Wincenty Lutosławski – głos w sprawie powieści „Beatum scelus” autorstwa Zofii Kossak-Szczuckiej

Wincenty Lutosławski (1863 1954) – profesor filozofii, wielki znawca dzieł Platona, mesjanista, publicysta, poliglota, działacz narodowy i prekursor… jogi w Polsce. 

W jego dorobku twórczym, którego niewątpliwie największą i najbardziej znaną wizytówką jest dzieło życia pt. The Origin and Growth of Plato’s Logic. With an Account of Plato’s Style and of the Chronology of His Writings, znajdują się też wypowiedzi na temat  publikacji innych autorów.

Poniżej zamieszczona została swoista recenzja powieści historycznej  Zofii Kossak Szczuckiej pt. Beatum scelus autorstwa Wincentego Lutosławskiego, oczywiście  w ujęciu filozoficznym.

Wprowadzając Szanownego  Czytelnika w tematykę Beatum scelus należałoby wspomnieć, że autorce  za kanwę powieści napisanej w 1923 roku  posłużył fakt autentyczny – wykradzenie w 1631 roku  przez wojewodę brzeskiego Mikołaja Sapiehę cudownego obrazu Matki Boskiej Gregoriańskiej z prywatnej kaplicy papieża Urbana VIII na Watykanie i przywiezienie obrazu do rodzimej siedziby Sapiehy w Kodniu. Papież za to obłożył  Sapiehę ekskomuniką, która została cofnięta po latach, ponieważ kult cudownego obrazu przyczynił się do licznych nawróceń, a senator dał się poznać jako wierny obrońca religii.

Tytułem wyjaśnienia, a dodatkowo jako ciekawostkę należy podać, że recenzja Lutosławskiego dotyczy pierwszej wersji utworu Kossak-Szczuckiej (z 1923 roku), tej z łacińskim tytułem, bo powstała także powojenna druga wersja  (rozszerzona i zmieniona) z polskim tytułem Błogosławiona wina pochodząca z 1953 roku.

Profesor  dr hab. Zdzisława Mokranowska z Uniwersytetu Śląskiego w artykule z 2010 roku pisze:  Pierwsza historyczna powieść autorki Krzyżowców sytuuje się między gawędą o przeszłości i dydaktycznym wykładem określonej historiozofii opartej na hagiograficzno-historycznej legendzie. Beatum scelus  nie posiada rozbudowanej fabuły ani zawiłej kompozycji. Forma prosta, surowa jest ujęciem przedstawionej rzeczywistości; rozdział pierwszy wprowadza czytelnika in média res; ukazuje wojewodę brzeskiego pielgrzymującego do wiecznego miasta w nadziei cudu wyzdrowienia (…).Powieść Beatum scelus  (…)  jest także powieścią religijną, bo dotyka w niej autorka istotnych aspektów wiary w zakresie winy i kary, konfliktu sumienia i problemu zadośćuczynienia. I właśnie kanwą tych rozważań jest opisana tu najdawniejsza i teraźniejsza historia obrazu Madonny z Kodnia. Na potrzeby kreacji artystycznej autorka miesza tu fakty zapisane w źródłach i podania legendowe.

Natomiast Wincenty Lutosławski 86 lat wcześniej (w 1924 roku) w ten oto sposób napisał o  Beatum scelus:

Ukazało się dzieło literackie, które porusza najgłębsze zagadnienia moralne, psychologiczne i religijne. Autorka Pożogi, której to pierwsze dzieło cieszyło się niezwykłem uznaniem, drugą swoją małą książeczką (140 str.) nagle stanęła wśród wybitnych pisarzy nie tylko polskich, ale wszechświatowych. Beatum scelus pomimo bogatego języka i wytwornego stylu nadaje się do tłumaczeń na obce języki, jak rzadko jakie inne dzieło literackie, dlatego właśnie, że treść głęboka budzić musi powszechne zainteresowanie, i że wartość tego utworu nie wyłącznie od formy zależy. Pozostawiam historykom ocenę wiarygodności historycznej opisanych wypadków, literatom osądzenie języka i stylu, a ograniczę się do uwydatnienia treści filozoficznej i moralnej.

Beatum scelus jest i powieścią historyczną z epoki opisywanej w Trylogji – i powieścią fantastyczną, opisującą i objaśniającą skuteczne przeprowadzenie szalonego przedsięwzięcia, i zarazem, jakby mimo woli i ubocznie, powieścią tendencyjną, mającą uprzytomnić czytelnikowi ważną prawdę moralną często przeoczaną, mianowicie, że to, co ma najdalej idące pozory zbrodni, może być aktem bohaterstwa najwyższego i zasługi – i odwrotnie, że pozory prawa mogą zasłaniać intencje nieczyste. Czyli innemi słowy, pozory łudzą, a wartość moralna czynów od ukrytych intencyj zależy.

