Śniadowo w czasie II wojny światowej /cz. I/

Śniadowo w czasie II wojny światowej   /wspomnienia świadka historii/

Pierwsze, co można było przeżyć, to ucieczka z domów do lasu, piwnic różnych rowów, aby się ukryć przed bombami, pociskami, i wielki strach. Eskadry niemieckich samolotów zrzucających bomby i strzelające do ludzi z działek przeciwlotniczych. Samoloty latały też bardzo nisko, że pilotów było widać doskonale. Śmiali się, kiedy widzieli ludzi uciekających lub rannych. Niemiecka armia to była potęga. Polska armia była słabo uzbrojona, samolotów prawie wcale nie miała i siłą rzeczy wojnę musiała przegrać.

Widok ogólny żydowskiego domu modlitwy w Śniadowie. Widoczny drewniany budynek oraz drewniane ogrodzenie. Pod konstrukcją z łuków znajduje się galeria. /lata: 1910 - 1939/

Widok ogólny żydowskiego domu modlitwy w Śniadowie. Widoczny drewniany budynek oraz drewniane ogrodzenie.
Pod konstrukcją z łuków znajduje się galeria.
/lata: 1910 – 1939/

Mieszkaliśmy przy samej szosie Warszawa – Łomża. Zobaczyliśmy oddziały niemieckie uzbrojone po zęby. Ich siła była przerażająca. Zobaczyliśmy pierwsze trupy polskich żołnierzy i cywilów. Kilku żołnierzy zabitych pod Truszkami przywieźli na cmentarz w Śniadowie i tu ich pochowali. Widziałam ich osobiście, to był okropny widok. Skąd oni pochodzili, nikt nie wie. Gdyż przez te wszystkie lata nikt z ich rodzin nie był na ich grobie. Wielu żołnierzy i oficerów przebierało się w cywilne ubrania i uciekali gdzie mogli, przed wzięciem do niewoli albo śmiercią. Kiedy Niemcy wkroczyli na tereny Polski, zaczęli wyłapywać mężczyzn i albo zabierali ich do niewoli, albo zabijali. Baliśmy się o Mariana S., który uciekł do rodziny na wieś. A wujek Ch. był na froncie, a jakoś szczęśliwie przeżył. Niemcy na naszych terenach byli kilka dni.

