W dniu 10 – lecia niepodległości

                W dniu 10 – lecia niepodległości

Dziewięćdziesiąt  lat temu, w dziesiątą rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, łomżyński  Powiatowy Komitet Uczczenia Dziesięciolecia Niepodległości   wydał jednodniówkę   „W   dniu   10 – lecia niepodległości”. Broszurkę  tą, ze zbiorów i  za zgodą Polskiej Biblioteki Cyfrowej Polona, publikujemy poniżej w wersji oryginalnej.

  Redakcja

Z okazji 10-lecia niepodległości Rzeczypospolitej, by uprzy­tomnić łomżyńskiemu społeczeństwu przynajmniej niektóre mo­menty smutku i radości, jakie w czasach niewoli, okupacji i tworzenia się Państwa Polskiego przeżyło, wydajemy tę Jednodniówkę.

Pośpiech w wydaniu, względy natury technicznej a nadewszystko fakt, że zbyt późno pomyślano o potrzebie takiego wydawnictwa — oto przyczyny, które uniemożliwiły odzwerciadlenie całokształtu tych wydarzeń.

Ożywieni jednak nadzieją, że i tym drobnym fragmentem wspomnień przysłużymy się Dobrej Sprawie, składamy Ci, Ziemio Łomżyńska, ten skromny upominek.

KOMITET REDAKCYJNY.

 

Żołnierze!

Obejmuję nad Wami komendę w chwili, gdy serce w każdym Polaku bije silniej i żywiej, gdy dzieci Naszej Ziemi ujrzały słońce swobody w całym jej blasku. Z Wami razem przeżywam wzruszenie tej godziny dziejowej, z Wami razem ślubuję życie i krew swoją poświęcić na rzecz dobra Ojczyzny i szczęścia Jej obywateli.

Żołnierze! W ciągu wojny światowej w różnych miejscach i warunkach tworzyły się próby formacyj wojskowych polskich. Przy kalectwie — zdawało się — nieuleczalnem naszego Narodu próby, nawet gdy były szczytne i bohaterskie, były z ko­nieczności karle i jednostronne. Pozostałością tych stosunków jest niejednolitość szkodliwa wojsku. Liczę na to, że każdy z Was potrafi siebie przezwyciężyć i zdobędzie się na wysiłek dla usunięcia różnic i tarć, klik i zaścianków w wojsku, dla szybkiego wytworzenia poczucia koleżeństwa i ułatwienia pracy

Żołnierze!

Cały Nasz Naród staje teraz przed zagadnienia­mi, które rozwiązać będzie mógł tylko przy nadzwyczajnym wysiłku i naprężeniu swej siły i woli. W swoim zakresie zagad­nienia te stają i przed nami. Rozwiązać je będzie tem trudniej, że twarda nasza służba nakłada nieraz ciężaru więcej na uczucia i serce żołnierza. Zarówno w najradośniejszej jak najcięższych chwilach żołnierz musi być opanowanym i zrównoważonym, zdolnym do wykonania swego zadania w porządku i dokładnie. Wykroczenia pod tym względem są tern łatwiejsze, gdy wszystko dokoła w tej podniecającej chwili nie ma tych dodatkowych ciężarów, jakie zawsze na sobie niesie żołnierz.
Chciałbym, abym pod tym względem nie potrzebował robić Wam wyrzutów i abym mógł, zdając sprawę ze swych czynności przed narodem, powiedzieć sumiennie o sobie i Was, że by­liśmy nie tylko pierwszymi ale i dobrymi żołnierzami zmartwych­wstałej Polski.

Rozkaz ten przeczytać przed frontem podwładnych mi od­działów.

Warszawa, 12 listopada 1918 r.    

J. Piłsudski.

Zróbmy zgodny wysiłek!

Przez długie lata niewoli wszystkie siły panujących nad narodem polskim zaborców zwrócone były w tym kierunku, żeby dążenie do nie­podległości i wszelkie odruchy buntu unicestwić, odzyskanie państwa polskie­go uniemożliwić i przyzwyczaić naród polski do losu niewolnika na zawsze.
Kiedy w roku 1914 wybuchła wielka wojna, a Polacy zapełnili sze­regi wojsk zaborczych, stając do walki bratobójczej, zdawało się, że o     Niepodległości Polski nikt nie myśli.
Wtedy jednak Legjony Józefa Piłsudskiego, za szaleńców wówczas uważane, zdobyły się na odwagę zażądania Niepodległości. Za boha­terstwo swoje musiały Legjony zapłacić krwią i węzieniem, ale sumienie Narodu zostało poruszone.

W dniu 11 listopada roku 1918 Polska odniosła pierwsze od czasów Racławic i Raszyna zwycięstwo. W dniu tym zdruzgotana została prze­moc i niewola, i narodziła się Niepodległa Rzeczpospolita Polska z Na­czelnikiem Państwa, Józefem Piłsudskim na czele.
Po dziesięciu latach wolności pamiętać dziś musimy, że utrzymanie niepodległego bytu państwowego nie mniejszych wymaga wysiłków, niż jego zdobycie.
Powstała wśród zamętu wojen i przewrotów Rzeczpospolita krwią i pracą wywojować sobie musi miejsce na świecie, a Niepodległość jej— to nie tylko szczęście, ale i ciężar, który ciągle dźwigać trzeba na barkach i od którego uchylać się nie wolno.

Przebrnęliśmy 10 długich i ciężkich lat!

Nie mogliśmy nacieszyć się wolnością, bo od pierwszej chwili spadł na nas ciężar wojny, ciężar budowania nowego naszego polskiego życia.
Z dumą spoglądamy na minione dziesięciolecie, bo dowodzi ono, że Niepodległość Ojczyzny na nowym fundamencie jest oparta, i dlatego dzień 11 listopada — to jest święto radosne.
Ale dzień ten przypomina nam, że zorana już i wolna od chwastów gleba, woła o czyste ziarno naszej pracy i ofiarności.
Tak jak przed 10 laty wielkim i zgodnym wysiłkiem zdobyliśmy Niepodległość, tak dziś takim samym wysiłkiem musimy uczcić rocznicę!Poległym Synom Ziemi Łomżyńskiej damy pomnik, który im już dawno się należy, — budującej się Ojczyźnie damy Dom Niepodległości, w którym skupimy całą pracę społeczną i jej owoce!
Daliśmy już Ojczyźnie ofiarę krwi dajmy Jej dzisiaj ofiarę mienia!
Skończył się wyścig krwi i żelaza, — idą czasy, których znamieniem będzie wyścig pracy
Do tego wielkiego i zgodnego wysiłku wzywamy wszystkich miesz­kańców Ziemi Łomżyńskiej.

Niech płyną zewsząd ofiary na Fundusz Niepodległości!
Niech się zapalą serca, aby z zebranych groszy powstać mogło dzieło wielkie
— Ojczyźnie na chwałę, a Narodowi na pożytek !

St. D.

NIE PORA,

Dzisiaj oskarżać się wzajem nie pora!
O krwi zapomnieć nam trzeba i waśni —
Jutro być lepsze musi niźli wczora,
Gdy wspólna sprawa w sercu się rozjaśni.—

Pierwocha – Połomski.

 

Korzystając z uprzejmego ze­zwolenia
autora, W. P. Władysława Świderskiego, przedrukowujemy nie­które wyjątki z cennej Jego monografji p. t. Łomża.

                                                                                    (Wład. Świderski. Łomża.                                                                                                          Nakład autora. 1925 r.)

REDAKCJA.

31 lipca 1914 roku rozklejono na murach miasta manifest o wypowie­dzeniu wojny. Łomża, jako położona o 30 kilometrów od granicy pruskiej, była bardzo narażona na skutki wojny, lecz Prusacy zaatakowali Rosjan od strony Kalisza i Łodzi, W wielką środę roku 1915, naleciała na Łomżę eskadra 12 aeroplanów, z których zaczęto rzucać bomby wybuchowe i zapa­lające na miasto. Zabito kilku ludzi i zapalono parę budynków, i potem już stale w dni pogodne przylatywały aeroplany i rzucały bomby, w nocy zaś odwiedzały miasto cepeliny, W takich wypadkach ludność chowała się do piwnic i czekała na koniec ataku, lecz i tam nie bardzo było bezpiecznie, gdyż na ulicy Rybaki bomba wpadła do piwnicy i zabiła kilkoro ludzi. Rząd rozpoczął ewakuować w głąb Rosji urzędników z rodzinami. Ludność cywilna także zaczęła uciekać do Rosji i w ciągu kilku miesięcy z trzydziestotysięcznego miasta zostało zaledwie 15.000 mieszkańców. Tymczasem Niemcy przy­bliżali się do Łomży i rozpoczęły się bitwy o 6-15 kilometrów od miasta, W ciągu kilku miesięcy dzień i noc grzmiały armaty. Wszystkie szkoły i gmachy publiczne w mieście zajęte były na szpitale, W czasie operacji wo­jennych nad Narwią przewinęło się przez szpitale w Łomży kilkanaście ty­sięcy rannych. Na miejscowym wojskowym cmentarzu złożono do grobów przeszło 1.200 żołnierzy, zmarłych od ran. Miasteczka Nowogród, Mały-Płock i Jedwabne zostały doszczętnie zrujnowane. Szczególnie zacięta bitwa toczyła się w rowach strzeleckich o Jedwabne. Pod koniec lipca 1915 roku nie­mieckie pociski armatnie zaczęły padać na przedmieścia i w samem mieście, a wojsko rosyjskie w panice odstępować. W pierwszych dniach następnego miesiąca Rosjanie ustąpili z Łomży, pomimo to Niemcy nadal ostrzeliwali miasto, 11 sierpnia 1915 r, o godzinie 1 w nocy wkroczyły pierwsze wojska niemieckie do Łomży.
W dniu 8 września t. r. Niemcy nałożyli na miasto, 60000 rubli kontry­bucji i pobrali 20 zakładników z wybitniejszych obywateli, oświadczając, że jeżeli kontrybucja nie będzie zapłacona lub okażą się wrogie wystąpienia lud­ności przeciw wojsku, to zakładników rozstrzelają. Na szczęście żadnych zajść z wojskiem nie było, kontrybucja przy pomocy Kasy Przemysłowców została zapłacona, i zakładników zwolniono. Niemcy w prędkim czasie ogłosili rekwi­zycje na surowce i artykuły codziennego użytku. Każdy musiał zgłosić, pod grozą kary, posiadane przedmioty z miedzi, cynku, niklu i ołowiu; rekwirowano tłuszcze, smary, oleje, skóry, len, wełnę i wszelkiego rodzaju surowce. Robiono częste rewizje. Wszystko, co było zgłoszone i znalezione podczas rewizji, Niemcy zabierali i wywozili do Prus, właścicielom zaś wydawali kwity, które do tego czasu są nieopłacone. Następnie ustanowiono racje żywnościowe dla ludności na chleb, mąkę, kaszę, cukier i tłuszcze. Przydzielone porcje były bardzo małe i jakiś czas regularnie dostarczane. Po pewnym, czasie o  żywność było bardzo trudno i często ludność miała kartki, ale nie mogła otrzymać przydzielonej żywności. Wzbroniony, został wypiek chleba białego, a chleb razowy był z mąki o przemiale 100 %. Do żyta mieszano różne surogaty jak: jęczmień, groch, peluszkę. Chleb podsypywany był,-zamiast otrębami – mąką drzewną. Każdy rolnik po zebraniu zboża większą część swych plonów musiał oddać do urzędu żywnościowego po ustanowionej cenie, daleko niższej od ceny rynkowej. Producentowi zostawiono tylko tyle zboża, ile przypadło według kartek na rodzinę. W końcu zabrakło nie tylko żywności, ale materjałów na ubranie i bieliznę i skór na obuwie; zamiast butów zaczę­to powszechnie używać trepów drewnianych.

Niepowodzenia Niemców na froncie zachodnim sprawiły, że Niemcy oględniej zaczęli traktować ludność i zmuszeni byli ogłosić niepodległość Polski.

W dniu 4 listopada 1916 r. około 200 obywateli m. Łomży otrzymało od gubernatora imienne zaproszenie w języku niemieckim i polskim do wielkiej sali urzędu powiatowego w Łomży celem wysłuchania proklamacji państw związkowych. Nadeszła niecierpliwie oczekiwana w mieście niedziela. Nie­dziela — 5 listopada, godzina 11 m. 40. Wchodzi gubernator v. Staudt i czyta po niemiecku proklamację; tłumaczy ją St. Kurcyusz: „Do mieszkań­ców Warszawskiego Generał gubernatorstwa. Przejęci niezłomną ufnością w ostateczne zwycięstwo ich broni i życzeniem powodowani, by ziemie polskie, przez waleczne ich wojska, ciężkiemi ofiarami rosyjskiemu panowaniu wy­darte, do szczęśliwej przywieść przyszłości, Jego Cesarska Mość Cesarz Austrji i Apostolski Król Węgier postanowili z ziem tych utworzyć państwo samodzielne z dziedziczną monarchją i konstytucyjnym ustrojem. Dokładniejsze oznaczenie granic Królestwa Polskiego zastrzega się. Nowe Królestwo znajdzie w łączności z obu sprzymierzonemi mocarstwami rękojmię, potrzebną do swobodnego sił swych rozwoju, We własnej armji nadal żyć będą pełne sławy tradycje wojsk polskich dawniejszych czasów i pamięć walecznych polskich towarzyszy broni w obecnej wojnie. Jej organizacja, wykształcenie i kierownictwo uregulowane będą we wspólnem porozumieniu. Sprzymierzeni monarchowie, biorąc należny wzgląd na ogólne warunki polityczne Europy, jako też na dobro i bezpieczeństwo własnych krajów i ludów, — żywią nie­złomną nadzieję, że obecnie spełnią się życzenia państwowego i narodowego rozwoju Królestwa Polskiego. Wielkie zaś od zachodu z Królestwem Polskiem sąsiadujące mocarstwa z radością ujrzą u swych granic wschodnich wskrze­szenie i rozkwit wolnego, szczęśliwego i własnem narodowem życiem cieszą­cego się państwa. Z najwyższego rozkazu jego Cesarskiej Mości Cesarza Niemieckiego. Generał Gubernator Beseler”.

