Wspomnienia o łomżyńskich kupcach

Wspomnienia o łomżyńskich kupcach

Historia łomżyńskiego kupiectwa jest chyba nie wiele młodsza od historii miasta. Wzmianki o łomżyńskich kupcach handlujących zbożem i drewnem spławianym Narwią aż do Gdańska, znajdziemy już na przełomie XV i XVI wieku. Historycy wspominają łomżyńskie cechy kupieckie, których statuty zatwierdzali ówcześni polscy królowie. Później łomżyńskie kupiectwo przeżywało swoje wzloty i upadki razem z rozwojem i ubożeniem miasta. Ogromne znaczenie dla łomżyńskiego handlu i rzemiosła miało wydane w 1822 roku zezwolenie Namiestnika Królestwa Polskiego na osiedlenie się w Łomży Żydów. Oni to stopniowo przejmowali łomżyński handel tak, że w 1897 roku spośród osób zajmujących się tym zawodem, stanowili oprawie 97%. Ale już na przełomie XIX i XX wieku znajdujemy, takie znane łomżyńskie nazwiska jak T. Czochański – handel win, wódek i delikatesów, a później Jakubowski i Świtajewski – zakłady masarskie, czy Antosiewicz – skład apteczny.

Nie tym jednak okresem chciałbym się tu zająć. Zostawiam to historykom, którzy zrobią to z pewnością lepiej ode mnie. Ja mogę tylko wspomnieć kupców, których pamiętam i ten łomżyński handel, który znam z autopsji.

Słowo „kupiec” w okresie 40-tu lat PRL-u, jak wiele innych, uległo pewnej deprecjacji. Śmieszy mnie, pochodzącego z tradycyjnej łomżyńskiej rodziny kupieckiej, określanie dzisiaj jako „kupców” ludzi rozkładających na gazetach, polowych łóżkach, lub, w najlepszym razie, na straganach, towary przynoszone w torbach – czyli wszystkich zajmujących się handlem. Nie znaczy to, że w czasach mojej młodości, czy też dużo, dużo wcześniejszych, ludzi trudniących się takim handlem nie było. Byli. Ale nigdy nie byli nazywani „kupcami”. Nazywano ich wówczas albo handlarzami, albo sklepikarzami.

Czym zatem różniły się od siebie te trzy grupy ludzi?

Handlarze nie mieli w zasadzie stałego miejsca prowadzenia swojej działalności. Na rozstawianych na rynkach w dni targowe stoiskach oferowali różne artykuły albo używane, albo najniższego gatunku, a zatem najtańsze.

Bogatsi, „stojący nieco wyżej w hierarchii”, mieli stoiska w hali targowej na Starym Rynku i prowadzili trochę szerszy asortyment towarów. Pamiętam tą halę. Na stoiskach zlokalizowanych w jej wnętrzu kupowano (głównie poza dniami targowymi) warzywa, owoce, czasami nabiał. Dużym powodzeniem cieszyło się stoisko usytuowane po lewej stronie tuż przy wejściu (tym ze szczytu). Tu w dużych blaszanych baliach i wannach pływały zawsze żywe ryby – szczupaki, sandacze, okonie, płocie i wszelkie inne gatunki, których dostarczała Narew. Ryby, szczególnie w piątki, kupowali zarówno katolicy ( z uwagi na post) jak i Żydzi (na szabasową kolację)

Hala targowa na Starym Rynku

Istniał też w Łomży, jak mówiła moja babcia – od zawsze, handel obnośny. Tym zajmowały się przeważnie starsze Żydówki. Z koszami wypełnionymi owocami, drobnymi przedmiotami powszechnego użytku ( nici, igły, guziki, tasiemki itp.) odwiedzały głównie przedmiejskie domy oferując swoje towary po okazyjnych cenach. „Arystokracją tej grupy” były (jak je czasami tytułowano) „kupcowe” wyspecjalizowane w dostawach zabitego i oskubanego już drobiu, lub „koszernego” mięsa – głównie cielęciny, a w piątki świeżych ryb. Te miały na ogół stałe klientki wśród łomżyńskich gospodyń domowych. Zbierały od nich zamówienia i przynosiły w uzgodnionym terminie zamówione towary.

