Kronika Panien Benedyktynek Opactwa Św. Trójcy w Łomży. Część 4

Link do 3 części Kroniki Panien Benedyktynek Opactwa Św. Trójcy w Łomży:
http://historialomzy.pl/kronika-panien-benedyktynek-opactwa-sw-trojcy-w-lomzy-czesc-3/

ROK 1940
21 stycznia … Nasz lokator „naczelnik” sprowadził sobie radio. Dla niego największa przyjemność, a dla nas nowy rodzaj męczeństwa. Nastawia na rozmaite koncerty i koncerciki, deklamacje lub solowe śpiewy, przeważnie niemieckie lub żydowskie. Często zdarza się, że zakonnice w kaplicy odmawiają oficjum lub różaniec, a w pokoju naszego lokatora radio wygrywa najrozmaitsze koncertowe i taneczne urywki. Z rana ledwo się obudzi, zaraz nastawia radio. Przy dźwiękach niemieckiej, żydowskiej lub sowieckiej muzyki przygotowujemy się do Mszy św. Nasz „naczel­nik” jest jednak na tyle delikatny, że zamyka radio, gdy zorientuje się, że u nas odprawia się Msza św. Wie, że do nas codziennie przychodzi „świaszczennik” (ksiądz), aby nam czytać „liturgię” (Mszę Św.). Zaraz po Mszy św. o ile jest w domu, znów radio zaczyna grać. Dwa razy tylko w czasie Mszy św. słuchał radia. Wieczorem, póki nie pokładziemy się spać, radio gra. Dopiero, gdy wyczuje, że wszystkie jesteśmy już w łóżkach, zamyka ulubione radio. W ogóle nie możemy na niego narzekać. Jako człowiek ustosunkował się do nas dosyć przyjaźnie i zachowuje się wobec nas przyzwoicie. Pozuje nawet na naszego przyjaciela i opiekuna. Nazywa nas „bardzo dobrymi kobietami”. Początkowo nie mógł zrozumieć dlaczego zakonnice nie chodzą do niego na rozmowę. Jedna tylko Panna Teresa w razie potrzeby z nim rozmawia.
25 styczeń … Zakonnice rozpoczęły ośmiodniowe rekolekcje. Ojciec Ryszard – Kapucyn zaraz po Mszy św. miał codziennie jed­ną konferencję. Trudne to były warunki przy takiej ciasnocie do prowadzenia rekolekcji. Ostatniego dnia rekolekcji zakonnice w czasie Mszy św. odnowiły śluby.
10 luty … W uroczystość św. Matki Scholastyki zakonnice pierwszy raz po zbombardowaniu klasztoru śpiewały Mszę św. Po Mszy św. Ksiądz Celebrans udzielił nam błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Dziś jak grom z jasnego nieba doszła nas wieść, że Sowieci masowo wywożą ludność do Rosji. W nocy przyjeżdżają do wsi uzbrojeni żołnierze, otaczają dom, każąc całym rodzinom zbierać się, dając im godzinę czasu na przygotowanie do podróży. Przywożą ich na stację kolejową, tu w zamkniętych wagonach, czekają przez dwa lub trzy dni na odejście pociągu. Mrozy ogromne i śniegi w czasie tej zimy. W dniach wywożenia tych zniewolonych ludzi, mrozy dochodziły do 30°C i niżej. Podobno dużo dzieci zamarzło, zanim pociąg wyruszył z Łomży. Kilkaset rodzin wywieziono z rozmaitych okolicznych wiosek. Nikt nie może zrozumieć kogo i za co wywożą. Jedni mówią, że ochotników z wojny z bolszewikami w 1920 r., inni że tych, którzy mieli parcele rządowej ziemi itp. Na pewno jednak nikt nie może twierdzić, że wie – to tajemnica władz sowieckich. Zakonnice ogromnie się przelękły, sądziły bowiem, że lada chwila podjedzie samochód, aby je zabrać i wywieźć. Parę pierwszych nocy spędziłyśmy prawie bezsennie, w nadzwyczajnym napięciu nerwowym. Obawę naszą powiększała i ta okoliczność, że przed kilku dniami była u nas tajna policja sowiecka znana powszechnie pod nazwą G.P.U., szukając jakichś dwóch zakonnic, podejrzanych o szpiegostwo. Nie mając żadnych danych odnośnie poszukiwanych zakonnic, nie mogli się u nas niczego dowiedzieć. Strwożone i przelęknione zakonnice w modlitwie starały się znaleźć ukojenie i wzmocnienie, odmawiając tym gorliwiej „Salve Regina”. Ogromnie martwiłyśmy się o nasze rzeczy wywiezione na wieś. Szczególnie niepokoiłyśmy się o papiery i dowody majątkowe. Aby dowiedzieć się, czy przypadkiem rodziny, u której zostały ukryte, nie wywieziono do Rosji, Panna Alojza udała się w podróż na wieś. Wieś ta znajduje się w odległo­ści 26 km od Łomży. Podróż tę Panna Alojza musiała odbyć pieszo, ponieważ po ogromnej zawiei śnieżnej w nocy, nie można było jechać końmi. Podróż była okropna. Zaspy śniegu nadzwyczaj utrudniały drogę. Wyszła o godz. 12 w nocy. Nadomiar swojego utrapienia Panna Alojza zabłądziła. Przeszło sześć godzin błąkała się w ciemnościach nocnych, po polach, bez świadomości gdzie się znajduje, brnąc po śniegu powyżej kolan. Mróz był duży. Około godz. 5 rano doszła do szukanej wsi, zawdzięczając tę pomoc opiece Matki Bożej. Tu znalazła wszystko w zupełnym spokoju i należytym porządku. Po tej podróży rozchorowała się. Dwa dni przeleżała w łóżku na wsi, nie mogąc się poruszyć. Dopiero po tygodniu wróciła Panna Alojza do domu, nie mogąc wcześniej wyruszyć ze wsi, z powodu złego stanu zdrowia i nowych śnieżnych zawiei. W klasztorze w czasie nieobecności Panny Alojzy powstał nowy przestrach i zamęt. „Lokator” nasz w zaufaniu wielkim ostrzegł, że mają nas z tego domku Sowieci usunąć. Radził więc, abyśmy schowały żywność i same, nie czekając rozporządzenia władz sowieckich rozeszły się po wsiach. Jakie to ostrzeżenie zrobiło wrażenie, to trudno opisać. Bardziej lękliwe zakonnice były za tym, aby rozejść się, większość zaś zdania, aby dotrwać na posterunku do końca, nie ruszając się z miejsca, chyba że przemoc nieprzyjaciół je usunie. Wobec różnicy zdań, postanowiono zasięgnąć rady Księdza Biskupa, jak zakonnice mają się zachować w obecnych okolicznościach.
18 luty … Panna Maura z Panną Marią pojechały naszymi końmi do Kulesz, gdzie przebywał Ks. Biskup. Wobec dużego mrozu i ogromnych zasp śnieżnych podróż była okropna. Jego Ekscelencja wysłuchawszy zakonnic, rozporządził, aby zakonnice pozostały na miejscu, chyba, że otrzymają rozporządzenie władz sowieckich, aby opuściły ten dom. Wówczas, o ile to będzie możliwe, niech po dwie rozejdą się po wsiach jak najbliżej Łomży, aby od czasu do czasu mogły się wzajemnie komunikować i porozumiewać z Przełożoną. Bardzo serdecznie i życzliwie przyjął Ks. Bi­skup zakonnice. Przy pożegnaniu udzielił swojego błogosławieństwa całemu Konwentowi, zapewniając o swoich modlitwach w naszej intencji.
Zgromadzenie przyjęło rozporządzenie Księdza Biskupa z zupełnym poddaniem się.
23 luty … Panna Maura wywiozła do Puchał obrazy kościelne i umieściła je w kościele. Żyjemy stale w wielkim napięciu. Niektóre zakonnice ogromnie się boją wywiezienia do Rosji Sowieckiej, inne zaś są spokojne, ufając Opatrzności Bożej.
