Czas przeszły. Wspomnienia. (cz.14)

Jak u większości ludzi starych, przychodzi taki czas, gdy w sposób niemal natrętny wspomina się lata, które minęły. Tak się złożyło, że ten okres mojego życia, zwłaszcza dzieciństwo, przypadł na apokalipsę wojny światowej. Były to czasy niezwykłe i dlatego chcę przekazać wszystko to, co widziałem i przeżyłem jako dziecko, a czego dzieci nigdy nie powinny doświadczać.
Początkowo chciałem opisać tylko dzieciństwo, potem w miarę pisania pojawiła się chęć utrwalenia mojej młodości. Opisuję je głównie dla siebie, ale może kiedyś zaciekawi to moje wnuki, a może i kogoś innego.
Tadeusz Rawa.

Pierwsza praca (Warszawa)

Jesienią 1952 roku opuszczałem Łomżę w wisielczym nastroju. Nie dostałem się na studia nie dlatego, że nie chciałem lub nie zdałem egzaminu wstępnego, lecz z powodu sprzeciwu wobec mojej skromnej osoby całego systemu komunistycznego. Ten sprzeciw państwa nie dotyczył tylko chwili obecnej, lecz w ogóle miałem być wyrzucony poza nawias. Zameldowałem się na stały pobyt w mieszkaniu na Kole. W tym czasie Zbyszek po ukończeniu studiów medycznych wymeldował się z Warszawy i przeniósł na stałe do Łomży. Było to moje pierwsze wyjście z domu spod opieki mamy i ciotek i pierwszy mój własny dom. Teraz miałem się rządzić sam. Mieszkanie to, chociaż tak nędzne, stało się obecnie prawdziwym skarbem. Do mieszkania tego, jak wspominałem wcześniej, przekwaterowano naszą rodzinę, to jest mamę, Zbyszka i mnie, w 1948 roku po aresztowaniu ojca. Ja ze Zbyszkiem potraktowaliśmy to jako niezamierzone dobrodziejstwo „władzy ludowej”. Bez tego mieszkania nie mógłbym uzyskać zameldowania w Warszawie na pobyt stały.
Było to stare, jeszcze przedwojenne osiedle drewnianych baraków, w sumie około 30, ustawionych w dwa rzędy. Na pierwszy rzut oka robiły wrażenie obozu koncentracyjnego lub slumsów. Przed wojną zamieszkiwały je rodziny bezrobotnych i różnej innej biedoty. W każdym baraku było 8 mieszkań, wszystkie jednakowe. Składały się z kuchni i jednego pokoju. Ze zdobyczy cywilizacyjnych doprowadzona była jedynie elektryczność. Ubikacje mieściły się na zewnątrz, po wodę też trzeba było chodzi z wiadrem do kranu znajdującego się pomiędzy barakami. Ogrzewane było piecem kaflowym, tzw. westfalką. Cienkie, drewniane ściany nie stanowiły żadnego zabezpieczenia; zimą, zwłaszcza po nocy, woda zamarzała w wiadrze, latem upał wewnątrz był niemiłosierny. Ale pomimo tego było to lokum na wagę złota. Czynsz za to mieszkanie był śmiesznie niski, wynosił miesięcznie zaledwie 17,50 zł.
Poczułem się okropnie osamotniony, więc kiedy spotkałem dwóch kolegów z klasy, którzy dostali się w Warszawie na studia, ale nie mieli gdzie zamieszkać, zaproponowałem im zamieszkaniu u mnie. Był to Wituś Jemielity, który dostał się na weterynarię, i Zbyszek Puchalski, który studiował na Politechnice. I trochę zrobiło mi się raźniej. Stasielc Pieńkowski poszedł „do woja” i na własną prośbę zgłosił się do służby w marynarce wojennej, tak jak wcześniej jego ojciec.
Postanowiłem znaleźć sobie jakąś pracę w Warszawie i po roku ponowić starania o jakieś studia. Znowu pomógł mi w tym Zbyszek. Przez swoich dobrych znajomych zostałem zatrudniony w Zjednoczonych Wytwórniach Wtórnej Skóry na stanowisku kasjera. Do pierwszej w życiu pracy poszedłem 1 października. Teraz już nie pamiętam, co oznaczało słowo „zjednoczone”. Była to spółdzielnia, której zarząd mieścił się w Warszawie przy ulicy Grzybowskiej 13, w obskurnej piętrowej oficynie w głębi podwórza w odrapanej kamienicy, natomiast zakład przetwórczy z maszynami był w Henrykowie pod Warszawą. W całej spółdzielni zatrudnionych było.ogółem stu kilkudziesięciu ludzi.