Odrębnym rodzajem tego rodzaju handlu był handel obwoźny. Nim także zajmowali się przeważnie Żydzi. Przez pięć dni w tygodniu ( w soboty obchodzili obowiązkowo „szabas”) objeżdżali swoimi wozami zaprzężonymi w chude koniki podłomżyńskie (i nie tylko) wsie. Dzielili się na kupujących i sprzedających, ale nigdy, z uwagi na wiejskich kontrahentów, nie używano w tych transakcjach pieniędzy. Prowadzono wyłącznie prawdziwy handel wymienny.

Handlarze „kupujący” skupowali wszystko co dzisiaj nazywamy „surowcami wtórnymi” (zniszczone ubrania, szmaty, stare obuwie, kości, żelastwo itp.) oferując w zamian różne, potrzebne gospodyniom wiejskim artykuły jak talerze, fajansowe kubki, igły, nici i tp.

Sprzedający” oferowali swoje towary (najtańsze materiały włókiennicze, naczynia, garnki, czy drobne narzędzia rolnicze) za takie produkty jak jajka, masło, ser. Czasami, jeśli towaru było więcej, lub był bardziej „cenny” – kurę, kaczkę, gęś, kartofle, zboża itp.

Każda transakcja poprzedzona była długimi i zażartymi targami. Gospodarz zabierał swoje szmaty, czy produkty i wycofywał się na podwórko, wracając po „ustąpieniu” handlarza, który z kolei udawał obrażonego, siadał na wóz i zbierał się do odjazdu, co z kolei „zmiękczało” wieśniaka. Jeśli transakcja dotyczyła większej ilości towaru targ taki mógł trwać nawet godzinę. Żadnej ze stron się nie spieszyło, a zasadą było – jak najwięcej „stargować” z ceny, lub jak najmniej „spuścić”.

Sklepikarze stanowili niejako grupę pośrednią pomiędzy handlarzami a kupcami. Zajmowali małe lokale sklepowe, głównie poza centrum miasta. Ceny, ale i wynikająca z ich wysokości jakość towarów, były tu niższe niż w większych sklepach w śródmieściu. Klientelę, obsługiwaną zazwyczaj przez właściciela, czasami wspieranego przez najbliższą rodzinę (żonę, lub dorastające dzieci) stanowili najbliżsi sąsiedzi i ubożsi mieszkańcy miasta, kupujący często na „kreskę”, lub „zeszyt” – to jest pobierali towar bez uiszczania należności, którą wpisywano do specjalnego zeszytu. Należną kwotę klient uiszczał w uzgodnionym w właścicielem terminie (Najczęściej w dniach wypłat)

Sklepiki zlokalizowane w rejonach placów targowych ( Stary Rynek i Rynek Zambrowski z przyległymi ulicami) nastawione były głównie na klientelę wiejską oferując przede wszystkim takie potrzebne jej towary jak naftę, smar do wozów, kosy, drobny sprzęt rolniczy, tanie tekstylia, mydło i tp. Tutaj też prowadzili swoje sklepiki i punkty usługowe powroźnicy, rymarze, szewcy, czy krawcy. Największy ruch panował tu w dni targowe to jest wtorki i piątki oraz doroczne jarmarki

Oprócz sklepów i warsztatów rzemieślniczych zlokalizowanych na parterach i w suterynach otaczających rynki budynków mieszkalnych, sklepy tego rodzaju mieściły się na zewnątrz hali targowej na Starym Rynku i w „Halach Biskupich” na Rynku Zambrowskim.

Hale Biskupie” w dzień targowy

I wreszcie trzecia grupa ludzi zajmujących się handlem – kupcy. Była to zorganizowana grupa ludzi, przygotowanych zawodowo, posiadająca w większości sklepy z wieloosobowym personelem (chociaż byli wśród nich i mniej zamożni z personelem tylko „rodzinnym”) zlokalizowane w zasadzie w „kamienicach” na terenie całego miasta.