Okupacja sowiecka
17-ego września 1939 roku wkroczyła do nas od wschodu Armia Sowiecka. Ponieważ Rosja z Niemcami podpisała układ o rozbiorze Polski i podzieleniu jej na połowę, tereny wschodnie zajęła Rosja, a zachodnie Niemcy. Granica przebiegała na Ostrowi Mazowieckiej, Ostrołęce. Poza tą granicą byli Niemcy. Łomża, Białystok, Lublin były pod okupacją Rosji. Wtedy spod okupacji niemieckiej tj. z Warszawy i innych miast zaczęli napływać do nas wielkie rzesze ludności żydowskiej. Niemcy już od 1933 roku masowo niszczyli Żydów na terenie Niemiec, a później niszczyli Żydów w krajach które zajmowali. Polacy przed wojną, też na wzór niemiecki bardzo dokuczali Żydom, których w Polsce mieszkało bardzo dużo.
Natomiast Sowieci byli do Żydów przyjaźnie usposobieni. Sowieci po wkroczeniu do Polski bardzo szybko zaczęli wprowadzać swoje rządy. Byli to ludzie zacofani, zastraszeni przez swego wodza Stalina. Brat brata się bał, nie wolno im było się przyznawać, że wierzą w Boga. Mówili głośno, że Boga nie ma. Chociaż niektórzy mieli pozaszywane w ubraniach krzyżyki czy medaliki. Stalin za młodu był zakonnikiem (był Gruzinem), a później odstąpił od wiary (prawosławnej). Stał się komunistą i wielkim ciemiężycielem i mordercą narodu rosyjskiego i innych narodowości. W Rosji od 1934 r., trwał ogromny terror, za najmniejsze przewinienie groziło więzienie, zsyłka na Syberię albo śmierć. Trwał tam też u nich ogromny głód. Mimo to zastraszeni chwalili Stalina, śpiewali o nim pieśni, był dla Nich Bogiem, jego wielbić musieli.
Wkrótce też w Polsce zaczęli organizować swoje urzędy. Było też dużo ich wojska oraz zaczęli sprowadzać z Rosji swoje rodziny.
Na początku października (1939 r.) były już ich urzędy, milicja oraz dzieci zaczęły uczęszczać do szkoły. Przyjechali rosyjscy nauczyciele oraz polscy nauczyciele, którzy uczyli nas przed wojną. W Rosji obowiązywał podstawowy 10-letni okres nauki, tak zwana Dziesięciolatka. Poziom nauczania był wysoki. Dla nas dzieci i nauczycieli nie znających języka rosyjskiego był bardzo trudny. Gdyż od razu musieliśmy poznawać ich język. Rosyjscy nauczyciele od razu nauczali nas w języku rosyjskim. A polscy nauczyciele w języku polskim. A my uczniowie jak mogliśmy, tak sobie tłumaczyliśmy te lekcje. Pierwszy rok było bardzo trudno. Tak, że nawet pierwszego roku nie zaliczam i tak, że 5-tą klasę przerabialiśmy dwa lata. Ale niektórzy dość szybko uczyli się języka rosyjskiego. Ja osobiście szybko uczyłam się (jęz. rosyjskiego). W drugim roku nauki czytanie, pisanie i mowa rosyjska nie sprawiała mnie żadnej trudności. Do dziś mówię, czytam i piszę w tym języku. W drugim roku nauki zaczęli nas uczyć też niemieckiego, uczuła nas tego języka nauczycielka Rosjanka. A my sami tłumaczyliśmy go na polski. Wszyscy uczniowie musieli należeć do organizacji młodzieżowej „Pionierów”, to jakby nasze Harcerstwo. Nosiliśmy białe bluzki (koszule) i czerwone krawaty. Powitaniem było podniesienie ręki i dotknięcie kciukiem do środka czoła, zawołanie „bądź gotów”, odpowiedź „zawsze gotów”. Poza tym mieliśmy wykłady z wychowania i przygotowania wojskowego. Był też kładziony wielki nacisk na sport, a najbardziej na gimnastykę artystyczną.
Zima 1939-40 była bardzo mroźna i śnieżna, a do szkoły dochodziły dzieci pieszo nawet po 8 km. Było wiele odmrożeń. W taką zimę Rosjanie zaczęli wywozić do Rosji na Syberię pierwszą turę Polaków. Byli to ludzie bogatsi oraz przedwojenni urzędnicy, rodziny wojskowych, policjantów oraz „Narodowców”, którzy przed wojną dokuczali Żydom. Niektórzy Żydzi pracowali przeważnie w milicji sowieckiej. I w odwecie za swoje krzywdy wyrządzone przez Polaków donosili na nich Sowietom. W tym transporcie wywieźli z rodziną naszego kolegę z klasy Cześka Ch. Czesio potem z Syberii został z innymi Polskimi dziećmi odesłany aż do Afryki. A reszta jego rodziny przedostała się z Gen. Sikorskim do Anglii i Ameryki. Czesio po wielu, wielu latach odwiedził Polskę już jako dorosły. Jest na zdjęciu za mną i kolegami ze Śniadowa. Wywieźli też jednego naszego nauczyciela, rodzina jego została w Polsce, czy kiedy wrócił, nie wiem. Wywieźli też wiele rodzin ze Śniadowa, okolic i całych terenów okupowanych przez Sowietów. Wieźli ich tysiące kilometrów w wagonach towarowych. Ostatni transport wyruszył 20-ego czerwca 1941 r. Ludzie ci przeżyli tam w wielkiej biedzie i poniżeniu długich sześć lat, do 1946 r. Dużo wróciło do Polski, a inni rozjechali się po całym świecie.
Polacy ciągle czekali na pomoc Anglii i Francji, ale niestety Niemcy wydali już wojnę całemu światu. Rosjanie czuli się u nas pewnie, myśleli, że zostaną już w Polsce na zawsze. Zaczęli stawiać dla swoich domy i sprowadzać z Rosji swoje rodziny. Na rynku postawili pomnik Lenina, na targowej zrobili piękny park. W remizie strażackiej urządzili piękną salę kinową, a na dole widowiskowo. Urządzili tu różne występy artystyczne oraz różne akademie okoliczne. Filmy były przeważnie o wojnie i kołchozach (kołchozy to tak zwane wielkie gosp. rolnicze). Ale były też i inne filmy. Nawet dramat angielski „Wielki Bal”. (Ja pierwszy film oglądałam przed wojną, kiedy byłam w czwartej klasie, był to film „Królewna Śnieżka”, wozili nas na niego do Łomży wozami konnymi). Radia były na słuchawki, tak jak dziś walkmeny, ale mało kto je miał. A radia na głośniki były w Śniadowie chyba cztery.
Sowieci dawali nam wiele różnych atrakcji, chcieli z nas zrobić szczęśliwe dzieci. Ale ani dorośli ani dzieci nie chcieli się z tego cieszyć. Dorośli żyli strachem kiedy będą aresztowani i wywiezieni na Syberię. A dzieci swoim zachowaniem w szkole. Prym w złym zachowaniu wiodła moja klasa tzw. „Piatyj kłas” (piąta klasa). Byliśmy tak rozchuliganieni, że przechodziliśmy wszelkie normy przyzwoitości. Uczyliśmy się nieźle, prymuską była Jadzia D. Ale psoty robiliśmy niesamowite. Tablica była smarowana tłuszczem. W krzesła nauczycieli wbijane były szpilki, gwoździe albo wyrwana noga. Chłopaki strzelali z procy albo całą lekcję rozmawialiśmy głośno tak, że o prowadzeniu lekcji nie było mowy. Prowodyrem w tych rozróbach był ruski chłopak, nazywał się Sienka Sieniawski. On nawet wpadł na pomysł, żeby spalić portret Engelsa, bo potrzebne były ładne ramki do gazetki ściennej. A później z chłopakami włamali się do kancelarii nauczycielskiej i ukradli stąd portret Engelsa. Bo taki musiał wisieć u nas w klasie. Nauczyciele i ruscy i polscy, bali się iść do nas na lekcję. Ciągle tylko krzyczeli „Piatyj kłas rozwiązać” (piątą klasę rozpędzić). Ale na nas to nie działało. U ruskich dzieci bić nie było wolno (przed wojną nauczyciele mogli bić, stawiać do kąta albo kazać klęczeć, więc nam to odpowiadało. Jak któryś z nauczycieli nie wytrzymywał i chciał dołożyć po łbie, to krzyczeliśmy „bit nie lzu” (bić nie można). W ten sposób jako dzieci mściliśmy się za okupację, wywózki naszych kolegów i całych rodzin na Syberię.
Nadal mieszkaliśmy u państwa S., było nam ze sobą dobrze, tworzyliśmy jakby jedną rodzinę. Gotowaliśmy wspólnie, nigdy nie było żadnych kłótni. Marian trudnił się krawiectwem. Mama i p. Bolcia dostały pracę w pralni wojskowej. Była to ciężka praca. Wtedy nie było „pralek”, tylko „balia i tara”, na której się tarło namydloną bieliznę. Płacili rublami (była to waluta sowiecka) za upraną sztukę. Ile sztuk uprała, tyle płacili. No i poza tym miały możliwość „ukraść” mydła, z którym było wtedy bardzo krucho. Czasami wracały z pralni w tak mokrych ubraniach, że w zimie na nich zamarzały. Ale cieszyły się, że mają pracę. Z kupnem żywności nie było źle. Chłopi bili świnie, krowy i przywozili na targi, jak również mąkę, kaszę. Gorzej było z cukrem, solą i innymi przyprawami, po to trzeba było stać godzinami w kolejkach. Za to cukierków i ciastek kupowało się kilogramami. Ciężko było też z kupnem odzieży i obuwia. Ale wtedy każdy chodził w tym, co miał.
Pomimo, że mieszkaliśmy w małym mieszkaniu w sześć osób, to jeszcze dokwaterowali nam Rosjankę, na imię miała Sonia. Była kierowniczką łaźni i pralni. Była młodą dziewczyną bez rodziny. Za to miała gitarę, na której ładnie grała i śpiewała. Bardzo się z nami zżyła.
Zwykli ludzie rosyjscy nie byli źli. Nawet zaczęli się przyjaźnić z Polakami i w tajemnicy zaczęli opowiadać o swoim życiu w Rosji. Jeden Rosjanin był z Mińska. Był sąsiadem rodziny mojego ojca – S. Opowiadał Mamie, że Dziadkowie już nie żyją. Powiedział też, że w wojsku w Śniadowie jest syn brata naszego Ojca (Adolfa) i nawet go Mamie pokazał, ale Mama bała się z nim spotkać i zapoznać, ponieważ Sowieci mogliby się dowiedzieć, że nasz Ojciec uciekł z Rosji i nas wywieźć na Syberię. Chociaż i tak nikt nie był pewny, czy następnym transportem nie wyjedzie. Było też wiele aresztowanych. Wujka Ch. aresztowali. Siedział pół roku w Białymstoku i Miński, a wujek D. cały ten czas się ukrywał. I tak żyliśmy ciągłą niepewnością. Mamy pracowały. Marianowi groziło pójście do wojska (zabierali też Polaków). Jasia była w domu gospodynią. Ja i Władzio chodziliśmy do szkoły. Władzio już do drugiej klasy. Był czerwiec, czekaliśmy wakacji. Ale zamiast wakacji, 22 czerwca 1941 o godzinie 4 rano Niemcy bez wypowiedzenia wojny uderzyli na Związek Radziecki. Z przyjaciół stali się wrogami. Rosjanie uciekali w popłochu, było wielu zabitych i rannych. Nasza Sonia tej nocy nie była u nas. I tak, że już więcej jej nie widzieliśmy. My Polacy bardzo się ucieszyliśmy, że Sowieci uciekli, że nie wywożono już nikogo na Syberię, że skończyła się prawie dwuletnia okupacja Sowiecka. Ale nie wiedzieliśmy, że czeka nas jeszcze gorsza niewola – niemiecka. 20.06.1941 r. odjechał ostatni transport na Syberię.

