Ostatnie przedwojenne wakacje

Jest takie miejsce na ziemi

Tak ukochane ogromnie,

Najcudowniejsze, najmilsze,

Którego się nie da zapomnieć.

Tym miejscem jest moje miasto

Niby zwyczajne, a przecież

Drugiego takiego, jak Łomża,

Nie ma na całym świecie.

Jest czerwiec 1939 roku. mieszkamy w Piastowie pod Warszawą. Właśnie skończyłam drugą klasę szkoły powszechnej i rozpoczęły się wakacje. Słyszę jak rodzice rozmawiają, że być może będzie wojna. Nie bardzo zdaję sobie sprawę z tego, co znaczy wojna, natomiast ogromnie ważna jest dla mnie wiadomość, że przeprowadzamy się do Łomży. Mama mówi, że na wypadek wojny chce być razem ze swoimi rodzicami. Tak się cieszę! A więc znowu będziemy mieszkać w Łomży! Dwa lata spędzone na dalekiej Wileńszczyźnie i rok pod Warszawą, to jakby wyrwane z życia. Wprawdzie każdego roku, bez względu na to, gdzie mieszkaliśmy na Wielkanoc przyjeżdżaliśmy do Łomży, ale to nie to samo. Tęsknie do Łomży i do dziadków i z niecierpliwością liczę dni pozostałe do wyjazdu. Wreszcie nadchodzi ten upragniony dzień. Rodzice już wcześniej przy pomocy dziadków wynajęli trzypokojowe mieszkanie w kamienicy pp. Romanowskich przy ul. Dwornej. Jest to końcowy odcinek tej głównej ulicy, zaledwie kilka domów dalej zaczyna się dzielnica Pociejewo, a w lewo biegnie ulica prowadząca do żelaznego mostu na Narwi.

Ponieważ w naszym nowym mieszkaniu trwa jeszcze remont, przez pewien czas wraz z naszym kundlem Pikusiem będziemy mieszkać u dziadków. Dziadek mój, Kazimierz Żochowski jest łomżyniakiem, jak to się mówi „ z dziada pradziada”. Jako felczer (podobnie, jak jego ojciec) jest jedną z bardziej znanych osób w Łomży i cieszy się dużym uznaniem wśród mieszkańców miasta. Tu muszę dodać, że nie jednego z obecnych lekarzy przewyższyłby znajomością zawodu. Był uniwersalny: zszywał rany, nastawiał złamania, w razie nagłej potrzeby potrafił przyjąć poród itp. Był bardzo ceniony przez łomżyńskich lekarzy, którzy często zapraszali go na konsylium. Wkrótce po wojnie, dziadek po zaliczeniu wymaganych egzaminów otrzymał tytuł lekarza. Był wielkim patriotą. W czasach PRL-u często mówił: „ Mam nadzieję, że przynajmniej ty dożyjesz czasów, kiedy przestanie rządzić Polską bolszewia.”

Dziadkowie mieszkają również przy ul. Dwornej ale już w śródmieściu, naprzeciwko kościoła farnego, w wielkiej czynszowej kamienicy pana Krzyżanowskiego. Zanim wyjechaliśmy na Wileńszczyznę, również mieszkaliśmy w tym domu, tylko na pierwszym piętrze, a więc wszystko tu jest mi dobrze znane. W kamienicy mieszka bardzo dużo osób, z których kilka utrwaliło się w mojej pamięci na zawsze. Np. pani pułkownikowa Ładowa z pierwszego piętra, która w każdą sobotę trzepie fotele na klatce schodowej. Dziadek za każdym razem głośno przeciw temu protestuje, w związku z czym są skłóceni. Na parterze mieszka rosyjska rodzina pani Grigoriew, bardzo stara, z córką i synem. Córka gdzieś pracuje i właściwie nie rzuca się w oczy. Natomiast syn jest garbaty, ma ogromne siwe wąsy i jest chory psychicznie. Na ogół jest spokojny, ale czasami gdy coś go wyprowadzi z równowagi, wpada w szał i krzyczy: „zaraz wezwę pułk Kozaków, to zrobią tu wreszcie porządek!” Trzyma w mieszkaniu wielkiego, pięknego koguta i codziennie wychodzi z nim na spacer niosąc go pod pachą. Grigoriewa boją się wszystkie dzieci z okolicy. Bardzo lubię panią Helenę Koriusową, przyjaciółkę babci. Wraz z mężem Edwardem mieszkają w bocznym skrzydle kamienicy i są wielkimi miłośnikami kotów. W ich mieszkaniu unosi się specyficzny zapach, a na wszystkich fotelach, kanapach itp. wylegują się piękne wielkie kociska różnej maści. Gdy pan Edward wraca z pracy, koty zrywają się i witają go bardzo serdecznie, miaucząc, mrucząc i wskakując na plecy. Państwo Koriusowie nie mają dzieci, często więc zapraszają mnie do siebie i traktują, jak wnuczkę.