Kupiec był to tak przed I-szą wojną, jak i po jej zakończeniu, szanowany zawód, do którego adepci musieli być odpowiednio przygotowani. Doskonały opis takiego przygotowania do zawodu znajdziemy w „Lalce” B. Prusa, gdzie Rzecki praktykuje u Mincla, a Wokulski uczy się zawodu u Hopfera. I nie jest to fikcja literacka. Taką naukę zawodu musieli odbyć, w radomskiej firmie Wierzbickiego, dwaj przyszli łomżyńscy kupcy – Stanisław i Marian Smurzyńscy.

Użyłem tu słowa „firma”. I nie zrobiłem tego przypadkowo. Dzisiaj kupca, jeśli nie kojarzy się z polowym łóżkiem lub straganem, to najwyżej ze sklepem. Ale przed wojną kupiec sam często zamiast określenia „mój sklep”, używał nazwy „moja firma”. Można zadać pytanie – jakaż to różnica i dlaczego przywiązywano do tego taką wagę? Otóż sklep jest to po prostu lokal z towarami, gdzie odbywają się transakcje kupna-sprzedaży. Dzisiaj sklep często nie posiada nawet pełnego szyldu, a niejednokrotnie nie wiadomo nawet kto jest jego właścicielem. Natomiast „firma” jest pojęciem niejako „wyższej rangi”. Według powszechnie używanej definicji, jest to nazwa, pod którą osoba fizyczna prowadzi przedsiębiorstwo. Składa się zasadniczo z nazwiska i przynajmniej pierwszej litery imienia właściciela, oraz zawiera dodatkowe informacje, mające na celu bliższe oznaczenie przedsiębiorstwa. Np. firma mojego Ojca to był: „Handel win, wódek oraz towarów kolonialno – spożywczych, Marian Smurzyński, Łomża, pl. Kościuszki 10. tel.90.”

Firmą pana Kalisza był – Skład Materiałów Aptecznych i farb – Tadeusz Kalisz

Szyld i ewentualne napisy dodatkowe (np. na szybach) podawały pełną nazwę firmy, precyzowały asortyment towarów, ale nikt w potocznej rozmowie takich pełnych nazw („handel i td”, .czy – „Skład materiałów…..”) nie używał. Wystarczyło tu nazwisko właściciela i ono było „firmą”. Mówiono po prostu „Smurzyński”, „Kalisz” i td. Było bowiem powszechnie w Łomży wiadomo, że do Smurzyńskiego chodzi się po delikatesy, do Kalisza po materiały drogeryjne, do Kłoskowskiej po pasmanterię, do Wejrocha po pieczywo, do Jakubowskiego czy Świtajewskiego po mięso i wędliny i td. Dlatego, nad wieloma, znanymi, dużymi sklepami wisiał tylko długi wąski szyld z nazwiskiem

Długa narożnik placu Kościuszki. Po lewej stronie narożny dom Świtajewskiego, po prawej, pod balkonem, sklep Hepnera.z długim szyldem – jedynie z imieniem i nazwiskiem – które w 1926 roku zostało zamienione na MARIAN SMURZYŃSKI.

Firma była i jest nadal dobrem niematerialnym, mającym wartość majątkową, gdyż związane jest z nią powodzenie przedsiębiorstwa wśród klientów. Firma była więc tym co najbardziej cenili kupcy, a wszystko co robili, robili dla dobra firmy i podniesienia jej prestiżu. Lokal sklepowy musiał być estetycznie urządzony, czysty, zadbany, a personel odpowiednio ubrany. Szanująca się firma nie mogła sobie pozwolić, aby w jej sklepie dopuszczano się jakiejkolwiek nieuczciwości jak np. niedokładna waga czy miara, inna niż podano klasa towaru, lub też zapakowanie klientowi artykułów przeterminowanych, względnie niższego gatunku. Pracownik, który dopuściłby się takiej niesolidności w obsłudze straciłby natychmiast pracę. Klient był pewien, że w znanej, solidnej firmie będzie należycie obsłużonym, zawsze znajdzie na półce żądany towar i będzie to towar odpowiadającej mu jakości,