Następnie gubernator v. Staudt odczytał: „A zatem sprzymierzeni monarchowie zapewnili Wam, Panowie, uroczyste przywrócenie Królestwa Polskiego. Fakt ten jest już niezachwiany“. Zakończył gubernator słowami : „Moi panowie, szczęśliwej przyszłości Kró­lestwu Polskiemu” i wzniósł trzykrotny okrzyk, podchwycony jednak bez entuzjazmu.       Orkiestra zagrała hymn niemiecki, i chorał „Z dymem po­żarów”.  Naprzeciw gimnazjum, na placu Kościuszki, ustawiono wojsko niemieckie, przed którem gubernator odczytał manifest i przyjął defiladę. Orkiestra zatrzymała się na placu i odegrała wiązankę pieśni polskich. Na gmachach, mieszczących urzędy niemieckie, wywieszono także flagi polskie.

O godzinie 3 odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Rady Miejskiej, na którem uchwalono urządzić o godzinie 6 wieczorem wiec dla zaznajomienia szerszej publiczności z manifestem. Podczas wiecu padło dużo krytycznych uwag — co do samego aktu, jak i do przyszłego ustosunkowania się nie­podległego Królestwa do sąsiednich państw. Najbardziej zachodziła obawa, że Niemcy za ten akt zażądają rekruta i jeszcze bardziej wyniszczą kraj rekwizycjami, Po wiecu urządzono pochód z pochodniami, wznosząc okrzyki na cześć Polski, Piłsudskiego i przyszłej armji.

Niezapomniane chwile radości i podniosłego wzruszenia przeżyła Łomża w dniu 26 listopada 1916 r., witając w dniu tym sztab pierwszej brygady oraz pierwszy pułk legionów pod dowództwem Rydza-Śmigłego. Publiczność wznosi okrzyki na cześć wojska. Niektórzy na widok swoich żołnierzy z radości płaczą Wojsko razem z publicznością maszeruje na Stary Rynek, gdzie gubernator niemiecki wita pułk i przyjmuje defiladę. Po defiladzie nastąpił odmarsz pułku do koszar. Oficerowie stanęli kwaterą w mieście. Wieczorem wybit­niejsi mieszkańcy miasta wydali kolację na cześć oficerów legjonowych w sali restauracji Czochańskiego, a dla szeregowych urządzono przyjęcie w koszarach, Z chwilą wkroczenia 1 pułku do Łomży ludność zaczęła się czuć pewniej. Dokonywane przez żołnierzy niemieckich dzikie rekwizycje artykułów spo­żywczych, przeważnie produktów wiejskiego pochodzenia, ustały. Legioniści często ujmowali się za krzywdzoną przez Niemców ludnością, z czego wyni­kały poważne scysje. Wojskowi niemieccy krzywo patrzyli na legjonistów, okazując im nieraz lekceważenie. Za niesubordynację wojskową oficer polski na ul. Trzeciego maja zastrzelił podoficera niemieckiego. Z tego powodu zarządzone zostało ostre pogotowie, i niewiele brakowało do walki orężnej między garnizonem niemieckim i legjonistami. Po paru miesiącach pierwszy pułk został przeniesiony do Zambrowa, a na jego miejsce przybył z Zegrza pod dowództwem Roji pułk czwarty, który w prędkim czasie zyskał sobie sympatję miejscowego społeczeństwa. W czasie postoju legjonistów w Łomży między ludnością i wojskiem wytworzył się nastrój serdeczny i ożywiło się życie społeczne i towarzyskie.

Władze niemieckie, tworząc t. zw. Polnische Wehrmacht, wydały zarzą­dzenie o wykonaniu przez legjonistów przysięgi na braterstwo broni z Niemcami. Większość przysięgi odmówiła. Pod koniec sierpnia 1917 r. czwarty pułk rozwiązano, Opornych legjonistów, pochodzących z Galicji, wysłano do Przemyśla, a królewiaków internowano w Szczypiornie i Benjaminowie. Część oficerów i żołnierzy zbiegła i wstąpiła do Polskiej Organizacji Wojsko­wej, ukrywając. się w Łomży i w okolicy.

Opuszczone przez pułk czwarty koszary otoczono gęstym drutem kol­czastym, na dziedzińcu ustawiono karabiny maszynowe i zaciągnięto wzmocnio­ne warty. Do tak przysposobionego obozu sprowadzono kilkuset legjonistów, jako jeńców. W mieście utworzył się tajny komitet pomocy dla internowanych, gdyż z pośród nich wielu było obdartych, bosych i chorych, a jak karmili Niemcy internowanych — to tylko ten ma o tem wyobrażenie, kto miał nie­szczęście dostać się do obozu,

W roku 1918 Niemcy zawarli pokój z Rosją. Pokój ten krzywdził Polskę, odbierając ziemię Chełmską. Z tego powodu w Łomży odbyło się pare wieców protestacyjnych, a młodzież, należąca do Polskiej Organizacji Wojskowej, 7 marca wybiła szyby w urzędach niemieckich i w mieszkaniu prywatnem gubernatora, za co gubernator Pauls nałożył na miasto 20.000 marek kontrybucji. Aresztowano miejscowego komendanta P. O. W., Jana Kraszewskiego.

W początkach listopada 1918 r. do miejscowego społeczeństwa zaczęły przenikać uporczywe pogłoski o przegranej przez Niemców wojnie. W wojsku dyscyplina rozluźniła się, Polska Organizacja Wojskowa stanęła w pogotowiu; zależało bowiem na tem, aby Niemcy na wypadek ewakuacji nie zdążyli wy­wieźć nagromadzonych w Łomży zapasów żywności, broni i amunicji. Zbrojne obsadzenie placówek i posterunków wojskowych miało odbyć się dnia 11-go listopada. Gotując się do czynnego wystąpienia, komenda P. O. W. zorga­nizowała Komitet Obywatelski, do którego zostali powołani: St. Kurcyusz, Dr. Czarnecki, Fr. Hryniewicz, St. Woyczyński, J. Stolnicki, Władysław Świ­derski. Po naradzie w Towarzystwie Kredytowem Ziemskiem Komitet posta­nowił, łącznie z powiatowym komendantem P. O. W., Konradem Leśniewskim, udać się do gubernatora niemieckiego z propozycją złożenia broni i opuszcze­nia miasta przez wojsko. W czasie pertraktacyj w mieście wybuchła strzela­nina i zaczęło się rozbrajanie Niemców. Gubernator pod wrażeniem wypad­ków zgodził się na złożenie broni, i wydanie rozkazu zaprzestania przez wojsko walki — z tym jednak warunkiem, że jedna kompanja kwaterującego wówczas w Łomży balaljonu Soldau zachowa karabiny i jako eskorta, odpro­wadzi do     Prus urzędników niemieckich i ich rodziny. Opuszczenie Łomży przez Niemców     miało nastąpić na drugi dzień. Ze swej strony Komitet za­pewnił, że wyda zarządzenie        o przerwaniu akcji przez P. O, W. i ludność cywilną i że do niemieckich urzędów udadzą się członkowie Komitetu dla utrzymania kontaktu z ludnością cywilną i        zapobieżenia mogącym wyniknąć ekscesom. W czasie, gdy Komitet opuszczał         gubernatorstwo, o godzinie 4 po południu, gruchnęły salwy. To wojsko na ul.       Sienkiewicza ostrzeliwało zajęty przez P. O. W. lokal Feldpolizei. Padł tam, rażony          śmiertelnie kulą niemiecką, Leon Kaliwoda, komendant i dowódca grupy        peowiaków. Strzały z karabinów i kulomiotów rozlegały się w różnych dzielnicach   miasta. Na pomoc P. O. W, pośpieszyła ludność cywilna i zaczęła rozbrajać oficerów,    urzędników i żołnierzy niemieckich, nie spotykając zresztą większego sprzeci­wu, Strzelanina i zamieszanie trwały całą noc. Na drugi dzień o godzinie 11 rano odbył się pogrzeb poległych podczas rozbrajania. Sześć tru­mien stanęło w kondukcie   żałobnym przed Komendą P. O. W. W pogrze­bie wzięło udział całe miasto z          duchowieństwem wszystkich wyznań na czele. 12 listopada 1918 r. o godzinie 3 po          obiedzie Niemcy opuścili miasto. Łomża była wolna, Natychmiast poczęły tworzyć          się miejscowe władze i urzędy. Organizacja P. O. W. została kadrą 33 pułku         łomżyńskiego, do którego masowo napływali ochotnicy.

Z ostatnich miesięcy okupacji.

W drugiej połowie roku 1918 potęga niemiecka na froncie zachod­nim już się poczęła łamać.

Niemcy starannie ukrywali swoje niepowodzenie nietylko przed spo­łeczeństwem miejscowem, ale i przed swoimi. Pomimo to wszyscy wy­czuwali bliski koniec.
Jednak okupanci w Polsce byli jeszcze dosyć silni, aby przeciwstawić się czynnym wystąpieniom społeczeństwa, wyniszczonego i zdezorganizo­wanego przez wojnę. Wszak mieli broń, dyscyplinowanych żołnierzy, i w ich rękach były wszelkie środki lokomocji i gospodarki kraju. Każdy przejaw protestu jednostek, czy ogółu, był surowo karany. Najlżejsza kara — to zesłanie do obozu jeńców, gdzie z głodu i brudu tysiące ludzi konało. Jednak to nie powstrzymywało ludzi, dążących do lepszego jutra dla Narodu, przeciwstawiać się zakusom Niemców na całość i niepodle­głość Polski.
Odbywały się gorące wiece, na których zapadały bardzo ostre prze­ciw okupantom uchwały.
Podajemy poniżej taką uchwałę, wyniesioną na zgromadzeniu ludo­wem w Łomży w   dniu 20 października 1918 roku.

UCHWAŁA.

Zgromadzenie ludowe, zwołane przez Zarząd Okręgowy Polskiego Stronnictwa Ludowego w teatrze miejscowym w Łomży, dnia 20 paździer­nika 1918 roku, w liczbie około 1000 osób uważa, że dawny, niezłomny, postulat zjednoczonej i niepodległej Polski z dostępem do morza w chwili obecnej ziścić się musi.

Za najpilniejszy nakaz doby obecnej zgromadzenie uważa:

  1. ZWOŁANIE SEJMU USTAWODAWCZEGO na podstawie powszechnych, równych, tajnych bezpośrednich i proporcjo­nalnych wyborów bez różnicy płci,
  2. SEJM USTAWODAWCZY winien obradować wspólnie z przed­stawicielami zaborów pruskiego i austrjackiego,
  3. W SEJMIE tym demokracja polska walczyć będzie o demo­kratyczną RZECZPOSPOLITĄ LUDOWĄ, w której lud polski sam prawa swoje określi, wolność swą ubezpieczy, na straży jej stanie i wolną zjednoczoną Polskę wprowadzi do między­narodowego ZWIĄZKU WOLNYCH LUDÓW EUROPY.
  4. ZGROMADZENIE ŻĄDA :
  5. aby WÓDZ narodu, JÓZEF PIŁSUDSKI, w tej niezwykle do­niosłej chwili zajął natychmiast należne mu stanowisko,
  6. ABY WSZYSCY WIĘŹNIOWIE POLITYCZNI, JEŃCY CYWIL­NI i WOJENNI i ROBOTNICY, PRZYMUSOWO WYWIEZIE­NI DO NIEMIEC, niezwłocznie uwolnieni zostali,
  7. ABY OKUPACJA ZOSTAŁA NATYCHMIAST USUNIĘTA, naród bowiem swoją siłę postawić potrafi i raz na zawsze wszelkim obcym wpływom, bez względu na ich pochodzenie, wszelkiej obcej gospodarce na ziemi polskiej przeciwstawić się zdoła.
  8.  Przewodniczący zebrania: Wł Swiderski.

Asesorowie: Dąbowski
Kordaszewski,
St. Szymański.
Wernic.

Sekretarz : Kulczyński.

Organizatorzy wiecu : Stolnicki
  Fr. Szymański.

Wspomnienie z czasów okupacji niemieckiej.

Po przymusowym wyjeździe z Łomży z powodów politycznych w roku 1906 wróciłem do rodzinnego miasta w pierwszej połowie 1917 roku.
Okupacja niemiecka nie sprzyjała rozwojowi życia politycznego i         kulturalnego, to też słodka drzemka panowała wśród większości obywateli.

Z dużym nakładem energji zaczęliśmy budzić do życia „Lutnię”.