Okupacja niemiecka
Przez pierwsze dni wejścia wojsk niemieckich trwała euforia, nawet dzieci polskie witały Niemców kwiatami. Niszczono wszystko, co pozostało po Sowietach. Niszczono i rozbijano sklepy i urzędy. Rozbili kiosk z winem i piwem, które było w olbrzymich beczkach. Pili wszyscy, nawet dzieci leżały pijane na ulicy. Później Polacy spędzili na rynek Żydów, którzy współpracowali z Sowietami i zmusili ich biciem, aby rozwalili pomnik Lenina. Najbardziej Polacy wyżywali się na Żydówce nazwiskiem D., która miała dwóch synów w milicji sowieckiej i naśmiewała się głośno z Polaków, których wieźli na Syberię. Później rozwalony pomnik Żydzi musieli załadować na karawan, w którym przewozili swoich zmarłych i śpiewając i modląc się po żydowsku odprowadzić Lenina na „Kirkut”, tj. cmentarz żydowski. Przy tej procesji Polacy bili Żydów, a Niemcy te sceny fotografowali. Za kilka dni Niemcy na cmentarzu w Śniadowie rozstrzelali Polaka, który współpracował z Sowietami.
Ale radość trwała krótko ponieważ po kilku dniach Niemcy zaczęli pokazywać, że oni tu rządzą. W Śniadowie powstał Posterunek Żandarmerii, Urząd Gminy, gdzie rządził Niemiec oraz dużo wojska. Wyznaczyli godzinę policyjną. Po 21-ej nie wolno było wychodzić z domu. Zamknęli szkoły. Nie wolno było się uczyć, nawet po kryjomu. Nauczyciel, który był przyłapany, że w domu uczy dzieci, był aresztowany i wywożony do obozu do Oświęcimia albo innego więzienia. Zabrali też wszystkie radioodbiorniki. Za ukrycie i słuchanie radia groziła kara śmierci. Niemcy też zaraz wzięli się za Żydów. Każdy dorosły Żyd (Żydówka) musieli nosić na rękawie opaskę z „Gwiazdą Dawida” (to godło żydowskie). Byli bici, głodzeni, poniewierani w nieludzki sposób. No i utworzyli dla Żydów oddzielną dzielnicę, tzw. „Getto”. Zajęli ul. Szeroką, połowę Łomżyńskiej. Polaków, którzy mieszkali na tych ulicach przesiedlili do ich domów. Żydzi byli w tych domach tak ściśnięci, że w lecie spali nawet na dworze i strasznie głodowali i biedowali. No i musieli chodzić do różnych prac, które organizowali Niemcy.
Kilka domów lub mieszkań zostało po Żydach, więc przydzielili je Polakom. My też dostaliśmy takie mieszkanie i wyprowadziliśmy się od p. S. Ale pracy Mama już nie miała, więc pomagała u pewnych gospodarzy w pracy na polu. A ja i Władzio zamiast się uczyć, paśliśmy krowy u tych gospodarzy, za co dostawaliśmy mleko, ziemniaki i inne produkty. Poza tym trzeba było z lasu nazbierać chrustu i szyszek na opał. Był głód i bieda.
Niemcy zarządzili, że każdy gospodarz (rolnik) musiał podać ilość inwentarza, w tym nawet gęsi, kury, króliki i według ilości wyznaczali „kontynent”. Każdy musiał oddawać wyznaczoną ilość świń, krów, drobiu, jaj, mleka, zboża, ziemniaków. Jeździli też po wsiach i zbierali co się dało. Gospodarze mieli prawo do zabicia sobie jednego – dwóch świniaków na rok dla siebie w zależności od osób w rodzinie. Ci, co nie mieli ziemi i nie hodowali, mieli kartki żywnościowe. (Żydzi nawet takich kartek nie mieli, strasznie głodowali). Na jedną osobę przypadło 40 dkg, dzieci 30 dkg dziennie mleka odtłuszczonego, 10 dkg mięsa z kością „raz w tygodniu”, sól, mąka i inne produkty po trochu. Zamiast cukry była „sacharyna” (dziś słodzik używany przez cukrzyków). Brak też było mydła i środków czystości, z czego były wszy, pchły, pluskwy i świerzb (choroba brudu), nie było też nafty do lamp. Ale jak to mówią, „Polak potrafi”. Ludzie z narażeniem życia gdzieś w ukryciu na strychach, w wykopanych dołach na polu hodowali świnie, owce, drób, króliki i tym się dożywiali i pomagali rodzinom i po kryjomu też sprzedawali innym. Z tłuszczu i odpadów zwierzęcych gotowali mydło (takim mydłem też się myliśmy. Z łoju (tłuszczu owczego) i wosku robili świece. Czasami udało się kupić od żołnierzy niemieckich trochę nafty do lamp. No i chłopi na wsiach z mąki żytniej zaczęli produkować wódkę, tzw. „Bimber”, za co groziła kara obozu pracy. Ale że Niemcy też lubili popić, więc można było ich przekupić. Niemcy też w czasie wojny mieli „kartki żywnościowe” i też bardzo ograniczone ilości. Więc też brali za jakieś przewinienia tzw. „łapówki” żywności, bimbru i co się dało i wysyłali to do rodzin do Niemiec. Brak było też ubrań i butów. Ubrania szyło się jedną sukienkę nawet z trzech starych. W lecie chodziło się boso albo w „kląpach”, drewniakach. A w zimie, w czym kto miał. Czasami na kilkoro dzieci były jedne buty. Ubrania były też z wełny owczej i lnu, które kobiety na wsi robiły.
Nasza mama nauczyła się od (ojca) męża wyprawić skóry owcze na kożuchy oraz skóry królicze i inne. Zaczęła też jeździć na wsie do gospodarzy i wyprawiać im te skóry. Również reperowała uprząż dla koni. Za to dostawała żywność i wełnę na swetry. Umiała też prząść wełnę, len i wełnę z królików, tzw. angorów, była to taka przędza, jak dziś „moher”. Była bardzo miła i delikatna w dotyku, robiło się z niej czapki i szaliki. Także dzięki umiejętnościom mamy mieliśmy co jeść. Przędła wełnę i „angorkę” nawet żandarmom, przeważnie komendantowi i jednemu żandarmowi o imieniu Juliusz, był podobno ze Śląska, bardzo dobrze mówił po polsku (jego żona też mówiła po polsku). Za robotę przynosił jajka, masło, słoninę. Co sam dostał od chłopów, to tym płacił.