Całą kamienicą rządzi dozorca pan Cwalina, człowiek w mocno podeszłym wieku, z siwym sumiastym wąsem, głuchy, jak przysłowiowy pień. Jego dużo młodsza żona, korpulentna i bardzo energiczna pani Brońcia nie zwraca się do męża inaczej, jak „ ty głuchu”. Prawie codziennie można usłyszeć na podwórzu taki mniej więcej dialog:

Ty, głuchu, gdzie je kluc od bramy?” – pyta pani Brońcia.

Na to pan Cwalina otaczając dłonią ucho: „Jek Bruńcia powiadas?”

A dyć się pytam, gdzie je kluc od bramy” – wrzeszczy pani Brońcia.

Pan Cwalina najspokojniej w świecie: „Jek Bruńcia powiadas?”

Wreszcie cierpliwość pani Brońci wyczerpuje się i zaczyna lamentować:

O la Boga, że też me Pan Jezus takim głuchem pokarał! Żyłam se w panińskim stanie, jak trza, a głupie ludzie mnie namówiły i wzienam se takiego zapowietrzonego głucha! O ja nieszczęśliwa!”

W gruncie rzeczy, pani Brońcia jest bardzo przywiązana do swego męża, bo jak tylko ten zachoruje, przybiega z płaczem do dziadka: „Panie dochtorze, a dyć poredzi pan co mojemu, bo jak mu się, co nie daj Boże zemrze, jak ja sama sierota ostanę?”

A więc można powiedzieć, że wróciłam na „stare śmieci”. Jestem ogromnie szczęśliwa! Bardzo kocham moich dziadków, którzy rozpieszczają mnie do niemożliwości. Przepadam również za ich gosposią, zwaną przez nas Kostusiową, która kiedyś była moją nianią. Nie odstępuję jej ani na chwilę przeszkadzając w domowych zajęciach. Często po południu przychodzi córka Kostusiowej, Genia. Ma już czternaście lat, ale różnica pięciu lat wcale nie przeszkadza naszej przyjaźni. To moja najukochańsza i najlepsza przyjaciółka. Zabiera mnie na spacery, opowiada bajki, uczy harcerskich piosenek. Pamiętam do dziś, że kiedy wróciła z obozu harcerskiego w Jurkach nauczyła mnie piosenki, która zaczynała się tak:

W pięknych Jurkach obóz stoi

I burz wichrów się nie boi.

Kiedy nie mam nic do roboty, przystawiam do okna krzesło, klękam na nim i pomna na przestrogę Kostusiowej „ino firanków broń Boże nie pognieć”, delikatnie odsuwam firankę. Na podwórku często można zobaczyć coś ciekawego. Przeważnie krząta się po nim pan Cwalina z nieodłącznym atrybutem swojej władzy tj. z ogromną brzozową miotłą. Ale czasem jest naprawdę na co popatrzeć. Od czasu do czasu zjawia się ostrzarz noży. Ustawia specjalne do tego celu urządzenie i zaczyna dzwonić oznajmiając w ten sposób swoją obecność. Na ten znak niektórzy lokatorzy wynoszą noże do naostrzenia. Ostrzarz bierze nóż, za pomocą pedału wprawia w ruch ostrzałkę i przykłada nóż. Słychać zgrzyt, lecą iskry i po chwili nóż jest naostrzony. Czasem znów, przychodzi druciarz. Ustawia swój podręczny warsztacik na podwórku i woła: „Garnki drutuję, garnki!” Każdy dany do naprawy garnek otacza siateczką z drutu tak, że pęknięcie zostaje mocno ściśnięte i już nie będzie przeciekać.

Najbardziej lubię, kiedy przychodzi podwórkowa orkiestra. W jej skład wchodzą przeważnie: harmonia, skrzypce i mandolina. Czasami jeden z grających również śpiewa. Mieszkańcy kamienicy rzucają im z okien drobne monety zawinięte w papierek. Często za taką orkiestrą chodzi młody, trochę nienormalny Żyd o nazwisku Pietruszka. Tańczy przy dźwiękach muzyki, dyrygując pałeczką, którą zawsze nosi przy sobie. (Podobno w pierwszych dniach okupacji został zastrzelony przez Niemców.)