Autorka na pewno, przystępując do pisania, wcale nie miała na myśli jakiejś tezy, tylko fakt historyczny, który jej wyobraźnię uderzył. Lecz opis tego faktu staje się mimo woli obroną tezy – choć sama teza pozostaje słuszną, niezależnie od poszczególnych faktów, które ją ilustrują. Tutaj błogosławioną zbrodnią jest świętokradztwo, dokonane za pomocą przekupstwa i zdrady człowieka przekupionego. Dlaczego tak straszna zbrodnia ma być błogosławioną? Co ją rozgrzesza i uniewinnia? To, że motyw wojewody Mikołaja Sapiehy, w tym całym szeregu czynów, naruszających prawo nie tylko kościelne, ale prawa honoru, wymagającego dotrzymania słowa danego nawet zbrodniarzowi – ten motyw był czysty. Cudowny obraz wbrew woli samej Matki Boskiej był przez pewne samolubstwo papieża usunięty z wielkiego kościoła, w którym tłumy modlące się przed tym obrazem doznawały cudów, i zamknięty w kaplicy watykańskiej. Wojewoda czuł krzywdę wyrządzoną obrazowi; najprzód usiłował przekonać kardynała o tej krzywdzie, i pozyskać obraz dla wschodnich kresów ojczyzny własnej, gdzie, jak szczerze mniemał, większe i ważniejsze zadania cudowność obrazu miała do spełnienia. Czem jest ta cudowność, dlaczego kawałek płótna, podobnie jak opłatek poświęcony, może się stać narzędziem szczególnej Łaski, to nam autorka doskonale i trafnie tłumaczy słowami kardynała, gdy z wojewodą o tym obrazie rozmawia.

Gdy perswazja nie pomogła, wojewoda porwał się na czyn szalony, wykradzenie obrazu z kaplicy papieskiej. Krzywdził pozornie papieża, Rzym i Watykan, a jeszcze może gorzej krzywdził zapamiętałego gracza, zakrystiana Baptystę, obiecawszy mu, że go z sobą do Polski wywiezie i da mu bezpieczny przytułek na swym dworze – a potem pozostawiając go w Rzymie i powodując przez to jego męką i śmierć na stosie.

Takie są pozory. Lecz w istocie najwyższym celem Rzymu i papieża jest krzewienie wiary, a jeśli w Polsce więcej mógł się obraz do tego celu przyczynić, niż w Watykańskiej kaplicy, to czyn wojewody wolno przypisać prawdziwemu natchnieniu, pochodzącemu od samej Matki Boskiej, co później nawet papież uznał, cofając swą klątwę, rzuconą na świętokradcę, i dobrowolnie darowując mu obraz dla kościoła w Kodniu.

Co do Baptysty, to honor nakazywał dotrzymanie danego mu słowa, i wojewoda, wyjeżdżając potajemnie z Rzymu, zdradził wspólnika swej zbrodni. Taki jest pozór rzeczy. Lecz w istocie Baptysta nie był wspólnikiem zbrodni –  przepaść dzieli go od wojewody. Nie ta pospolita przepaść, jaką zwykle uznajemy między przekupionym a przekupującym, lecz przepaść między czynem interesownym a natchnionym, jeśli wojewoda działał z natchnienia Bożego, to łamiąc przyrzeczenie dane złodziejowi, niewiernemu stróżowi obrazu, wyświadczał mu największą łaskę, gdyż tylko męka i śmierć na stosie mogły Baptystę uchronić od wiecznego potępienia. Gdyby sprzedaż obrazu mu bezkarnie uszła, to nałóg gry, który stał mu się pobudką pierwszej zbrodni, prawdopodobnie sprowadzałby go na coraz gorsze bezdroża i spowodowałby ostateczne zmarnowanie życia. Więc choć kanonik Boćkowski wyrzuca wojewodzie zdradę, to wojewoda trafnie odczuł, że obietnica dana złodziejowi, świętokradcy, zdrajcy – nie mogła obowiązywać sługi Bożego. Wszak nawet według kodeksu Napoleona zobowiązania niemoralne nie obowiązują. Zbrodnia byłaby jeszcze gorszą, gdyby główny winowajca pozostał bezkarnym. Autorka takich rozumowań nie używa, tylko przedstawia objektywnie same fakta, lecz właśnie w ten sposób pobudza myśl czytelników, uczy ich, jak dalece pozory mylą, skoro w końcu się okazuje, że wojewoda pokonał w jednej sprawie króla Władysława, w drugiej samego papieża Urbana VIII-go, zwolniony został od klątwy i cel swój osiągnął – zapewnił okolicom Kodnia i całym Wschodnim Kresom tajemniczy wpływ cudownego obrazu.