Niemcy dopóki byli Żydzi do pracy, to Polakom mniej dokuczali. Ale w listopadzie 1942 r. rankiem Niemcy nakazali Polakom ze wsi przyjechać wozami konnymi do Śniadowa. Sami otoczyli wojskiem i żandarmerią domy żydowskie i zaczęli wypędzać z domów całe rodziny i ładować na te wozy, aby wywieźć ich do obozu do Zambrowa. Działy się wtedy sceny „dantejskie”, niesamowity krzyk, płacz, bicie i strzelanie za uciekającymi. Żydzi wiedzieli, że ich wywożą na śmierć. Było ich wtedy w Śniadowie około 600-700 osób. Ich krzyk i rozpacz było słychać na kilka kilometrów. Chorych i niedołężnych Niemcy zabijali na miejscu. W Zambrowie był obóz przejściowy. Stąd wywożono Żydów do obozu śmierci do Treblinki k/ Ostrowi Mazowieckiej. W tym obozie zginął dr Janusz Korczak ze swoimi żydowskimi wychowankami (sierotami). Albo do Oświęcimia, gdzie palili ich w krematoriach. (W tym obozie zginęło też wielu Polaków oraz ludzi z całego świata okupowanego przez Niemców).
Kilkudziesięciu Żydom udało się uciec. Ukrywali się w lasach albo u polskich rodzin. Polakom za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci całej rodziny albo więzienie i Oświęcim. Niemcom jednak udawało się Żydów wytropić. Pewnego razu przywieźli z lasu 24 osoby, w tym dzieci i kobiety (była też w tej grupie rodzina K. (piekarzy), po której posiadłość po wojnie kupiliśmy i do dziś mieszkamy. W nocy żandarmi wyprowadzili ich do żwirowiska na Sapkach i tam ich wszystkich rozstrzelili, i tam zakopali. Znaleźli też inną Żydówkę z synem i córką, dziewczynka była moją koleżanką z klasy, na imię miał Esterka. Zanim ich zabili, urządzili sobie widowisko albo celowali do matki, to dzieci nieludzko krzyczały, albo celowali do dzieci, to matka całowała Niemcom nogi i błagała o litość. Zabił ich Polak, który był szucmanem, to taki polski żandarm, który współpracował z żandarmami, nazywał się Henryk W. Później wywieźli go żandarmi do obozu, gdyż okazało się, że on współpracował z polską partyzantką, i tam zginął. Pracowało też z żandarmami kilku innych Polaków.
Po ich zabójstwie jeden z żandarmów nazwiskiem Rymus, który sam miał żonę i troje dzieci, a patrzył na to morderstwo, o mało nie zwariował. Przez kilka dni krzyczał po polsku: Matka zabić dzieci, krzyczeć, dzieci zabić, Matka błagać i krzyczeć, Niemiec, Bóg, Hitler, banditt. Żandarmi bali się o niego, ale później doszedł do siebie.
Kilka osób (Żydów) przeżyło tę gehennę. Żyli w lasach, w ziemniakach albo w norach wykopanych w stodołach, w chlewach, nad ich schronami stały krowy, świnie. Przeważnie ukrywali się na wsiach, na odludnych koloniach u polskich rodzin. Polacy mimo wielkiego narażenia na śmierć, pomagali Żydom. Małe dzieci zabierali do domu, uczyli ich pacierza, dawali polskie imiona. Ale jak ktoś obcy nadchodził, to je ukrywali. Starsi Żydzi wychodzili w nocy z tych nor na powietrze. Kilka osób po przejściu frontu i ucieczki Niemców wróciło też do Śniadowa. Jedna z dziewczyn, która przeżyła z ojcem, rozebrała się z łachmanów u nas na podwórku, to te łachmany ruszały się, tyle było na nich „wszy”, że je nosiły, a ona cała była w strupach. Płakaliśmy, patrząc na nią i te łachy, nie mogliśmy uwierzyć, że można było to przeżyć.
Po zlikwidowaniu Żydów Niemcy zaczęli się brać ostrzej za Polaków. Musieliśmy wykonywać wszystkie roboty, które nakazali. Sprzątać, prać dla wojska. Kopałyśmy (to robiły dziewczyny) ogród przy Urzędzie Gminy (obszar obecnej targowicy), szpadlami na dwa sztychy głęboko. No i pielenie i porządkowanie ogrodu. Za tę pracę nic nie płacili. Robiły to dzieci 12-15-letnie. Był też taki niemiecki dziedzic „Bauerfir”, który zajął majątek w Chomentowie. Zasiał tam kilka hektarów kauczuku. Chodziliśmy ten kauczuk pleć i zbierać z pola kamienie. Pilnował nas przy tej robocie taki stary folksdojcz (to taki Polak, który współpracował z Niemcami). Jak która mało zebrała kamieni do fartucha, to potrafił dołożyć kijem. Natomiast „Bauerfir” przyjeżdżał na pole z psem wilczurem i nas nim szczuł. Ale pewnego razu, kiedy przyjechała do niego z Niemiec synowa z wnuczkiem, ten pies rzucił się na dziecko i obdarł mu skórę z całej głowy. Wtedy psa zastrzelili. Ja ciągle chodziłam do jakiejś roboty, bo Mama musiała zarobić, aby nas utrzymać. Władzio popasał ciągle krowy. Pasienie krów, to nie była rozrywka, trzeba było codziennie w deszcz czy upał stać na polu i pilnować, aby krowy nie weszły w zboże i to od 5-tej rano do obiadu, przerwa i znowu do wieczora. Takie to było nasze dzieciństwo. Starszą młodzież Niemcy wywozili na roboty do Niemiec do fabryki i do gospodarzy. Bo mężczyźni Niemcy byli na wojnie.
W tym czasie w pożydowskiej piekarni pracował mąż cioci Wandzi Ch. – Wacław M. i tu mieszkali. Pracował też jako piekarz J. Władysław, był samotnym kawalerem. Pochodził ze wsi Dębowo, koło Kleczkowa, ur. 1896 r. Rodziny nie miał. Kiedy był dzieckiem, matka wyjechała do Ameryki. Jego wychowali dziadkowie. Ciocia i wujek M. zaczęli Jego „swatać” mamie. Mama początkowo zastanawiała się nad tym małżeństwem, gdyż ciągle pamiętała przeżycia z naszym ojcem. Bała się też czy dla nas będzie dobry. Ale on był bardzo miłym, spokojnym człowiekiem. Nas zaczął przekupywać prezentami, a przeważnie urabiał mnie. Mama zdecydowała się wyjść za niego. Ślub wzięli w lipcu 1943 r. w kościele w Śniadowie. J. Władysław i Kazimiera S.. Mama miała wtedy 43 lata. Kiedy po Ich ślubie zaczęliśmy mówić do niego tatusiu, to aż popłakał się z radości. A wart był tego, gdyż był najlepszym ojcem i mężem. Po ślubie przenieśliśmy się mieszkać do ojca na ul. Łomżyńską, gdzie była piekarnia. Mieszkali też tu ciocia i wujek M.