28 luty … Dowiedziałyśmy się dziś z rana, że w nocy Sowieci wywieźli Siostry z przytułku. Nie wiadomo gdzie, dokąd, dlaczego? W domu naszym powstał nowy zamęt i przestrach. Spodziewałyśmy się, że i z nami lada dzień stanie się to samo. Niektóre zakonnice ogromnie boją się wywiezienia do Rosji Sowieckiej. Po kilku dniach dowiedziałyśmy się, że Siostry Szarytki pozostają w Łomży. Zwolnione są tylko z dotychczasowych placówek pracy w przytułku. Mieszkają w prywatnym domu, danym im przez Sowietów. Zakonnice nasze lękając się podobnego losu, przez kilka dni usuwały do znajomych i przyjaciół żywność, ubranie itp. rzeczy. Ogromnie to wszystko męczące i denerwujące. Takie ciągłe napięcie, przestrach i niepewność jutra, nie sprzyjają rozwojowi ducha i życia zakonnego. Robimy wszystko co nam ludzka roztropność nakazuje, resztę pozostawiając Panu Bogu.
10 marzec ... Dziś przyszedł do nas urzędnik sowiecki i nakazał, abyśmy w najbliższych dniach postarały się o wyrobienie sobie paszportów. To samo dotyczy ludności cywilnej. Paszporty te mają być z fotografią danej osoby.
11 marzec … Przewielebna Matka Ksieni stosując się do rozporządzenia władz sowieckich, udała się z dwiema zakonnicami we wskazane miejsce w sprawie fotografii i paszportu. Na ulicy było ślisko. Już na miejscu po chwilowym odpoczynku, Przewielebna Matka Ksieni poślizgnęła się i tak nieszczęśliwie upadła, że złamała sobie prawą nogę w biodrze. Omdlałą z bólu, przewiezio­no do domu. Wezwany chirurg stwierdził złamanie nogi. Przewielebna Matka Ksieni cierpi bardzo. Lekarz oświadczył, że na złamanie w tym miejscu nogi, wobec 63 lat chorej, nie ma żadnych środków na przyniesienie ulgi, a o zrośnięciu się kości też nie można marzyć. Wszystkie zakonnice tym nieszczęściem są załamane i obolałe.
15 marzec … Panna Maura z resztą kościelnych rzeczy wyjechała do Puchał. Ksiądz Proboszcz z nowo powstającej parafii Tabędz przysłał pewną gospodynię z zaproszeniem, aby kilka zakonnic przyjechało tam na Wielki Tydzień ubrać grób Pana Jezusa i śpiewem uczestniczyć w ceremoniach liturgicznych ostatnich dni Wielkiego Tygodnia. Jest to biedny kościółek, jeszcze niezupełnie wykończony; nie ma organisty, ani własnego chóru śpiewaków, nie posiada wszystkich potrzebnych przedmiotów do nabożeństw. Chcąc podnieść ducha w parafii, Ksiądz Proboszcz pragnie, aby nabożeństwo urządzić jak najuroczyściej. Ponieważ sam wszystkiego nie może zrobić, prosił zakonnice, aby mu w tym pomogły. Przewielebna Matka Ksieni obiecała, że pozwoli kilku zakonnicom pojechać. Następnego dnia Ksiądz Proboszcz przyjechał, aby się upewnić, czy naprawdę zakonnice przyjadą. Prosił jednocześnie o wypożyczenie naszej monstrancji, bo kościół w Tabędzu je­szcze nie posiada własnej.
17 marzec … Dziś w naszym domu odbył się tzw. „mitting”, to jest pouczenie o konstytucji sowieckiej i o wyborach, które mają się odbyć 24 marca. Przeprowadził go sam komisarz w obecności dwu komunistek Żydówek. Tłumaczył ściśle konstytucję i obowiązki obywatelskie w Sowieckiej Rosji. Bardzo grzecznie odnosił się do zakonnic. W ogóle nie obraził naszych uczuć zakonnych, ani religijnych.
19 marzec … Przyjechały dziś furmanki z Tabędza po zakonnice.
24 marzec … Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego! W naszej kapliczce nie miałyśmy żadnego nabożeństwa w ostatnich dniach Wielkiego Tygodnia. Zakonnice musiały chodzić na miasto do kościoła. Bardzo to dla nas przykre… ale co robić? Dziś również musiałyśmy głosować na kandydatów do sejmu sowieckiego. Wszyscy obywatele są zmuszeni do głosowania, a więc i my. Wieczorem zakonnice powróciły z Tabędza. Nabożeństwa były bardzo piękne, napływ ludności był wielki. Ludzie nie mają słów wdzięczności dla zakonnic, że dopomogły Księdzu Proboszczowi w ubraniu grobu i uczestniczyły śpiewem w nabożeństwie… Pro­szą, aby kilka zakonnic na stałe przeniosło się do Tabędza, obiecując troszczyć się o ich wyżywienie.
W kilka dni potem ludzie z Tabędza wysłali jedną gospodynię jako delegatkę, z oficjalnym zaproszeniem zakonnic na stałe zamieszkanie do Tabędza. Ludność ogromnie pragnie mieć zakonnice u siebie. Jako odpowiedź Przewielebna Matka Ksieni dała obietnicę, że jak najprzychylniej postara się odnieść do próśb ludzi, lecz przedtem musi zasięgnąć rady Księdza Biskupa. Panna Maura pojechała do Tabędza, aby uprzątnąć dekoracje grobu i pochować kościelne rzeczy, które wypożyczyła parafii Tabędz do uroczystych nabożeństw.
12 kwiecień … Znów przyjechali z Tabędza ludzie po zakonnice. Żadna jednak zakonnica nie pojechała, ponieważ jeszcze nie zasięgnęłyśmy rady Księdza Biskupa.
13 kwiecień … Uroczystość Świętego Ojca Benedykta przeniesiona z Wielkiego Tygodnia. Przezacni 00. Kapucyni sprawili nam wielką radość. Dzięki ich staraniu i pomocy, miałyśmy w naszej kapliczce uroczyste Nieszpory i sumę z wystawieniem Najświętszego Sakramentu w monstrancji. Zbyt to wzruszające, aby coś więcej można było napisać o tej uroczystości. Już od siedmiu miesięcy nie widziałyśmy Pana Jezusa w monstrancji. Kochany Pan Jezus nie opuszcza nas. Dzieli z nami wszystkie biedy naszego wygnania. Pozostał z nami i przy nas. Wieczorem Panna Alojza i Panna Małgorzata pojechały do Ks. Biskupa do Kulesz, aby zasięgnąć rady w sprawie Tabędza. Podróż odbyły koleją. Nocowały w wiosce Czarnowie, odległej od Kulesz 4 km. Ksiądz Biskup przyjął nas bardzo serdecznie. Pozwolił kilku zakonnicom przenieść się na pewien czas do Tabędza, motywując to pozwolenie ciasnotą mieszkania. Sowiet, który u nas mieszka, zażądał od nas dla siebie drugiego pokoju. Dziewiętnastu zakonnic nie można było pomieścić w dwóch pokoikach. Ksiądz Biskup pozwolił również na stałe przechowywanie Najświętszego Sakramentu w kaplicy w Tabędzu. Zalecił, aby prowadzono tam życie zakonne, o ile tylko dzisiejsze warunki na to pozwalają, i by Przewielebna Matka Ksieni z chwilą wyjazdu zakonnic do Tabędza, wyznaczyła dla nich przeoryszę.
14 kwiecień … Panna Maura, Panna Alojza, Panna Maria i Panna Mechtylda wyjechały do Tabędza, aby rozejrzeć się bliżej w sytuacji i następnego dnia w niedzielę wziąć udział śpiewem w nabożeństwie. Wieczorem tegoż dnia Panna Maura i Panna Alojza pojechały do Zambrowa w celu złożenia wizyty Księdzu Misiewiczowi, Proboszczowi parafii zambrowskiej, do której należy wieś Tabędz. Siostry oznajmiły Ks. Proboszczowi Misiewiczowi o przeniesieniu się kilku zakonnic do Tabędza. Nie wypadało inaczej zrobić. Nie chciałyśmy bez wiedzy Ks. Proboszcza osiedlić się w jego parafii. Ksiądz Proboszcz przyjął zakonnice dość życzliwie, a nawet serdecznie.
