Stanisław Nosarzewski bohater spod Monte Cassino.

Stanisław Nosarzewski bohater spod Monte Cassino.

Nawiązując do artykułu Doktor Wiktor Nosarzewski (z rodu Nosarzewskich herbu Dołęga) dodajemy drugą „cegiełkę” łączącą „przeszłość z teraźniejszością”.

Tym razem z książki pana Lecha Tomasza JabłońskiegoZ dziejów Nosarzewskich herbu Dołęga z Ziemi Zawkrzańskiej”.wybraliśmy fragment (strony 39 – 42) poświęcony młodszemu, przyrodniemu bratu Wiktora – Stanisławowi Nosarzewskiemu, strzelcowi 3 batalionu, 1 Brygady Strzelców Karpackich, wchodzącej w skład 3 Dywizji Strzelców Karpackich gen. bryg. Bronisława Ducha.

Redakcja

Z sowieckiego łagru pod Monte Cassino

  Stanisław Nosarzewski urodził się 13 marca 1916 roku w m. Orzechowo (Rosja) w czasie wojennego pobytu jego rodziców Aleksandra i Pauliny na terenie cesarstwa. Dzieciństwo spędził w Kalinowie koło Łomży, w domu rodzicielskim. Uczęszczał do gimnazjum łomżyńskiego, ale go nie ukończył. Obracając się w robotniczych kręgach Łomży związał się z ruchem lewicowym. Z czasem wstąpił w szeregi Komunistycznej Partii Polskiej. Przejściowo współpracował z Wandą Wasilewską. Po wybuchu wojny obronnej, we wrześniu 1939 roku, wziął w niej udział w szeregach 33 pułku piechoty w Łomży. Po opanowaniu Łomży przez Sowietów, pracował przez kilka miesięcy w więziennictwie. Następnie przeszedł do handlu, biorąc w ajencję sklep spożywczy w Piątnicy, niestety zbyt łatwowiernie nie przeprowadzając remanentu. Aresztowany, został skazany na zesłanie do obozu pracy w głębi Rosji. Był jednym z półtora miliona Polaków przebywających w czerwcu 1941 roku na terenie Rosji Radzieckiej. Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej, 30 lipca 1941 roku polski Rząd emigracyjny w Londynie w osobie Władysława Sikorskiego zawarł z J. Stalinem, układ według którego z więźniów i obywateli polskich przebywających na terenie ZSRR, tworzone będą polskie siły zbrojne do walki ze wspólnym wrogiem. Wojsko to, pod względem politycznym, będzie podlegać Rządowi Polskiemu w Londynie. Dowódcą formacji wojskowej został gen. Władysław Anders, przebywający od chwili wzięcia do niewoli w radzieckich więzieniach Lwowa i Moskwy. Z terenu całego ZSRR zaczęli zjeżdżać do miejsc zbornych obdarci i wynędzniali Polacy, nierzadko więźniowie znad Oceanu Lodowatego lub z Syberii Wschodniej. Przybył także z łagru w głębi Rosji do Buzułuku w okręgu kujbyszewskim Stanisław Nosarzewski. Tu spotkał brata Wiktora, który go nie poznał początkowo, tak tamten był wynędzniały. Mimo trudności z przyjęciem do służby wojskowej (Stanisław był chory i nie ważył nawet 50 kilogramów), został wreszcie zaliczony w poczet żołnierzy.

Podpisane umowy przewidywały, że powstanie 6 dywizji, w sumie 96 tysięcy żołnierzy i oficerów. Wobec utrudnień ze strony radzieckiej w realizacji planów, polskie władze wojskowe w porozumieniu z aliantami, postanowiły wyprowadzić skompletowane częściowo wojsko z terenu ZSRR i tymczasowo zlokalizować na terenie Palestyny. Wyjazd korpusu nastąpił w dwóch etapach, w marcu oraz lipcu 1942 roku.