Poszczególne firmy starały się mieć swoje specjalności, które odróżniały je od konkurencji i którymi przyciągały klientów. Tak np. wędkarze po doskonałe bambusowe wędki chodzili na Rynek Zambrowski do Mieszkowskiego w Halach Biskupich. Wiązka takich wędek (wędki składane były wówczas mało znane i używane), stała przed wejściem do sklepu bez względu na porę roku. Łomżyńscy księża materiały na sutanny kupowali prawie wyłącznie u Stanisława Smurzyńskiego na Krótkiej, gdzie czekały bele, zawsze tych samych, specjalnie dla nich sprowadzanych, materiałów. Andrzej Bebłowski w każdy piątek kupował z matką u Szejnkopfa na rogu placu Pocztowego i placu Kościuszki, przysmak jego ojca – wędzone augustowskie sielawy, a red. Halina Miroszowa wspomina do dzisiaj, że jej ojciec, pan Stefan Uściński, po oryginalne sery litewskie chodził tylko do Smurzyńskiego na plac Kościuszki. A tak ten łomżyński sklep wspomina pani Iwona Krzepkowska-Bułat, wówczas kilkuletnia dziewczynka:

Każdego roku, przed Wielkanocą, Dziadek (znany doskonale starszym łomżyniakom i bardzo przez nich ceniony felczer – pan Kazimierz Żochowski – przyp. JS) któregoś dnia mówił: „No czas najwyższy żeby wybrać się do Smurzyńskiego”. Cóż to była za radość dla mnie! Idąc ulicą ciągnęłam dziadka za rękę i podskakiwałam, a droga dłużyła mi się w nieskończoność, chociaż było to tak niedaleko (dziadkowie mieszkali w kamienicy Krzyżanowskiego naprzeciwko fary).Kiedy weszliśmy już do sklepu stawałam jak oniemiała, a wszystkie te wspaniałości, znajdujące się na półkach, przyprawiały mnie o zawrót głowy. Czegóż tam nie było! Przede wszystkim baranki wielkanocne z cukru, z czekolady, różnej wielkości. Zajączki również cukrowe i czekoladowe duże i małe. Kurczaczki całymi grupami siedzące w kolorowych koszyczkach, no i mnóstwo jajeczek czekoladowych, każde w kolorowej, o różnych wzorach, cynfolii. W niektórych można było znaleźć niespodziankę, np. maleńki pierścionek. Długo stałam nie mogąc się zdecydować, co chciałabym kupić, bo wybór był naprawdę trudny. To były niezapomniane przeżycia! Myślę, że wielu dawnych łomżyniaków wspomina ten sklep z rozrzewnieniem podobnie jak ja.

Łomżyńscy kupcy zawsze starali się o reklamę i popularyzację firmy. Oprócz takich środków reklamy jak ulotki, ogłoszenia w prasie itp. używano zawsze blankietów i rachunków z firmowymi nadrukami. Firmowe nadruki miały też torebki, papier pakowy, a nawet różne drobiazgi, jak np. specjalne kołeczki, które dodawano do zawiązanych sznurkiem paczek, aby nie uwierały niosącego w rękę.

Nie bez znaczenia była także lokalizacja sklepu. Najelegantsze chyba i najbardziej reprezentacyjne sklepy, liczące na lepiej sytuowaną klientelę, były głównie przy ulicy Długiej, Krótkiej (między Długą i Dworną) oraz placach – Kościuszki i Pocztowym. Do tych „eleganckich ulic ” zaliczała się też Dworna, ale tu, z uwagi na elewacje budynków, mieściło się tylko kilka tych „lepszych” sklepów ( m inn. w domu Kowalskich ich „skład mebli” i „szkło i kryształy” Makowieckich), a bliżej Katedry – księgarnia i sklep z dewocjonaliami.

Prawdziwego, przedwojennego łomżyńskiego kupca obowiązywały pewne, nieprzekraczalne normy. Godziny handlu były ustalone przez władze miasta. Każdy sklep musiał być otwarty o godzinie 8-mej i zamknięty o 19-tej. Jeśli ktoś naruszył tą zasadę, przypominał mu o niej, pełniący służbę na ulicy, posterunkowy Policji Państwowej. Dzisiaj, w dobie powszechnie wykorzystywanych urlopów i zwyczajów zamykania z tego powodu sklepów nawet na miesiąc, jest to prawie niewyobrażalne, ale przedwojenny właściciel sklepu tylko czasami mógł sobie pozwolić na kilka dni wolnych w roku i to oczywiście bez zamykania sklepu.