15 kwiecień … Po nabożeństwie zakonnice wróciły do Łomży. Pozostała w Tabędzu tylko Panna Alojza, aby przygotować mieszkanie, zaopatrzyć spiżarnię i załatwić inne sprawy. Mieszkanie nie jest dość wygodne, lecz innego nie można było znaleźć. Kaplica, refektarz, kuchnia i spiżarnia znajdują się w domu, w którym mieszka Ksiądz. Sypialnie zakonnic znajdują się w sąsiednich domach u gospodarzy. Ksiądz oddał nam do użytku cały dom, w którym mieszka, zostawiając sobie tylko jeden pokój. Oddałby chętnie i ten, a sam przeniósł się na wieś, lecz ze względu na miejscowe warunki fundacyjne, uczynić tego nie mógł. Zachodzi bowiem obawa, że kuzynki niedawno zmarłego fundatora i ofiarodawcy tego domu przeznaczonego na plebanię, mogłyby skorzystać z tej okazji, że Ksiądz w tym domu nie mieszka i odebrać go; co przy obecnym rządzie łatwo mogłyby to uczynić.
12 kwiecień … W piątek siedem zakonnic opuściło ciasny domek, w którym obecnie mieścił się klasztor Panien Benedyktynek. Do Tabędza na tymczasowe mieszkanie udały się: Panna Maura jako przeorysza, Panna Wincenta, Panna Maria, Panna Gertruda, Siostra Edyta i Siostra Otylia czasowe profeski. Wyjechała także i Panna Małgorzata, lecz nie zamierzała pozostać w Tabędzu, gdyż chce przejść przez granicę, aby dostać się do Warszawy pod okupację niemiecką. Pewne towarzystwo miało się zebrać w Tabędzu, z którym Panna Małgorzata miała się udać dalej w drogę. Panna Małgorzata panicznie boi się zostać pod panowaniem sowieckim. Pan Bóg jednak chciał, aby nie odłączyła się od Zgromadzenia, bo umówione osoby nie przybyły do Tabędza i Panna Małgorzata po kilku dniach oczekiwania powróciła do Łomży. Wyjazd zakonnic z Łomży do Tabędza nie odbył się bez wielkiego bólu i łez. Tu wrosły. Nic dziwnego, że opuszczanie tych kochanych zgliszcz jest tak bolesne. Z Wolą Bożą pogodzić się trzeba. Ludność Tabędza i okolicznych wiosek ogromnie była uszczęśliwiona przybyciem zakonnic. W Łomży tymczasem po ich wyjeździe powstała okropna panika. Przyszło rozporządzenie od władz sowieckich wywiezienia niektórych osób do Rosji. Zabierano rodziny, których najbliżsi przebywają w więzieniu za przestępstwa polityczne; żony, matki i rodzeństwo, najbliższą rodzinę byłych polskich oficerów i innych urzędników państwowych. Rodziny dawnych policjantów i wojskowych. Co działo się w mieście nie da się opisać. Okropny to był dzień. Dzień łez, głośnych jęków i żałoby.
14 kwiecień … W Tabędzu wielka uroczystość. Na sumie w podniosłej przemowie Ksiądz W. Zajkowski uroczyście powitał zakonnice i oznajmił ludności, że od chwili konsekracji w czasie Mszy św. Pan Jezus pozostanie w Tabędzu na stałe. Po sumie wystawienie Najświętszego Sakramentu w puszce, suplikacje i błogosławieństwo. Na zakończenie „My chcemy Boga”. Najświętszy Sakrament pozostał w kościele do Nieszporów. Po nich Ksiądz sposobem zwykłym, jak do chorego, przeniósł Pana Jezusa do ka­plicy. Ludność była ogromnie rozrzewniona. Ksiądz Biskup nie pozwolił na stałe przechowywanie Najświętszego Sakramentu w kościele, gdyż nie był jeszcze zupełnie wykończony i obawiał się, aby w dzisiejszych czasach nie było profanacji. W kaplicy zaś po­zostawał pod bezpośrednią strażą Księdza.
Ludność w Tabędzu życzliwie odnosiła się do zakonnic. Zaraz po ich przybyciu, gospodarze zebrali zboże na chleb, gospodynie zaś dostarczały codziennie mleko, jaja itp. żywność. Szczególną jednak opiekunką zakonnic była pani Kornelia Rutkowska, osoba bardzo pobożna, wiele zasłużona przy budowie kościoła. Jej to głównie zawdzięcza Tabędz, że dziś ma kościół. To z jej inicjatywy ta świątynia Pańska powstała. Pani Rutkowska wiele się napracowała i nacierpiała zanim kościółek stanął w Tabędzu.
29 kwiecień … W nocy złodzieje dostali się do naszego domu w Łomży. Ukradli sporo słoniny, futro Księdza Prałata Wądołowskiego, bieliznę Panny Wincenty i Panny Stanisławy. W kilka dni po tym wezwano zakonnice na posterunek milicji i oddano trochę skradzionych rzeczy. Schwytano bowiem tych złodziei i zabrano im część przedmiotów, których nie zdążyli sprzedać czy schować. Były to tylko drobnostki, lepsze zginęły bezpowrotnie.
1 maj … Panna Alojza pojechała do Tabędza, przebywającym tam zakonnicom dowieść trochę żywności i monstrancję na majowe nabożeństwo. Kościół w Tabędzu jest tak biedny, że nie posiada jeszcze własnych naczyń liturgicznych. Wiele z nich wypożyczyliśmy, między innymi i monstrancję. Nad ołtarzem wielkim wisi nasza Matka Boża w obrazie, na ołtarzu znajduje się tabernakulum z naszego kościoła. Figury naszych świętych Maura i Placyda stoją obok ołtarza. W ogóle cały wielki ołtarz przypomina nam ołtarz a naszego kościoła w Łomży. Majowe nabożeństwo w Tabędzu odprawia się bardzo uroczyście. Pan Jezus jest wystawiony w monstrancji, zakonnice z ludem śpiewają litanię do Matki Bożej. Codziennie Ksiądz na nabożeństwo przynosi Pana Jezusa z kaplicy do kościoła. Ogromnie wzruszające jest to przenoszenie. Kochany Pan Jezus wszystko pozwoli ze sobą czynić, byle mógł być blisko swoich dzieci. Również uroczyście odbyło się Święto Bożego Ciała wraz z Oktawą. Codziennie Msza św. i Nieszpory z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Zakonnice podczas nabożeństwa śpiewają. Na maj przyjechała Panna Mechtylda, aby pomóc w śpiewie, ma bowiem silny i dobry głos. Zakonnice w Tabędzu czują się dobrze. Mogą spełniać wszystkie powinności zakonne. Mają ogród warzywny, trochę gospodarstwa domowego jak: świnię, krówkę i kury. Pracy mają dużo. Brakuje im tylko klasztoru, lecz o tym w dzisiejszych czasach nie może być mowy. W maju wszystkie Siostry musiały odwiedzić Łomżę, aby wyrobić sobie paszporty. Większość zakonnic przybyło na uroczystość Trójcy Przenajświętszej, w tym bowiem dniu był doroczny odpust w naszym kościele. Dziś pustka i gruzy, i tylko ból sercem szarpie na widok zniszczenia świątyni Pańskiej. W kaplicy naszej starałyśmy się uczcić Boga w Trójcy Jedynego i odświeżyć swego ducha wspomnieniem przeszłości. Przezacny Ojciec Atanazy Jan Niziołek, Kapucyn odprawił nam Nieszpory i Mszę św. z wystawieniem Najświętszego Sakramentu w monstrancji. Wiosna na świecie jednak smutna. Z powodu wyjątkowo ciężkiej zimy, prawie wszystkie drzewa owoco­we wymarzły, sterczą tylko bezlistne gałęzie. Sowieci chcieli nam zabrać ogród. Po wielu staraniach z naszej strony, pozwolili go obsiać, dając nam tzw. „order”, czyli pisemne pozwolenie na za­sianie ogrodu i na zbiory dla naszego użytku. Utworzyli z nas tzw. „kołchoz”, na czele którego stanął jeden z komisarzy. Pewnego dnia przyszedł do nas jeden z sowieckich urzędników z zapytaniem, czy zabierzemy się same do rozebrania gruzów spalonego klasztoru i odbudowy kościoła, czy oddamy im to wszystko do rozporządzenia. Kościół choć spalony, ściany ma zupełnie dobre, nie popękane. Potrzebuje tylko przykrycia dachem i otynkowania. Władze sowieckie pozwalają go wykończyć, lecz żądają, abyśmy uczyniły to własnym kosztem. Nie pozwalają od ludzi zbierać ofiar na ten cel, ani prosić o pomoc. Praca ma być wykonywana pod ich kierownictwem. Oni mają kupować materiały, a my tylko wpłacać na ich ręce gotówkę. Gruzy spalonego klasztoru możemy rozebrać same, nie tylko nam ani nikogo najmować, ani prosić do pomocy. Położenie jest bez wyjścia. Rzecz prosta i naturalna, że własnymi siłami kościoła nie odbudujemy, bo nie ma funduszów. Oddać go Sowietom – na samą myśl krew ścina się w żyłach. Albo go wykończą i zamienią na jakiś świecki użytek, albo rozbiorą i wywiozą cegłę. Żądają usunięcia gruzów, dlatego że miasto wygląda nieładnie. Staramy się zwlekać jak najdłużej z odpowiedzią. Co przeżywamy, trudno opisać. Często odwiedzają nas różni urzędnicy, interesując się naszym życiem. Dotychczas zostawiali nas we względnym spokoju. Nie było u nas żadnej rewizji. Pozwalają nam chodzić w habitach, odnoszą się do nas nawet z pewnym szacunkiem. Codziennie w naszej kapliczce mamy Mszę św. a Pan Jezus stale z nami przebywa.