W tamtych czasach nie było jeszcze syntetyków do wytwarzania obuwia. Działalność zakładu polegała na tym, że zwożono tam ścinki skór twardych z różnych fabryk obuwia. Te ścinki mielono w specjalnym młynie. Powstawała z tego jakby gruba wata, do której dodawano różne chemikalia i lateks. Po zmieszaniu tego w kotłach na gorąco, wylaniu na specjalne stoły, po walcowaniu i wyschnięciu, powstawały twarde, ale elastyczne płyty, używane jako podeszwy do butów, które rozsyłano z powrotem do różnych fabryk obuwia i do zakładów szewskich. Zarząd spółdzielni składał się z około 10 osób. To dziwne, ale po upływie ponad pół wieku przypominam sobie wszystkie nazwiska.
Prezesem spółdzielni był pan Józef Wójcik, tęgawy, sympatyczny ran, po czterdziestce, który w 1939 roku uciekając z wojskiem z Polski osiadł w Rumunii i tam ożenił się z Rumunką. Po wojnie przyjechali do Polski. Ona, bardzo miła pani, dość dobrze mówiła po polsku, ale czasami, gdy nie chcieli ujawnić, co mówią, rozmawiali ze sobą po rumuńsku. Głównym księgowym był Zdzisław Cholewiński (to z jego poręczenia dostałem tę pracę). Poza tym zatrudnionych było troje księgowych: Tadeusz Pikus, Helena Kozak i Irena Ocet. No i ja, świeżo po maturze, bez żadnego przygotowania, jako kasjer. Odpowiedzialny byłem za przeprowadzanie comiesięcznych wypłat pracownikom umysłowym, pracownikom fizycznym w Henrykowie oraz pracownikom sześciu punktów szewskich na terenie Warszawy, no i prowadzenie wszelkich wypłat z kasy spółdzielni. Byłem przerażony, gdyż przez moje ręce przechodziły naprawdę duże sumy pieniędzy. Stosunki w pracy były wspaniałe. Początkowo wszyscy starali mi się pomagać, chodzili ze mną do banku, uczyli, jak prowadzić kasę. Pamiętam, że na początku kilkakrotnie pomyliłem się przy wypłacie – pracownik wziął pieniądze, a jego podpisu na liście nie było, i wtedy nikomu nic nie mówiąc uzupełniałem braki w kasie z własnych pieniędzy. Potem stałem się bardziej uważny. Moje zarobki miesięczne wynosiły około 1300 zł, co było dla mnie pokaźną sumą. Wypłata w zarządzie nie była trudna, natomiast comiesięczna wypłata w Henrykowie wiązała się ze sporymi kłopotami. Przede wszystkim z samego rana trzeba było podjąć w banku dużą sumę pieniędzy. Z tymi pieniędzmi w wypchanej teczce musiałem pojechać do Henrykowa koleją kilkanaście kilometrów lub samochodem pożyczonym ze związku branżowego. Jeśli jechałem pociągiem, to zwykle ktoś mi towarzyszył. Cud, że nikt na mnie wtedy nie napadł. Wypłata w Henrykowie trwała kilka godzin i wracałem już sam, pociągiem, o głodnym pysku, około godziny dziewiętnastej, prosto do domu na Kole. Do moich obowiązków należało również przeprowadzanie comiesięcznych wypłat w sześciu punktach szewskich rozsianych po całej Warszawie i Pradze. Były to właściwie pracownie szewskie, w których przeprowadzano naprawy z wykorzystaniem naszej sztucznej skóry. W każdym z tych punktów zatrudnionych było po 3-4 szewców. Ich zarobki, w porównaniu z moimi, były niewspółmiernie wysokie, zarabiali po 3-4 tysiące miesięcznie. I ja miałem jeździć tramwajem do tych punktów i wypłacać im pobory. Praktycznie mogłem „oblecieć” dziennie po 2-3 punkty, więc zdziwiłem się, że mam przeprowadzić wypłatę tylko w jednym punkcie dziennie. Bardzo mi życzliwy pan Pikus pouczył mnie, że najpierw muszę przeprowadzić wypłatę, sprawdzić wszystkie podpisy na liście, listę starannie złożyć, schować głęboko do kieszeni, a kieszeń najlepiej zapiąć na agrafkę i dopiero wtedy wolno mi usiąść z szewcami pić wódkę. Nie bardzo się tym zmartwiłem, gdyż dotychczas właściwie mocniejszych alkoholi nie piłem i nadal nie miałem zamiaru pić. Poinformowano mnie, że po wypłacie nie muszę wracać do