A kiedyś miałem sen… – Tomik prozy Zenona Faszyńskiego. 5.

Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczę, i gdzie złodzieje nie włamuję się, i nie kradnę.
Mt6,20

Jak już wspominałem, będę starał się szerzej opo­wiedzieć o sensie i szczęściu w życiu, przy zapewnionej przez państwo pomocy- pierwszej grupie inwalidzkiej i stałych dochodach, tj. 500 zł + dodatek pielęgnacyjny z zakazem wykonywania jakiejkolwiek pracy. W moim odczuciu w ten sposób postawiona sprawa skazuje wie­lu na powolną, naturalną eutanazję. Słyszałem, że mówi się o zmianie tej ustawy. Sądzę, że lepiej byłoby, gdyby grupa inwalidzka jedynie określała stopień naszej nie­pełnosprawności. A jeżeli ktoś na miarę swoich możliwości będzie mógł z siebie dać coś więcej niż comie­sięczne inkasowanie przydziałowego zasiłku, to gru­pa inwalidzka nie powinna tego odgórnie zakazywać. Prawdą jest, że niepełnosprawność fizyczna ogranicza działanie człowieka. Ale o naszym sukcesie w życiu nie zawsze musi decydować wielkość kapitału, jaki posia­damy. Dlatego obracając nieraz niewielkim kapitałem, i wcale nie muszą być to środki materialne, ponieważ w danej chwili nasz stan fizyczny nie pozwala na coś więcej, możemy mówić o sukcesie i być zadowolonymi z tego, że dajemy coś innym, wydawałoby się z niczego. Wyprzedzając bieg wydarzeń, używając urzędowe­go języka, ogólnie przedstawię się, a potem cofnę się do lat, kiedy byłem zdrowy. I tak krok po kroku postaram się dojść do dnia dzisiejszego. Posłużę się do tego pew­nym zdarzeniem. W niedzielne popołudnie, kiedy leża­łem w szpitalu po wypadku, odwiedził mnie tata. Wyjął z portfela małą książeczkę i dał mi, abym zapoznał się z tym dokumentem. Zacząłem czytać: Zenon Faszyński, urodzony…, zamieszkały… Inwalida I grupy, 100% utra­ty zdrowia, z zakazem wykonywania jakiejkolwiek pracy. Nie znałem wtedy urzędowego określenia stopnia nie­pełnosprawności i w pierwszej chwili przestraszyłem się tego, dlaczego 100% utraty zdrowia, przecież jeszcze żyję. Ale tak naprawdę, było mi obojętne, czy jest to 100%, czy 1000% utraty zdrowia. Sądziłem, że do niczego w życiu nie będzie mi to potrzebne, ponieważ albo będę zdro­wy, albo nie będę żył, a jakiś dokument muszę mieć, aby otrzymywać przydziałowy zasiłek. Wtedy jeszcze nie do­puszczałem do siebie tej trzeciej drogi – bycia przez dłu­gie lata kalekę, a tym bardziej trwania w takim stanie do końca życia. Czytając po jakimś czasie powtórnie to orze­czenie, zatrzymałem się na słowach trwałe kalectwo, co przy pierwszym czytaniu uszło mojej uwadze. A że zdro­wie nie wracało do stanu sprzed wypadku, coraz częściej zacząłem uświadamiać sobie prawdę o moim stanie zdro­wia zawartą w tej malutkiej książeczce. Od tamtej pory minęło trzydzieści lat i nie da się ukryć, że jestem kaleką. Urzędowo – inwalida I grupy, z trwałym uszkodzeniem narządu ruchu i nie tylko.
Przed laty, mniej więcej o tej porze, będąc dwudzie­stolatkiem, kończyłem naukę w Technikum Budow­lanym. W moim życiu osobistym nie było większych kłopotów. Jak każdy młody człowiek miałem kolegów i koleżanki. Poza tym lubiłem sport, a nawet przez jakiś czas uprawiałem czynnie piłkę nożną w naszym Łom­żyńskim Klubie Sportowym. Cieszyłem się dobrym zdrowiem i można powiedzieć nie znałem lekarzy. Od­wiedzałem ich tylko wtedy, gdy trzeba było przejść ja­kieś sportowe badania. W czerwcu, kiedy nauka do­biegała końca, myślałem sobie: odpocznę przez waka­cje, na jesieni dadzą bezpłatne kamasze, kąt do spania, wikt i opierunek, i dwa lata będę miał z głowy. A dopiero po odbyciu służby dla Ojczyzny, trzeba będzie poważ­nie pomyśleć o życiu i to we dwoje, ponieważ chodzi­łem z dziewczyną i myśleliśmy o wspólnej przyszłości. Wspomnę jeszcze o moim stanie ducha w tamtym cza­sie. Z perspektywy lat mogę powiedzieć, że byłem wie­rzącym z metryki, tzn. w księgach parafialnych było za­pisane: ochrzczony, przystąpił do Komunii Świętej, przy­jął Sakrament Bierzmowania. W życiu religijnym Ko­ścioła uczestniczyłem, bo tak wypadało, a nie z potrze­by serca. To był obowiązek, tradycja, tak było przyjęte w rodzinie. Chodziłem tam, ale, mimo iż miałem uszy, nic nie słyszałem i mimo iż miałem oczy, nic nie widzia­łem. W latach szkoły podstawowej dość często uczestniczyłem we Mszy Świętej i innych nabożeństwach ko­ścielnych. Potem nieco rzadziej. Rok przed wypadkiem ponownie, co niedziela byłem w Kościele, dlatego iż moja dziewczyna odczuwała taką potrzebę. Wtedy do Kościoła chodziłem bardziej z miłości do mojej narze­czonej, niż z miłości do Boga. Tak oto (w dużym skró­cie) wyglądał mój stan fizyczny i duchowy.

C.d.n.

Redakcja Serwisu.

669 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

Ziemia i Groby część II

Ludzie więc chlubią się, że wielkich znali, K’temu jedynie, Iż nie poznają się na wielkim mali Pierwej, aż zginie. „Wielkość” 1861, C.K. Norwid. Nie udało się mi do[...]