23 maj … Jak grom z jasnego nieba doszła nas z rana wiadomość, że Ojcowie Kapucyni zostali w nocy aresztowani. W przeddzień była uroczystość Bożego Ciała. Urządzili na swoim terytorium przewspaniałą procesję z podniosłym kazaniem. Nie wiadomo czy za to, czy za coś innego aresztowano wszystkich. W klasztorze przeprowadzono ścisłą rewizję. Na wieść o tym powstała panika nie do opisania. O godz. 7 z rana wypuszczono Ojca Grzegorza. Odprawił Mszę Św., podczas której cały kościół trząsł się od płaczu ludzi. W ciągu dnia, po przesłuchaniu, wypuszczali po jednym z Ojców lub Braci. Zatrzymali tylko Ojca Gwardiana i jednego Brata konwersa. Nie wiem dokładnie, co spowodowało rewizję i aresztowanie 00. Kapucynów.
U nas w domu na tę wieść powstało wielkie przerażenie i panika. Zdawało się nam, że czeka nas to samo lada chwila. Panna Teresa przeraziła się okropnie i spożyła Najświętszy Sakrament, bojąc się, by Sowieci nie znieważyli naszego Pana, gdy przyjdą na rewizję. Ołtarz w kaplicy kazała Przewielebna Matka Ksieni rozebrać. Zakonnice zostały tym faktem ogromnie zmartwione, lecz nic pora­dzić nie mogły, bo dowiedziały się o tym po fakcie dokonanym. Wieczorem na usilne żądanie zakonnic, Przewielebna Matka Ksie­ni pozwoliła ponownie ubrać ołtarz i przygotować do Mszy św. Ojciec Grzegorz – Kapucyn obiecał przyjść do nas jutro ze Mszą Św., o ile go w nocy ponownie nie aresztują.
24 maj … Z rana o zwykłej godzinie przyszedł do nas ze Mszą św. przezacny Ojciec Atanazy, zmieniony nie do poznania. Wypuszczono go dopiero wczoraj wieczorem, po całodziennym przesłuchaniu. Zostawił nam Pana Jezusa w tabernakulum, naszą Dźwignię, Siłę i Pociechę. I znów kochany Pan Jezus jest z nami. Niczym są wszystkie trudy, prace i ofiary, gdy On wśród nas przebywa. W nocy z 1 na 2 czerwca znów odwiedzili nas złodzieje. Pobili przeokropnie psa i wyprowadzili gdzieś za miasto,lecz nic nie ukradli, gdyż spłoszyła ich Panna Stanisława. W chwili, gdy jeden z nich ukręcał kłódkę, aby otworzyć drzwi do krów, Panna Stanisława zobaczył go oknem i uczyniła krzyk. Złodzieje spłoszeni, uciekli. Powracali jeszcze dwa razy, lecz nic nie mogliu kraść, gdyż Panna Stanisława czuwała w oknie do rana. W dzień dowiedziałyśmy się, że w sąsiednim domu skradziono krowę. Z rana jedna z Sióstr znalazła naszego psa okropnie spuchniętego, skrwawionego w bramie sąsiedniego domu. Litość brała patrzeć na to biedne stworzenie chwiejące się na nogach z bólu.
11 czerwiec … Dziś w sądzie sowieckim była sprawa naszej kradzieży z 29 kwietnia bieżącego roku. Na sprawę tę dostałyśmy urzędowe wezwanie. Sprawę do sądu podał urząd miejscowej milicji. W sądzie na tej sprawie była obecna Panna Teresa, jako zastępczyni przełożonej i Panna Wincenta najwięcej poszkodowana w tej kradzieży. Sprawa ta trwała kilka godzin. Prowadzili ją sowieccy sędziowie. Zakonnice obecne na sprawie wyniosły dosyć dobre wrażenie o sposobie badania i sądzenia przez sędziów. Sprawa jednak nie została rozstrzygnięta z powodu niezgodnego zeznawania świadków. Wniesiono ją do prokuratora.
15 czerwiec … Z rana o godz. 3 niektóre zakonnice zbudziły się z powodu zajechania samochodu przed nasz domek. Przeraziłyśmy się bardzo, sądząc, że samochód przyjechał po nas. Okazało się, że naczelnik, który mieszkał u nas przeszło 7 miesięcy, i który często oświadczał się z wielką życzliwością, wyprowadzał się z Łomży. Na samochód załadował meble Księdza Prałata, wypożyczone mu przez Matkę Ksienię do użytku. Zabrał piękną szafę, biurko, kanapę i kilka krzeseł. Meble te po prostu ukradł jak złodziej. Na prośbę Panny Teresy, aby nie zabierał tych mebli, odpowiedział bardzo niegrzecznie.
Sowieci zapisują ludzi na wyjazd za granicę (to znaczy na terytorium Polski, które jest obecnie pod okupacją niemiecką). Wiele rodzin szczególnie z inteligencji, zapisało się. Zapisała się również Panna Magdalena, chcąc dostać się do klasztoru w Staniątkach. Od czasu bombardowania, w czasie którego została ranna, czuje się dziwnie osłabiona i wyczerpana nerwowo. Tymczasem nasz lokator wyjechał bez pożegnania i bez podziękowania.
21 czerwiec … Wezwano Pannę Teresę na posterunek milicji. Sowieci polecili, aby moralnie wpłynęła na pewną staruszkę, matkę jednego złodzieja, co nas okradł, aby wydała, gdzie są ukryte nasze skradzione rzeczy. Nieszczęsna na wszystkie prośby i perswazje Panny Teresy okazała się nieczuła. Powiedziała, że raczej gotowa jest umrzeć niż zdradzić tajemnicę. Biedna! Sumienie ma zupełnie zagłuszone.