pracy. Wielce zaciekawiony pojechałem na pierwszą wypłatę „do szewców”. Pamiętam, że punkt ten znajdował się na Pradze przy ulicy Targowej. Z chwilą, kiedy wszedłem do zakładu i przedstawiłem się jako nowy kasjer z wypłatą, zakład został zamknięty, po prostu wywieszono tabliczkę – przyjęcie towaru. Wypłata odbywała się w pokoiku na zapleczu. Gdy ja wypłacałem pobory, najmłodszy z szewców wyszedł gdzieś, ale wrócił za chwilę taszcząc w teczce kilka butelek wódki „z czerwoną kartką”, chleb, jakąś kiełbasę, kiszone ogórki, musztardę i tak dalej. Po wypłacie schowałem listę wypłat do kieszeni, ale nie zapinałem jej na agrafkę. Oni zastawili ,stół, ale ja zdecydowanie i stanowczo odmówiłem picia i jedzenia. Na nic to się jednak zdało, bo szewcy zagrozili, że jeśli nie będę pił, to oni będą zmuszeni wlać mi wódkę siłą, a moja odmowa byłaby dla nich „strasznym afrontem”. Długo się broniłem, ale w końcu musiałem ulec. Do domu na Kole wróciłem późnym wieczorem, kompletnie pijany. Od razu rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Następnego dnia wstałem z potężnym kacem, wszystko mnie bolało, kręciło się w głowie, ledwo trzymałem się na nogach. Było to moje pierwsze w życiu tak potężne upojenie. Z trudem dowlokłem się do pracy, a tam wszyscy koledzy już na mnie czekali i nie mogli powstrzymać się od śmiechu. A tu musiałem pójść do następnego punktu szewskiego w innym miejscu, ale z taką samą libacją. Tak trwało to okrągły tydzień, wszędzie z podobnym skutkiem. Byłem przez te wszystkie dni przedmiotem żartów i kpin wszystkich kolegów w pracy, a i w domu moi współlokatorzy używali sobie na mnie, ile wlezie. Strach zajrzał mi w oczy i rozważałem całkiem poważnie porzucenie pracy. Byłem pewny, że jeśli nie wymyślę jakiegoś sposobu zaradczego, to umrę. I w końcu wpadł mi do głowy szatański pomysł. Po miesiącu, przy następnej wypłacie u szewców, najpierw zapytałem o ubikację, mówiąc że czuję się niezbyt dobrze. Wskazano mi ją, zresztą żartowano, że na takie dolegliwości nie ma nic lepszego od wódki. Wszystko odbyło się jak poprzednio, kupiono alkohol, zagrychę, jakiś „owoc”, czyli ogórek i postawiono kieliszki. Wtedy ja zapytałem, czy nie lepiej byłoby pić w czymś większym, na przykład w musztardówkach. Oni nawet ucieszyli się z takiego pomysłu, ponieważ normalnie pili tylko z musztardówek i jedynie z szacunku dla pana kasjera postawili kieliszki. Nastąpiła więc zmiana szkła. Ja złapałem za butelkę, rozlałem po pełnej szklance, wzniosłem toast „abyśmy”, zaraz potem drugą szklankę „na drugą nóżkę”, czymś zakąsiłem i na chwilę przeprosiłem biesiadników. W ubikacji wetknąłem dwa palce do gardła i wszystko poszło „do Rygi”. Po chwili wróciłem do stołu, znowu złapałem za butelkę, nalałem w szklanki i znowu poszedłem w ustronne miejsce. Udawałem oczywiście pijanego, chociaż pomimo moich zabiegów i tak szumiało mi w głowie. Szewcy byli naprawdę pijani. Następnego dnia poszedłem do pracy jak skowronek, wesolutki i uśmiechnięty. A tam wszyscy już na mnie czekali i byli mocno zawiedzeni, zaczęli wątpić, czy przeprowadziłem wypłatę. Odbyła się taka mniej więcej rozmowa telefoniczna: „ Kasjer wczoraj u was był? Był. Wypłata była? Była. To jak zrobił, że wykręcił się od picia? Ależ pił i to jak smok. Taki młody cholera, a łeb ma jak stary szewc”. Od tego czasu powtarzałem to przy każdej wypłacie u szewców, potem nawet nie trzeba było używać palców, samo szło. Jak mnie pytali, dlaczego przed miesiącem tak źle znosiłem picie, to tłumaczyłem, że wtedy w ogóle czułem się kiepsko. Był to sposób obrzydliwy, ale dzięki temu nie umarłem młodo, no i nie musiałem porzucać pracy. Uchodziłem za faceta z piekielnie mocną głową.
