Wspomnienie o profesorze Piotrze Bańkowskim. 2

Zygmunt Kolankowski

Wspomnienie o profesorze Piotrze Bańkowskim

Z profesorem Piotrem Bańkowskim łączyła mnie długoletnia znajomość, współpraca i pewien stopień zażyłości, przy czym z satysfakcją mogę utrzymywać, że cieszyłem się Jego sympatią, życzliwością i zaufaniem. Dowody takiego właśnie stosunku miałem na wielu etapach naszej znajomości, szczególnego zaś dowodu można upatrywać w tym, że bardzo cenne zbiory osobiste powierzył testamentalnym zapisem właśnie Archiwum Polskiej Akademii Nauk, w którym pracuję.
Piotra Bańkowskiego poznałem w przededniu wojny. Wiosną 1939 r. mój opiekun naukowy, prof. Stanisław Borowski (1903-1945) sugerował mi temat pracy habilitacyjnej, której jednym z głównych źródeł miał być rękopis „Compedium sądów Króla Jegomości” Jana Łączyńskiego, znajdujący się wówczas w Bibliotece Narodowej, w dziale rewindykatów petersburskich z dawnej biblioteki Załuskich. Poszliśmy razem do Pałacu Potockich na Krakowskim Przedmieściu przy kościele Wizytek, gdzie w narożnej salce na I piętrze, w magazynie pełnym rękopisów, w kącie przy oknie, pracował dr Piotr Bańkowski. Niewysoki blondynek, żywy, ruchliwy, szybki w mowie i ruchach, po kilku wprowadzających słowach Borowskiego zerwał się z fotela, pobiegł między regały i przyniósł omawiany rękopis. W krótkiej rozmowie umówił się ze mną na „po wakacjach”. A była to połowa czerwca 1939 r.
Następna rozmowa nastąpić miała po kilku niełatwych latach. Nie było już wśród żyjących S.Borowskiego, nie było też wspaniałego, ozdobnego rękopisu, spalonego zbrodniczo – wraz z innymi skarbami kultury polskiej – w gmachu na Okólniku, w jesieni 1944 r. Dorywcze spotkania w 1946 r. miały charakter bibliofilski. W jesieni 1949 r., kiedy przeszedłem do pracy w ówczesnym Wydziale Archiwów Państwowych Ministerstwa Oświaty, niebawem usamodzielnionym i przemianowanym na Naczelną Dyrekcję Archiwów – nawiązała się stała współpraca. W listopadzie tego roku skierowany zostalem na kurs doszkalający dla pracowników naukowych archiwów warszawskich. Wykładał na nim rn.in. prof. P.Bańkowski, omawiając zagadnienia archiwów prywatnych bardzo wówczas aktualno, z uwagi na objęcie naszym bezpośrednim zainteresowaniem archiwów rodów i rodzin, zwanych potocznie, aczkolwiek niezbyt ściśle, archiwami podworskimi.
Zainteresowany tym tematem, dopiero nieco później zakupiłem broszurę o Archiwum Niemojewskich w Marchwaczu, wydaną jako druk prywatny ok. 1910 r. nakładem krakowskiego „Czasu”. Natrafiłem na nią w krakowskim antykwariacie prowadzonym przez znanego bibliofila i zbieracza Ludwika Gocla. Broszurę tę podarowałem prof. Bańkowskiemu. Przyjmując ją radośnie stwierdził, że słyszał o niej, ale nigdy jej na własne oczy nie oglądał. Był to chyba pierwszy moment jakiegoś zbliżenia. Drugim była rozmowa, przeprowadzona w kilka lat później, swobodna, skacząca z tematu na temat – ale zaczepiona zasadniczo o poszukiwania związane z rękopisem „Compedium” J. Paczyńskiego. Ustaliłem już wówczas istnienie kilku innych odpisów (jeden okazał się zresztą autografem). Otóż w toku tej pogawędki będącej, jak się okazało, swoistym egzaminem, wspomniałem o pracy Bedy Dudika o archiwach galicyjskich, wydanej w Wiedniu jeszcze w 1867 r. Bańkowski „rozjaśnił się” w tym momencie: „A więc dotarł pan i do Dudika !” – zabrzmiało to zachęcająco. Krążyły niejasne legendy o posiadanych przez profesora notatkach z zaginionych rękopisów Załuskich, wiadomo też było powszechnie, że skarbów swych strzeże pilnie a zazdrośnie i nikogo do nich nie dopuszcza. Ale stał się cud. Prof. Bańkowski zaprosił mnie do siebie : „Poszukamy w moich notatkach, może znajdzie się coś, co się panu przyda” – powiedział.
Pierwszy raz byłem wtedy w mieszkaniu na Żoliborzu. Gospodarz odsłonił zasłonkę zakrywającą część regału. Ukazał się duży szereg pękatych tek. Niestety, do mego tematu nic nie znalazłem. Widać było, że gros notatek, w tym staranne odrysy miniatur i inicjałów, dotyczyły rękopisów wcześniejszych okresów, mój Łączyński z końca XVI wieku – był zbyt późny by wzbudzić zainteresowanie profesora. Epilog miał miejsce po wydaniu mej pracy (1961). Oczywiście posłałem tę książeczkę Bańkowskiemu. Przyszedł mi podziękować: „ Ale to nie tylko praca z historii prawa – to przecież monografia archiwalna” – usłyszałem. W ustach prof. Piotra Bańkowskiego brzmiało to jak pochwała.