25 czerwiec … Kilka zakonnic pojechało na naszą łąkę za Jednaczewo suszyć siano. Zawsze, a szczególnie w czasie wojny, zakonnice ciężko pracują. W ogrodzie i przy gospodarstwie wszystko robią same. Nawet, ile razy trzeba jechać do Tabędza do naszych drogich Sióstr, to Siostra Hilaria powozi, jest furmanem. A wszystko to dlatego, aby trzymać ukochane Zgromadzenie. Czasy w jakich żyjemy są niezwykłe i nadzwyczaj ciężkie. Dzięki Bogu, że możemy dotąd żyć razem i zachować Regułę św. chociaż przychodzi to z trudem.
Na miejsce tamtego Sowieta, co wyprowadził się 15 czerwca, wprowadził się nowy z dwojgiem dzieci. Zajął dwa pokoje. Nas trzynaście, z poważnie chorą Matką Ksienią, mieszka teraz w dwóch pokojach, w trzecim mamy kaplicę, której nie chcemy i nie możemy utracić, choćby nam przyszło cierpieć jeszcze większe niewygody. Kilka zakonnic sypia na strychu.
2 lipiec … Wieczorem aresztowano Ojca Grzegorza – Kapucyna. Został tylko jeden, Ojciec Atanazy i kilku braci. Biedni Ojcowie Kapucyni. Już czterech Ojców w więzieniu i jeden brat…
16 lipiec … Matki Boskiej Szkaplerznej. W naszej kapliczce wielka uroczystość. Msza św. śpiewana z wystawieniem Najświętszego Sakramentu w monstrancji i uroczyste Nieszpory również z wystawieniem.
18 lipiec … Jakiś urzędnik, podobno z milicji, spisał dokładnie wszystkie zakonnice. Dwie godziny po nim przyszedł drugi sprawdzić nasze paszporty, czy są wszystkie w porządku. Z paszportami, w których znaleziono choćby mały błąd, trzeba było chodzić do urzędu milicji do poprawy.
20 lipiec … Dzisiaj odwiedził nas towarzysz Czernow, urzędnik stojący na czele naszego „kołchozu”. Obejrzał nasz ogród, pochwalił naszą pracę, pouczył jak mamy dalej pracować itp. Oprócz tego radził nam, aby kilka zakonnic przyjęło posady rządo­we, ponieważ zauważył, że dla wszystkich brak pracy w naszym ogrodzie.
21 lipiec … Powrócił do Łomży ten Sowiet, który przez zimę mieszkał u nas. Obecnie, jak zaznaczyłam wyżej, mieszkanie jego zajęła inna rodzina. Stary nasz znajomy przyszedł z prośbą, aby mu odstąpić pokój. Matka Ksieni za radą Panny Teresy zgodziła się na to, aby się wprowadził. Dla zakonnic pozostał więc jeden pokój.
21 lipca przyszedł pewien urzędnik i upaństwowił nasz dom i ogród. To co przedtem uczyniono z innymi domami i ogrodami. Od tej chwili dom nasz i ogród stał się własnością państwa. Z urzędnikiem tym rozmawiała i załatwiała sprawę Panna Teresa. Po wyjściu tegoż, Panna Teresa uczyniła w domu ogromną panikę. Dowodziła, że ponieważ dom nam upaństwowiono, więc my przeznaczone jesteśmy na wywóz do Rosji. Radziła, aby zakonnice jak najprędzej porozchodziły się i ukryły się po wsiach. Mówią, że ją ktoś ostrzegł, że wywiezienie nas nastąpi dzisiejszej nocy. Trudno opisać jaki strach, niepokój i panika zapanowały w domu. Nowe pakowanie i szykowanie. Niektóre zakonnice były stanowczo przeciwne przedwczesnemu opuszczeniu domu, inne zaś skłaniały się do zdania i rady Panny Teresy. Matka Ksieni nie zabrała w tej okoliczności decydującego głosu. Zostawiła każdej zakonnicy wolność wyboru. Wobec tego kilka zakonnic odważniej szych postanowiły pozostać na miejscu, choćby je nawet miano wywieźć do Rosji. Inne prosiły, aby mogły wyjechać na wieś.
22 lipiec … Okropny i nigdy nie zapomniany dzień ! Straszą nas stale wywozem do Rosji. Panna Teresa okropnie się boi – stara się zbadać sytuację i wszystkie wiadomości, jakie otrzymuje, utwierdzają ją w przekonaniu, że rzeczywiście my pierwsze jesteśmy przeznaczone na wywóz. Aby uniknąć tegoż, postanawia najpierw usunąć chorą Przewielebną Matkę Ksienię. Po południu przygotowano wóz, którym miała wyjechać. Rozdzierający był widok, gdy zakonnice na rękach niosły chorą i kaleką Matkę i swoją Przełożoną na wóz. Przewielebna Matka Ksieni zachowała spokój. Pożegnanie Było nadzwyczaj bolesne. Wieczorem przybyłyśmy do Tabędza. Zakonnice tutejsze oniemiały z przestrachu, gdy ujrzały Matkę Ksienię w Tabędzu. Prędko dowiedziały się wszystkiego. Nazajutrz wczesnym rankiem Panna Alojza z Panną Magdaleną opuściły Tabędz. Panna Magdalena z powodu ciasnoty nie mogła pozostać w Tabędzu. Zawiozła ją Panna Alojza do Puchał, wsi kościelnej odległej od Łomży 14 km. Panna Magdalena została tymczasowo na plebanii. Ksiądz Proboszcz przyjął ją bardzo życzliwie. Wieczorem tegoż dnia Panna Alojza odwiozła do Puchał Pannę Mechtyldę i pewną część rzeczy klasztornych.
23 lipiec …Siostra Hilaria wyjechała do swojego rodzinnego domu na wieś.
24 lipiec … Panna Teresa oświadczyła pozostałym zakonnicom, że otrzymała rozporządzenie od władz sowieckich, aby zakonnice opuściły dom i rozeszły się po dwie po wsiach. W kaplicy ostatnia Msza Św., w czasie której spożycie Najświętszych Postaci. Pan Jezus opuścił naszą małą kapliczkę. Ach, jakie bolesne i rozdzierające duszę pożegnanie. Mamy opuścić nasz domek, który był dla nas klasztorem, rozejść się… Rozłączyć się z naszym Eucharystycznym Panem, jedyną naszą Dźwignią, z którym przez tyle lat mieszkałyśmy pod jednym dachem. Ile jednak trzeba było przeżyć i przecierpieć w tych bolesnych dniach.
Panna Teresa w parę godzin później przyniosła nowe rozporządzenie, że mamy zdjąć habity i ubrać się w świeckie ubranie. Tłumaczem władzy była dla nas Panna Teresa. Ona jedna załatwiała wszystkie sprawy w urzędach. Pozwolono zabrać nam wszystką naszą majętność. Gospodarze z Tabędza prawie wszyscy przyjechali i zabrali nasze rzeczy a także narzędzia gospodarskie, siano, zboże itp. Okropny to był dzień, to ładowanie na fury i wyjazd. Znikał klasztor PP. Benedyktynek w Łomży. Mieszkały tu i chwaliły Boga przeszło 300 lat, a teraz wygnane ze swojej posiadłości muszą iść w świat. Na razie Tabędz jest ich przytuliskiem – tam przewiozły czego ogień nie zniszczył, lecz same tutaj zgromadzić się nie mogą, gdyż w jednej wsi mogą przebywać tylko dwie zakonnice. Kilka dni trwało wyprowadzanie się. Szukaniem furmanek i lokowaniem rzeczy zajmowała się Panna Alojza.