W pracy początkowo tylko pan Cholewiński wiedział, że ojciec przebywa w więzieniu, wszystkim innym mówiłem, że ojciec zginął w czasie wojny. Oprócz ścisłego zarządu w spółdzielni był również „czynnik” polityczny, sekretarz POP, niejaki Henryk Chymkowski, człowiek bez wykształcenia, mający duże trudności w skleceniu najprostszego pisemka. Starałem się utrzymywać z nim dobre stosunki, pomagałem mu w redagowaniu różnych dokumentów, z czego on bardzo chętnie korzystał. Drugim „czynnikiem” była personalna Maria Pieńkowska. Ona także była „mało piśmienna” i wkrótce też korzystała z mojej pomocy. Między innymi pomagałem jej pisać różne sprawozdania, pisma do władz spółdzielni, a przede wszystkim w wystawianiu opinii pracownikom. Wyglądało to w ten sposób, że ona mówiła mi, co chce napisać, a ja to ubierałem w słowa. Chodziło mi o to, by zaskarbić sobie przychylność tych osób i wydaje mi się, że to osiągnąłem. Ten „czynnik polityczny” na szczęście dla innych pracowników miał osobny pokój, tam, gdzie ja pracowałem, było jeszcze tylko czterech księgowych. Prezes Wójcik zajmował swój gabinet.
Sądzę, że byłem w pracy ogólnie łubiany, zwłaszcza ceniono sobie opowiadane przeze mnie kawały i dowcipy. Wszyscy koledzy z mojego pokoju nie byli entuzjastami „radosnych przemian” w kraju, jednakże staraliśmy się nie mówić nic nieprawomyślnego przy „czynniku politycznym”. Po śmierci Stalina, 5 marca 1953 roku, nakazano ogólną, głęboką żałobę narodową. O godzinie dwunastej w południe wszyscy powinni stanąć na baczność koło swojego stanowiska pracy, aby uczcić tym odejście „wielkiego człowieka”. Gdy zbliżała się godzina tego hołdu, pan Cholewiński najpierw spytał się obecnych w pokoju, czy komuś zależy na tym „patriotycznym” czynie, a gdy wszyscy zaprzeczyli, polecił mi (jako najmłodszemu) zamknąć od wewnątrz drzwi na klucz. Wyjął z teczki butelkę wódki, pieczywo, kabanosy i coś tam jeszcze, rozdał to wszystkim i wspólnie wypiliśmy „na pohybel wielkiemu przyjacielowi całej ludzkości i narodu polskiego”. Nie ulega żadnej wątpliwości, że gdyby się to wydało, wszyscy ponieślibyśmy poważne konsekwencje. Było to jednak zgrane towarzystwo. W pracy stopniowo czułem się coraz lepiej.