Wraz z mec. Wiktorem Supińskiem i mec, Janem Lachowiczem zaini­cjowaliśmy w lokalu „Towarzystwa Wioślarskiego” dyskusyjne wieczory.
Obecność pierwszego, a następnie czwartego pułku Legjonów dodała otuchy tym, którzy byli niezadowoleni ze stanu ówczesnego i którym marzyły się jakieś sny o wyzwoleniu Ojczyzny, o tworzeniu własnej siły zbrojnej o demokracji i innych „mrzonkach” sprawiedliwości społecznej,
Jednak większość ojców miasta zimno traktowała legjonlstów, a większość mamuś niechętnie widziała obcowanie swych córek i synów z lekkomyślnymi zapaleńcami.
Przywiezienie ze Szczypiemy internowanych legjonistów i umieszczenie ich za drutami w koszarach (obecnie 33 p. p.) silnie skupiło żywsze i młodsze elementy koło pomocy dla internowanych.
Wkrótce po przybyciu do Łomży, rozglądając się wśród współobywateli, zauważyłem, te w domu pani Jarnuszkiewiczowej skupiają się jacyś młodzi ludzie w jakichś tajnych celach. Jako dawny konspirator z łatwością wywąchałem, że są to peowiacy i wkrótce zostałem lekarzem P. O. W. (Polskiej Organizacji Wojskowej),
Najbardziej czynni byli wówczas: Jan Kraszewski, ś. p. Leon Kaliwoda i panna Janina Cabertówna,
Gdy Kaliwoda „wsypał się” i był poszukiwany przez policję niemiecką, ukrywał się on w ciągu kilku tygodni w domu przy ul. Krótkiej Nr 1 na III piętrze w pustem mieszkaniu — przez ścianę z mieszkaniem niemca urzędnika ze starostwa.
W tym też czasie leczyłem na zapalenie nerek uciekiniera z za drutów Szczypiorniaka i peowiaka, Michała Fulmyka (obecnego prof. seminarjum).
W dniu wybuchu rozbrojenia Niemców w Łomży byłem wraz ze ś. p. Stanisławem Woyczyńskim, Franciszkiem Hryniewiczem, Leśniewskim (Konradem), Władysławem Świderskim, Stanisławem Kurcyuszem i innymi w delegacji u wojskowego gubernatora niemieckiego, który urzędował w gmachu obecnego Starostwa, z propozycją oddania władzy i wszystkich objektów wojskowych w nasze ręce. Na to usłyszeliśmy odpowiedź, te o oddaniu objektów wojskowych i magazynów nie może być mowy.
Akurat w trakcie naszej rozmowy z gubernatorem na ulicach Łomży rozpoczęło się rozbrajanie niemieckich żołnierzy. Pan gubernator wraz z na­mi widział na własne oczy, jak dwóch peowiaków rozbroiło żołnierza nie­mieckiego około Banku Ziemiańskiego.
W tym momencie opuściłem delegację i z polecenia „Konrada“ wybiegłem na ulicę, by nawiązywać kontakt z żołnierzami niemieckimi i tłumaczyć im, że nie mamy zamiaru ich zabijać i że nie walczymy z ludem niemieckim, tylko z ich królewskim rządem.

Na ul. Sienkiewicza, gdzie został zabity ś. p. Kaliwoda udało się strza­ły uspokoić, lecz na rogu Dwornej i Giełczyńskiej ciągle szczekał karabin maszynowy. Ktoś mówił, że tam oficer niemiecki z paru żołnierzami nie chce sie poddać i strzela.
Jedna grupa peowiaków i ludzi, którzy sami , przyłączyli się do nich w momencie walki, posuwała się w górę ul. Dworną, przebiegając od bramy do bramy. Druga grupa, do której i ja należałem, obiegła przez Stary Rynek, i chłopcy zaczęli strzelać od St. Rynku wzdłuż ul. Giełczyńskiej. W pewnym momencie ś. p. Gibes wychylił się na środek ulicy i padł ugodzony kulą. Wnieśliśmy go do mieszkania żydów na rogu Starego Rynku i Senatorskiej, gdzie przy ich pomocy zrobiłem mu pierwszy opatrunek i poleciłem przenieść go do szpitala św. Ducha.
W tym czasie Niemcy z rogu Dwornej i Giełczyńskiej cofnęli się, Peowiacy posunęli się ul. Giełczyńską, koło sklepu Spółdzielni Spożywców rozbroili żandarma niemieckiego i doszli do magazynów przy cmentarzu. Tam jakiś robotnik powiedział nam, że w wartowni, koło magazynów jest sześciu uzbrojonych Niemców, Chłopcy z wszelkiemi ostrożnościami podkradli się do wartowni i wraz z moim okrzykiem „Hände hoch“ (ręce do góry!) wpadli do środka. Jakież było nasze zdziwienie, gdy jeden z żołnierzy niemieckich po­wiada : „A zaś my na was już długo czekamy”. Chłopcy zaopatrzyli się tam w nową amunicję i zabrali karabiny.
Znowu usłyszeliśmy strzały na placu Sienkiewicza. Spotkaliśmy tam 2 żołnierzy niemieckich, którzy byli pijani. Z trudem udało się odprowadzić ich do gmachu starostwa i oddać pod opiekę trzeźwych.
Tu dowiedziałem się, że „Konrad” porozumiał się z „Soldatenrath” (radą żołnierską) i umówiono się, że za cenę wolnego przejścia do granicy walka będzie przerwana.
Wraz z żołnierzem z „Soldatenrath“ udałem się na miasto by ściągać rozproszonych peowiaków i żołnierzy niemieckich na punkty zborne.

Miasto zamarło .,. Spokojni obywatele pogasili światła ,..

Na ulicy spotkałem pułkownika z P. K. U., mec. Supińskiego i jeszcze paru …
Na drugi dzień w gmachu obecnego Starostwa już funkcjonowało nasze biuro i sztab.
Bajeczny był widok, gdy młody przedstawiciel rodzącej się władzy polskiej, ob. Kulczyński, wydawał przepustkę swemu staremu pułkownikowi żandarmów niemieckich ! Symbol wiecznie powtarzającej się historji ludzkości. Młodość, wiara w Ideę, Odwaga i Poświęcenie — zwycięża Starość i bezduszny regime.

Dr. Mieczysław Czarnecki,
poseł na Sejm

Wspomnienia ze strajku szkolnego.

Dziesięć lat przeszło! Jakby rok jeden, jak jedna chwila. Dziesięć lat od chwili wyzwolenia się z pod nienawistnego jarzma… Nareszcie wolni! Wolność ocenić może tylko ten, kto doznał niewoli; kto, oto­czony mrokiem, gnębiony strasznie, mając przed sobą cel wielki, śmiało zdążał doń i po wielu, wielu trudach i cierpieniach nareszcie ujrzał się u celu.

Cel ten to niepodległość Ojczyzny!

Ty, młodzieży ukochana, coś wychowała się w polskiej szkole, pojąć nie możesz, jak wielka radość rozsadza nam piersi. Nam, cośmy nie mieli kraju własnego… wszak byliśmy tylko mieszkańcami „Prywiślinja” co nie mieliśmy szkoły polskiej, co zmuszano nas między sobą roz­mawiać obcym nam językiem, kazano modlić się po rosyjsku, a za polską mowę zostawiano nas w „kozie” i karano złemi stopniami za sprawowa­nie, a nawet wyrzucano ze szkoły. Dziesięcio, jedenastoletnie dziecko w szkole musiało mówić po rosyjsku. Tak przechodziły długie, długie lata.
Walczyliśmy na dwa fronty Z jednej strony musieliśmy pracować nad sobą i uświadamiać narodowo młodsze koleżeństwo, z drugiej zaś wpajać w naszych rodziców i dziadków przekonanie, że pracujemy pożytecznie tak, jak i oni, dla tegoż samego celu i że nie zrażamy się tern, że nie my doczekamy owoców naszej pracy, ale może drugie, trzecie pokolenie.
Wierzyliśmy święcie, że „sto słońc upadnie wrogom na znak”i wolność zawita do ukochanej ziemi naszej. I przyszła chwila wyśnio­na i wypielęgnowana w sercach i głowach naszych. Przyszła prędzej, niżeliśmy się sami spodziewali.
Nadszedł rok 1904. Wybuchła wojna rosyjsko-japońska. Trwała przeszło rok. Z początku ze zmiennem szczęściem dla stron obu, w końcu Rosjanie ponieśli klęskę. Odbiło się to i na rządach w kraju.
Zobaczyliśmy wtedy, że ten wielki, niezwyciężony kolos ma dość kruchą podstawę, że nadszedł czas, aby — upokorzony przez tych, któ­rych miał „zarzucić czapkami” — i nam jarzma umniejszył. Żelazna obręcz, zaciskana na ciele uciemiężonych narodów, rozluźnić się musiała. Młodzież domagać się zaczęta w szkołach języka polskiego.
Zaczęły się strajki szkolne; coraz to w innem mieście ucząca się młodzież opuszczała mury szkolne z powodu odrzucenia przez władze jej słusznych żądań. Łomża nie pozostała w tyle. Kilka gorączkowych zebrań kolegów i koleżanek starszych klas… Zawiązał się komitet strajkowy, w skład którego weszli koledzy: Czyżewski, Moczydłowski, Bańkowski, Sienicki, — koleżanki: Bujnowska, Grzymkowska, Mrozowska, Drążkiewiczówna, Krajewska.

Dnia 3 lutego o godzinie 10-ej rano w obu gimnazjach wobec władz szkolnych była odczytana „petycja” z żądaniem spolszczenia szkoły, co oczywiście było w zupełności odrzucone. Następstwem tego było prokla­mowanie strajku szkolnego do czasu uznania i przyjęcia naszych żądań. Zaraz też opuściliśmy mury szkolne.
W kilka dni zostało wydane przez dyrekcje gimnazjów ogłoszenie, że tym ze strajkujących, którzy oznaczonego dnia zgłoszą się do nauki, wina będzie darowana, — przeciwnie zaś, niezgłoszeni, będą wydaleni raz na zawsze z uczelni, a świadectwa ich nie będą miały żadnej wartości.
I stało się tak, jak bywa zazwyczaj; ci, co żyli tylko dniem dzi­siejszym, co mieli na uwadze nie przyszłość kraju, a tylko materjalne ko­rzyści — ci rodzice posłali swe dzieci do szkół. Naturalnie musiano je odprowadzać i przyprowadzać z obawy przed „zemstą” strajkujących kolegów i koleżanek.
Uczniowie i uczennice, którzy pozostali głusi na „ojcowski” zew wła­dzy szkolnej, otrzymali świadectwa z odpowiedniej klasy z adnotacją „wydalony(a) z gimnazjum za należenie do strajku szkolnego”. Z taktem świadectwem do żadnego zakładu naukowego, ani do urzędu nie przyjmo­wano. Zaraz po strajku zorganizowane zostały komplety szkolne, konspi­racyjne, gdzie kontynuowano naukę gimnazjalną w języku polskim — z uwzględnieniem oczywiście nauki historji, geografji, literatury polskiej. Na kompletach wykładali: p. p. Jadwiga Nowowiejska, Stanisława Gregorjew, Stanisław Sienicki, F. Napiórkowski, H. Piątkowski i inni.
Komplety owe musiały być prowadzone z wielką ostrożnością, gdyż ujawnienie ich groziło represjami rządu rosyjskiego tym, którzy uczyli, któ­rzy się uczyli, jak również i tym, którzy na ten cel udzielali swego mieszkania.
Komplety owe odbywały się w mieszkaniach: ś. p. mecenasa Aleksandra Chrystowskiego, ś. p. Janostwa Kraszewskich, Władysława Świderskiego i innych.
W roku 1913, z powodu obchodu trzechsetlecia panowania domu Romanowów, rząd ogłosił amnestję. Darowano winy i przywrócono ważność świadectw szkolnych wydalonym za udział w strajku. Ale i nadal za polski język w szkołach karano. Modlitwę przed i po lekcjach mówiliśmy teraz po polsku, aczkolwiek przed prawosławną ikoną; na lekcjach języka polskiego wolno było nauczycielowi zwracać się do dziecka w języku ojczystym. Choć jedni zalecali rozwagę, spokój i zgodę —- dru­dzy w dalszym ciągu marzyli o zerwaniu kajdan i pracowali konspiracyjnie dla przyszłości, wierząc, że choć może nieprędko — przyjdzie jednak wielki dzień wyzwolenia.

Dziesięć lat miało się ku schyłkowi od końca wojny rosyjsko-japoń­skiej.
Nagle, jak grom z jasnego nieba spada wieść: wojna!… Wojna już nie dwu tylko państw, ale wojna europejska!
Rosja wydala manifest do swych poddanych, wzywając wszystkich do ofiarnej walki za „wspólną ojczyznę”, obiecując po pomyślnem jej ukończeniu wielkie dobrodziejstwa i łaski w postaci samorządu, szkól własnych i t p.
Oczywiście znaleźli się w Polsce ludzie, którzy pisali wiernopoddańcze zapewnienia wielkiego przywiązania do rządu rosyjskiego i podzięko­wania za obietnice tych dobrodziejstw, jakie mają spłynąć na nas za „tę trochę krwi, którą ofiarujemy dla Rosji”. Wówczas, gdy małoduszni i krótkowzroczni „dyplomaci” nasi wycierali przedpokoje carskich czynowników i dygnitarzy… zjawił się On — Olbrzym, który gromkim gło­sem zawołał: „Jesteśmy!… żyjemy!… Nie chcemy łaski waszej, a sami weźmiemy to, co nam się słusznie należy, co przez wiele, wiele dzie­siątków łat wykuwaliśmy sobie w podziemiach więzień i tajgach syberyj­skich; weźmiemy sobie to, za co życie dawali ojcowie i dziadowie nasi, cośmy ukochali i bez czego istnieć nie możemy Niepodległość” !