27 lipiec …Wyjechała na wieś do swojej siostry także Panna Immaculata. W Łomży pozostały tylko cztery zakonnice: Panna Teresa, Panna Kunegunda, Panna Alojza i Panna Stanisława. Te zamieszkały w piwnicy swojego domu – wszystkie pokoje zajęli Sowieci, a zakonnicom w drodze wielkiej łaski pozwolono tymczasowo zamieszkać w piwnicy. Panna Teresa nagliła, aby Panna Stanisława z Panną Alojzą poszły na wieś, lecz Pan Bóg inaczej pokierował. Przypadkowo dowiedziałyśmy się od pewnego urzędnika, że nikogo nie obchodzi ile zakonnic jest w Łomży. Wobec czego zostały na miejscu, pragnąc do ostatniej chwili trzymać się zgliszcz i popiołów umiłowanego klasztoru. Na noc trzeba było jednak chodzić do pobliskich wiosek, ponieważ Panna Teresa nie pozwoliła razem nocować w Łomży, twierdząc, że ma pozwolenie władz tylko dla dwu zakonnic na mieszkanie w tym domu w piwnicy. Na dzień przychodziły do pracy w ogrodzie, a noclegu trzeba było szukać gdzie indziej. Plony z ogrodu pozwolono nam zabrać. Pracy w ogrodzie było bardzo dużo. Kilka dni po upaństwowieniu ogrodu, zaczęto w naszych kartoflach kopać fundament pod nowy budynek. Dowiedziałyśmy się, że będzie tu budowana fabryka żelaza. Zniszczono nam kartofle na przestrzeni 3500 m2. W podwórku i w ogrodzie owocowym nowi gospodarze. Rządzą się jak u siebie. Nam nie wolno do niczego się mieszać, bo to wszystko już nie nasze, lecz państwa.
2 sierpień … Prawie już wszystkie ruchomości wywieziono. Pozostał tylko węgiel zakopany w gruzach, którego boimy się odkryć, aby go nie skonfiskowano; także w spichrzu mamy jeszcze siano. Dziś postanowiłyśmy zabrać ze spichrza siano, z którego zabraniem napotkałyśmy trudności. Dotychczasowy nasz stróż nie pozwalał nam go wywieść, bo chciał je wziąć dla siebie, gdyż zamyślał odebrać nam i konie. Jakiś urzędnik – Żydek popierał go. Trzeba było bardzo energicznego wystąpienia Panny Alojzy, aby przełamać ich opór i zabrać siano. Na zakonnice nie ośmielali się podnieść ręki, ani w ich obecności, także na ludzi, którzy ładowali na fury siano.
3 sierpień … Dziś postanowiłyśmy wyjąć węgiel. Panna Alojza udała się do wspomnianego komisarza, prosząc o pisemne „rozreszenie” na wyjęcie węgla. W odpowiedzi pan komisarz obiecał, że zaraz osobiście przybędzie i na miejscu da odpowiednie rozporządzenie co do węgla. I dotrzymał słowa. W niespełna pół godziny przyszedł z kilkunastoma robotnikami, Pannie Alojzie kazał pokazać, gdzie znajduje się schowany węgiel. Gdy zaczęto odkopywać, pan komisarz oznajmił, że zabiera sam wszystek węgiel jako „gosudarski”. Nie pomogły żadne prośby, ani starania, aby nam choć trochę węgla dano. Dziewięć wozów naładowali węglem i wywieźli do miasta… Zostałyśmy prawie bez opału na zimę. Panna Alojza chodziła kilka razy do urzędów, starając się przynajmniej o to, by zapłacili za ten węgiel – nic nie pomogło. W następnych dniach coraz to nowe konfiskaty. Zaczęli wycinać suche drzewa w ogrodzie i obdzielać nimi stróżów. Wywieźli wszystko – żelazo i blachę, którą pozbierałyśmy na spalenisku. A było tego kilka wozów. Nawet na rosnące winogrona nałożyli areszt, zabraniając nam je zbierać. Co przeżyłyśmy w tych dniach, opisać się nie da. Tylko Pan Jezus cudownie dodawał nam siły do zniesienia wszystkiego i do trwania na miejscu.
6 sierpnia … Panna Wincenta, która od wiosny przebywała w Tabędzu, po przybyciu Panny Teresy, przyjechała dziś do Łomży ze wszystkim. Za parę godzin wyruszyła do Radziłowa, swojego rodzinnego miasteczka, aby poszukać dla siebie miejsca pobytu w razie koniecznej potrzeby. Za kilka dni powróciła do Łomży. Po przyjeździe Panny Teresy, w Łomży było nas sześć zakonnic: Panna Wincenta, Panna Kunegunda, Panna Alojza, Panna Stanisława, Panna Małgorzata, która tymczasowo zamieszkała na mieście, także Siostra Wizenna. Zakonnice te miały bardzo dużo pracy ze sprzątaniem warzyw w ogrodzie. Usuwanie niedojrzałych i niedorosłych warzyw było bardzo kłopotliwe. A trzeba je było sprzątać z pola, ponieważ złodzieje kradli i zachodziła obawa, że Sowieci mogą nam lada moment zabronić zbierania i zostaniemy na zimę bez kawałka chleba. Nie mogąc przechowywać warzyw, postanowiłyśmy je sprzedawać, aby mieć pieniądze na zakupienie ich w okresie zimowym. Ludzie kupowali je chętnie. Sprzedawałyśmy warzywa i kartofle, kwiaty itp. Zakonnice bardzo ciężko musiały pracować. Mieszkały wówczas w piwnicy, w wilgoci i ciasnocie. Nawet po­żywienia nie było gdzie ugotować. Siostra Wizenna zrobiła nam prymitywną kuchenkę. Wyjęła wmurowany kociołek, gdzie grzała się zwykle woda do prania, na otworze tym położyła blat z dwiema fajerkami, wszystkie niepotrzebne dziury i otwory poprzykrywała kawałkami żelaza i kuchnia była gotowa. Na niej można było cośkolwiek ugotować. Nasze pokoje i kuchnia stały w tym czasie prawie puste. W końcu wprowadził się do nich jakiś „naczelnik”, człowiek samotny. Bardzo dużo w naszych kłopotach i trudnościach gospodarczych związanych z obecnymi warunkami, pomagał nam przezacny Ojciec Atanazy Kapucyn. Przysłał nam swoje konie i człowieka do pomocy. A była to pomoc nie tylko na jeden dzień. Niech mu Pan Bóg za wszystko wynagrodzi. Zakonnice, które były na wsiach, często przyjeżdżały do Łomży, dowiadując się co dzie­je się z pozostałymi. To także miłość ciągnie je do ukochanych zgliszcz.
9 sierpień … Dziś sporo zakonnic zebrało się w Łomży. Postanowiono omówić sposób postępowania i życia w obecnych warunkach. Jesteśmy rozproszone jak owce bez pasterza. W ogrodzie odbyła się narada „ex kapituła”. Same zakonnice myślały i radziły jak ułożyć swoje życie na przyszłość. I postanowiły: a) zachować jak najściślejszą łączność ze sobą. b) prowadzić życie wspólne, tzn. mieć wspólną kasę, bez rady nie kupować ani nie dawać nic c) pozostałe zapasy żywności podzielić w miarę potrzeb d) kasa pozostaje w Łomży, pod opieką Panny Alojzy i z niej mają być zaopatrywane słuszne potrzeby zakonnic. Zachęcono się do wzajemnej miłości i gorliwości w służbie Bożej. Postanowienia i dążenia bardzo piękne, lecz niestety, ze względu na sytuację nie wszystkie zostały zamienione w czyn
11 sierpień … Panna Kunegunda i Panna Małgorzata wyjechały na wieś. Panna Małgorzata do Szczepankowa a Panna Kunegunda do swojej siostry do wsi Zagroby Szczepankowskie. Znów panika wywozu przyśpieszyła ten wyjazd. Siostra Wizenna pojechała na kilka dni do rodziców, gdzie odwiozła swoje rzeczy. Pozostały tylko dwie zakonnice – Panna Alojza i Panna Stanisława. Ach, jakie to wszystko bolesne. Za kilka dni wróciła Panna Win­centa z Radziłowa i Siostra Wizenna z domu, jest więc nas cztery. Te wytrwale i z uporem chcą być w Łomży, jak najbliżej ukochanych zgliszcz swojego klasztoru. W ogródku Księdza Prałata, gdzie rośnie tyle przecudnych róż, spustoszenie. Wzdłuż najpiękniejszej alei robotnicy kopią rowy dla rur wodociągowych. W ogrodzie budują fabrykę i zakładają wodociąg. Niszczą nam kartofle, warzywa i kwiaty.