Dom i piekarnia sąsiadowały z budynkiem żandarmerii i gdyby to nie była jedyna piekarnia, to na pewno by Niemcy nie pozwolili nam tu mieszkać. Budynki były rozdzielone wysokim płotem, tak, że z naszego podwórka nic nie było widać, co się u żandarmów dzieje. Ale znaleźliśmy sposób na podglądanie. Szczyty naszego domy były z desek, więc między deskami zrobiliśmy małe otwory i przez te szpary oglądaliśmy różne tragiczne sceny (bo wtedy już Niemcy mocno dokuczali Polakom). Jak przywozili aresztowanych ludzi. Jak bili, wywozili z posterunku ludzi pobitych do więzienia do Łomży, do obozów albo na roboty do Niemiec. Każdy z nas żył w strachu. Śniadowscy żandarmi nie byli tacy źli, ale sami bali się też gestapowców, to musieli wykonywać ich rozkazy.
Najgorszy był oficer żandarmerii, stacjonował w Lubotyniu, ale przyjeżdżał też do Śniadowa. Ten człowiek zabił dużo ludzi. Jak ludzie usłyszeli jadący jego samochód, to każdy uciekał gdzie mógł, bo spotkanie z nim prawie zawsze kończyło się śmiercią albo solidnym biciem. Słyszeliśmy też krzyki bitych ludzi. Przywieźli też raz rannego polskiego partyzanta (było to już w czerwcu 1944 r.). Wtedy polscy partyzanci napadli na stację kolejową w Śniadowie, na wojskowy niemiecki pociąg. Wywiązała się wielka bitwa, zginęło kilku Polaków i Niemców. Polacy uciekli do Czerwonego Boru.
Tego rannego partyzanta położyli w stajni i zaczęli bić nieludzko. Chcieli wymóc na nim, żeby powiedział swoje nazwisko i wydał kolegów. Ale on nie chciał powiedzieć, bili go dalej. Kiedy tracił przytomność, to lekarz go cucił i bili go od nowa. Mimo tych cierpień nie wydał nikogo. Powiedział tylko swoje imię. Kiedy go zatłukli, to pochowali go na cmentarzu żydowskim. Ten chłopak był ze wsi Głębocz k/Szumowa. We wsi Olszewo zatłukli kijami na oczach matki dwóch synów 27 i 18 lat, gdyż podejrzewali ich, że współpracują z partyzantami. Za zabicie jednego Niemca zabijali dziesięciu albo i więcej Polaków. Wybijali nawet całe wsie. Bardzo dużo ludzi ze Śniadowa i okolic wywieźli do więzień, obozów koncentracyjnych, na roboty do Niemiec, którzy nigdy nie wrócili. Dużo Polaków z Łomży i okolic wywozili do lasów i tam zabijali. Były to lasy koło miejscowości Jeziorko, Pniewo, Giełczyn (Były to najpierw rodziny żydowskie, a później rodziny polskiej narodowości, a nawet księża.
Niemcy od zimy 1943 r. nie czuli się już tak silni i pewni, ponieważ ponieśli wielką klęskę pod Stalingradem. Poza tym już też na terenach Polski i Rosji zaczęły tworzyć się partyzantki i walczyć z Niemcami. A i na innych frontach zaczęli ponosić porażki.
Nasze życie po wyjściu mamy za mąż zaczęło się zmieniać. Mieliśmy dobrego ojca, a mama męża. On był piekarzem, to mieliśmy pod dostatkiem chleba. Mama nie musiała już tak ciężko pracować, a Władzio przestał paść krowy. Ja pomagałam w piekarni przy sprzedaży chleba i naklejaniu wycinków kartek na chleb, z których rozliczali nas niemieccy urzędnicy. Mąkę na chleb przydzielali Niemcy. Mieli też swoje normy wydajności z 1-kwintala mąki 130 kg chleba. Ale jak się wlało parę litrów wody więcej, to i chleba było więcej. Tak, że i my mieliśmy chleba pod dostatkiem, a jeszcze i innym ludziom mogliśmy pomóc.
W Śniadowie, w budynku po pralni i łaźni, którą wybudowali Sowieci, w tej, co pracowała nasza mama i pani S., Niemcy urządzili obóz dla jeńców sowieckich, było ich około 100 osób (sowietów). Pilnowali ich żołnierze niemieccy, którzy stacjonowali w Śniadowie, było ich około 50 osób (Niemców). Budynek ten był ogrodzony drutem kolczastym od innych mieszkańców i strumyka. Ci ludzie (Sowieci) bardzo głodowali. Przy tym strumyku była studnia, z tej studni braliśmy wodę dla siebie i do piekarni, trzeba było nawet i pięćdziesiąt wiader wody przynieść dziennie.
Nasza mama i wujek M. wpadli na pomysł, żeby tym ludziom podać trochę chleba. Kiedy szłyśmy po wodę, ja lub mama, to do wiadra wkładałyśmy chleb. Ale Niemcy jakiś czas nie pozwalali nic podać. Ale jak się przekonali, że nic nie podajemy oprócz żywności, to jak zobaczyli, że idziemy po wodę, to odchodzili daleko, udawali, że nic nie widzą. A my ten chleb przerzucaliśmy przez druty. Niewolnicy odpłacali się nam i Niemcom w dni wolne od pracy (w niedziele) występami artystycznymi. Pięknie śpiewali i tańczyli rosyjskie pieśni i tańce. Oni byli za drutami, ale nie poddawali się rozpaczy i biedzie. Na te występy zbierało się dużo ludzi, a nawet i ci Niemcy, którzy ich pilnowali, bili im brawa. Później już Niemcy mniej ich pilnowali, pozwalali nawet wychodzić za druty. Ci niewolnicy byli w Śniadowie kilka miesięcy. Był też z tymi żołnierzami niemiecki oficer. Zapoznał się z nim nasz Władzio. Oficer ten bardzo Władzia polubił, gdyż miał swoje dzieci w Niemczech i bardzo za nimi tęsknił. Władzia woził nawet na rowerze. Władzio donosił jemu mleko, jajka i co było mu potrzebne. Raz przyszedł nawet do nas do domu, aby poznać rodziców i powiedział: Władek ist gut chlopak i aż mamę uściskał. Władzio umiał sobie w każdej sytuacji poradzić. Między Niemcami byli też dobrzy ludzie, którzy mówili, że Hitler bandit i że wojnę przegrają, bali się też i o swoje rodziny. Mimo że ciągle żyliśmy w strachu, ale było nam lżej. Mama pomagała w piekarni i jeszcze przędła wełnę. Na wsie już nie jeździła wyprawiać skóry, gdyż ojciec nie chciał, żeby się tak przemęczała, dla nas też był bardzo dobry. W tym czasie ciocia M. urodziła syna Witolda. Wituś był bardzo ładnym dzieckiem. Wujek M. był dobrym i spokojnym człowiekiem. Żyliśmy zgodnie. W Śniadowie też mieszkali ciocia i wujek D. z dziećmi oraz wujek Ch. z żoną i synkiem Wacusiem. Przychodziła rodzina z Jakaci, a babcia Ch. nawet z nami mieszkała. Mieszkała też w Śniadowie mamy cioteczna siostra Adela D. Ciocia i wujek Jakub byli dla nas serdeczni. Ich dzieci Jadzia, Niusia i Fredzio byli naszymi rówieśnikami. Romuś był najmłodszy. No i w dalszym ciągu przyjaźniliśmy się z państwem S.