I stało się. Oto Polska wolna. Wolna, wbrew niewierze małodusznej większości, wbrew krakaniom pesymistów!

Znów przeszły burze… okupacja niemiecka … najazd bolszewicki,

I jeszcze może niejedna burza przejdzie, o Matko nasza, Polsko, niejeden cierń może własne Twe dzieci w serce Twoje wbiją, ale Ty wielka, silna, sprawiedliwa i pełna miłości nie zginiesz nigdy!

Anna Krajewska Świderska.

„ZA DRUTAMl”.
                                (Utwory legionistów internowanych z r. 1918).
                                         Z rękopisów, znajdujących się
                                                      w posiadaniu p. Werstaka.

Oddaję mundur . . . Ciężkie, krwawe boje
Stargały wątłe młode piersi moje.
Oddaje mundur, krwią w bitwach zwalany,
Co pierwsze w rowie osłaniał mi rany,
Siwy, splamiony i kurzem wytarty.
Marsze, w nim ciężkie przebyłem i warty,
Miłość i duma chowała go szczera . . .
Dziś ręka Prusaka z piersi mi go zdziera!
Ile walk, cierpień, jakie groźne burze
W tym naszym brudnym rwały się mundurze
 Skrawek legendy dziejów naszych krwawy
Żyje w nim piękny wraz z imieniem sławy.
Oddaję mundur, który w rowach czułe
Witały śmierci wyciem wrogie kule
I do nóg pruskich rzucam go, o Boże ! . , .
Siebie, i naród cały w hańbie korze.
Niewolny w życiu, biedny w poniewierce
Tak, jakbym całe żywe Polski serce,
Co mi przy piersi kołacze się blisko,
Dłonią żołnierza rzucał na śmietnisko!
Starganą dumę i ból straszny kładę
I przyszłość Polski całej na zagładę
W tych marnych strzępach . . .
Czuję ból i trwogę
I mękę, że już zapłakać nie mogę;
Bo mi do buntu porwały się siły
I łzy rozpaczy w gardle mi zdusiły !
Ten ból nasz dzisiaj i życie tułacze
Może sam naród, gdy przejrzyopłacze.

(Autor nieznany).

Głodny marsz ofiar Szczypiorna.

Dogasa powoli słoneczny już szlak,
A zachód purpurą wciąż płonie —
Wyroków niebieskich zapewne to znak:
Cierń nowy w męczeńskiej koronie.
W ponurej pomroce rysuje się świat,
Jak wielka, samotna mogiła,
Na ziemię bezwładną upiorny sen padł:
Godzina już duchów wybiła.
Z tajemnej oddali, co ginie hen w mgłach,
Szmer płynie, jak zgrzyt, w nocną ciszę.
O, zgrozo! Okropny wyłania się strach —~
Tłum cieniów się dziwny kołysze.
– Jak duszno !   Powietrza! – Ach, piersi tchu brak!
– Krew falą uderza do głowy!
Korowód mar sunie w nieznany gdzieś szlak,
Posępnie brzmi marsz pogrzebowy !
Zsiniałe drżą usta, bezsilny łka głos,
Ból szarpie łańcucha ogniwo
Hej! krwawą daninę swą zbiera zły los:
Śmierć zbiera głodowe swe żniwo!
Tren ofiar Szczypiorna wciąż snuje się wdal,
W kraj snów niezniszczalnych, to świat nowy!
Stłumiony jęk kona, rozpływa się żal . . .
Zamiera już marsz pogrzebowy . . .

Kazimierz Balcer.

   Kłopoty Antka.

Antek! Co jest? — Kiepsko bracie
Mortus w kabzie, bryndza w chacie,
Chłodno — głodno . . . no, nie wiecie ?
Brak już mąki w komitecie,
Rekwizycje pruskie przecie . , .
Ani chleba, ani paczki,
Ani wziąć co do jadaczki. . .
Kiepska sprawa. . . gorzka kawa,
Obiad marny. . . w zupie ryba:
Zdechnąć tutaj przyjdzie chyba.
W kiszkach marsza gra, aż miło,
W nogach słabo tak. . .
Wczoraj chleba już nie było,
Dzisiaj znowu brak!
– A jakże tam nasza sprawa?
– Ha, na szopę już zakrawa!
– Jakże stoi? — Żal się Boże!
Nawet biedna stać nie może!
Już się o nas nikt nie pyta,
Wojsko robią bez nas! kwita!
A ty, bracie, cierp spokojnie,
Siedź i konaj tu w Szczypiornie!
Chłód, już zimno — wkrótce zima,
Nie wiem czy się tu wytrzyma!
– Serwus, Antek! Wytrzymamy !
– Serwus! „Trzymajmy się ramy!”
Dziś spotykam Antka rano:
Smutny, minę ma stroskaną. . .
– Nie wiesz, Antek, czy dziś komu,
Dali zwolnienie do domu?
– Ale gdzie tam ! Bądź spokojny,
Posiedzisz do końca wojny;
Będziesz gnił tu bracie póty, —
Chyba, że zwiejesz.. . za druty !
Choć dać dęba. . .? Trudna rada:
Solidarność. . . nie wypada !
Prusak nogę ci ustrzeli
I siedź potem w kurateli,
Gdy cię szwab przyłapie który.
Już mam dwa tygodnie „dziury”:
Bez kolacji — bez obiadu. , .
Ciemno, zimno, a tu jeszcze
Boleści biorą i dreszcze!
Patrzysz — z brzucha, ani śladu:
Same kości, sama skóra. . ,
Taka Ci przeklęta „dziura”!
– Pewnie, pewnie! … I cóż więcej?
– A no marek coś tysięcy
Na „komitet” dala Rada,
By się siły pokrzepiły,
Aby cała nie skonała
Szczypiorniańska ta gromada!
–  O! to górą, Antek! przecie, . .
Chleb się znajdzie w „komitecie”
I człek, co wciąż klnie w rozpaczy,
Bez przeszkody — zamiast wody, —
Kartofelki znów zobaczy!
– Mówią wszyscy, by czemprędzej,
Nie brać z łaski tych pieniędzy,
Bo to niby. . . kopną nogą,
A potem Ci znów pomogą !
I jeżeli człowiek głupi. . .
To Cię potem (później o tem . . ,)
Pieniążkami — mądry kupi !
– Racja, Antek! Nie wypada,
By dawała marki. . . Rada,
Gdy jej chytra polityka
Wiary naszej tak dotyka!
Gdy podłością swego dzieła
Do Szczypiorny nas wepchnęła!
Tu, Antkowi, wzrok się zmienił
Czerwienieje z oburzenia
I dotknąwszy ręką brzucha
Jak mi krzyknie koło ucha : —
– Ot, gadanie tylko głupie!
Grunt — kartofli parę w zupie!!!

Kołodziejski.

Wlazł kotek na płotek i mruga:
„Niewola już wasza niedługa,
Jest ,,Rada — Parada” w Warszawie
I Polska jest wolna już prawie!
Dzień wzniosły, podniosły, radosny
Na „pe” już was zwolnią do wiosny!
Tu kotek za ucho się drapie,
W tem prusak za ogon go łapie;
„Ty „katzu” paskudny, ty bury,
Że gadasz z jeńcami — do dziury !

Obóz, 2 stycznia 1918 r.                (Autor nieznany).

„BABCIA P.O.W.”

 

Była taka.
Ś. p. Bronisława Kraszewska, matka zastępcy komendanta X okręgu P. O. W., Jana Kraszewskiego, obecnie kapitana artylerji, znana była wśród paowiaków pod nazwą „Babci P. O. W.”.
Jej uprzejmość, pogodny uśmiech, niezrównany humor, ujmująca gościnność, otwarte serce w momentach ciężkich przeżyć wojennych i okupacji niemieckiej były oazą dla niejednego tułacza. Każdy ścigany, tropiony wszędzie, niechętnie przyjmowany pod dach z obawy narażenia się gdy stanął w gościnnych progach domu przy ul. Wiejskiej Nr 6 — czuł się swobodnie odrazu, jak u siebie w domu. Macierzyńska troskliwość dawała się odrazu odczuć: nakarmiony, otrzymywał nocleg i spędzał w ciepłej serdecznej atmosferze niejedną godzinę. Któryś z „legunów” nazwał mieszkanie p. Kraszewskiej „Oberżą pod Wskrzesającym Orłem“.
Jeśli i była przezorność, jaka zwykle cechuje osoby starsze i w tym wypadku najzupełniej usprawiedliwiona, ponieważ w tym samym domu piętro wyżej mieściła się komenda P. O. W. —- to się o tem nie mówiło i w niczem nie dawało się jej odczuć. Przeciwnie—była raczej brawura i duży rozmach w walce z wrogami.
W domu tym zarówno dzieci, jak i wnuki wychowywały się pod hasłem; wszystko dla Ojczyzny. Tej zasadzie nie sprzeniewierzano się w tym domu, nigdy p. Kr. nie cofnęła się ani na włos z obranej drogi, kroczyła po niej niezachwianie nawet wtedy, gdy Niemcy aresztowali Jej jedynego, ukochanego syna. Nadal kurjerzy P. O. W. w Jej mieszkaniu znajdowali przytułek, nadal mieściła się tam komenda P. O. W., nadal mieszkał u Niej następca Jej syna : ś. p. Leon Kałiwoda;
Gdy ktoś zaproponował, żeby się udała do Niemców prosić o jakieś ulgi dla syna w więzieniu, odparła twardo: „Niedoczekanie ich, bym miała ugiąć kark przed Krzyżakiem. Trudno! Mój syn wiedział, na co się ważył. Musimy wszyscy cierpieć”. Bez ceremonji wyrzuciła za drzwi Niemca, który przyszedł egzekwować pieniądze za przejazd, a raczej przewóz Jej syna z Łomży do Mokotowa po wyroku, skazującym go na 5 lat ciężkiego więzienia. „Czy ja go wam kazałam wywozić? Nawet Moskale nie byli tacy bezczelni jak wy. Gdy kogo wywozili, to na własny koszt. Może jeszcze każecie płacić za jego utrzymanie w więzieniu?“ „Naturalnie—odparł Niemiec-—ale to potem. Tymczasem trzeba zapłacić za bilet z Łomży do Warszawy; pani ma pieniądze, bo sprzedała dom”. „Nie dam ani feniga! Zwróćcie mi syna, to wam zapłacę 10- ciokrotny jego przejazd w obie strony.” Niemiec zabrał maszyną do szycia.
Domu, w którem mieszkała przeszło 30 lat, pozbyła się z lekkiem sercem, gdyż pieniądze potrzebne były na projektowaną ucieczkę syna z więzienia, która zresztą się nie udała. Gotówka, osiągnięta ze sprze­daży, w lwiej części użyta była na potrzeby P. O. W.
Niejeden komendant obwodu, udając się na prowincję, otrzymywał cały ekwipunek pościelowy. Każda odprawa poza stroną oficjalną wyglą­dała na mały raut. Śpiew, muzyka, deklamacje wypełniały niejeden wie­czór, pozwalając tym podziemnym pracownikom, co się imienia własnego wyrzec musieli, na oderwanie się przez chwilę od ciężkiej swej doli.

Pani Kraszewska brała żywy udział w pracach P. O. W. szła z mło­dymi dzielnie naprzód. Aresztowanie syna przyjęła jak spartanka. Ofiarna —pożyczała, rozdarowywała wszystko na cele ogólne, nie licząc ani na zwrot, ani na wdzięczność. Spełniała służbę dla Ojczyzny, jak radosny obowiązek. Z Jej też zasłużonych rąk P.O.W. wzięła pobłogosławiony przez Nią pierwszy sztandar Polski Zmartwychwstałej, by go zatknąć nad Wojskową Komen­dą Miasta (zainstalowaną w byłym gmachu gubernatorstwa rosyjskiego i niemieckiego — obecnem Starostwie).
Dzielna, mocna i świetlna ta postać o nieugiętym duchu pozostanie na zawsze w sercach tych, co Ją znali i czcili.

Jej zacnej pamięci cześć!

Janusz Rowiński (Borejsza).

WSPOMNIENIA.