Piotr Bańkowski był z wykształcenia i temperamentu polonistą. Pierwszą młodzieńczą pracę poświęcił Maurycemu Mochnackiemu i jego „Literaturze polskiej”. Drugiego tomu tego dzieła, zaginionego w rękopisie, poszukiwał wytrwale przez całe swoje życie.
Wierzył mocno, że rękopis pozostawiony przez Mochnackiego w jesieni 1831 r., w jego mieszkaniu przy ul. Długiej, może znajdować się gdzieś nierozpoznany w zbiorach radzieckich. Poszukiwał go stale w czasie swych wyjazdów do ZSRR, prosił wielu wyjeżdżających tam na badania archiwalne, w tej liczbie i mnie także, o dopytywanie się i poszukiwanie – niestety, bez rezultatu.
Polonistą też przede wszystkim pozostał podczas długoletniej pracy nad redagowaniem „Archeionu”. Już w pierwszych powojennych tomach (17 i 18) występuje jako współredaktor, obok Witolda Suchodolskiego (także łomżyniaka). W 1949 r. ówczesny szef archiwów państwowych dr (później profesor) Rafał Gerber, dosyć nagle, w obcesowej, raczej incydentalnej wypowiedzi oświdczył, że osobiście obejmuje redakcję. Wyraziło się to w kilkuletniej przerwie w wydaniu czasopisma, Tom podwójny 19/20, noszący datę 1952, powstał faktycznie już po odejściu Gerbera z Naczelnej Dyrekcji (maj 1952) – na podstawie materiłów zebranych i wstępnie przez niego opracowanych (nosi też nazwisko Gerbera jako redaktora) – ale przygotowany był ostatecznie do druku również przez Bańkowskiego.
Od tomu 21 redakcją zawładnął niepodzielnie Piotr Bańkowski, kierując nią do swego zgonu, to jest do tomu 76 (1976). Przez cały ten czas byłem członkiem komitetu redakcyjnego i świadkiem mrówczej pracy Redaktora. Dostawałem do oceny maszynopisy niektórych artykułów podkreślone i poprzerabiane charakterystycznym pismem profesora, nieraz do tego stopnia, że pierwotny tekst był całkowicie nieczytelny. Olbrzymią pracę wkładał w nadanie każdemu artykułowi nienagannej formy językowej i stylistycznej. Gorsza sprawa, że w trakcie poprawek – ofiarą padały czasami sformułowania merytoryczne. Bywało to źródłem wielu dyskusji, a nieraz kontrowersji i zadrażnień. Zna to z doświadczenia całe średnie pokolenie archiwistów polskich, każdy, kto próbował w tym czasie ogłosić coś w „Archeionie”.
Podobnie miała się rzecz ze współpracą redakcyjną. Od czasu do czasu w telefonie odzywał się głos profesora Bańkowskiego: „Proszę mam tu artykuł, który pana powinien zainteresować, prześlę go dziś panu – sprawa jest bardzo pilna (wszystkie były bardzo pilne) może za 2-3 dni mógłby go pan odesłać?” Rzucałem wszystko i zabierałem się do czytania, pisałem uwagi, te ogólne i te szczegółowe (niejednokrotnie nawet bardzo szczegółowe). Po jakimś czasie, przeglądając publikowane teksty, dość szybko zorientowałem się, że moje uwagi i zastrzeżenia nie zostawały uwzględniane. By nie tracić nerwów po prostu przestałem czytać oceniane przeze mnie artykuły w ich ostatecznej, drukowanej postaci.
Piotr Bańkowski był głębokim erudytą, a równocześnie człowiekiem upartym, zdecydowanie przekonanym, że właśnie on wie najlepiej, bardzo trudnym w dyskusji i z trudem dającym się przekonać. Miałem tego doświadczyć osobiście gdy chodziło o opracowanie publikowane w „Archeionie”. Była tam m.in. grupa recenzji i tłumaczeń z literatury radzieckiej, w których występowały złożone zagadnienia nowoczesnej archiwistyki i związanej z tym nowoczesnej terminologii. Wprowadzałem czasem pewne – dyskusyjne propozycje terminologiczne, nad którymi toczyły się między nami zażarte spory. O trudnościach współpracy więcej mogliby powiedzieć etatowi pracownicy redakcji podlegający Profesorowi. Nie mieli łatwego życia, toteż większość z nich szybko szukała innego przydziału. Wyjątek stanowiła przez wiele łat wierna „Archeionowi” pani dr Eugenia Brańska – ale i ona w końcu nie wytrzymała… Redaktor naczelny był zbyt pedantyczny, drobiazgowy i wymagający.