Na Bliskim Wschodzie znalazł się także Stanisław Nosarzewski, który w odróżnieniu od brata Wiktora nie pozostał w ZSRR. Utworzono tam II Korpus Polski, który do jesieni 1943 roku, przechodził szkolenia w Palestynie i Syrii. Na II Korpus Polski składały się: 3 Dywizja Strzelców Karpackich i 5 Kresowa Dywizja Piechoty, oraz służby pomocnicze – razem 48 tysięcy ludzi. Na przełomie grudnia 1943 i stycznia 1944 roku, oddziały polskie wylądowały na południu Półwyspu Apenińskiego, aby wziąć udział w ofensywie Aliantów w Italii. II Korpus Polski wszedł w skład 8 Armii Brytyjskiej, dowodzonej przez amerykańskiego generała Hovera Leese. Oddziały polskie skierowano nad rzekę Sangro (środkowe Apeniny), gdzie pozostały do 23 kwietnia 1944 roku. Potężny masyw górski Monte Cassino, położony w poprzek półwyspu, zagradzał Aliantom, wraz z umocnieniami niemieckimi, drogę do Rzymu. Był to kluczowy punkt obrony niemieckiej na tzw. Linii Gustawa. Jeszcze w styczniu i lutym atakowały go bezskutecznie pułki francuskie, amerykańskie, nowozelandzkie, a nawet hinduskie. 24 marca 1944 roku głównodowodzący 8 armii gen. Leese powiadomił polskie dowództwo, że zdobycie masywu wraz z klasztorem Monte Cassino powierza się Polakom. 6 maja odbywa się odprawa dowódców do batalionowych włącznie, na której gen. Duch przekazuje rozkazy bojowe, dotyczące akcji. Przerwijmy na moment snucie wątku ogólnego, aby napisać kilka zdań o naszym bohaterze. Strzelec Stanisław Nosarzewski miał przydział bojowy do kompanii por. Tadeusza Radwańskiego, 3 batalionu mjra Józefa Sokoła, 1 Brygady Strzelców Karpackich dowodzonej przez płk. Walentego Peszka, wchodzącej w skład 3 Dywizji Strzelców Karpackich gen. bryg. Bronisława Ducha.

Wróćmy do istoty pierwszego natarcia. 11 maja o godzinie 23°° palba artyleryjska zapowiedziała rozpoczęcie ofensywy. Zadaniem 3 DSK było opanowanie wzgórza 593 i potem 569 oraz Massa Albaneta. 12 maja o godz. 1′30 w kierunku wzgórza 593 wyruszył 2 batalion 1 brygady i 1 batalion na Gardziel między wzgórzami. Około 3 oba wzgórza zostały opanowane. Tymczasem Niemcy zarządzili kontratak. Stany osobowe poszczególnych kompanii topniały w oczach. W tej sytuacji dowódca 1 brygady zarządził wsparcie obrońców siłami kompanii, w której służył Stanisław Nosarzewski. Kompania weszła do walki o godzinie 623, wkrótce jednak rozproszyła się na stoku wzgórza po intensywnym ostrzale artylerii niemieckiej. Strzelec Nosarzewski znalazł się w polu działania niedobitków 4 kompanii 1 batalionu dowodzonej przez por. Stanisława Musiała. Wobec zerwania łączności z dowódcą 1 batalionu ppłk Raczkowskim, kontakt utrzymywano przez gońców. Była to funkcja wielce niebezpieczna i tylko nielicznym udawało się przeżyć. Tymczasem nasz bohater odbył taką akcję dwukrotnie i… przeżył. Pięknie opisany fragment poświęcił naszemu kuzynowi w swojej książce Melchior Wańkowicz:

Najważniejsze to, że nie zdołano nawiązać stałego połączenia (ze schronu dowódcy l batalionu – przyp. autora) z nacierającymi kompaniami. Wiadomości otrzymywane pośrednio były nieścisłe, a czasem sprzeczne. Łączność drutowa została zerwana około godziny pierwszej w nocy… Dowódca postanowił znowu wysłać gońca, choćrozumiał, że przy świetle dziennym, w trudnym terenie małe są szanse, by gońcowi udało się dotrzeć do poszczególnych kompanii. .. Taka była sytuacja w schronie dowódcy baonu, gdy w pewnym momencie, wśród trzasku i huku usłyszeliśmy wołanie człowieka… – goniec do dowódcy baonu, goniec do dowódcy baonu. Mijały chwile, oczekiwanie stawało się wiecznością. Wreszcie wołanie – Goniec do dowódcy l batalionu rozległo się obok schronu i młody strzelec spocony i zaczerwieniony ze zmęczenia wszedł do jego wnętrza. W sposób regulaminowy zameldował, że przychodzi jako goniec, od dowódcy 4 kompanii porucznika Musiała. Nigdy nie zapomnę momentu, gdy z zapartym oddechem słuchałem przerywanych słów meldunku: „Panie pułkowniku strzelec Nosarzewski melduje się jako goniec porucznika Musiała. Por Musiał znajduje się… nazbo… na zboczu… naprzeciw Gniazda… tam my jesteśmy… Chce… posuwać… się znowu do… Gardzieli… ale… silny ogień… czy… silny ogień… czy… tam jest por. Maślona bo o tym… nie wiemy dokładnie… Biją nas… moździerze… tak moździerze i artyleria. .. i szpandały także. Przyczailiśmy się w kamieniach… może wytrzymamy… Por. Musiał prosi o rozkazy… co dalej i co tu słychać.