W sierpniu 1914 r. wyruszyłem ze Lwowa z t. zw. Legjonem Wschod­nim, który z powodu różnych niesnask politycznych naszych ówczesnych „przeciwpiłsudczyków“, no… i z konieczności naszych „piłsudczyków”—zmu­szony był zakończyć swój żywot w Mszanie Dolnej po 6 tygodniach istnienia (rozwiązanie. Legjonu Wschodniego).
Wkrótce po rozwiązaniu legjonu zostałem aresztowany.
Gdy była nas już spora gromadka, załadowano wszystkich do „wołowych“ wagonów i wożono prawie miesiąc, aż kazano nam wysiąść w Lublanie (sto­lica Słoweńców).
Pomimo mitręgi i zmęczenia, jakiegośmy doznali w czasie podróży bez celu humoru nie zbrakło, chcieliśmy zaakcentować, że prześladowań nie boimy się.
Tu wyznaczono nam mieszkania w starych barakach w cegielni, znajdu­jącej się o 4 km. od miasta — obok wsi Koseze.
W krótkim czasie zjawił się sam (sołtys), który nam oznajmił, że jeśli będziemy się dobrze sprawowali, to po tygodniu żołnierze nas pilnować nie będą, a za to on weźmie odpowiedzialność na siebie, Przy- tem zaznaczył, ze będziemy otrzymywali po 8 halerzy na utrzymanie i ubra­nie—suma, wystarczająca, na sól do śledzia. Przykładnem zachowaniem się wyjednaliśmy sobie wyjście do miasta, gdzie nawiązaliśmy stosunki i zaczę­liśmy wygłaszać odczyty, zorganizowaliśmy chór i orkiestrę, produkującą się na wypożyczonych skrzypcach i mandolinach. To dało nam możność zarobkowania. Wkrótce ludność tak się zainteresowała, że urządzała formalne wycieczki do naszych siedzib.
Nadeszły chłodne noce zaziębiłem się, rozchorowałem się na nerki, przez 3 tygodnie przebyłem w szpitalu, a po powrocie dowiedziałem się, że mogę wstąpić do Legjonów. Dnia 22 grudnia 1914 r. byłem już w II p. p., znajdującym się na pozycji w Karpatach, jako ranny pod Kirlibabą udaję się do szpitala w Kołomyi.
Po powrocie do zdrowia wstąpiłem do nowoformującego się 4 p. p. Z Rozpszy maszerujemy na front, Cała kampanja — aż do jesieni 1916 r., kiedy zaczęły się targi ze „sprzymierzeńcami” i uporczywe nalegania „o od­poczynek dla wyczerpanych oddziałów” — w następstwie czego Komendant podał się do dymisji, a nas wywieziono do Baranowicz.
Tu otoczyli nas Niemcy, Zaczynają się szykany i okropna walka moral­na. Rozdroże — bez Wodza — poczucie własnej niemocy — zwątpienia w jakąkolwiek skuteczność dotychczasowych wysiłków — wreszcie choroby ciała (tyfus, czerwonka) i starganej ciężką niedolą duszy, — oto udział baranowickich nieszczęśników — dawnych lwów z pod Rokitny, Rarańczy, Polskiej Góry, Jastkowa i t. d, W tym nastroju ducha niejeden własnoręcznie targnął się na swe młode życie. Cześć tym wielkim Samobójcom !
Po Baranowiczach —- Zegrze, gdzie kilkudziesięciu Niemców znalazło wieczny spoczynek w Narwi. Po paru tygodniach — Łomża, gdzie 4 p.p. istnieć przestał; z powodu niezłożenia przysięgi na rzecz Niemiec i Austrji — legjony zostały rozwiązane, a legioniści — internowani. „Królewiaków” wysłano do Szczypiorny, zaś „galicjan” — do Przemyśla, a stąd na front wioski lub do Marmaros-Sziget. Byłem i w Szczypiornie (jako wywiadowca) i w Przemyślu.
Ponowna walka moralna: w Przemyślu — albo uroczyste wyrzeczenie się „matki-Austrji”, a w konsekwencji pobyt, w I linji na froncie włoskim, albo złożenie przysięgi na wierność c. i k. państwu, a później (według ówczesnego naszego mniemania) zaszczyty, szarże, szlify i różowa przyszłość w II brygadzie; w Szczypiornłe — chwila, kiedy kazano przyszywać numerki więźniów, bandytów kryminalnych —- odmowa — ciężka trzydniowa głodówka. W momentach owych niejeden z wiarusów zalewał się ciężkim, spazmatycznym płaczem.
Po okropnem wycieńczeniu fizycznem i moralnem w Szczypiornie — na­stąpił przyjazd do Łomży. Tu Komitet Opieki żywo zainteresował się legionistami, Ś. p. Zajączkowski całą Swą duszę oddawał dla swoich „kocha­nych legunów”, albo ks. Sikorski — ta naprawdę dusza naszej duszy!

Tu w pewnej chwili opanowała zatraceńców gorąca chęć ucieczki.

Pewnego razu, kiedy ludność łomżyńska odwiedziła gromadnie „zadrutowanych legunów“ —13 z nich, korzystając z odwrócenia uwagi pruskich posterunków, wykazało—pomimo wycieńczenia—swe akrobatyczne zdolności, skacząc zręcznie po drutach na pobliskie kasztany i dając śmiałego susa na środek szosy. Udało się.
Gdy się znalazłem na gruncie łomżyńskim, ukrywałem się wraz z kol. Sapińskim u p. Judyckich. Po tygodniu, gdy otrzymałem jakie takie ubranie cywilne, zaangażowałem się do P. O. W. i z Kom. X Okr. otrzyma­łem rozkaz wymarszu do Jednaczewa. W Jednaczewie u p. Kruszewskich spotkałem się z nieodżałowanej pamięci Bronowskim Franciszkiem, kierowni­kiem szkoły, który nie pozwolił mi zainstalować się na strychu, jak zamie­rzałem, ale wziął mnie do siebie na mieszkanie, nie chcąc, jak mówił, pozbyć się zaszczytu przechowywania zbiegłych legjonistów. Uradziliśmy, że będę Jego bratem, który oficjalnie będzie pomagał Mu w nauczaniu — w rzeczy­wistości zaś poprowadzę robotę peowiacką. Gdy po tygodniu znalazł się także przy nas i kol. Sapiński — praca zawrzała: zorganizowano P. O. W., koło młodzieży (Ognisko), chór, sekcję aktorską, kursy wieczorne i zaczęto wydawać pisemko („Nasze Kłosy”). Przy jednej na 3-ch pensji nauczycielskiej głód i niedostatek częstym bywał gościem, jednak po 3-ch miesiącach rozległa okolica wiedziała o naszem Ognisku — a gospodarze jednaczewscy nieprędko chyba ten okres zapomną! Recydywa — choroba nerek. Rodzina Grzegorzów Piotrowskich, nie bacząc na konsekwencje, zabiera mię do siebie. Po 13 jednak dniach uporem zmusiłem ich do tego, że w nocy o  godzinie  1l przewieźli mię do szpitala św. Ducha w Łomży, gdzie ówczesny naczelny lekarz. Dr. Czarnecki, gorliwie mną się zaopiekował; rachu­nek szpitalny uregulowała Liga Kobiet,
Po powrocie do zdrowia — wróciłem na pierwotne miejsce, gdzie już wiedziano, żem uciekinier legjonista. Po otrzymaniu posady nauczycielskiej od p, inspektora Jana Gynarskiego — wyposażony przez rodzinę Piotrowskich i ś.p. Bronowskiego (zginął, jako ochotnik podczas inwazji bolszewickiej)—zna­lazłem się w Lipnikach. Praca—jak w Jednaczewie. Po 7 miesiącach, wra­cając z Warszawy ze zjazdu peowiaków wraz z Rudowiczem Stanisławem i Perzanem Józefem zostałem aresztowany przez nadleśnego w Lipnikach (szwab). Przyczyną —wygadanie się współtowarzyszów o zapadłych na zjeździe w Warszawie uchwałach. Podstępem udało mi się umknąć z więzienia: uciekłem do Łomży; współtowarzysze moi, zabrani przez żandarmów do Kolna, prze­byli w areszcie aż do rozbrojenia Niemców,
Nowy rozkaz- Szczuczyn, gdzie objąłem Komendę VII Obwodu P. O. W. Najważniejszy moment —- to rozbrojenie Niemców, które poszło nam składnie w Szczuczynie, Grajewie i Radziłowie. Ze Szczuczyna z całą kompanją peo­wiaków, łupem i taborami oraz 63 zdobytemi końmi przymaszerowałem do Łom­ży. Kompanja, której byłem dowódcą, weszła w skład obecnego 33 p.p.

Fulmyk

(LitworekPietraszekKamiński)

NA LWÓW!

Po olbrzymim wiecu akademickim, który się odbył w Warszawie dnia 7 listopada 1918 r., a uchwalił zamknięcie wyższych uczelni i zaciąg do wojska polskiego, narazie nie wiedzieliśmy, co robić. Do Wehrmachtu niebardzo kto chciał, postanowiliśmy więc jechać do Krakowa, zajętego już przez Roję. Najbezczelniej w świecie poszliśmy do biura paszporto­wego o wizy. Załatwiono nas zdumiewająco szybko i grzecznie — wi­docznie Niemcy woleli nas się pozbyć z Warszawy. Dnia 10 XI rano je­chaliśmy już na Kraków, rozbrajając po drodze gdzie się dało i kogo się dało.
Kraków witał nas zamaszyście. Otwarte okna, oklaski, kwiaty i wi­waty. „Niech żyje Warszawa” — „Niech żyje Kraków”. Nazajutrz szu­kamy wojska i okazuje się, że nie tak to łatwo. Podobno gdzieś się formuje 4 pułk i 5 pułk, ale niewiadomo jeszcze co — i gdzie, a tu przy­chodzi wiadomość, że Warszawa zajęta, Piłsudski powrócił, żadnej wojny nie będzie. Smutek nas ogarnął. Po to jechać do Krakowa, żeby robić wartę przy magazynie. albo pędzić do Warszawy, kiedy tam już po wszystkiem ? Co robić? A było nas „łomżyniaków” trzech.
I wtedy padło bojowe hasło: Lwów! Jedyne miejsce, gdzie jest woj­na — i to jaka jeszcze wojna! Więc, kto żyw -—na Lwów! Zaciągnęliśmy się do jakiejś tam „odsieczy”. Ćwiczyli nas przez kilka dni, w nocy żarły nas austryjackie jeszcze pluskwy, aż nam to zbrzydło.
Zrobiliśmy wieczorem wiec, a potem zameldowaliśmy przez delegację dowódcom: „Jutro jedziemy na Lwów, kto chce z nami — prosimy“.
Nazajutrz wyjechaliśmy. Dotarliśmy do Przemyśla, który stał w ogniu. Po oczyszczeniu miasta i okolic od band ukraińskich, wcieleni i przećwi­czeni w 5 p. p. Leg., dopiero 15 grudnia dotarliśmy do Lwowa, opasując go odrazu mocnym pierścieniem placówek. Lwów był wolny, choć oblę­żony. Ustały walki uliczne, tylko artylerja ukraińska bez litości bombardo­wała miasto. Tak oto poznałem duszę Lwowa.
Widziałem oddziały chłopców i dziewcząt, które przeszły dziś do historji pod zaszczytną nazwą „Orląt”. Widziałem nieugięty hart mieszczuchów którzy bez światła i wody z beztroskim uśmiechem spacerowali pod deszczem granatów, ze zdziwieniem widziałem pełną salę w teatrze na „Strasznym Dworze”.
I widziałem też małą dziewczynkę, którąśmy przyłapali wracającą z ukraińskiej strony : wiozła na sankach małą choinkę na święta, wyciętą w lesie, obsadzonym przez wrogów. „Ta jakże bez choinki, obywatele?” powtarzała wkółko, gdyśmy jej surowo tłumaczyli, że to niewolno, że to jest „całkiem głupi wic”.
Pamiętam, jak zgłodniałemu żołnierzowi—-równie zgłodniały cywil bez szemrania ustępował prawo do końskiego gnata i do kubka kawy i ze wzruszeniem pamiętam ten wigilijny dzień, kiedy na nas, wracających z pla­cówek, napadła formalnie chmara lwowiaków, zapraszając do siebie na   święta. Każdy chciał mieć „leguna” na kolacji, a warszawiaków szczegól­nie poszukiwano. Jakże nas ciągnęli za połę, jakże kusili herbatą, cukrem i tytoniem !

I ja wybrałem sobie jakiegoś pana, który mię skusił tem że „jest w aprowizacji”.

Niestety — pod wieczór pchnięto nas znowu na placówki w przewi­dywaniu   świątecznych ataków:
Oddałem z rozpaczą swe zaproszenie jakiemuś „taborycie”, który grał za mnie rolę warszawskiego studenta, śpiewał za mnie przy choince kolendy i zeżarł za mnie cały tort. (Dał mi, prawda, nazajutrz kawałek).
Pobrnęliśmy ponuro w noc, objuczeni amunicją i granatami. Sta­nęliśmy w jakimś lasku w rezerwie.
Leżeliśmy tak bezczynnie, aż jakiś łazik, który skradł był we Lwowie paczkę choinkowych świec, poprzyczepiał je misternie do okrytego śniegiem świerczka i pozapalał. Ktoś zawiesił na gałązce list z domu, orzełek od czapki, inny powiesił granat, a potem — co kto miał.
Siedzieliśmy tak skuleni od zimna w śniegu, patrząc bezmyślnie w migające na wietrze płomyki.
Mały, zasypany śniegiem i zatracony w mroku zimowej nocy, zagu­biony na krańcach Rzeczypospolitej, ale zbrojny i czuwający oddział pol­skiego wojska.
Ze wszystkich ziem polskich zebrani i w jedno tą lichą żołnierską choinką związani obrońcy Lwowa.
Było nas łomżyniaków trzech. Dwaj powróciliśmy cało — a trzeci, Jasiek Grzymkowski — poległ.

I Łomża złożyła dalekim kresom daninę  krwi.

St. Dębowski          

                                                                                                 

WEZWANIE.

