.
Przewodniczący tym obradom minister Balfour w przemówieniu swem na zakończenie posiedzenia skorzystał z okazyi, by jasno potępić gwałtowne środki, zapomocą których Irlandya dobija się niepodległości narodowej. Wprawdzie nie wymienił wyraźnie lrlandyi, ale pod osłoną ogólnych pojęć dosyć jasno wskazał na praktyczną walkę, w której sam udział bierze. Wystąpienie jedynego Polaka, obecnego na tem zebraniu, nie dotyczyło szczególnie Polski, lecz usiłowało uwydatnić pomieszanie pojęć w przemowach, w których ustawicznie używano wyrazu naród w znaczeniu państwa.
Jeśli na kongresie filozofów, przy udziale wybitnych uczonych i polityków, okazało się takie niezrozumienie istoty życia narodowego jako życia duchowego wyższego, które posiłkuje się wprawdzie poprzedniemi formami współżycia ludzkiego, jak rasa, Kościół, społeczeństwo, państwo, ale nie opiera się na tych czynnikach, tylko je przetwarza, wnosząc nową silę duchowego powinowactwa jaźni do stosunków społecznych i politycznych, dotąd zależnych od materyalnych względów—to czegóż możemy się spodziewać po konferencyach ambasadorów i innych organizacyach, noszących piętno dawnego ustroju państw zaborczych?
A jednak ta świadomość narodowa, którą my tak żywo czujemy, jeśli ma zyskać warunki swobodnego rozkwitu, powinna być zrozumiana przez ludzi decydujących o losach Europy. Jedną z dróg do uprzystępnienia jej przodującym warstwom zachodnich narodów byłoby urządzenie w Polsce kongresu filozoficznego, na którybyśmy zaprosili filozofów francuskich i angielskich, a także włoskich, belgijskich i amerykańskich, w celu zasadniczej dyskusyi o tych zagadnieniach, które w filozofii europejskiej XIX-go wieku, na skutek krytyki Kanta, Comte’a i ich następców, utraciły
pierwszorzędne znaczenie, jakie miały w filozofii starożytnej i średniowiecznej.
Są to trzy zasadnicze pewniki metafizyki, streszczające się w ideach Boga, jaźni i wolności.
Wolność jaźni prowadzi do związku jaźni bliskich sobie i tworzenia grup narodowych. Naród jest gatunkiem jaźni, który stwarza historyczny byt narodowy na tle dziejów jednego plemienia, wiedzionego przez rozbudzoną świadomość narodową do spełnienia jakiegoś powołania w służbie ludzkości.
Takiem powołaniem Polski jest ochrona Europy przed najazdami wschodnich barbarzyńców i synteza sprzecznych dążeń rozdzierających społeczeństwa zachodnie. Zachodnia cywilizacya polega na wzmagającej się niezależności jednostek od więzów tradycyi religijnej i politycznej, i na dobrowolnej organizacyi tych wolnych jednostek dla celów społecznych im wspólnych i zupełnie świadomych.
W tem dążeniu tworzą się zwalczające się wzajemnie partye i grupy, które w zapale do bezwzględnej wolności nieraz dochodzą do zupełnego lekceważenia istotnych praw Bożych życia ludzkiego. Z drugiej strony despotyzm wschodni, wyłącznie się powołując na prawo Boże, zupełnie lekceważy prawa ludzkie.
Sprzeczność tych dwóch kierunków wyraziła się wewnątrz chrześcijaństwa w rozłamie Kościoła i schizmie. Bizancya, dając władzy świeckiej sankcyę nadprzyrodzoną, doprowadziła w ostatnich swych konsekweneyach do moskiewskiego caratu i jego parodyi w bolszewizmie.
Rozwój prawa jednostki przez Greków poczęty, przez Rzymian ujęty w formy trwałe, doprowadził w ostatecznych swych konsekwencyach do krańcowego radykalizmu demokracyi zachodniej, łamiącego wszelkie prawa Boże, szczególniej przykazania nakazujące szanować życie, mienie i cześć bliźnich.
Między zachodnim rewolucyjnym i bezbożnym radykalizmem, a despotyzmem wschodnim , Chin, Turcyi i Moskwy, przez wieki Polska broniła europejskiej wolności, wprowadzając w życie ideał ofiary dla wspólnej zgody sąsiadujących z sobą a dawniej wrogich sobie ludów. Ten ideał ofiary, wiodący do unii ludów, unii wyznań, unii klas, daje klucz do rozwiązania zagadnień trapiących społeczeństwa zachodnie.
Dyskusya o tych zagadnieniach między zachodnimi filozofami a polskimi myślicielami mogłaby poruszyć najszersze kola opinii wszechświatowej i usunąć uprzedzenia rozpowszechniane przez naszych wrogów co do naszego rzekomego imperyalizmu.