Wiosną 1953 roku zacząłem rozglądać się za jakąkolwiek możliwością dostania się na studia. Znowu pomógł mi Zbyszek. Był on w dobrej komitywie z prof. Kiełczewskim, dyrektorem liceum w Łomży, gdyż często razem grali w brydża. Dyr. Kiełczewski wydał mi nowe „papiery”, już bez wpisu czynnika politycznego, że jestem wrogiem ludu. Tym sposobem miałem załatwioną jedną sprawę, pozostała jednak druga -wybór uczelni. Na SGGW nie mogłem się starać ponownie z wiadomych przyczyn. Zbyszek podsunął mi myśl, abym złożył papiery do Akademii Medycznej w Warszawie. Nie bardzo wierzyłem, abym mógł się tam dostać, gdyż na te studia było znacznie więcej chętnych niż miejsc, ale Zbyszek obiecał mi pomóc. W Zakładzie Anatomii Prawidłowej pracował na stanowisku adiunkta jego dobry kolega z czasów studiów. Kierownikiem zakładu był prof. Sylwanowicz, pełniący również funkcję dziekana odpowiedzialnego za rekrutację na studia. Profesor został poinformowany o moich kłopotach, to znaczy, że ojciec siedzi w więzieniu za sprawy polityczne, lecz że w papierach o tym nie ma ani słowa. Profesor obiecał, że jeśli tylko zdam egzaminy z wynikiem dobrym, to będę przyjęty na studia. Teraz to mój obecny zakład pracy występował oficjalnie, rekomendując mnie na wyższe studia. Opinię tę wystawiała mi personalna Pieńkowska i sekretarz POP Chymkowski. Za ich zgodą, choć z pewnym ociąganiem, opinię napisałem sobie sam, a oni ją zaakceptowali i podpisali. I w ten sposób zatarłem za sobą miano „wroga klasowego”. Ochoczo zabrałem się więc za przygotowania do czekających mnie egzaminów.
Wiosną 1953 roku w pracy wynikł pewien problem. Prezes Wójcik wyjeżdżał z żoną na urlop do Rumunii. Przed tym wyjazdem podpisał mi in blanco pięć czeków do banku. Na każdym takim czeku musiały być trzy podpisy: prezesa spółdzielni, głównego księgowego i mój jako kasjera. Podpisanie in blanko tych czeków było konieczne, aby w czasie nieobecności prezesa można było podejmować pieniądze z banku na wypłaty pracownicze. Tymczasem spółdzielnia musiała pilnie dodatkowo wierzycielowi zapłacić pewną sumę i zabrakło nam jednego czeku na pobranie pieniędzy na wypłatę dla załogi. Powstał więc poważny problem. Postanowiliśmy, księgowi i ja, w ścisłej tajemnicy podrobić podpis prezesa. Zabraliśmy się więc do prób podrabiania tego podpisu. Wszyscy zgodnie orzekli, że moja podróbka była najlepsza. Obecnie zdaję sobie sprawę z tego, że starsi koledzy chyba mnie podpuścili. Dość, że to ja postawiłem na czeku na poważną sumę podrobiony podpis prezesa. Jednak do banku w celu zrealizowania tego czeku wysłana została inna pracownica, która nie została wtajemniczona w oszustwo. Długo jej nie było, wszyscy czekaliśmy w napięciu. Wreszcie przyszła wzburzona i opowiedziała, jak to bezczelna kasjerka w banku zakwestionowała autentyczność podpisu prezesa i dopiero wezwany grafolog bankowy potwierdził jego autentyczność. Pamiętam, że wszyscy długo się z tego śmiali, nawet prezes Wójcik, któremu po jego powrocie wszystko opowiedzieliśmy.
Zbliżało się lato. W pracy o moim ojcu wiedziało tylko kilka osób (głupio wygadałem się co niektórym). Tymczasem stałem się zupełnie niechcący świadkiem bijatyki pomiędzy dwoma pracownikami spółdzielni. Awantura z mordobiciem wynikła pomiędzy niejakim Abramem Szlachtowiczem, prostym niewykształconym szewcem, przysłanym do naszej spółdzielni przez związek branżowy na stanowisko wiceprezesa. Była to po prostu wtyczka polityczna. Drugim uczestnikiem sporu był pan Pilch, kierownik zaopatrzenia, przedwojenny oficer, pan bardzo dystyngowany. Piastował on jednocześnie funkcję przewodniczącego Rady Nadzorczej spółdzielni. Nie pamiętam już, o co im poszło, ale się pobili. Sprawa stała się poważna. Szlachtowicz podał Pilcha do sądu o pobicie i znieważenie (Pilch nazwał go „parszywym Żydem”). Na domiar złego pan Pilch, pomimo tego, że był przewodniczącym Rady Nadzorczej, został bezprawnie zwolniony, a ja, ponieważ byłem jego zastępcą, automatycznie zostałem przewodniczącym Rady Nadzorczej. W tej sytuacji, za namową zarządu spółdzielni i samego prezesa Wójcika, zwolniłem z pracy Szlachtowicza. I tak, zamiast myśleć o swoich studiach, wplątałem się w straszną awanturę. Sprawa oparła się o władze Zjednoczenia. Moja decyzja o zwolnieniu Szlachtowicza została cofnięta, a ja podałem się do dymisji ze stanowiska przewodniczącego Rady Nadzorczej. Obaj panowie podali mnie do sądu jako bezpośredniego świadka zajścia i obaj, zupełnie nie wiem, jakim sposobem, dowiedzieli się o moim ojcu. Powstał więc poważny problem, gdyż obaj nakłaniali mnie do korzystnych dla siebie zeznań w sądzie, przy czym robili delikatne aluzje co do mojego ojca i że prawdopodobnie zataiłem to w moim podaniu do uczelni. Znalazłem się więc w sytuacji między młotem a kowadłem. Z wielkim niepokojem czekałem na ewentualne wezwanie do sądu. Moje usilne starania, aby doszło między nimi do ugody poza sądem spełzły na niczym.