Gdy dziejów święta bije godzina
I sen o Polsce w kształt się obleka,
Jak jedna wielka bądźmy rodzina,
Od zgubnych waśni, swarów daleka!
Niech wyolbrzymi się Duch i wzrasta
W sile, jedności, braterstwa wierze,
By na ołtarzu „w świątyni Piasta“
  Wszystką namiętność złożyć w ofierze!

Warszawa, 11 listopada 1918 r.

Młodziutkie harcerstwo i P.O.W. w latach 1916-18.

W sierpniu roku 1916 Polska Organizacja Skautowa wysłała nas trzech z Łomży na kurs instruktorski pod Warszawą
Okazało się że był to kurs peowiacki, i tak oto niechcący stałem się peowiakiem. Po powrocie z kursu z wielkim zapałem przeprowa­dziliśmy reorganizację drużyny: terenoznawstwo, musztra, umocnienia polowe, walka uliczna — oto zagadnienia, które nas wtedy zaprzątały.
Pobyt w Łomży 1 pułku a później 4 p. Legjonów i zawarcie znajo­mości z wielu legjonistami-skautami wiązały nas coraz mocniej z ideą legjonów i P. O. W. Byliśmy jak pijani radością i entuzjazmem, ale niebawem przyszły czasy ciężkie. Po słynnej przysiędze, kiedyśmy na własne oczy zobaczyli nieugiętą postawę czwartaków i usłyszeli jak wściekłe z gniewu kompanje zamiast przysięgi wolały chórem: „My chcemy Beselera …” (epitet), P. O. W. schowała się pod ziemię, szykując się zdecydowanie do walki.
Harcerze, którzy otrzymali w darze od wyjeżdżających czwartaków 2 karabiny, rwali się wszyscy do P. O. W. Wybraliśmy kilku starszych, którzy dostąpili zaszczytu zaprzysiężenia — reszta stanowiła jakby oddział pomocniczy, który — nie należąc do organizacji formalnie — wykonywał jednak to, czego P. O. W. zażądała.
Oddano nam wtedy służbę łączności i patrolowanie. Przez cały rok trwała mozolna praca rejestracji oddziałów i urzędów niemieckich, ryso­wanie planów koszar, biur i magazynów. Specjalny oddział badał i ozna­czał na planie wszystkie podwórka przechodnie w Łomży, wszystkie drogi, które mogły służyć do ucieczki.
A na własną już rękę chłopcy kradli z domu noże i żelaza, zbierali suchary i kaszę „na wojnę”. Harcerze opracowali też plan odcięcia Łomży na wypadek wojny: spalenie mostów, zawalenie dróg drzewami, przecięcie drutów telegraficznych — wszystko to mogło być w każdej chwili wykonane.
Małe chłopaki chodziły koło Niemców, jak psy koło zwierzyny, cze­kając chciwie tej chwili, kiedy już można będzie uderzyć.
Wybierali nawet sobie ofiary najbardziej znienawidzone i tym przy­rzekali pierwszeństwo. Najwięcej amatorów miał leśnik w Jednaczewie, który nam podczas wycieczki zrabował cały majątek: namioty, siekierki i łopatki.
Świadomość, że biorą udział w wielkiej i i niebezpiecznej pracy, wy­rabiała w chłopcach niezwykłą karność, czujność i odwagę.
Pomysłowość ich czasem była zdumiewająca. Na częste w tym czasie zaczepki szpiegów i prowokatorów potrafili dawać odpowiedzi tak wykrętne i sprytne, że z reguły wyprowadzali ich w pole.
Oni też wynaleźli sposób pisania depesz i rozkazów na papierowym sznurku, który rozkręcony przedstawiał się, jako szeroka taśma papieru, a po skręceniu wyglądał zupełnie niewinnie.
W wolnych chwilach wprawiali się w łykanie papieru, bo była to rzecz niełatwa, a dla kurjerów niezbędna. Biegali też z depeszami i roz­kazami do Mazowiecka, Ostrowi i Grajewa, robiąc po kilkadziesiąt kilo­metrów dziennie, — a po nocach nalepiali bojowe odezwy na murach miasta.

W grudniu 1917 r. przywieziono do Łomży internowanych legjonistów.

Pobiegliśmy wszyscy na stację, aby ich powitać. Obawiając się, że Niemcy mogą na nas uderzyć bagnetem, opancerzyliśmy się oprawnemi podręcznikami szkolnemi, co się niejednemu przydało.
Dzień był mroźny. Cała szosa od stacji do koszar obstawiona kor­donem Niemców, co parę kroków karabiny maszynowe, kupki granatów ręcznych, a oprócz tego patrole szturmowe, snujące się bez spoczynku wśród tłumu. Po kilku godzinach czekania oficer niemiecki każe się rozejść, bo legjoniści nie przyjadą. Nikt temu nie wierzy. Czekamy, choć przemarzliśmy do szpiku kości. Spędzono nas kolbą i bagnetem, a legjoniści przyjechali w nocy. Pociąg zatrzymano koło koszar — odrutowanych i uzbrojonych; — ale mimo to wielu „legunów” odrazu uciekło.
Od tej chwili najważniejszą rzeczą było niesienie im pomocy. Bie­galiśmy więc po wsiach, zbierając chleb, kaszę i słoninę — i na pochwa­łę naszych wsi, dodać trzeba, z dobrym skutkiem
W tym też celu szykowaliśmy przedstawienie teatralne, ale, niestety, generalna próba wypadła akurat w półpoście. Było to już po pokoju brzeskim, więc zebranym „artystom” przyszło do głowy urządzić Niemcom półpoście, jak to zresztą było i gdzieindziej. Komenda X Okr. P. O. W. zgodziła się na to i odbyło się słynne bicie szyb, za które miasto zapła­ciło kontrybucję.
Aby utrudnić pościg postanowiliśmy uderzyć wszędzie w jednej chwili o godzinie 9-tej wieczorem, natychmiast po ostatnich tonach capstrzyka, granego przez trębaczy w kilku punktach miasta.
Wszystko odbyło się gładko, bez żadnej „wsypy”, a nazajutrz chod­niki Łomży pokryte były szkłem.
Na miasto nałożono kontrybucję i zamknięto ruch uliczny po go­dzinie 7-ej wieczorem. Przedstawień i zebrań — zabroniono.
Ale w międzyczasie, kiedy starsi płacili kontrybucję, skauci próbowali swego planu łączności. Codziennie wieczorem odbywały się ćwiczenia bo­jowe—, przemarsz przez miasto, pełne szturmowych patroli. Ogrody, podwó­rza i bramy przechodnie zostały teraz zbadane i wypróbowane dokładnie.

Pamiętam takie zbiórki w ogrodzie ludowym. Skradam się na miejsce zbiórki pod altanę, a dokoła siebie słyszę cichutki szmer ze wszystkich stron: suną w mrok moi chłopcy. Nikogo nie brak.

A dzisiaj brak prawie wszystkich. Wszyscy pouciekali do wojska. Starsi w 1918 reszta w 1920 r. I wszyscy prawie polegli. Cała pierwsza Kościuszkowska drużyna.

St. Dębowski.

 ZE WSPOMNIEŃ ŁĄCZNIKA.

Od grudnia r. 1917 zostałem wyznaczony przez Komendę Okręgu P. O. W. na komendanta służby łączności. Powodem było to, że praco­wałem w „Królewsko-Polskim” Sądzie Okręgowym. Utrzymanie łączności z oddziałami i z Suwalszczyzną, odciętą kordonem granicznyrn, było wtedy zadaniem trudnem. Cenzura pocztowa, brak wszelkiej stałej komunikacji, posterunki żandarmerji, przepustki, rewizje na mostach i rogatkach oto przeszkody, które należało zwalczyć. A jednak jakoś dawało się radę. Po południu przychodziłem do biura – niby się uczyć (miałem zdawać maturę); biłem wtedy na maszynie rozkazy i komunikaty. Pakowało się je w koperty sądowe, i — jako korespondencja urzędowa — odbywały one swoją drogę bezpiecznie, bez żadnej cenzury. Jeśli trzeba było ściągnąć na jakąś odprawę komendantów z okolicy, a szczególnie z Su­walszczyzny, posyłało się im przez gminę wezwanie urzędowe „w sprawie karnej” —z obowiązkowem stawiennictwem. Gdyby nawet któryś z tchórzliwszych nie chciał się stawić w Łomży, to już go żandarm pruski przypilnował i wyprawił.
Wyjeżdżając na objazdy sądów pokoju z ówczesnym Prezesem Sądu, Filochowskim, zawsze wiozłem bezpiecznie paszporty, broń i rozkazy.
Ale bywało i gorzej.
W sierpniu 1918 r., kiedy to rewolucja wisiała na włosku, musiałem dotrzeć do Suwalszczyzny, a po drodze zrobić ruch w Stawiskach, Szczu­czynie, Grajewie i Rajgrodzie. Wszystko szło gładko, bo robiłem po dro­dze rewizję rachunkowości w sądach pokoju, sypiałem u sekretarzy i rejentów, ale byłem tak nieostrożny, że robiłem ruch odrazu, zostawia­jąc za sobą ślady. Rozrzuciwszy odezwy w Stawiskach i Szczuczynie, przez to samo odkryłem dalszą swą drogę, ze Szczuczyna bowiem jedyny szlak prowadzi na Grajewo i Rajgród. Po przybyciu do Grajewa, dowie­działem się, że jestem osaczony. Mimo to wymaszerowałem do Rajgrodu.
Dochodząc do wsi Bełda, zdaleka już ujrzałem posterunek żandarmski na szosie. Zmartwiony siadłem w rowie, namyślając się, co robić dalej. Prześliznąć się niepostrzeżenie było niepodobieństwem. Pola wokoło równe i puste, a postać moja nie pozostawiała cienia wątpliwości. Skautowy mundur, za owijaczami paszporty, w kieszeni zardzewiały „na­gan”, a w plecaku z 5 kilo bibuły. Wszystko na wierzchu.
Raptem słyszę: z tyłu ktoś jedzie. Patrzę — urzędnik wojskowy niemiecki z cywilnym woźnicą. Bez namysłu wskakuję na stopień.

Czy mogę z panem jechać?
Verstehe nicht! —
Kann ich mit Ihnem fahren?
Bitte!

Odsunął się, plecak wziął pod nogi i okrył kocem, żeby nie zamókł, bo padał deszcz.

Pyta mnie — kto, skąd i poco ?
Mało co rozumiem, gorzej jeszcze mówię — ale oznajmiam bezczel­nie, że oto, jako urzędnik sądowy, jadę do Rajgrodu na rewizję.
—- Taki młody i sam?
—- Jedzie i Prezes, powiadam — ale koleją przez Białystok, a mnie władze nie dały przepustki.
— A dlaczego tak na piechotę?
— Bo się śpieszę z aktami, które mam w plecaku, a tu sobota i niema furmanek Prezes przecież nie może tam czekać.
— Also wir sind Kollegen — powiada, bo on też jedzie na inspekcję tartaku w Białej. Ponieważ słabo mówię po niemiecku, łatam swoją niemczyznę łaciną. Śmieje się i podziwia, żem taki „wykształcony”, bo sam łacinę doskonale zna.
Mijamy posterunek w Bełdzie. Żandarmi zadziwieni salutują, ale nie śmią zaczepić. Przejechaliśmy, a mnie chce się krzyczeć z radości i szczęścia. O kilka kilometrów przed Rajgrodem mój Niemiec ma skrę­cać w bok. Zatrzymujemy się. Ściskamy sobie ręce, wymieniamy ostatnie komplementy, i znów maszeruję, sam nie wiedząc, jak się przedostać do Rajgrodu. Ale oto dopędzam idącą do Rajgrodu dziewczynkę 10—12 letnią. Maleństwo idzie do szkoły, w koszyku ma parę książek i zeszytów. Nie­bawem jesteśmy w przyjaźni. Proszę ją, by mi pomogła nieść moje „książeczki”. Czemu nie. Układamy cały materjał w koszyk. Dziewczyn­ka niesie.
Tłumaczę jej, że mam porozmawiać w Rajgrodzie z jednym Niemcem. Niech na mnie nie czeka, tylko niech idzie sobie na rynek, a ja ją już dopędzę. Istotnie w Rajgrodzie zatrzymują mnie Niemcy. Każą otworzyć ple­cak. Robię to bez obawy, bo leży tam tylko paszport, zaświadczenie z sądu i bielizna. Na rynku dziewczynka oddaje mi „książeczki”, a ja ma­szeruję do sądu.
Struchlał biedny sekretarz, poznosił mi książki i kwitarjusze. Urzę­duję i odpoczywam. Ofiaruje mi nocleg i gościnę. Dobrze. Ale chcę zwiedzić jezioro.

„Oprowadzę pana, bo ja tu wszystko znam”.

Ledwom się od tych usług wykręcił. Odnalazłem wskazanych ludzi, otrzymałem łącznika i ruszam na noc zagranicę : w Suwalszczyznę. Dali mi chłopca malutkiego na przewodnika. Przyszedł do mnie do sądu i powiada: „Będę czekał na rynku. Idźcie za mną zdaleka — aż wyjdzie­my w pole”. Poszliśmy. W pole idziemy razem. Dokoła ludzie kopią kartofle. Pytają peowiak? zagranicę? Widzę, że niema co się wy­pierać. Życzą szczęśliwej drogi i pytają o wojnę. Idziemy już razem. Zapada mrok. Mój malec paple bezustanku. Że trzej jego bracia są w P. O. W., a on — że to za młody — to tylko przeprowadza „obywa­teli” zagranicę. Raz tylko udało mu się pomagać w bitwie z żandarmami.