Sam niesłychanie pracowity, w każdy numer „Archeionu” wkładał nadludzki wprost wysiłek. Ogłaszał wiele, poważniejsze opracowania podpisywał nazwiskiem, różne drobne informacje, sprawozdania czy noty opatrywał różnymi kryptonimami, m.in. sygnował je „R.A.” – co jak mi kiedyś wyjaśnił oznaczało: „Redaktor Archeionu”.
Wielka wiedza szła w parze ze skrytością, potęgującą się z wiekiem. Co wiedział – wiedział dla siebie, co miał – miał dla siebie, licząc, że kiedyś sam spożytkuje nagromadzony materiał. Nigdy nie mówił o swych pracach, planach czy zamierzeniach naukowych. Można by na to przytoczyć wiele – nieraz nawet szokujących przykładów. W każdym razie, pewnego dnia, gdzieś w 1973 roku, wpadł do mnie, jak wyjaśnił, idąc do Instytutu Badań Literackich PAN. „Chciałbym pana o coś zapytać”. „Proszę bardzo”. „ Czy pańskie archiwum przyjmuje depozyty ?” „Tak.” „A czy honoruje zastrzeżenia?” „Oczywiście”. „No to dobrze, dziękrję, do widzenia” — wybiegł równie nagle jak wpadł. O co chodziło’ miałem dowiedzieć się dopiero późną jesienią 1976 roku, kiedy otrzymałem z Sądu grubą kopertę z egzemplarzem testamentu Piotra Bańkowskiego i pismem zapytującym czy Archiwum przyjmuje spadek i zobowiązuje się do spełnienia wszystkich warunków… A były wśród nich uciążliwe.
Niewysokiego wzrostu, najpierw blondyn, później zupełnie siwy, do końca swoich dni ruchliwy fizycznie i intelektualnie, z wiekiem jakby zmalał. Oczy jego błyszczały zawsze filuternym, czasem wręcz ironicznym blaskiem, na ustach wisiał uśmieszek, zwykle przekorny, szczególnie widoczny, gdy miał do powiedzenia coś zaskakującego rozmówcę. Najbardziej rozjaśniał się gdy wiedział iż chowa w zanadrzu coś, czego partner rozmowy nie jest świadomy. Nie zawsze przy tym ujawniał o co dokładnie chodzi.
„Ano, to niezupełnie tak jest” – zamykał dyskusję i nadal wiedział swoje.
Przy tym wszystkim był człowiekiem czarującym. Bił od niego urok wielkiej wiedzy, ogromnej pracowitości, wybitnej indyiduainości. Zawsze schludny, mały staruszek krzątał się po szczupłych wnętrzach pokoików, w których przychodziło mu pracować w kolejnych siedzibach redakcji. Wnętrzom tym starał się – chyba instynktownie, nie w pełni świadomie nadać jakieś cechy indywidualne – to stawiając na biurku stary, zabytkowy zegar, to jakąś figurkę ze starej porcelany czy przycisk na papiery, to wieszając na widocznym miejscu jakiś piękny stary sztych. Wyczuwało się w nim estetę, czującego się dobrze wśród piękna – bodaj paru zabytkowych, artystycznych drobiazgów.
Jego wszechstronna erudycja, niespożyta aktywność, ogromna pracowitość wywierała na wszystkich, którzy się z nim stykali, głębokie wrażenie, zmuszała do zastanawiania się nad własnymi brakami, „podciągnięcia” się możliwie jak najbliżej do jego poziomu. Prowadząc przez 23 lata (1953-1976) centralne naukowe czasopismo archiwalne, cieszące się dużym autorytetem w Polsce i szeroko znane za jej granicami, wywarł niezaprzeczalny wpływ na oblicze archiwistyki polskiej i w znacznej mierze przyczynił się do jej rozwoju. Nie miał przy tym łatwego życia – pracował w trudnych warunkach przez kadencje trzech naczelnych dyrektorów Archiwów państwowych, w okolicznościach materialnych i – bywało, moralnych – nie zawsze sprzyjających rzetelnej pracy naukowej i wydawniczej. Można było się z nim zgadzać lub nie, można było czuć się poirytowanym jego uporem, pedanterią, skrytością, a nawet bezceremonialną czasem ingerencją w tekst dostarczony do druku, ale nie można było koło Niego przejść obojętnie. Był dla nas, współczesnych, młodszych od niego świadków jego zmagań o utrzymanie jak najwyższego poziomu i chwilami wręcz egzystencji „Archeionu”, wzorem nieustępliwej pracowitości, oddania pracy, której bez reszty poświęcał swe siły przez ćwierć wieku. Położył niezapomniane zasługi dla archiwistyki i szerzej – dla kultury narodowej. Pozostał w naszej pamięci jako człowiek małej postury, ale wielkiego ducha, wielkiej pracy i ogromnej zasługi.

Zygmunt Kolankowski

Redakcja Serwisu.

206 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.