Mimo to był ciągły strach, bo była wojna i niewola. Ja już miałam prawie 15 lat, ciągle byłam brana do jakichś robót. Najczęściej robiłam na posterunku żandarmerii, kiedy zachorowała któraś z kobiet, które tu pracowały. Pracy było dużo, 10 pokoi do sprzątania, noszenie wody i pomoc w kuchni. Nic za tę pracę nie płacili, można było tylko zjeść zupę, bo mięso Niemcy też mieli pod wydziałem. Tyle, że ci żandarmi byli dla mnie dobrzy i mnie lubili. Było ich sześciu Niemców: Komendat nazw. Paul, Zastęp. kom. nazw. Kadoff, żandarmi nazw.: Rymus, Hirsekorn, Juljusz, Kruger, Rasman.
Rasman to ten, który o mało nie zwariował po zabiciu Żydówki i jej dzieci. Sam miał żonę i troje dzieci, które bardzo kochał. Było też 6 Polaków, tak zwani shucpolicaj, którzy wysługiwali się Niemcom oraz kilku Ukraińców. Armia gen. Budionnego oddała się Niemcom i walczyła z Niemcami przeciwko Sowietom. Ukraińcy to byli wredni ludzie, gorsi nawet jak Niemcy. Mnie też zaczęli dokuczać. Ale ja nad nimi miałam tę przewagę, że umiałam mówić po rosyjsku. Kiedy mnie któryś dokuczył, wyzwałam go od różnych zaprzedańców, a sama szłam z płaczem do Juljusza albo Komendanta na skargę. Komendant nie znał rosyjskiego, więc mnie wierzył i rugał ich, ile wlazło. Juliusz wiedział, że ja często nie mówię prawdy, ale Niemcy tych Ukraińców też nie lubili.
Początek roku 1944, to już była pewna klęska Niemców. Przegrywali już na wszystkich frontach. W Polsce też już działały partyzantki, które mocno dokuczały Niemcom. Napadali na pociągi nawet na posterunki Żandarmerii. Niemcy w odwecie mścili się na Polakach, za jednego zabitego Niemca zabijali 10 Polaków, a nawet urządzali łapanki uliczne. Ludzi złapanych wywozili do lasów (Las Palmiry w Warszawie, gdzie wybili tysiące ludzi) do innych lasów i tam wszystkich zabijali. Albo wywozili do Oświęcimia, czy innych obozów i tam uśmiercali. Ze Śniadowa i z okolic też wywieźli dużo ludzi, z których nikt żywy nie wrócił. Ale i Niemcy już wiedzieli, że ponieśli klęskę, front zbliżał się od Rosji coraz bliżej do Polski. Na początku lata już całe oddziały cofały się na Zachód. Żołnierze frontowi szli podpierając się kijami. Zmęczeni, zdeterminowani. Zniknęła buta i pycha, to nie byli ci sami ludzie z 39-41 r. Byli głodni, często prosili o kawałek chleba. Ale żandarmi nie pozwolili im nic dawać. Bo mówili, ze to oni winni, że przegrali wojnę, bo słabo walczyli. Kiedy front był coraz bliżej, Niemcy i żandarmi zaczęli przygotowywać się do ucieczki. Zaczęli na wsiach zabierać krowy, konie, świnie i owce, wszystko pędzili w stronę Prus Wschodnich i Niemiec. Polacy uciekali z inwentarzem do lasów i w pola. Lecz i tak Niemcy dużo zabrali.
Na początku lipca 1944 r. pracowałam znowu na kuchni w żandarmerii, na noc przychodziłam do domu. Było mi tu ciężko. Bo kucharka odeszła (była to stara kobieta), a ta Pani, która ją zastąpiła nie umiała wszystkiego tak robić. Więc mnie przybyło pracy.
Na początku lipca Niemcy zebrali Polaków na rynku i ogłosili, ze musimy im pomóc. Na jeden tydzień zabierają nas kopać okopy przeciwczołgowe. A jeśli nie zgodzimy się, to wywiozą nas do Niemiec. Żołnierze otoczyli nas, wybrali grupę około 200 osób mężczyzn i kobiet. W tej grupie i ja się znalazłam. Komendant i Juliusz chcieli mnie zabrać. Ale ja pomyślałam, że na okopach będzie lżejsza praca. A poza tym, zabierali tam moje koleżanki i kolegów. No i miało to trwać tylko tydzień.
Całą naszą kolumnę otoczyli wojskowi i poszliśmy pieszo aż pod Konarzyce. Tu od miejsca, gdzie stoi krzyż (od strony Śniadowa) zaczęliśmy kopać w kierunku wsi Boguszyce rowy przeciwczołgowe. Samej szosy wtedy nic nie rozkopywali. Ale z drugiej strony szosy kopali ludzie z Pniewa, Giełczyna, czy z Łomży. Rowy były 3 metry szerokie i 3 metry głębokie, z tym, że były w kształcie trapezu. Na samym dole były tylko ½ metra szerokie (o. na górze 3 metry szer). Mężczyźni te rowy kopali, a kobiety plantowały tą ziemię na górze. Praca była b. ciężka, obiady przywozili na pole. Była to jakaś zupa, nie było w czym jej jeść, kto zdobył jakąż menażkę, bubek, czy szklankę, to w tym jadł, ale rękami, bo łyżek nie dawali. Na wieczór zaprowadzali nas do Konarzyc pod Remizę Strażacką i tu dostawaliśmy gorącą kawę zbożową i chleb na kolację i śniadanie. Nocowaliśmy w stodołach u gospodarzy. Początkowo tak mocno nas nie pilnowali, to dużo osób uciekło. Pilnowali nas młodzi 17-18-letni chłopacy niemieccy. Byli oni mocno oddani Hitlerowi, tzw. Hitlerjungen (młodzież Hitlera). Poganiali nas do roboty i darli się na nas, jak wariaci, wyzywali od polskich świń i nierobów. Cieszyliśmy się, że w sobotę skończy się nasza zmiana i puszczą nas do domu. Ale w sobotę po południu przyszło więcej wojska i wieczorem otoczyli nas i pod eskortą zaprowadzili do wsi do stodół i już tę noc nas pilnowali. Rano w niedzielę musieliśmy dalej pracować. Wiedzieliśmy, że już nas nie zwolnią. Kiedy wróciliśmy na wieczór na podwórku, gdzie nocowaliśmy, stały tu wozy wojskowe z żołnierzami ukraińskimi. I jak to u Ruskich głodno, chłodno, ale wesoło, grali na „harmoszce” i śpiewali ruskie piosenki. Była też z nami pani S., która się mną opiekowała. Wszyscy byli smutni, a Ukraińcy grali i śpiewali. Wtedy pani S. krzyknęła: kobiety nie płakać, tylko tańczyć. I wzięła mnie do tańca. Niemcom i Ukraińcom bardzo to się podobało. Zaczęli grać „Kozaczka”, a Ukrainiec tańczyć. Pani S. wiedziałam, że ja umiem tańczyć „Kozaka”, wyciągnęła mnie na środek i krzyknęła „Halina, pokaż im co umiesz”. Ja odtańczyłam Kozaka z tym Ukraińcem. Niemcy i Ukraińcy oszaleli, bili brawa. Dostałam nawet czekoladę. Tym tańcem odwróciłam uwagę Niemców, którzy nas pilnowali. Było już ciemno, kiedy resztę kobiet zamknęli w stodole. Zrozumiałyśmy, że coś jest nas bardzo mało. Rano w poniedziałek okazało się, że kiedy Niemcy gapili się na nas tańczących, to połowa kobiet uciekła.