Z okien po drugiej stronie mieszkania jest widok na kościół farny i ulicę Sadową. Pod ogrodzeniem kościoła siedzą zawsze żebracy, a szczególnie dużo siedzi ich w niedzielę. Jedni śpiewają nabożne pieśni, inni modlą się głośno jękliwymi głosami prosząc o wsparcie. Na Boże Narodzenie i na Wielkanoc każdy z nich zostaje obdarowany przez moją babcię paczką z ciastem i wędliną.

Raz w tygodniu przejeżdża ulicą rakarz ( zwany pospolicie hyclem) odławiający wałęsające się psy. Na konnym wozie jest ogromna drewniana buda z zakratowanym okienkiem, przez które słychać skowyt i rozpaczliwe szczekanie złapanych psów. Gdy hycle zauważą biegnącego psa, zeskakują z wozu, otaczają biedaka i jeden zarzuca mu pętlę na szyję, podnosi psa do góry, uchyla okienko i wrzuca nieszczęśnika do budy. Ten straszny widok doprowadza mnie do łez i uciekam od okna. Na moje pytanie, co będzie z tymi psami, babcia nie chcąc pogłębiać mojej rozpaczy, odpowiada, że psy zostaną wywiezione gdzieś daleko w pole, a tam zostaną wypuszczone i na pewno jacyś ludzie zaopiekują się nimi.

Każdego dnia wczesnym rankiem przyjeżdża woziwoda. Łomża nie ma wodociągów więc mieszkańcy zaopatrywani są w wodę rozwożoną drewnianymi konnymi beczkami. U babci w kuchni stoi olbrzymia ocynkowana beczka z przykrywą przeznaczona na wodę, którą woziwoda wraz z pomocnikiem noszą do mieszkania wiadrami wiszącymi na łańcuchach po obu stronach drewnianych nosideł, które zakładają sobie na ramiona. W Łomży nie ma także kanalizacji. W kamienicach w mieszkaniach są zlewy, do których wylewa się zużytą wodę, a ta rurami spływa do rynsztoka. Po obu stronach każdej ulicy między chodnikiem, a jezdnią ciągną się rynsztoki, takie betonowe, długie korytka, którymi płynie brudna woda. W letnie, upalne dni pachnie to niezbyt pięknie, ale i to zaliczam do uroków Łomży.

Codziennie rano dziadek, który bardzo polubił naszego Pikusia, wyprowadza go na smyczy na spacer. Czasami udaje mi się wstać bardzo wcześnie i wtedy towarzyszę dziadkowi. Spacer jest krótki, wzdłuż ulicy Sadowej do skrzyżowania z Polową i z powrotem, bo dziadek spieszy się do szpitala. Wchodząc w ulicę Sadową po jej lewej stronie mijamy narożny dom, w którego suterenie mieści się zakład trumniarski. W małym okienku umieszczonym tuż nad chodnikiem stoi, jako reklama malutka trumienka pomalowana srebrną farbą. Całe okienko i trumienkę pokrywają pajęczyny i kurz, co stwarza wyjątkowo przykry i ponury widok, to też staram się przejść obok tego możliwie szybko. Następnie idziemy wzdłuż ogrodzenia „organistówki” (dom przy kościele, w którym mieszka organista i księża), a następnie wzdłuż muru otaczającego Pałac Biskupi usytuowany w pięknym parku. Dochodzimy do ulicy Polowej i przechodzimy na drugą stronę Sadowej. Wracając mijamy Dom Katolicki i dochodzimy do posesji p. mecenasa Lachowicza. Tu zawsze zatrzymujemy się na chwilę. Ładny nieduży murowany domek ogrodzony żelaznym, kutym ręcznie ogrodzeniem, za którym biega piękny, ogromny owczarek niemiecki. Psy wymieniają grzeczności, a ja podziwiam rosnące w ogródku prześliczne krzewy mahonii o zawsze zielonych, jakby glazurowanych liściach. Teraz, w środku lata na krzewach pojawiły się grona granatowych jagód. Wygląda to przepięknie. Po chwili ruszamy dalej. Mijamy mały tartak, z którego ciągle słychać brzęczenie pił, wreszcie okazały budynek, którego elewację zdobią piękne sztukaterie i wracamy do domu.

W dni targowe chodzę z babcią na targ na Stary Rynek. Na dużym brukowanym placu stoi pełno furmanek. Wyprzęgnięte konie z pyskami zanurzonymi w workach z obrokiem uderzają kopytami o bruk, strzygą uszami i machają ogonami opędzając się do much.