„Schowali my ich w jeziorze z końmi i ze wszystkiem” – powiada. Nagle ktoś nas wola. Malec idzie na zwiady. Po chwili wraca, mówiąc, że ostrzegają nas. Mieliśmy iść na opuszczoną przez Niemców strażnicę — a oto przed godziną została obsadzona. Namyślamy się zmartwieni. Chłopiec wreszcie konkluduje: „Idziemy, Oni napewno kawę gotują. Ja ich znam”.
Istotnie przemknęliśmy się bezpiecznie pod samą strażnicą, słysząc wewnątrz głosy wartowników. W Suwalszczyźnie obyczaje już inne. Z mojem przyjściem — odrazu popłoch. Miałem to nawet chwilowo za złe, choć wyglądało to nastrojowo. Okiennice zamknięte, a my obaj z gospodarzem załatwiamy nasze sprawy, przy misie klusek, obok której leżą 2 nabite rewolwery.

„Bo to u nas, obywatelu, tak: zobaczysz Niemca — nie czekaj, wal w łeb — bo albo ty jego, albo on ciebie!”
Zachwycony byłem tak jedyną okazją: wrócić do Łomży z jakimś Niemcem na sumieniu!
Niestety! Tułaliśmy się obaj przez całą noc po jakichś polach i podwórkach, budziliśmy zaspanych Obywateli gładko i sprawnie, i sam nie wiem — kiedy mój przewodnik powiedział: „Granica, obywatelu, cześć”. Do Rajgroda wracałem sam. Drogi nie znałem, noc była czarna tak, że co chwila rękami musiałem szukać śladów kół. Szedłem tak długo, aż raptem potoczyło się pod nogi z szumem coś białego: raz, drugi, trzeci.
Stanąłem przerażony: a to poprostu było jezioro. To samo jezioro, w którem chowało się żandarmów „z koniem i ze wszystkiem”,

Stanisław Dębowski (Młot),

Polska Niepodległa.
(Hymn w dziesięcioletnią Rocznicę na nutę „jeszcze Polska nie zginęła”).

Choćby gromy w dom nasz biły
I szarpały klęski,
Nie zwątpimy w własne siły,
i w hart ducha męski!
Idź, Polski Narodzie,
Razem, w pracy, w zgodzie,
Śladem przodków męstwa,
Drogą do zwycięstwa!
Niczem wściekłe groźby wraże
Dla nas Zmartwychwstańców
Krzepki duch—nad Wisłą straże
Bronią Polskich szańców!
Idź, Polski Narodzie,
Razem, w pracy, w zgodzie –
Z wrogiem na bój krwawy! :
Zawsze drogą stawy !
A od Bałtyku po Karpaty
Pieśń potężna płynie:
Polska już nie zginie”
Idź, Polski Narodzie,

Z narodami w zgodzie,
Wnosząc plon swych trudów
Do skarbnicy ludów!

 M. Pierwocha – Połomski

                                                  SŁONECZNYCH SŁÓW KILKA,

CIENIOM LEONA KALIWODY POŚWIĘCONYCH,

Stąpasz twardym, szarym gościńcem
Cały w słońcu skąpany.
Tam wśród polnego kwiecia, na zapadłych
grotach rycerskich wyrosłego, leży
Zloty Róg Wolności.
Któż godny zagra na nim pierwszą
pobudkę na Wolnej Ziemi naszej?
Wstańcie Wolni Obywatele,
Już czas!,
Oto Złoty Róg Wam godzinę cudów wieści !
Jesteśmy sami!
Nie nosił Cię po drogach rumak ognisty,
co złote miał podkowy.
Niosły Cię wszędy własne w stal hartowną
Kute nogi,
Niosły przez bezdroża smutne, nasze
Mazurskie,
Niosły — błogosławionemi ciemnościami nocy .
kryjąc cel pielgrzymki;
Niosły przeciw zawiei, co śnieg z wiatrem,
pożeniwszy, w oczy pluje natrętnem:
Biada Ci — zmarzniesz!
Niosły Cię krwawym żałobnym szlakiem ,
Tych, co w tej walce polegli, a proch ich
z ziemią zmieszany, wichura nieraz w oczy
groźbą Ci rzucała:
Zginiesz jako i oni!
Lecz   Ty nieustannie szedłeś, uśmiech
Pogody mając w źrenicach, co barw im niebo
użyczyło, a słońce ciepła.
Szedłeś,
Równym, mocnym krokiem stąpając  w dziedzinę
przekazanego od dziadów obowiązku
walki o wolne prawa
Obywatela Polaka.
Szedłeś, wciąż szedłeś — bez wytchnienia
I innym za sobą iść kazałaś
Swoim czynem.
__   __   __   __   __   __   __   __   __   _
Gdy przeszedłeś przez mroczną wieś
zapalało się po tobie sto słońc
  Myśli
Pobudzałeś te senne, leniwe mózgi
do działania:
Jedni szli za Tobą, drudzy przeciw,
Lecz wszyscy żywiej czuć zaczęli
Boś wielki był,
Żołnierzu maleńki!
Ukochałeś trud ciężki i pracę ponad
Swe siły.
Kilofem idei biłeś w twarde, ciemne i nieufne
masy, krzesząc iskrę
zapału.
Jeden przekonany człowiek z tych
Maluczkich
wchodził promienną gwiazdą na jasne
niebo twych myśli.
Był świętem uroczystem w Twej pracy
mozolnej,
Bo przyszedł dobrowolnie, robiąc wielki
krok ku własnemu wyzwoleniu,
Ku słońcu,
Bo wróżył szereg innych, co po nim przyjść
mają,
Bo niósł owoc Twej pracy.
Był świadomym znakiem wysiłków
Twoich.
Wydźwignąłeś go —
Niewolnika.
A gdy przyszedł do Ciebie mówił:
— Obywatelu!
Bo sam się nim czuł.

 __   __   __   __   __   __   __   __   __   __

Szarym, twardym gościńcem kroczysz,
Kaleczy Ci nogi.
Z uśmiechem spoglądasz na rany ;
Na leki nie masz czasu,
Goją Ci się też same cudownie
Jak święte.
Bólu nie, czujesz,. gdy spełnić trzeba
obowiązek,
Bo ukochałeś mozolny codzienny trud
na własnej ziemi.
__   __   __   __   __   __   __   __   __   __

Miałeś się za szeregowca,
Sława Ci była obcą.
Drzemał w tobie wódz, –
A sława smutnym się stała udziałem.
Życie było owocne i pełne,
Śmierć nie była końcem, ale
Nowem wielkiem życiem.
Wytrwać — było Twojem hasłem —
Trwać — stało się Twojem prawem.
W luźnych kartkach Twoich, gdzie
tyle płodnych myśli pozostało
pytasz:
„A czy Tam trwać nie można?”’
Stało się!
Trwasz!

__   __   __   __   __   __   __   __   __   __

Najpiękniejsze kwiaty wspomień wyrastają
na Twojej mogile.
Najgorętrzy płomień zapału bije z niej !
Najczystsze łzy żalu za
Straconym
Spadły na ten złoty piasek, co Cię otulił.
Natchnieniem dla gorącego, pięknego słowa,
co je nad grobem Twoim głoszono —
Stała się śmierć Twoja.
Więc jesteś !
I będziesz !

__   __   __   __   __   __   __  __   __    __

Tyś śmierci nie szukał
Nawet tak pięknej!
Tyś wciąż chciał iść,
Iść naprzód !
Najpierw sam, by drogę poznać,
Potem innych prowadzić.
Aż u drzwi, przez siebie otwartych —
padłeś.
Krwią gorącą, a serdeczną,
A ofiarną,
Próg Wolnej i Niepodległej Polski,
Znacząc dostojną pieczęcią.

__   __   __   __   __   __   __   __   __   __   __   __   __

Ta krew, co w ziemię wsiąkła,
Użyźni ją pod czynów siew.
Ta, co na naszych rękach została,
Uświęci je
Do przyszłych wielkich, mocnych dzieł.
Błogosław przeto i prowadź,
Żołnierzu maleńki !
I Wodzu!

                                               Przedruk („Czuwaj”, Nr. 4 z r. 1919).

KRÓTKI RYS HISTORJI 33 p. p.

Historja powstania 33 Łomżyńskiego pułku piech, łączy się ściśle z ruchem zbrojnym, zapoczątkowanym na terenie ziemi Łomżyńskiej przez Polską Organizację Wojskową (P. O. W.) za czasów okupacji niemieckiej.
Sieć komórek P. O. W., jaka z inicjatywy i poświęcenia się Izydora Starzy-Galińskiego (jako porucznik rozstrzelany przez bolszewików w Wilnie w 1919 r,), Stefana Kirtiklisa (obecny major Żand. W. P.), Kazimierza Mo­niuszko (obecnie ppłk, W. P.), Kaliwody Leona (zabity w Łomży w czasie rozbrajania niemców), Kraszewskiego Jana (obecny kapitan 1. P. A. N.), Bia­łego Mieczysława (obecny kapitan w M. S. Wojsk.), Witolda Gołębiewskiego (obecnie ofic. rez.), Rowińskiego Janusza (obecny kapitan 17 p. p.), oraz napływających z obozów internowanych Legionistów : Brodowskiego Stanisława (obecny major 33 p.p.), Frydrycha Marjana (ob. Major 30 p. p.), Zalasa Fausty­na (zabity jako porucznik na wojnie bolszewickiej), Majewicza Stefana (ob. ppor. rez.), Wyszyńskiego Kazimierza (zabity jako porucznik na wojnie bolszewickiej), Stecewicza Mieczysława (ob. kapitan 33 p. p.), Fulmyka Michała (por. rez. 33 p. p., ob. nauczyciela Sem. Państw, w Łomży) i wracają­cych z Rosji oficerów b. armji rosyjskiej; por. Kaczyńskiego Jana (ob. major 27 p.p.), kapitana Kryniewickiego Stefana (ob. kapitan W. P.), por. Szczęsne­go Czesława (ob. por. 33 p, p.) i wielu innych, .rozrosła się w potężną organizację, liczącą na terenie ziemi Łomżyńskiej w przeddzień rozbrojenia Niemców, t. j. 10-XI 18 r. przeszło 2.000 członków.

Z powyższymi działaczami P. O. W. owocnie współpracowała na gruncie Łomżyńskim Organizacja Żeńska P. O. W. z p. Cabertówną-Mrajską na czele, oraz Liga Kobiet Pogotowia Wojennego.
Po rozbrojeniu Niemców ogłoszono we wszystkich powiatach mobilizację P. O. W. i z napływających ochotników potworzono w Łomży i okolicznych miasteczkach luźne kompanje. W ten sposób powstaje pięć kompanij w Łomży: jedną zorganizował pchor. Stecewicz w Mazowiecku, dwie kompanje— por. Kaczyński w Kolnie, jedną por. Fulmyk Kamiński w Szczuczynie i jedną por. Rowiński w Ostrowiu-Maz.
Od dnia 13 listopada 1918 r. istniał w Łomży utworzony przez Radę Regencyjną Łomżyński Okręg Wojskowy z pułkownikiem Kaplińskim Bronisła­wem na czele. Pułkownik Kapliński przystąpił do organizacji „Łomżyńskiego Lokalnego Okręgowego pułku piechoty”, który się powiększał w miarę napływu oficerów ochotników. Nazwę: „Łomżyński Okręgowy pułk piechoty” otrzymał pułk dlatego, że na miejsce jego postoju wyznaczoną została Łomża, gdzie się pułk organizował i dokąd w pierwszej chwili napływali ochotnicy. Stan pułku do chwili wcielenia do pułku kompanij P. O. W. był bardzo nieliczny, bo wy­nosił 32 oficerów, 3 podoficerów 1 149 szeregowców.
Dnia 22 grudnia 1918 r. na rozkaz Dowództwa Okręgu Generalnego War­szawa kompanje P. O. W. zostają wcielone do Łomżyńskiego Okręgowego pułku piechoty i z dniem tym pułk rozpoczyna właściwą swą egzystencję, jako rzeczy­wista jednostka taktyczna i administracyjna. Numer i nazwa: „33 Łomżyński pułk piechoty” nadane zostają pułkowi ostatecznie dnia 27. XII. 1918 r. rozka­zem Naczelnego Dowództwa Szt. 1212/1., D-two pułku objął w tym czasie major Wyspiański, adjutantem pułku został por. Raganowicz.

Bezpośrednio po rozbrojeniu Niemców kompanje P. O. W, obsadzały gra­nicę polsko-niemiecką na odcinku Grajewo Myszyniec i t. zw. granicę Ober-Ostu na odcinku Łapy-Wizna z zadaniem ochronnem przed wtargnięciem oddzia­łów niemieckich, niedopuszczania do wywozu produktów z Polski i zwalczania grabiących ludność band niemieckich, Kompanje te prowadziły mniejsze lub większe utarczki, bądź z większemi oddziałami, wycofującemi się ze wschodu, bądź też z licznie grasującemi w rejonie Łap, Białegostoku, Osowca i Grajewa bandami zrewoltowanych żołnierzy niemieckich. Taki stan rzeczy pozostał i na­dal po wcieleniu kompanij P. O. W. do pułku. .W międzyczasie oddziały nasze już jako oddziały 33 p. p., zajmują Osowiec, Czarną wieś, Tykocin, Skidel, Grodno i t. d., tracąc w ciągłych utarczkach zabitych i rannych. W Grodnie kompanje 33 p. p. rozbroiły 1 p.p. i 2 szwadrony ułanów wojsk litewskich, które według znalezionych rozkazów miały za wszelką cenę utrzymać Grodno w swoich rękach.