Wizytówką każdego sklepu była wystawa. Każdy z kupców starał się, aby wyglądała jak najatrakcyjniej, aby intrygowała i przyciągała klientów. Dekoracje zmieniano przynajmniej raz w miesiącu, a nad wyglądem wystawy myślano nieraz tygodniami. Z towarów układano różne wzory i figury geometryczne, konstruowano kunsztowne budowle, piramidy itp. a sztuka dekoracji wystaw była jednym z przedmiotów jakich uczono w szkołach handlowych.

Nieznane było przed wojną powiedzenie „Nasz klient nasz pan”, ale to właśnie klient był najważniejszą osobą w każdym sklepie. Obojętne czy był to biedny sklepik żydowski w jakimś zaułku, czy reprezentacyjny sklep na pryncypalnej ulicy. Nie do pomyślenia było, aby klient czekał na załatwienie, kiedy pracownicy sklepu zajmują się swoimi prywatnymi sprawami. Każdy, bez względu na status społeczny i wiek, musiał być sprawnie i szybko obsłużony. I nie wynikało to wyłącznie z „norm etycznych”, chociaż i tych nie lekceważono, ale konkurencja była tu bezwzględna – klient źle obsłużony, lub nie mogący kupić potrzebnego towaru, szedł do innego sklepu, a jeśliby incydenty takie powtarzały się częściej, właściciel, z braku klientów musiałby po prostu „zwinąć interes”. Nie muszę tu oczywiście dodawać, że takie określenia i wywieszki jak „przyjęcie towaru”, „zaraz wracam”, czy słynny już „remanent”, nie mieściłyby się w wyobraźni poważnego, przedwojennego kupca. Wszystkie czynności pomocnicze jak przyjmowanie towaru, jedzenie obiadu przez personel, czy remanenty, musiały odbywać się dyskretnie, poza godzinami otwarcia, od tyłu sklepu i zawsze bez wiedzy klientów. Dla nich towar musiał być zawsze, a personel musiał być uprzejmy i uśmiechnięty, nawet wtedy, kiedy klient był wyjątkowo kapryśny.

Nie bez znaczenia był zatem sposób zaopatrywania na bieżąco łomżyńskich sklepów w towary. Liczące się firmy utrzymywały stałe kontakty z określonymi wytwórniami – były w pewnym sensie ich przedstawicielami na terenia Łomży. Wytwórnie przysyłały towary z pominięciem hurtowni, co znakomicie wpływało na ceny. Takimi wytwórniami były m. inn. „Wedel”, „Fuchs” (zintegrowana po wojnie z Wedlem fabryka cukierków w Warszawie), „Piasecki” – obecnie „Wawel” w Krakowie, „Pluton” – palarnia kawy w Warszawie, prowadząca w stolicy także swoje sklepy firmowe, „Szumilin” – istniejąca jeszcze od czasów carskich firma zajmująca się handlem herbatą na terenia całego kraju, „Baczewski” –wytwórnia wódek gatunkowych we Lwowie, wytwórnie „serów litewskich” w Branowiczach i inn.

Mimo, że Łomża miała dość skomplikowaną komunikację z Warszawą, zaopatrzenie sklepów niewiele różniło się od sklepów stołecznych. A mechanizm tego był następujący: Duże wytwórnie miały swoich „przedstawicieli”, zwanych też „komiwojażerami”, którzy co pewien czas przyjeżdżali firmowymi samochodami, prezentowali nowości i zbierali zamówienia na nowe partie towarów. Zamówienia u hurtowników w Warszawie składano telefonicznie, a od czasu do czasu właściciele sklepów jeździli do stolicy odnawiać z dostawcami bezpośrednie kontakty. Płatności odbywały się przekazami pocztowymi, lub przez bank.