Na wozach gospodarze sprzedają ziemniaki, warzywa i owoce. Dalej, tworząc podwójny szpaler rozsiadły się gospodynie wiejskie, które sprzedają drób, mleko w wielkich blaszanych bańkach, masło i sery zawinięte w lniane szmatki oraz jajka w koszach wypełnionych sieczką (żeby się nie potłukły). Masło sprzedawane jest w „funtach” – owalnych gomółkach, a jajka nie na sztuki, lecz na „pary”. Oprócz tego na rynku pełno jest sprzedawców takich rzeczy, jak wyroby z drewna, z wikliny, miotły, zabawki, baloniki itp. Panuje tu tłok, hałas i zgiełk.

Uwagę moją przyciąga sprzedawca sztucznych kwiatów wykonanych z kolorowej bibuły. W ręku trzyma długi kij, na końcu którego zatknięta jest wielka brukiew, a w nią powtykane są kwiaty umocowane na drutach. Tworzy to ogromny, wielokolorowy bukiet, który na tle błękitnego nieba wygląda przepięknie. Podnoszę do góry głowę i podziwiam nieprawdopodobne fioletowe i niebieskie róże, różnokolorowe lilie, strzępiaste chryzantemy i inne jakieś fantastyczne, niespotykane w rzeczywistości kwiaty. Babcia twierdzi, że wszystko to jest niegustowne i ordynarne, ale mnie wydaje się nadzwyczaj piękne.

Wieczorem leżąc już w łóżku lubię wsłuchiwać się w odgłosy ulicy. Od czasu do czasu słychać szybkie kroki zapóźnionego przechodnia, to znów z daleka dobiegają jakieś rozmowy, gwizdek policjanta. Czasem słychać klapanie kopyt końskich o bruk – to przejeżdża dorożka. Przez okno sączy się słabe światło latarni. Leżę upajając się świadomością, że naprawdę jestem w Łomży u kochanych dziadków. Wreszcie zasypiam.

Skończył się remont i rodzice zabierają mnie do naszego nowego mieszkania. Niechętnie wyprowadzam się od dziadków, ale pocieszam się myślą, że przecież będę mogła ich codziennie odwiedzać. Nowe mieszkanie bardzo mi się podoba. Szczególnie zachwyca mnie widok z okien wychodzących na podwórko. Mieszkamy na drugim piętrze. Za podwórkiem teren opada w dół, gdzie znajduje się tzw. „Świński Rynek”. Jest to obecnie wielki plac porośnięty trawą, ale kiedyś podobno sprzedawano tam świnie. Za placem jest stary cmentarz żydowski, a dalej roztacza się wspaniały widok na nadnarwiańskie łąki, Narew, na oba mosty drewniany i żelazny, łąki, pola, lasy oraz wsie: Piątnicę, Kalinowo i Drozdowo. Wszystko to tworzy wspaniałą, kolorową, urzekającą wprost panoramę. Mogłabym tak stać godzinami w oknie i podziwiać.

Jestem bardzo szczęśliwa! Znów mieszkam w ukochanej Łomży, niedaleko mam moich ukochanych dziadków, kochaną nianię i Genię. Po przeciwnej stronie ulicy w kamienicy pp. Bruszewskich mieszka brat mamy z żoną i pięcioletnią córeczką Tereską. Jest cudowne lato, więc prawie codziennie chodzimy nad Narew, czasami w niedzielę wyjeżdżamy całą rodziną do lasu Jednaczewskiego, robimy piesze wycieczki na Górę Królowej Bony, lub do Piątnicy.

W niedzielę po Mszy św. idziemy z rodzicami lub Genią do ogrodu spacerowego. W Łomży do tradycji należy, że wszyscy po Mszy św. idą do parku zwanego ogrodem spacerowym. Przechadzają się po alejkach, siadają na ławkach rozmawiając ze znajomymi, słuchają muzyki ( czasami gra orkiestra).

Ogród spacerowy – brama główna

Często późnym popołudniem, gdy dziadek skończy przyjmowanie pacjentów, zabiera mnie do cukierni Płodowskiego. To jest dopiero frajda! Siadamy przy stoliku, zamawiamy bezy z kremem i lody. Opycham się do nieprzytomności. Jakież wspaniałe wakacje mam w tym roku!