Warto uczynić wielki wysiłek, aby doprowadzić do skutku takie zebranie, na którem wznowionoby dyskusyę zamkniętą przez Kanta nad zasadniczymi pewnikami metafizyki. Zgodnie z tradycyą naszej narodowej myśli stanęlibyśmy w obronie istnienia Boga, Stwórcy świata, i Jego wiekuistych praw moralnych, do których należy wolność nieśmiertelnej jaśni ludzkiej.
Na kongresie oksfordzkim z okazyi rozpraw o relatywizmie Einsteina jeden profesor niemieckiego pochodzenia (F. C. S. Schiller) powiedział, że relatywizm jest zdrowym zwrotem do zasad Pitagorasa, poniewieranych przez europejską filozofię od Platona począwszy. Otóż, gdy relatywizm Einsteina i Bergsona święci swe tryumfy na Zachodzie, my mamy filozofię narodową, opartą na modlitwie Pańskiej, która uznaje bezwzględną rzeczywistość i jaźni wolnej i Boga Wszechmocnego, a godzi jedno z drugiem przez łączność duchów wolnych w pełnieniu powołań narodowych.
Wielce stosownem miejscem dla takiego międzynarodowego zebrania, na którem wznowionoby proces umorzony przez krytykę niemieckich filozofów, byłby gmach, wzniesiony przez butę pruską, jakby mauzoleum grzebiące ducha wolności narodowej polskiej.
Zamek Wilhelma w Poznaniu, służący dziś przeważnie dla celów wyższego nauczania, byłby tłem stosownem dla zasadniczej dyskusyi i o istocie świadomości narodowej. Poznań jest najbliższem Zachodu wśród większych miast polskich, do- stępnem koleją przez Berlin lub morzem przez Gdańsk. Jeśli w Oksfordzie posługiwano się kolejno językami francuskim i angielskim bez tłómaczeń, i kilkaset osób słuchało długich przemówień w obcym języku, to i u nas przez wzgląd na zaproszonych gości prowadzenie obrad w języku francuskim, z dopuszczeniem Anglików i Amerykanów do posługiwania się własną ich mową. nie przedstawiałoby poważnych trudności. Wszyscy nasi filozofowie znają jeden lub oba zachodnie języki władają nimi w sposób wystarczający, by się dać zrozumieć. Przykład kongresu międzynarodowego filozofów, pierwszego po wojnie, odbytego w Polsce, mógłby zachęcić do podobnych innych międzynarodowych zebrań w naszym kraju, a wszelki udział Polski w poważnej pracy międzynarodowej utwierdza jej narodowe stanowisko i znaczenie. Inicyatywa w tej mierze wyjść powinna od polskich towarzystw filozoficznych i psychologicznych, lub wogóle naukowych, jak Akademia krakowska, kasa Mianowskiego, Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu i Wilnie.
Na kongresie w Oksfordzie zastanawiano się przeważnie nad szczegółami—w Poznaniu trzebaby poruszyć najogólniejsze kwestye metafizyki i logiki, otwierając szerokie pole dla wszechstronnej dyskusyi. Jeślibyśmy zdołali ściągnąć w tym celu do Poznania choćby tylko kilkunastu pierwszorzędnych myślicieli Zachodu, co nie stanowi trudności przy ułatwieniu im bezpośredniej szybkiej komunikacyi i zapewnieniu im polskiej gościnności, to uczynilibyśmy pierwszy ważny krok na drodze zapewnienia Polsce ważnego stanowiska w międzynarodowej pracy nad nową syntezą, tłómaczącą zjawiska życia narodowego.

W. Lutosławski.
——————–
Artykuł ten ( w dwóch częściach), publikowany tu w wersji oryginalnej, ukazał się w Tygodniku Ilustrowanym nr 45. z 6 listopada 1920 roku. str. 110, 111 i nr 46. z 13 listopada 1920 roku. str. 130, 131 udostępnionym naszej redakcji przez Bibliotekę Cyfrową Uniwersytetu Łódzkiego.
Informacje o Autorze znajdą Czytelnicy ma naszym portalu pod linkami:
historialomzy.pl/rozwoj-potegi-woli/ Recenzja książki Wincentego Lutosławskiego „Rozwój potęgi woli” napisana przez B Prusa, oraz  historialomzy.pl/sofia-casanova-lutoslawska/ Sofía Casanova Lutosławska
Redakcja.

1093 Ogólnie 2 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Wodniacy

Wodniacy W tygodniu października w Centrum Olimpijskim w Warszawie odbyła się promocja najnowszej publikacji „Wodniacy-pasjonaci wioślarstwa 1878-1939”. Wydawcą książki jest Fu[...]