14 sierpień … Przedwczoraj na wsi zabito naszego wieprza. Panna Alojza podzieliła słoninę i mięso pomiędzy wszystkie zakonnice. Dziś zawiozła część do Tabędza. Po drodze wstąpiła do Puchał, aby odwiedzić zakonnice i dowieść im żywności. Odwieła również i Pannę Benedyktę w Zambrowie, która jest u swojej rodziny
W Tabędzu jest siedem zakonnic. Ksiądz Zajkowski, tamtejszy Proboszcz, nie pozwolił im rozejść się, ani zdjąć habitów. Na wszel­kie wywody Panny Teresy pozostał niewzruszony. I dobrze zrobił. W kilka dni po powrocie Panny Alojzy z Tabędza przyszedł do nas komisarz Czernow. Był pijany, towarzyszył mu pan Gałecki dentysta; dobrze nam znajomy komisarz Czernow pytał o węgiel. Dom, w którym mieszkałyśmy przeznaczono na przytułek dla małych żydowskich dzieci. Po rozejściu się zakonnic w lipcu, w Łomży zostały tylko cztery Siostry, które nadal mieszkały w piwnicy. Teraz i stad każą się nam wynieść, bo chcą przeprowadzić remont. Dwanaście dni zwlekaliśmy z wyprowadzeniem. Dłużej opierać się nie było celu. Zaczęłyśmy poszukiwać mieszkania. Zgodziła się przyjąć nas pani Janina Bronowiczówna z ulicy Nadnarwiańskiej nr 8. Jest to bardzo pobożna i dobra panienka już starsza, która żyje samotnie. Posiada dwa małe pokoiki i kuchnię oraz zabudo­wania gospodarskie. Dwie zakonnice tj. Panna Wincenta i Siostra Wizenna zamieszkały u niej. Tu mamy mieć nasze malutkie gospodarstwo i kuchnię. Panna Alojza i Panna Stanisława zamieszkały na ulicy Zjazd nr 15 u pani Zwierzyńskiej. Obawiałyśmy się, że napotkamy trudności z zameldowaniem się, gdyż w Łomży obecnie odbywało się sprawdzanie i stemplowanie paszportów. Osobom nie mającym zapewnionego utrzymania, lub nie pracującym na pracy rządowej, nie chciano stemplować paszportów. Komu nie ostemplowano paszportu, nie ma prawa przebywać w Łomży. Administrator naszego domu pan Wacław Cieśluk, mówił że będziemy musiały wyjechać o 100 km od Łomży, ponieważ przewidywał, że nas nie zechcą zameldować w Łomży. Pan Bóg inaczej jednak zarządził i zameldowano nas i ostemplowano nam paszporty.
10 wrzesień … Opuściłyśmy nasz domek i przeniosłyśmy się na ulicę Nadnarwiańską. Jaki to był okropny dzień. Panny Benedyktynki żyjące w Łomży przeszło 300 lat, znowu szukają schronienia i przytułku w świeckim domu. W ogrodzie pozostały jeszcze warzywa. Cały dzień sprzątamy, deszcz pada. Zimno, ogrzać się nie ma gdzie, bo nasze mieszkanie na drugim końcu miasta. Nie mamy na razie kuchni – śniadanie gotuje nam pani Kozłowska Irena, nasza niedaleka sąsiadka. Obiady dostajemy z klasztoru Ojców Kapucynów, na kolację pijemy surowe mleko. Nocami złodzieje kradną nam warzywa. Staramy się jak najprędzej wszystko sprzątnąć, lecz deszcze przeszkadzają. Wiele nam pomógł przezacny Ojciec Atanazy, dając nam na każdą prośbę swojego człowieka z końmi do pomocy. Panna Alojza złożyła podanie do pewnego urzędu o zapłacenie za zniszczone kartofle przy budowie fabryki. Po wielu staraniach zapłacono nam 350 rubli.
Wiele trudności było ze skoszeniem i wysuszeniem siana wobec stałej niepogody i braku siły roboczej. Mamy konia, brak furmana. Pewnego dnia gospodarze z Jednaczewa kosili naszą łąkę na „tłokę”. Należało ich poczęstować. Nie można jednak było znaleźć człowieka, który by zawiózł Pannę Alojzę z poczęstunkiem na łąkę. Wówczas Panna Alojza ufając pomocy Bożej pojechała sama bez furmana. Była to jej pierwsza furmańska podróż. Bez żadnych przygód odbyła tę podróż. W przyszłości często będzie korzystać ze swoich furmańskich zdolności.
14 wrzesień … Nowy skandal w Łomży. Zabrano klasztor OO. Kapucynów na szkołę rzemieślniczą. Ojcu Atanazemu i dziesięciu braciom zostawiono tylko bibliotekę i dwie malutkie celki na poddaszu. W pierwszych dniach, zanim sobie bracia kapucyni wybudowali kuchnię, gotowałyśmy im obiady u nas na Nadnarwiańskiej i codziennie zanosiłyśmy im. Wspomagamy się wzajemnie w naszych biedach i kłopotach. W mieszkaniu u pani Janiny, gdzie sprowadziłyśmy się ogromnie dużo pracy. W stodółce dach popsuty, na słomę i siano leje się woda, trzeba dach przełożyć na nowo. Dla świń nie ma chlewów, trzeba robić zagrody i wiele innych kłopotów, których opisać się nie da. Nie ma słomy dla świń i krówki, ani drzewa na opał. Panna Alojza już dobrze umie jeździć furą, powoli stara się o wszystko. Koń, który pozostał przy nas jest zbyt leniwy, nie bardzo boi się nowego furmana. Nasz drugi koń, ten lepszy znajduje się pod Białymstokiem u rodziny Księdza Zajkowskiego. Panna Alojza postanowiła zamienić konie. Zaprowadziła więc tam tego leniwego, aby wziąć lepszego. Sama podróż w nieznane strony nawet się nad podziw udała. Wycieczka ta nie odbyła się bez przygód. Wieczorem w lesie zabłądziła. Nie było kogo zapytać się o drogę. Zawdzięczając tylko cudownej opiece Matki Bożej, przybyła do celu swojej podróży o godz. 10 wieczorem, ogromnie zmęczona, zziębnięta i przemoknięta.
Dlatego piszę wszystkie szczegóły, aby przyszłym pokoleniom dać możność poznania w jakich warunkach znajdowały się zakonnice w czasie tej wojny.
Panna Alojza sama przywoziła drzewo na opał, kartofle, zboże do młyna itp. Często wprawdzie przy skręcaniu woza zaczepiła o płot lub źle zaprzęgła konia, lecz żadnego poważniejszego wypadku nie miała. Raz spadła z fury ze słomą, lecz przygoda ta skończyła się tylko chwilowym straceniem przytomności i silnym pobiciem głowy. Następnego dnia można było wyruszyć w nową drogę. Ten koń jest posłuszny i potulny jak baranek. Panna Alojza ma z nim mniej kłopotów, Zdaje się wyczuwać i uprzedzać życzenia swojej pani. Za owies umie być wdzięczny. Chcąc zrobić przyjemność Matce Ksieni i Pannie Teresie, Panna Alojza w dniu 19 października przywiozła im ich rodzone siostry, panią Władysławę Weber, siostrę Matki Ksieni i panią Litewską, siostrę Panny Teresy. Obie strony były ogromnie zadowolone. Starałyśmy się u władz sowieckich, aby nam zapłacono za węgiel, który nam zabrali w lipcu, ale starania te nie odniosły żadnego skutku.