Tak mija lipiec, zaczyna się sierpień. Zostaję zapisana do szkoły powszechnej przy placu Sienkiewicza, gdzie uczy bratowa mojej mamy. Coraz częściej mówi się o wojnie. Przez radio nadawane są komunikaty, jak należy się zachować, gdy Niemcy użyją gazu. Odbywają się jakieś ćwiczenia, ulicami często maszerują oddziały wojska. W kamienicy, gdzie mieszkają dziadkowie była specjalna komisja, która orzekła, że sklepienia piwnic są bardzo mocne i w związku z tym piwnice mogą służyć jako schron na wypadek bombardowania. Poprzebijano otwory w poszczególnych ścianach piwnic, aby było między nimi połączenie. Wieczorem należy zaciemniać okna, aby nie przeświecało światło, które mogłoby naprowadzić na cel niemieckie samoloty. Na posesjach kopane są rowy mające służyć jako schrony przed ostrzałem artyleryjskim. Na każdym kroku wyczuwa się niepokój i zdenerwowanie, ale tak ogólnie, wszyscy są dobrej myśli. Wojna nie potrwa długo, Niemcy zostaną odparci.

1 września radio podaje komunikat, że o godz. 4,45 wojska niemieckie przekroczyły bez wypowiedzenia wojny granice Polski. Atmosfera staje się bardzo nerwowa, wszyscy bez przerwy słuchają radia, dyskutują. Tymczasem z radia płyną coraz to nowe wiadomości o intensywnych bombardowaniach przez lotnictwo niemieckie celów wojskowych oraz barbarzyńskich atakach z powietrza na miasta i wsie polskie, transporty kolejowe i drogi pełne uciekających przed najeźdźcą ludzi. Niepokój i zdenerwowanie dorosłych udziela się również mnie. Przecież 1 września miałam iść do szkoły, tymczasem stało się coś zupełnie dla mnie niepojętego, wręcz strasznego.

3 września Anglia i Francja wypowiadają Niemcom wojnę, co podnosi wszystkich na duchu. Niemcy na pewno wojnę przegrają. Nie mniej jednak atmosfera jest napięta. Jakby na przekór wszystkiemu, pogoda jest wprost cudowna. Niestety, na bezchmurnym niebie ciągle pojawiają się niemieckie myśliwce. Radio podaje ciągle nowe komunikaty.

7 września wczesnym rankiem budzą nas wybuchy pierwszych bomb spadających na Łomżę. Siadam na łóżku i rozglądam się trochę nieprzytomnie. Rodzice, już ubrani, nerwowo krzątają się po mieszkaniu. Na środku pokoju stroją dwie duże walizki, do których mama już przed tygodniem spakowała najbardziej niezbędne rzeczy. Przynaglana przez mamę ubieram, się w pośpiechu. Radio co chwilę nadaje komunikaty. Ten nerwowy nastrój udziela się nie tylko mnie, ale i Pikusiowi. Ojciec bierze walizki, mama Pikusia na smycz, ja w ostatniej chwili chwytam moją ulubioną lalkę. Rodzice zamykają mieszkanie i biegniemy do dziadków. Z oddali dobiegają odgłosy strzałów armatnich, słychać warkot nadlatujących samolotów, wyją syreny. Spadają bomby. Na ulicy panika, przerażeni ludzie biegną przed siebie. Wreszcie wpadamy do sieni kamienicy, w której mieszkają dziadkowie. Na klatce schodowej kłębi się tłum przerażonych ludzi, panuje ogólny popłoch. Jedni nawołują się nawzajem, inni płaczą, niektórzy modlą się głośno. Coraz częściej słychać wybuchy bomb. Mama trzęsie się jak liść osiki trzymając mnie kurczowo za rękę. Wreszcie wybucha spazmatycznym płaczem. Spoglądam na ojca. Jest blady i zdenerwowany do ostatnich granic, w ustach trzyma nie zapalonego papierosa. Pikuś piszczy i rozpaczliwie plącze się pod nogami. Widzę bezradność i bezsilność dorosłych i boję się, panicznie się boję. Strach dosłownie mnie paraliżuje, zaczynam płakać. Nagle zjawia się przy mnie babcia, przytula mnie mocno i też płacze. Rozglądam się za dziadkiem. Dostrzegam go schodzącego po schodach. W szarym garniturze, w filcowym brązowym kapeluszu z lekarską walizeczką w ręku. Zatrzymuje się i zbielałymi trzęsącymi się wargami szepce: „Boże, Boże, mordują Łomżę, moją kochaną Łomżę”, a po policzkach spływają mu łzy.

Iwona Krzepkowska-Bułat
Międzyborów, sierpień 1999 r.

1879 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.