Daleko trudniej byłoby przeprowadzić zasadniczą tezę na jakimś zmyślonym przykładzie. Tutaj autorka stoi na gruncie historji, popiera swoje opowiadanie dokumentami. Ta sama władza, która wojewodę wyklęła, musiała mu później gwałt i podstęp wybaczyć, gdy się okazało, że ten rzekomy zbrodniarz był i pozostał wiernym synem kościoła.

Jeśli nawet świętokradztwo może być beatum scelus, to jeszcze łatwiej sobie wyobrazić, że inne uczynki ludzkie, mające wszelkie pozory zdrady i przestępstwa, mogą być ukrytem bohaterstwem. Do takich konfliktów między literą prawa formalnego a głosem indywidualnego sumienia wśród narodów wszystkich naj- szczególniej są skłonni Polacy, u których silny indywidualizm buntuje się często przeciw powszechnemu prawu. Konflikt między sumieniem jednostki a prawem stanowi temat Samuela Zborowskiego, Konrada Wallenroda i innych utworów.

Kto się z więzów opinji i prawa wyzwala w imię natchnienia, ten ryzykuje bardzo wiele, i często pozostaje pospolitym zbrodniarzem, a natchnienie rzekome uznać musi za pokusę szatana. Lecz jeśli wygra, jeśli przekona i opinję i władzę, że miał słuszność, to właśnie taki człowiek staje się Lucyferem w znaczeniu, jakie tej nazwie nadaje Słowacki.

Beatum scelus wskazuje drogę, na której można odróżnić rzeczywiste natchnienie Boże od pokusy szatańskiej, przybierającej pozory natchnienia Bożego. Do najpiękniejszych ustępów książki należą te, które przedstawiają żarliwą modlitwę i pokorę wojewody. Znać w tych ustępach niepospolite mistyczne doświadczenie autorki. Nadzwyczaj trafnie jest przedstawiony w licznych ustępach ideał prawdziwego sługi Bożego, który, czując ogromną przepaść między sobą a Bogiem, jednak umie ze swym Stwórcą obcować. I tylko takie obcowanie w najgłębszej pokorze daje pewną gwarancję, że jakiś zamach na ustalony ład i porządek, jakieś złamanie ustanowionego prawa jest usprawiedliwione tem  wyższem prawem.

Kto się tak modlić umie, jak Mikołaj Sapieha, ten niełatwo popełni pospolitą zbrodnię, ale właśnie taki człowiek może czasem być narażony na konflikt własnego sumienia z opinią otoczenia, a nawet z prawem. Autorka z wielką znajomością duszy ludzkiej ustanowiła granice między zbrodnią pospolitą a czynem natchnionym, mającym wszelkie pozory zbrodni. Zbrodnię pospolitą popełnił Baptysta, sprzedając obraz powierzony jego pieczy przez samego papieża. Zbrodnia wojewody, choć dotyczy tego samego faktu i wydaje się nawet powiększoną przez zdradę rzekomego wspólnika, ma inny charakter i znajduje swe usprawiedliwienie w dalszych swych konsekwencjach. Autorka przygotowuje czytelnika do zrozumienia takich wyjątków w rozmowie o cudach między wojewodą a kardynałem Barberini. gdy ten tłumaczy, że prawa nienaruszalne są dla materii, nie dla ducha, który, „gdy się nad materję wzniesie, polatuje wolny i Prawami, których słuchał, rządzi z góry.” Pięknie dalej mówi autorka przez usta kardynała1 „cud w samej swej istocie znaczy zerwanie się ducha z pęt ciała. Zerwanie (…) doskonałe, że dusza Boga dosięga i z Nim przez moment obcuje. A przez to zyskuje na mgnienie moc Boską, której jako chce może użyć i rozkazywać materji jako pan rozkazuje słudze“. Takim cudem jest stan ducha, który spowodował uzdrowienie wojewody i także cudem jest ten stan ducha, dzięki któremu wojewoda mógł dokonać szalonego zamiaru i uniknąć pościgu, gdy największe ludzkie potęgi wytężały wszystkie swe siły, aby go ująć i ukarać. Zrozumienie cudu jest zarazem kluczem do zrozumienia takich czynów, które łamią literę prawa uznanego przez ludzi, a jednak są zgodne z wyższem prawem Bożem, objawionem w sumieniu prawego sługi Bożego.

 

Opracowała Beata Sejnowska – Runo w oparciu o dane  z Tygodnika Ilustrowanego do Listów o literaturze, Tygodnik Ilustrowany nr 20  str. 104 z 17 maja 1924 roku (udostępniony przez Bibliotekę Cyfrową Uniwersytetu Łódzkiego) oraz artykuł Zdzisławy Mokranowskiej  Obraz Matki Bożej Kodeńskiej w powieści Zofii Kossak-Szczuckiej Beatum scelus w: Świat i Słowo filologia • nauki społeczne • filozofia • teologia 2(15)/2010.

 

525 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.