Niemcy oszaleli, całą złość wyładowywali na mnie. Ja jak na złość miałam na sobie czerwoną sukienkę, bo tylko ją wzięłam z domu i do tego sweterek. Nie mogłam na chwilę oddalić się od okopu, bo zaraz Niemczuk, co mówił po polsku, krzyczał. A gdzie ta w czerwonej kiecce jest. Bałam się bardzo. I ci, co ze mną byli myśleli co ze mną będzie. Ale o godzinie 10-tej była przerwa śniadaniowa, wtedy przyszło dużo ludzi ze Śniadowa, przynieśli swoim odzież, żywność i dowiedzieć się co z nami będzie. Zrobiło się zamieszanie. Niemcy skupili całą uwagę na dziesiątkach żyta, które stały blisko okopu. Pilnowali, aby ktoś się w nich nie ukrył. Do mnie jeszcze nikt z domu nie przyszedł. I dobrze, że tak było.
Był z nami p. K. Do niego przyszła żona. W koszyku miała zawiniętą w ciemną spódnicę jakąś ciepłą strawę. Pan K. zawołał mnie i mówi: Halina, nakładaj tę spódnicę na sukienkę i sweter, na głowę włóż chustę, jak stare kobiety. Jak skończy się przerwa, bierz koszyk od żony i idź razem z tymi, co przyszli. Powiedziałam do p. K., nie pójdę, bo jak Niemcy to zobaczą, to mnie zabiją. A on mi na to: „próbuj, bo i tak Cię zabiją, módl się i ruszaj”. Przebierałam się na oczach Niemców, ale oni chyba oślepli. Skończyła się przerwa śniadaniowa. Ludzie ruszyli do pracy, a ja z grupą Śniadowiaków w drogę. Do szosy mieliśmy z ½ kilometra. Kiedy szliśmy, byłam podobno śmiertelnie blada i przerażona.
Szczęśliwie dotarliśmy do szosy. Tu stał krzyż, spojrzałam na krzyż i rzekłam „Boże, ratuj”. (Do dziś kiedy przejeżdżam koło tego miejsca i krzyża, zawsze wracają przed oczami te chwile grozy). Szosą szliśmy z pół kilometra i spotkaliśmy moją Mamę, która szła do mnie do Konarzyc. Wtedy postanowiliśmy nie iść szosą, tylko polami daleko od szosy. I tak doszliśmy do domu.
Niemcy dopiero po jakichś 20 minutach zobaczyli, że mnie nie ma. Wtedy oszaleli – zaczęli kłuć bagnetami, które mieli na karabinach dziesiątki żyta, rozrzucali je i gdyby się wtedy ktoś w nich ukrył, to by go zakłuli bagnetami. Ale na szczęście nikt się wtedy nie ukrył.
Za dwa dni po mojej ucieczce zwolnili kobiety do domu. A mężczyzn zabrali i pędzili przed frontem. Niektórzy wrócili po kilku miesiącach, w tym p. K., który uratował mi życie. Po powrocie do domu zaczęłam się ukrywać. Na podwórku był wykopany dół (schron) przykryty deskami i przysypany ziemią. Tu siedziałam w dzień, a w nocy spałam na strychu. Raz przyszłam w dzień do domu, aby zjeść obiad. Stanęłam za firanką w oknie. W tym czasie jechał bryczką kom. żandarmerii i zauważył mnie w oknie. Ja o tym nie wiedziałam, że on mnie widział. Tego dnia przyszła do nas pani S., aby się dowiedzieć, jak mnie udało się dojść do domu. I o tym rozmawiałyśmy.
Komendant, kiedy przyjechał na posterunek, zaraz wysłał do nas Juliusza, abym ja wróciła do roboty do nich na kuchni. Siedziałyśmy w kuchni i rozmawiałyśmy, nagle patrzymy przez okno, a tu idzie do nas Juliusz. Przerażone ja i pani S. uciekłyśmy do pokoju. Juliusz wszedł i ujrzał przerażoną Mamę. Powiedział niech się pani nie boi. Wiemy, że Halina jest w domu, bo komendant widział. Nie chcemy jej nic zrobić, chcemy aby wróciła do nas do roboty. Przyrzekł to Mamie. Ja po jakiejś godzinie pożegnałam się z rodziną i poszłam. Komendant kiedy mnie zobaczył, to aż mnie uściskał. Bardzo mnie lubił, nazywał mnie „Malutki”. Swoich dzieci nie miał. Dali mnie przepustkę (zaświadczenie) tak, że inni Niemcy nie mogli mnie zabrać do innej pracy. Ale trwało to bardzo krótko. Bo front (Rosjanie) zbliżał się bardzo szybko. Ludzie pakowali co lepsze rzeczy i zakopywali w ziemi. My swoje rzeczy zakopaliśmy w stodole u Wujostwa D.
W Warszawie 1-ego sierpnia 1944 r. wybuchło Powstanie. Ale mało o tym wiedzieliśmy, gdyż tereny do Ostrowi Mazowieckiej należały do Generalnej Guberni Niemiec. I chcąc się dostać od nas do Warszawy trzeba było przejść przez granicę na Ostrowi Mazowieckiej, a ta była mocno strzeżona. Ostatnie dni były bardzo napięte. Pełno było wojska. Słychać już było wybuchy bomb, salwy armat i „Katiuszy”. Katiusze, to takie działa, które wyrzucały serie pocisków tak, jak cekaemy albo automaty.
Moi żandarmi byli już spakowani. Ostatni dzień, kiedy już był bój o Czerwony Bór, komendant powiedział, Halina, Niemcy kaput. Nasza rodzina i Wujek M. na tę noc uciekliśmy do państwa S. Ciocia Wandzia z Witusiem była już w Jakaci. W nocy Sowieci zbombardowali Śniadowo. Celowali w budynek (Róg Rynku z Łomżyńską) Żandarmerii. Ale bomba uderzyła w budynek po drugiej stronie ulicy, rozleciał się jak domek z kart (dziś na tym miejscu stoi dom M.). W budynku Żandarmerii i okolicznych domach w tym i naszym, wypadły wszystkie szyby. Rano przyszliśmy do domu, aby zabrać jeszcze trochę rzeczy i chleba, którego było dużo w piekarni. Ale w nocy ten chleb ludzie pozabierali. Wtedy Żandarmi zabrali mnie i kucharkę, aby zrobić im śniadanie. Byli bardzo wystraszeni, po śniadaniu zaczęli się pakować do wyjazdu. A my uciekliśmy do państwa S. Po południu już Żandarmów nie było. Szło tylko wojsko niemieckie. Na drugi dzień rozpoczęła się bitwa o Śniadowo.
cdn.