Przed egzaminem otrzymałem urlop wypoczynkowy i przysługujący mi jako młodemu pracownikowi ubiegającemu się o przyjęcie na studia jeden miesiąc urlopu okolicznościowego na naukę. Na te przygotowania pojechałem do Łomży i starałem się uczyć solidnie, zdając sobie sprawę, że to moja ostatnia szansa. Na wszelki wypadek nie zdradzałem się z moimi zamiarami łomżyńskim znajomym, aby nie wtrącił się znowu w moje życie „czynnik polityczny”.
Wreszcie nadszedł czas próby. Pojechałem do Warszawy z duszą na ramieniu. Chętnych na studia było znacznie więcej niż miejsc, lecz wydaje się, że nie był to tak wielki tłok jak w latach następnych. Egzamin pisemny z biologii napisałem na ocenę dobrą z plusem. Przy egzaminie ustnym był obecny miedzy innymi prof. Sylwanowicz. Szło mi dobrze. Na koniec egzaminu „czynnik polityczny” jako jeden z egzaminatorów zadał mi pytanie: Ile razy Związek Radziecki dał Polsce wolność? Bez zastanowienia odpowiedziałem, że cztery razy. Widziałem podniesione brwi pana profesora, zdziwiony był moją odpowiedzią również „czynnik”, który poprosił o wyjaśnienie tego zagadnienia. Przełknąłem więc ślinę i zacząłem wyliczać: Po raz pierwszy Polska otrzymała wolność, gdy w 1918 roku Lenin wydał dekret o niepodległości naszego kraju, po raz drugi, gdy w 1920 roku powstał w Białymstoku rząd polski, po raz trzeci w 1939 roku gdy wojska radzieckie oswobodziły pół Polski i wreszcie w 1944 roku. Na to „czynnik”: A to kolega pochodzi z części wschodniej Polski ? Ja że tak, na co on: a to jest wszystko w porządku. Widziałem jak profesor wstrzymuje się od śmiechu.
Po kilku dniach wywieszone zostały w dziekanacie na Filtrowej wyniki egzaminów wstępnych. Poszedłem z duszą na ramieniu. W dziekanacie przed wywieszonymi listami kłębił się tłum chętnych na studia. Miotały mną sprzeczne uczucia, z jednej strony chciałem jak najszybciej je sprawdzić, a z drugiej bałem się tego. Wreszcie jakoś przemogłem się i zacząłem czytać listy. A było ich kilka, gdyż dotyczyły dwóch kursów medycznych, ogólnego i pediatrycznego, oraz jakiegoś kursu lekarskiego „sanitarno-higienicznego”. Zupełnie nie wiedziałem, co ten ostatni oznaczał, ale na tej liście ujrzałem wreszcie swoje nazwisko, jako przyjętego na pierwszy rok studiów medycznych roku akademickiego 1953/54. Pamiętam, że w skowronkach pobiegłem na przystanek tramwajowy, potem jednak wróciłem do dziekanatu, aby upewnić się, czy rzeczywiście zostałem przyjęty, a potem już piechotą, gdyż rozsadzała mnie energia, poszedłem z ulicy Filtrowej do wujka Stefana na Wolę, aby się tym pochwalić. Po egzaminie wróciłem jeszcze do pracy, ale właściwie byłem już „na wylocie”. Pracowałem do końca sierpnia.

Materiał pochodzi z książki Tadeusza Rawy. Czas Przeszły.

 

 

417 Ogólnie 4 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.