W dniu 14 czerwca 1919 r. wszystkie pododdziały 33 pułku grupują się w Łomży. Rozpoczyna się okres gorączkowych przygotowań do wymarszu na front bolszewicki, uzupełniania broni, wyekwipowania i intensywnych ćwiczeń i oddziałów w służbie polowej i strzelaniu.

Dnia 2 sierpnia 1919 r. wyruszył pułk w stanie 3.200 ludzi na front Li­tewsko-Białoruski, by do samego końca wojny brać udział w ciągłych bitwach. Skład osobowy pułku przedstawiał się wówczas następująco:

D-ca pułku: major Wyspiański, adjutant por. Raganowicz.
I-szy Baon: D-ca kpt. Ryszko, adjutant pchor. Stecewicz.
1-sza komp, D-ca ppor. Rozwadowski (poległ na wojnie bolszewickiej). Oficer kompanij: podchor. Majewicz.
2-ga kompanja: D-ca por, Świątkowski.
3-cia kompanja: D-ca por, Kaczyński, ofic. komp. por. Rutkowski.
4-ta kompanja: D-ca por. Orso-Siegieda (poległ na wojnie).
Oficer kompanji ppor. Dardziński.
I-sza K.K.M. D-ca por. Kowalski of. komp. pchor. Orłowski(poległ na wojnie)
II-gi Baon: D-ca kpt. Minkowski, adjutant ppor. Witkowski.
5-ta komp.: D-ca ppor. Michałowski poległ na wojnie, oficer komp. ppor. Latoni (poległ na wojnie).
6-ta komp.: „ por, Kierśnicki, oficer komp. ppor. Rowiński,
7-ma „      „ ppor. Węgleński, oficer komp. ppor Podolski (poległ na wojnie).
8-ma „    ,,  por. Król, ofic. komp., ppor. Komanicki,
2 K. K. M. „ ppor. Bujański, ofic. komp. Lendo

III baon :
Dowódca kpt. Sawicki,
Adjutant ppor. Stawicki.
9-ta komp. D-ca ppor. Skowroński, Oficer, kom. ppor. Tobaczyński
10-ta          „       „       „  Zdrojewski,      „       „ ppor. Grabowski (poległ na wojnie)
11 -ta  „    „     „   Frydrych, Oficer, komp., ppor. Zalas Faustyn (p0legł na wojnie)
12-ta  „     „      „   por. Folwarczny, Ofic. komp. ppor. Lewandowski Karol
3 K. K. M. „   ,,  por. Bursa, sztabowa K. K. M. por. Grzymalski, komp., tech. por.Jaworski.

Miejscowość: Dzisna, Ułła, Kłeck, Zarokowce, Górki, Lepel, Pyszno, Kamień, Woroniecz, Homel, Krasnoje, Czerstwiaty, Berezyna, Biełoje, Uszacz, Bobynicze, Ziabki, Duniławicze, Mańkowce, Zaborjewo, Plissa, Jelnia, Deregiczy, i wiele innych — na froncie północnym;
Miory, Bracław, Widze, Wilno, Michaliszki, Indury, Białystok, Topczewo, Olkieniki, Warele, Kluczkowo, Ossów, Małkinia i wiele innych — w odwrocie; odcinek Leśniakowizna i wzgórze 116— w decydującej bitwie pod War­szawą:
Martynowo, Żurawno, Bursztyn, Swistelnik , Borzyków, Lubar — na fron­cie południowym, — to krwawe szlaki wojenne i miejsca większych bitew 33 p.p.
Dzieje każdego pułku z czasów ostatniej wojny w obronie granic i ich ustalenia mają wiele świetlanych momentów, bohaterskich czynów, wzniosłych chwil i ciężkich zmagań, które jako dorobek sławy historycznej pułku są zdo­byczą trwałą i przechodzić będą na coraz to młodsze generacje. Tych czy­nów bohaterskich liczy wiele i historja 33 p.p. Nie sposób je wszystkie wy­mienić i wyliczyć na tem miejscu. Trudno jednak przemilczeć i nie odświe­żyć w pamięci tych, co przeżywali, oraz nie zapoznać tych, którzy przyszli później, z dziejami pułku, jakie na wsze czasy chlubą pułku pozostaną:

Kiedy w maju 1920 r. nieprzyjaciel rozpoczął ofenzywę, zmierzającą do zniszczenia lewego skrzydła naszego frontu i zajęcia Wilna pułk 33 przez 8 dni walczył z kilkakrotnie liczniejszym nieprzyjacielem. W bojach tych wyczerpany i bardzo osłabiony liczebnie, z powodu poniesionych dużych strat, miał odejść do rezerwy na uzupełnienie. Dowódcą pułku został w tym czasie ś. p. pułkownik Jerzy Sawicki. Dowódca pułku i wszyscy oficerowie wnieśli prośbę o pozostawienie pułku w linji. Prośba została uwzględniona i pułk wal­czył dalej w pierwszej linji armi rezerwowej generała Sosnkowskiego. W bo­jach stoczonych przez armję rezerwową odznaczył się pułk chwalebnie, zdo­bywając cały szereg miejscowości i umocnionych pozycyj. W akcji tej stoczył pułk w dniu 4 czerwca pod Duniłowiczami pamiętną krwawą bitwę na bagnety.

W czasie rozpoczęcia przez nieprzyjaciela wielkiej ofenzywy, 33 p. p. ob­sadzał odcinek jez. Jelnia, folw. Drjeguczy nad Dzisną, mając w pierwszej linji dwa baony. Pułk od godz, 3 do godz. 16 dnia 4 lipca 1920 r. opierał się bo­hatersko, przechodząc raz poraz do kontrataku dwu i pół dywizjon piechoty korpusowi kawalerji Gaja, wspomaganym przez silny ogień artyleryjski. Bo­haterski ten opór znalazł należytą ocenę u obu stron walczących. Sam Mar­szałek Polski J. Piłsudski w dziele swoim „Rok 1920“, zajmując się tylko działaniem większych grup bojowych i nie wymieniając poszczególnie żadnego z pułków, pisze o jednym jedynym 33 p.p. — taką uwagę 33 p. p. poświęca:

(Str. 103). W istocie stał tutaj nie cały 33 p.p., który jeden bataljon miał w dalekim względnie odwodzie , . .,a posuwanie się P. Siergejewa (D-ca 4-ej Armji sowieckiej) poszło tak powoli i z takim oporem, że po całym szeregu kon­traktu z naszej strony dopiero koło godz. 4 po południu zmęczone bojem nasze baony rozpoczęły szybki odwrót … Ta bohaterska obrona dwóch bataljonów naszego 33 p.p. przeciwko dwu i pół dywizjom przeciwnika podtrzymywana była, zgodnie z naszemi danemi, zaledwie przez 10 dział, 8 dywizyj, do któ­rej pułk należał. Zniweczyła ona prawie, albo conajmiej zrobiła wątpliwą, za­mierzoną operację o sedańskim stylu, zatrzymując główne siły 4 Armji w ich zamiarze szybkiego wyjścia na tyły i skrzydło naszych wojsk, walczących da­lej na południu. Z przyjemnością zaznaczam ten fakt ze źródeł naszego prze­ciwnika, gdyż nieraz u nas przy doraźnych analizach ówczesnych bojów za­rzucano zarówno temu pułkowi, jak i całej 8 dywizji, że dopuściły do przejścia jazdy nieprzyjacielskiej, która nam w przeciągu całej opercji do Warszawy jak najwięcej zaszkodziła. P. Siergiejew wyraźnie konstatuje, że uporczywy opór silnie zatrzymywał rozwój ich powodzenia i dopiero około 16 godziny opór polski został złamany. Dodam, że ani jedno działo nasze me pozostało w rę­kach nieprzyjaciela.“
—(Stronica 107) „Tak silnym byt opór dwuch bataljonów 33 p. p., że nie­przyjaciel w swoich relacjach i obliczeniach zwiększał nasze siły, czyniąc z boju dwóch bataljonów bój większej części 8 dywizji“.
Jest to największa i najmiarodajniejsza ocena wartości bojowej pułku, To samo stwierdzają: główny dowódca frontu bolszewickiego, Tuchaczewski, i D-ca 4 Armji sowieckiej, Siergejew, w swoich dziełach o wojnie na froncie zachodnim i w książce p. t. „Pochód za Wisłę“ (Tuchaczewskiego).
Pamiętnym wreszcie i nieśmiertelnym czynem 33 p.p. była bitwa pod Warszawą 14 sierpnia 1920 r.. Kilkakroć liczniejszy nieprzyjaciel przerwał po­zycję na odcinku 36 p.p. i wszedł do Ossowa. Wtedy 33 p.p. wykonał prze­ciwnatarcie. Walczono o każdą chałupę, o każdy płot, o każdą piędź ziemi, przechodząc kilkakrotnie do walki na bagnety. Walka trwała bez przerwy do godz. 15, kiedy nieprzyjaciel, zupełnie wyczerpany, zużywszy swe odwody, cof­nął się, zaś 33 p.p. zajął utracone pozycje. Straty pułku były ogromne. W baonach pozostało po kilkudziesięciu szeregowców. W II-gim baonie pozo­stał wówczas nieranny jedyny oficer, kilku podoficerów i 36 szeregowców.

W dniu 14 sierpnia, jako w dniu rocznicy tego zwycięstwa, obchodzi pułk doroczne swoje święto pułkowe,

Do końca wojny i po wojnie dowodził pułkiem ppłkownik ś.p. Jerzy Sawa- Sawicki. Ta świetlana postać dzielnego dowódcy i uosobienie wszelkich cnót szlachetności ludzkiej pozostanie na zawsze w pamięci tych, co go znali i któ­rymi dowodził. To też na dowód, że pamięć o ś. p. podpułkowniku Sawickim nie zagasła–w roku 1927 korpus podoficerski 33 p.p. ufundował pomnik na Jego mogile.
Od początku roku 1923 do listopada 1926 włącznie dowodził pułkiem pułkownik Pakosz Michał, pozostawiając po sobie jak najlepsze wspomnienia wśród podwładnych.
Zastępcą dowódcy pułku w latach 1923 — 1927 był ppułk, Michał Że­browski. Pozostawił po sobie i miłe wspomnienia, i wiele realnych pamiątek swej pracy i inicjatywy, szczególnie w dziedzinie administracyjno – gospodarczej pułku.
Od listopada 1926 dowodził pułkiem ppłkownik Dłużniakiewicz Janusz. Istot­nie rzetelna praca, wysoka inteligencja, energja, rzutkość, niezwykła inicjatywa i zdolność, siła woli, charakter żołnierski, poczucie porządku i surowość dyscypliny, a przy tem sprawiedliwość — oto cechy obecnego dowódcy i walory, jakie wniósł do pułku, który przez to zyskał dużo na wartości i poziomie pod każdym wzglę­dem : wyszkoleniowym i indywidualnym.
Zastępcą dowódcy pułku jest od roku 1927 ppułk. Raganowicz Stanisław, jeden z najstarszych a nielicznych już dziś dawnych oficerów pułku i bezsprze­cznie najbardziej dla pułku zasłużony oficer. Przez pozostawanie w pułku od początku istnienia tegoż i swe potężne właściwości indywidualne, ppłk. Raga­nowicz stał się od całego szeregu lat duszą całego korpusu oficerów, którzy  przez wszystkie czasy w największym stopniu nadawali ton życiu pułkowemu, jego wartości bojowej i wszechstronnej. Miasto Łomża szczególnie związane jest z osobą ppłk. Raganowicza, który w r. 1920, jako D-ca Baonu Zapasowego 33 p. p. potrafił swą indywidualnością dzielnego dowódcy nadać charakter obronny miastu Łomży, gdzie społeczeństwo tak chlubnie zapisało się w historji wojny polsko-bolszewickiej.

Jan Konopka, por.

Naczelnik – Zwycięzca.

I spętano słoneczne Kościuszki sztandary. . .
Naród poszedł w niewolę — mękę i  konanie. . .
Przecież wierzył niezłomnie, że kiedyś powstanie
Wielki Mściciel — z tej męki Narodu i wiary. . .
I powstał znów Naczelnik, jako Tamten, szary.
Jako tamten — wziął w piersi moc i miłowanie
Przeogromne i wyrzekł: „Niech się Polska stanie!’’
I wolą swą a mieczem począł działać czary. . .
Najgorętsze zestrzelił serca w jedno tętno:
I poszły z Nim po wolność, po triumf —- nie klęskę —
I poszły z Komendantem leguny zwycięskie. . .
A dotychczas wśród wielu dziwnie o Nim. mętno. ..
Choć tę Polskę nam zdobył — przez czyny olbrzymie.
Choć ukazał Jej wielkie, wolne światu imię.

Fr. Chrostowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

285 Ogólnie 2 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Śmiarowscy

Śmiarowscy Nazwisko Śmiarowski najprawdopodobniej pochodzi od Śmiarowa – małej wsi położonej w powiecie kolneńskim, „rodowego gniazda” tej starej szlacheckiej rodziny herbu „Rawic[...]