od redakcji:
Tekst artykułu zawiera wspomnienia własne autorstwa mieszkanki gminy Śniadowo /pisownia zachowana w oryginale/.

Notka redakcyjna:
Redakcja historialomzy.pl wyraża podziękowanie dla dr Małgorzaty Frąckiewicz za nakład pracy związany z digitalizacją tekstu wspomnień.

Link do II części artykułu – Śniadowo w czasie II wojny światowej:
http://historialomzy.pl/sniadowo-czasy-ii-wojny-swiatowej-cz-ii/

1806 Ogólnie 2 Dziś
  
 

4 Komentarzy

  1. 25 maja 2016  9:36 przez Wiesława Odpowiedz

    Bardzo dziękujemy za pomoc w opublikowaniu wspomnień mieszkanki Śniadowa, która dołącza się do podziękowań i jest ogromnie
    wdzięczna, że doczekała tej wspaniałej chwili! Ze łzami w oczach przewraca i czyta kartka po kartce, które do czasu przekazania do drukarni
    zostały wydrukowane ze strony. Z gorącym pozdrowieniem - S.A.S "BONUM" Śniadowo

  2. Wojciech Winko
    25 maja 2016  10:54 przez Wojciech Winko Odpowiedz

    Z najwyższą przyjemnością zespół redakcyjny historialomzy.pl podjął decyzję o publikacji tego unikalnego przekazu historycznego.
    W imieniu redakcji życzymy Szanownej Nestorce ze Śniadowa zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia.

    • 31 sierpnia 2016  12:13 przez Dorota

      Witam
      Takie wsponienia to najceniejsza historia powinno byc wieccej takich spisanych wspomnien i wydana ksiazka , bo to czego ucza dzieci w szkole to zaklamana historia .pozdrawiam serdecznie!!!!

  3. 25 maja 2016  11:40 przez Anonymus1210 Odpowiedz

    Czy Szanowna Nestorka ze Śniadowa pamięta rodzinę Powichrowskich?? M.in. swoich rówieśników Kazimierza, Halinę ?

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.