Na ul. św. Mikołaja istniało przedsiębiorstwo przewozowe pana Burzyńskiego (ten czerwony dom istnieje do dzisiaj po prawej stronie ulicy, idąc od al. Legionów), którego ciężarowy samochód raz w tygodniu, a jeśli była taka potrzeba to i częściej, w nocy, jechał do Warszawy, zabierał tam zamówione towary z hurtowni i magazynów i około południa był już w Łomży. Przywieziony towar wstawiano do sklepów na ogól od tyłu, tak, że klienci nawet nie orientowali się kiedy następowała dostawa. Jak sprawny był to system niech świadczy fakt, że w Łomży można było kupować świeże torty od Gajewskiego z Warszawy, który wówczas w Łomży był bardziej znany od dzisiejszego Bliklego, kosze kwiatów z warszawskich kwiaciarni (kwiaciarni w dzisiejszym pojęciu w Łomży nie było), czy świeże owoce południowe.

Parafrazując harcerskie powiedzenie, można było powiedzieć, że: „Na słowie kupca można polegać jak na Zawiszy”. I to nie była przesada. Taka moralność obowiązywała wszystkich solidnych kupców, od właścicieli mniejszych sklepów, po duże salony. Jeśli kupiec zobowiązał się uregulować jakąś należność, czy dostarczyć towar w określonym terminie, to można było być pewnym dotrzymania słowa. Kupiec, który raz, czy dwa nie dotrzymałby danego słowa, obietnicy, czy terminu, „wypadał poza nawias” społeczności kupieckiej. A nie było to bez znaczenia, ponieważ w tej społeczności obowiązywała zawsze zasada solidarności zawodowej. Np. na placu Kościuszki istniały obok siebie dwa sklepy spożywcze – Rożewskiego i Smurzyńskiego. W przypadku chwilowego braku w jednym z nich jakiegoś towaru, mimo istniejącej konkurencji, drugi był zawsze gotów wspomóc sąsiada. Podobnie było z żyrowaniem weksla, czy poręczeniem kredytu.

Dbali też kupcy o swoich następców. Istniało w Łomży Gimnazjum Kupieckie, które kształciło kupiecki „narybek”. Pamiętam, że Ojciec mój, kilka razy w roku, w gimnazjum tym prowadził gościnnie wykłady, po których młodzież odbywała odpowiednie praktyki zawodowe.

Była to doskonalsza forma nauki zawodu, zapoczątkowana przez Minclów i Wierzbickich. W szkole handlowej, oprócz tzw. „przedmiotów ogólnych”, uczono wielu przedmiotów zawodowych, takich jak rachunkowość handlowa, towaroznawstwo, technika reklamy i inn., a absolwenci liceum handlowego otrzymywali, na podstawie Ustawy o ustroju szkolnictwa z 11 marca 1932 roku, świadectwo dojrzałości uznające ich „za przygotowanych do pracy w przedsiębiorstwach handlu towarowego, oraz działach handlowych różnych przedsiębiorstw gospodarczych”

Mając swoją organizację, Zrzeszenie Kupców, którego pierwszym, po I-szej wojnie, prezesem i fundatorem sztandaru, był mój stryj – Stanisław Smurzyński, łomżyńscy kupcy stanowili licząca się grupę społeczną i zawodową. Wspierali m. inn. działalność takich instytucji charytatywnych jak domy opieki, sierocińce i tp. Udzielali też bezpośredniej pomocy materialnej i finansowej miejscowej biedocie i bezrobotnym.

Uczestniczyli czynnie we wszystkich poczynaniach władz państwowych i samorządowych. Wchodzili do różnych rad i organizacji społecznych. Byli zaliczani do grona tych, którzy kreowali oblicze społeczne i gospodarcze miasta.

 

Stanisław Smurzyński z żoną Anną – rok 1935

Najlepszym dowodem jest fakt, że w 1939 roku po wkroczeniu do Łomży, bolszewicy natychmiast aresztowali prezesa łomżyńskich kupców – Stanisława Smurzyńskiego. A kiedy na polecenie okupacyjnego „gauleitera” Łomży, aby w odwecie za polską działalność niepodległościową, w dniu 15 lipca 1943 roku rozstrzelać 19 rodzin ze środowiska miejscowej inteligencji, wybierając przy tym ludzi cieszących się szczególnym autorytetem w mieście – jednym z rozstrzelanych był łomżyński kupiec, a mój Ojciec – Marian Smurzyński. Być może, że za bardzo wyidealizowałem tu obraz łomżyńskich kupców okresu międzywojennego, ale wychowałem się w rodzinie o prawdziwych tradycjach kupieckich, w której dobro firmy, etyka i honor zawodowy były zawsze stawiane na pierwszym miejscu i myślę, że gdyby nie zmiany ustrojowe w Polsce po II-giej wojnie, prawdopodobnie kontynuowałbym do dziś tradycje rodzinne, a firma kończyłaby właśnie 73 lata. Ponadto, tak to już bywa, że z czasem zapomina się to co było złe, a pamięta tylko to co było dobre, przyjemne i piękne. Taka już jest natura ludzka.