Czy potrzeba popisywać co działo się w naszych myślach, w sercu, w tej chwili. Po złożeniu meldunku, goniec wyjaśnia, że właściwie jest z innego baonu, ale ich placówka znajduje się obok stanowisk 4 kompanii. Wobec tego, że dwóch wysłanych przez por. Musiała gońców dotychczas nie powróciło, on, jako dobrze znający drogę postanowił pójść.

Chłopak mówił i odpowiadał zupełnie przytomnie, choć widać było po nim wielkie zmęczenie fizyczne. Swój meldunek powtórzył jeszcze raz i czekał na dalsze rozkazy. Podsunięto mu bańkę z wodą, na której usiadł. Patrzyliśmy na niego z podziwem i wdzięcznością… Wiedzieliśmy, jaką ciężką przebył drogę, słyszeliśmy serie moździerzy, których pociski wybuchały na jego drodze, zdawaliśmy sobie sprawę, jak ogromnym dystansem jest w tych warunkach odległość 800 metrów. Ten chłopak, ani słowem więcej niż było konieczne, nie mówił o tym jak do niego strzelano. Patrzyliśmy na niego bez słowa. Młody i czerstwy, typowy polski piechur… Prowadziliśmy półgłosem rozmowę. Chłopak ucieszył się, poznając w jednym z obecnych oficerów swego byłego dowódcę kompanii. Dowiaduję się, że pochodzi z Łomży, nazywa się Nosarzewski. Dyskretnie stawianymi pytaniami staramy się wydobyć z niego, w jaki sposób zdołał cało do nas dotrzeć. Mówił, że był na placówce od wczorajszego wieczoru, więc nie bardzo się zmęczył. Teraz po drodze był właściwie przez całą trasę ostrzeliwany. Widocznie obserwator nieprzyjacielski go zauważył, bo prowadził przez całe zbocze i Małą Miskę. Na szczęście w czas padał w naturalnych zagłębieniach, strzały były niecelne i jakoś nic mu się nie stało. Teraz układa sobie, jak będzie wracał. W planie ustala długość skoków, chce wykorzystać, ile się tylko da, nierówności terenu. Nieco wypoczął i widać, że jest zadowolony: cieszy go uznanie obecnych. Przygotowano rozkaz.

Dowódca (ppłk Bolesław Raczkowski – przyp. autora) patrzy na gońca z widocznym wzruszeniem… Panie pułkowniku strzelec Nosarzewski melduje swoje odejście! Była godzina 855

Donośna kanonada z moździerzy i broni maszynowej, informowała pozostałych w bunkrze, że goniec przedziera się do swoich.

Stanisław Nosarzewski szczęśliwie dotarł do kompanii por. Musiała, chociaż kluczył, błądził i nie od razu ich odnalazł. Gdy dobiegł, padł zemdlony z nadmiernego wysiłku, jednakże w wyciągniętej, kurczowo zaciśniętej ręce trzymał rozkaz ppłk. Raczkowskiego.

Stanisław Nosarzewski wraz z innymi bronił jeszcze przez kilka godzin wzgórza 593. Wobec przeważającej siły niemieckiego przeciwnatarcia – już kolejnego – Polacy otrzymali rozkaz stopniowego wycofania się na pozycje pierwotne.

Na wzgórzu 593 pozostała jeszcze grupa żołnierzy z 4 kompanii 3 batalionu. Było ich dziesięciu z por. Radwańskim i plut. pchor. Tadeuszem Wiśniewskim. Jako ostatni żywi obrońcy opuścili oni o godzinie 1930 wzgórze, które na powrót zajęli niemieccy spadochroniarze. Wzgórze 593 było ostatnim punktem obrony na odcinku l Brygady, które zostało 12 maja odbite przez nieprzyjaciela. Kilka godzin wcześniej (o godz. 1130) Niemcy zajęli wzgórze 569.