21 październik … Zima się zbliża, a dom w Łomży nie opatrzony, ani w dostateczną ilość kartofli, ani w drzewo na opał. A przy tym tyle trudności i kłopotów gospodarskich na nowym mieszkaniu. W kłopotach tych wielką pomoc przynosili nam Bracia Kapucyni swoją silną, męską ręką. Jeden z braci przełożył dach na stodółce, drugi porobił w chlewach zagrody dla świń, przybił żłób dla krowy, poprawił schody do piwnicy itp. reperacje. Panna Alojza wyruszyła na kwestę kartofli. Jeździła sama bez furmana, czasem prosiła w wiosce jakiego chłopca, aby jej przeprowadził ko­nia, gdyż było o to za trudno, musiała sobie radzić sama. Koń czekał, aż go poprowadzi dalej i nigdy nie zawiódł zaufania.
29 październik … Panna Alojza udała się do Puchał, aby i tamte siostry zaopatrzyć w kartofle i inne warzywa na zimę. Trzy dni kwestowała w okolicznych wioskach. Poczciwi nasi ludzie. Bardzo chętnie dzielą się z zakonnicami. Po skończeniu kwesty kartofli, trzeba było zaopatrzyć się w słomę dla inwentarza. Z tym było trudniej. Nieraz Panna Alojza znalazła się pod gromadą słomy, gdy wóz się wywrócił, jednak żadnego szwanku na zdrowiu nie poniosła. Łudzimy się nadzieją, że niedługo dobry Bóg pozwoli nam zejść się i dlatego szkoda nam utracić dobytku. W tych dniach Sowieci proponowali nam pracę u nich. Jakoś udało się wytłumaczyć, że nie możemy przyjąć proponowanych nam prac. Chcemy żyć niezależnie od ducha i władz sowieckich, aby móc pozostać tym kim jesteśmy – zakonnicami. I wolimy raczej żyć z jałmużny, niż mieć posadę u Sowietów.
4 grudzień … Panna Maura mieszka stale w Tabędzu, wyjechała z kwestą i z opłatkami do wsi Srebrna. Tam Sowieci aresztowali ją, ponieważ wzięli ją za szpiega. Wieś Srebrna znajduje się niedaleko granicy sowiecko-niemieckiej. Tak zwany pas graniczny, na którym leży wyżej wymieniona wioska, jest bardzo strzeżony przez Sowietów . Pannę Maurę trzymano trzy dni. Ze Srebrnej przywieziono ją do Szumowa, a następnie do Śniadowa. Po wielu badaniach została zwolniona, pod tym jednym warunkiem, że musiała podpisać, że wyjedzie z Tabędza o 100 km. Po takich badaniach i podpisie nie mogła pozostać w Tabędzu. Przeniosła się więc do Puchał i tam zamieszkała.
W Łomży w pierwszych dniach grudnia wszystkie zakonnice zachorowały na grypę. Pierwsza położyła się Siostra Hilaria. Stan nie był do pozazdroszczenia. Panna Wincenta z Siostrą Wizenną leżały na Nadnarwiańskiej. Panna Alojza z Siostrą Hilarią na ulicy Zjazd, w odległości mniej więcej 1/2 km. nie mogły sobie z tego powodu wzajemnie usłużyć, ani nawet dokładnie o sobie wiedzieć. Było więc i „chłodno i głodno”, a nadomiar utrapienia Siostry na Nadnarwiańskiej musiały nakarmić kurki, świnki i krówkę, ponieważ tylko one były zdrowe. Najdłużej chorowała Panna Alojza, bo aż 17 dni, pozostałe Siostry po 4 lub 5 dni. W Tabędzu mniej więcej w tym czasie zakonnice także przechodziły grypę.
17 grudzień … Zasłabła Matka Ksieni, prawdopodobnie też na grypę. Zastosowano domowe środki, ponieważ lekarza na wsi nie było. Początkowo stan nie wydawał się groźny. Chora pomimo cierpień mogła się posilić.
18 grudzień … Wieczorem stan zdrowia chorej uległ poważnej zmianie na gorsze. Panna Teresa bała się zostawić chorej samej na noc, czuwała więc przy niej. Po północy chora poczuła się bardzo źle. Panna Teresa obawiając się najgorszego, zbudziła Księdza, aby udzielił chorej Sakramentu Ostatniego Namaszczenia. Było to około 2 godz. po północy. O godz. 5 z rana Matka Ksieni zakończyła życie w obecności i prawie na rękach Panny Teresy. Skończyła tak szybko i niespodziewanie, że Panna Teresa nie zdążyła zwołać zakonnic, tym bardziej, że nie mieszkały w tym domu i nie wszystkie razem. W dodatku niektóre jeszcze chorowały na grypę. Było to 19 grudnia 1940 roku. Jakie to strasznie bolesne i smutne. Przewielebna Matka Ksieni umarła na wygnaniu, poza klasztorem, na głuchej wsi, w opuszczeniu, bo tylko pięć zakonnic miała przy sobie.
Rozesłano smutną i bolesną wiadomość po wszystkich domach, gdzie przebywały. Siostra Gertruda pojechała do Łomży, aby powiadomić o katastrofie tutejsze zakonnice i porozumieć się z Księdzem Infułatem w sprawie pogrzebu, gdyż zakonnice pragnęły sprowadzić ciało do Łomży. Ksiądz Infułat jednakże nie zgodził się na to ze względu wrogiego nastawienia Sowietów do duchowieństwa. Nie radził więc narażać się i przypominać władzom cywilnym, gdzie jesteśmy. Przewidywał również, że nie otrzymamy pozwolenia, kazał więc zmarłą pochować w Zambrowie, w parafii, w której umarła. Powiedział, że jeżeli czasy się zmienią, będzie można w przyszłości przenieść ciało do Łomży. Z Łomży na pogrzeb nie mogła przyjechać żadna zakonnica, ponieważ wszystkie były po chorobie i nie bardzo zdrowe, a mróz był duży; na domiar nieszczęścia koń skaleczył nogę i nie można było jechać. Najważniejszą jednak przyczyną było to, że Siostry były chore i brakowało ciepłego ubrania. Wielką to dla nich było boleścią nie móc oddać swojej Matce ostatniej posługi, ale musiały zgodzić się z Wolą Bożą.
Ze Szczepankowa Panna Małgorzata z Panną Kunegundą przybyły na pogrzeb. Przyjechały także Panna Stanisława, Panna Magdale­na i Panna Maura z Puchał. Tylko Panna Mechtylda z powodu grypy została w domu w Puchałach. Pogrzeb odbył się w Zambrowie 21 grudnia w sobotę. 20 grudnia wieczorem przeniesiono zwłoki śp. Matki Ksieni do kościoła w Tabędzu. 21 grudnia z rana odśpiewano egzekwie i uroczystą Mszę św. żałobną. Potem karawanem odwieziono trumnę do Zambrowa. W Zambrowie nabożeństwa żałobnego już nie było, z powodu spóźnionej godziny, lecz po zwykłym pokropieniu zwłok na cmentarzu przy kościele, odprowadzono je na miejsce wiecznego spoczynku. Przewielebna Matka Ksie­ni została pochowana w kaplicy należącej do rodziny Woyczyńskich. Wieczny pokój Jej duszy !
Umierając, Matka Ksieni – Walburga Weber miała 64 lata, 9 miesięcy i 26 dni, 29 lat profesji zakonnej. Na urzędzie Ksieni przeżyła 18 lat i 6 miesięcy – w latach 1922-1940. Niech odpoczywa w pokoju !
Po pogrzebie Matki Ksieni Panna Małgorzata została w Tabędzu, ponieważ Ksiądz prosił o to, chcąc brać od niej lekcje francuskiego.

Materiał opracowano na podstawie:
Kronika Panien Benedyktynek Opactwa świętej Trójcy w Łomży (1939-1654).
Autor. S. Alojza Piesiewicz.

Koniec części 4
C.D.N.
Link do części 5 Kroniki Panien Benedyktynek:
http://historialomzy.pl/kronika-panien-benedyktynek-opactwa-sw-trojcy-w-lomzy-czesc-5/

884 Ogólnie 2 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.