Obiektywizując moje wspomnienia muszę jednak stwierdzić, że z pewnością nie wszyscy łomżyńscy kupcy byli tacy doskonali. Bywali wśród nich także niesolidni i nieuczciwi, oraz tacy, którzy w walce konkurencyjnej stosowali chwyty nie zawsze zgodne z etyką zawodową. Bywały też sklepy, w których klient przed wyjściem musiał sprawdzić, czy zapakowano mu towar o jaki prosił i czy prawidłowo obliczono należność. Tego rodzaju handlowcy byli jednak w ogromnej mniejszości i, jak podałem wyżej, mogli działać wyłącznie „poza nawiasem” tej prawdziwej, łomżyńskiej kupieckiej społeczności. Dlatego myślę, że jeśli mamy mówić o tradycji łomżyńskiego kupiectwa, mówmy tylko o tej, która wspomnienia jest warta.

I na koniec refleksja: Atrakcją turystyczną Warszawy jest m. inn. „Sklep Wokulskiego”, który ani nie jest autentyczny, bo jako taki jest fikcją literacką, ani nie mieści się pod „ powieściowym” adresem, ani też nie prowadzi „ powieściowej” branży. Natomiast obecny łomżyński sklep PSS „Społem” Nr 18 przy ówczesnym placu Kościuszki, a dziś ul. Długiej, istnieje na prawdę od kilkudziesięciu lat w tym samym miejscu i z tą samą branżą. Ma też swoją prawdziwą historię: Założył go w 1926 roku, przejmując lokal po likwidowanym, również spożywczym, sklepie Hepnera, młody wówczas handlowiec, Marian Smurzyński. W okresie międzywojennym był to jeden z bardziej luksusowych sklepów w Łomży. We wrześniu 1939 roku został całkowicie splądrowany, a towary rozgrabione. W latach 1939-41 był rosyjską kantyną branży spożywczej. Po wkroczeniu Niemców w 1941 roku, został M. Smurzyńskiemu odebrany przez niemiecką, okupacyjną, firmę handlową i był sklepem spożywczym „Nur fűr Deutsche” (tylko dla Niemców). W czasie walk na przełomie lat 1944/45 dom przy pl. Kościuszki 10 został spalony. Wiosną 1945 roku zabezpieczyłem spalony lokal prowizorycznym dachem wstawiając okna i drzwi. Niestety, zgodnie z ówczesną polityką gospodarczą, sklep, po zwrocie kosztów remontu, przejęło łomżyńskie „Społem”, robiąc kolejno różne jego przebranżowienia.

Dawny sklep spożywczy Smurzyńskiego – w latach 50-tych – elektrotechniczny

Ale ostatecznie sklep powrócił do swojej tradycyjnej branży i dzisiaj można w nim kupić znowu, tak jak przed wojną, czekoladę Wedla, wedlowską mieszankę, czy gatunkowe alkohole.

Tak więc, zmieniając jedynie właścicieli, sklep ten istnieje w tym miejscu i w tej samej branży już ponad 70 lat! ( A dodając do tego czas kiedy właścicielem był Hepner – prawie setkę!) Może warto by było wykorzystać ten fakt? Prawdziwych zabytków Łomża ma tak niewiele….

Jerzy Smurzyński

Warszawa, listopad 1998 roku

 


2173 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Pleban

„PLEBAN” Bliskość Prus Wschodnich i wieloletni zabór rosyjski sprawiły, że na Ziemi Łomżyńskiej, oprócz katolików i Żydów, istniały dwie liczące się wspólnoty wyznaniowe: prawosła[...]