Drugie natarcie zostało wyprowadzone 17 maja o brzasku, jednak już siłami 2 Brygady Strzelców Karpackich. Wczesnym popołudniem wzgórze 593 było w ręku Polaków, a 18 maja 1944 roku o godzinie 1020 na ruinach klasztoru Monte Cassino załopotała polska flaga. Nie było jednak czasu na fetowanie zwycięstwa. 25 maja Karpatczycy – a w ich liczbie Stanisław Nosarzewski – wkroczyli do Piedimonte, silnego punktu obronnego tzw. Linii Hitlera. Droga na Rzym była otwarta. II Korpus Polski odszedł na krótki odpoczynek do Campobasso. Nie na długo jednak. Już w czerwcu sprzymierzeni napotkali na silny opór niemiecki na północ od Rzymu. Dowództwo 8 Armii zmuszone zostało, do wprowadzenia II Korpusu na odcinek adriatycki. Chcąc zyskać na czasie Niemcy stawili 21 czerwca, silny opór nad rzeką Chienti. Oto opis działań bojowych ostatnich dwóch dni żołnierskiej kariery Stanisława Nosarzewskiego:

Na skutek kilkudniowego braku styczności z nieprzyjacielem i jego zatrzymania nad rzeką Chienti nastąpiło na odcinku 3 DSK do zderzeń rozpędzonych własnych kolumn pościgowych z niemiecką pozycją opóźniającą. Z chwilą dotarcia 1 Brygady w dniu 21 czerwca do doliny rzeki Chienti, dowódca płk J. Matecki zarządził forsowanie przeprawy na dwóch kierunkach – 1 Batalionu ku Montecesaro i 3 Batalionu – tu służył Stanisław Nosarzewski – na Morrovalle. Batalion 2 miał pozostać w odwodzie w Montegranaro… 3 Batalion mjra Zdzisława Czekałowskiego – nowy dowódca naszego kuzyna – wysłał już wcześnie z rana pluton rozpoznawczy w kierunku Morrovalle, a w parę godzin później jedną kompanię w pierwszym rzucie – i drugą – w drugim, całość z zadaniem sforsowania przejścia w okolicy Beltrovato… Dnia 22 czerwca obie kompanie i pluton rozpoznawczy ponowiły natarcie w kierunku Morrovalle. Mimo gęstego i celnego ognia nieprzyjaciela doszły one przed godziną 11 do rejonu stacji kolejowej Morrovalle, wysuwając pluton rozpoznawczy do podnóża miasteczka tejże nazwy. Około południa nastąpiło pierwsze przeciwnatarcie przeciwnika na obie kompanie przed stacją, które załamało się w ich ogniu. W godzinę później dowódca 3 Batalionu wysłał jeszcze jedną kompanię z zadaniem utrzymania małego przedmościa w rejonie Beltrovato i osłony skrzydeł czołowego rzutu, zaś pozostałą w odwodzie kompanię podsunął ku przeprawie. Tymczasem Niemcy uderzyli powtórnie między godziną 1400 a 1530 na wysunięte przed stacją Morrovalle kompanie, nie uzyskując znowu pożądanego wyniku… Po kilku godzinach walki, Niemcy wcisnęli się około godziny 19°° między czołowe dwie kompanie, a drugi rzut nad przeprawą, zagrażając rozbiciem batalionu… Po nieudanej próbie przeciwuderzenia, dowódca 3 Batalionu wycofał na południowy brzeg rzeki Chienti, zrazu – około godziny 22 – czołowy rzut pod osłoną kompanii tylnej i plutonu pełzaków, przed świtem zaś 23 czerwca – pozostałe jednostki. Walka spotkaniowa na obszarze Morrovalle kosztowała oddziały polskie 26 zabitych, 49 rannych i 60 zaginionych. Jednym z najciężej rannych był strzelec Stanisław Nosarzewski. Przewieziony do brytyjskiego szpitala wojskowego w Loreto, nazajutrz 23 czerwca 1944 roku zmarł. Pochowany tymczasowo na cmentarzu Monte San Giusto, po wojnie ekshumowany i pochowany na cmentarzu wojskowym w Loreto w mogile 5-F-8.

Odznaczony był m.in. Krzyżem Walecznych, Krzyżem Monte Cassino, Medalem Wojennym 1939-1945 z Gwiazdą, Wojennym Medalem Włoskim, Pamiątkową odznaką 3 Dywizji Strzelców Karpackich. Ponadto został awansowany pośmiertnie do stopnia starszego strzelca. Stanisław Nosarzewski był jednym z wielu z tej rodziny poległym „Za wolność waszą i naszą”, urodził się i umarł na obcej ziemi, ale serce miał polskie. Dla niego i jego rówieśników, poświęcić młode życie w słusznej sprawie to było normalne. „Przechodniu, powiedz Polsce…”.

2644 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.