Czas przeszły. Wspomnienia. (cz.15)

Jak u większości ludzi starych, przychodzi taki czas, gdy w sposób niemal natrętny wspomina się lata, które minęły. Tak się złożyło, że ten okres mojego życia, zwłaszcza dzieciństwo, przypadł na apokalipsę wojny światowej. Były to czasy niezwykłe i dlatego chcę przekazać wszystko to, co widziałem i przeżyłem jako dziecko, a czego dzieci nigdy nie powinny doświadczać.
Początkowo chciałem opisać tylko dzieciństwo, potem w miarę pisania pojawiła się chęć utrwalenia mojej młodości. Opisuję je głównie dla siebie, ale może kiedyś zaciekawi to moje wnuki, a może i kogoś innego.
Tadeusz Rawa.

Studia (1)

W początku września odbyła się uroczysta inauguracja. Na pierwszy rok studiów przyjętych zostało ok. 700 osób podzielonych na dwa równoległe kursy, liczące po około 350 osób każdy. Ja byłem przydzielony do grupy 17. pierwszego kursu oznaczonego literą „A”. Program pierwszych dwóch lat był taki sam dla wszystkich, po czwartym semestrze, tj. po drugim roku, miał nastąpić podział na wydział lekarski ogólny, wydział lekarski pediatryczny, wydział lekarski sanitarno-higieniczny i wydział stomatologiczny. Wydział sanitarno-higieniczny (nazywany w skrócie san-hig) był to nowo powstały kierunek studiów medycznych o rozszerzonym programie epidemiologicznym. Nie bardzo byłem tym zachwycony, gdyż wolałbym studiować na normalnym kierunku ogólno-medycznym. Na razie jednak studia były takie same dla wszystkich.
Wszyscy byliśmy bardzo przejęci. Stopniowo poznawaliśmy się i tworzyliśmy grupki, w których uczyliśmy się i organizowaliśmy różne wypady, najczęściej do kina czy na spacery. W pierwszych tygodniach poznałem się z Bogdanem Wereszczakiem. Był to chłopak z Warszawy, utykał na nogę. Namówił mnie, abyśmy sami postarali się o czaszki do nauki osteologii. Taka pomoc w domu miała znacznie ułatwić poznanie skomplikowanej budowy głowy. W tym celu pewnego dnia pojechaliśmy tramwajem na cmentarz bródnowski. W zarządzie cmentarza zapytaliśmy o grabarza, skierowano nas do odpowiedniego kwartału. Pamiętam, że człowiek, którego szukaliśmy nazywał się Henryk Sienkiewicz. Zajęty był przy kopaniu nowych grobów. Groby te były kopane na miejscu starych. Jeśli w ciągu 20 lat nikt nie opiekował się grobem, to w tym miejscu urządzano nowy, a kości poprzedniego nieboszczyka były zakopywane głębiej. Zastaliśmy człowieka kopiącego właśnie taki grób. Zapytaliśmy się o pana grabarza, a ten, zanim powiedzieliśmy o co nam chodzi, spytał tylko, czy jesteśmy z akademii medycznej, czy z akademii wychowania fizycznego. Kazał nam usiąść na ławeczce i czekać. Po pewnym czasie zawołał nas i wyrzucił nam z dołu po jednej czaszce, po kilka kręgów szyjnych, piersiowych i lędźwiowych i jeszcze jakieś drobne kości. Byliśmy tym zdziwieni, gdyż chodziło nam wyłącznie o czaszki, ale on powiedział, że wie co daje i że to na pewno będzie nam potrzebne. Byliśmy zachwyceni jego profesjonalizmem. Daliśmy mu za to 50 zł. Nie mieliśmy ze sobą żadnych toreb, wobec tego zawinęliśmy te nasze „pomoce naukowe” w gazety i wsiedliśmy do tramwaju. Kości jednak co rusz wysuwały się z gazet i ludzie patrzyli na nas podejrzliwie. Kości były zupełnie spreparowane przez czas, właściwie czyste, ale dla pewności w domu umyłem je, zdezynfekowałem i na razie wrzuciłem pod łóżko.
Jest niezmiernie trudno opisać tak bujne, bogate, pełne wrażeń życie studenckie w ciągu tych pięciu lat. Już w pierwszych tygodniach zaczęły się tworzyć grupy koleżeńskie. W mojej siedemnastej grupie jakoś zupełnie samorzutnie dobrało się towarzystwo czterech chłopaków i czterech dziewczyn:
Janek Antczak – pochodził z Kalisza, był sierotą. Opiekowała się nim ciocia, siostra matki. Mieszkała z mężem i kilkuletnim synkiem w luksusowym mieszkaniu przy ul. Filtrowej. Janek mieszkał u wujostwa na prawach członka rodziny. Często bywałem u niego w domu, a jego ciocia traktowała mnie przychylnie. Z Jankiem łączyła mnie chyba największa przyjaźń, u niego spędziłem wiele godzin na wspólnej nauce. Bardzo miło wspominam jego i jego ciocię. Andrzej Lesiak – pochodził z Łowicza, tam mieszkali jego rodzice. W Warszawie mieszkał u swojego dziadka, w maleńkim mieszkanku na poddaszu w domu przy ulicy Kopińskiej. Jego dziadek, starszy wąsaty pan, pracował jeszcze chyba jako nocny dozorca. Tam też często bywałem.
Rysiek Gniazdowski – pochodził z Grudziądza, mieszkał w akademiku. No i ja jako czwarty. A z dziewczyn:
Tereska Wojciechowska, pochodziła z Połańca. Z tej racji, że jej stryj był księdzem, mieszkała w domu prowadzonym przez siostry zakonne przy ulicy Mokotowskiej. Wołaliśmy na nią „Puszkin” ze względu na jej uczesanie.
Irmina Sobieraj mieszkała z rodzicami we Włochach pod Warszawą, jej rodzice mieli własny domek z ogródkiem przy ul. Promienistej 16. U niej bywaliśmy chyba najczęściej całą paczką, urządzaliśmy tam różne spotkania i prywatki. Rodzice byli bardzo mili, niestety tato zmarł chyba w 1953 lub 1954 roku. Byliśmy całą paczką na pogrzebie.
Danusia Zawirska, zwana przez nas Dinuś. Mieszkała na Pradze w dużym, jeszcze przed wojną wybudowanym bloku, jej ojciec był oficerem. U Danusi też często bywaliśmy, najczęściej na prywatkach. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy wszedłem do jej mieszkania, stanąłem zdumiony, gdyż miało ono identyczny rozkład jak nasze przedwojenne mieszkanie w Poznaniu. Z tego wnoszę, że były to budowane przed wojną typowe bloki mieszkalne dla oficerów.
Hania Ossowska – mieszkała z rodzicami na Pradze w domku jednorodzinnym z ładnym ogródkiem, naprzeciwko dworca Warszawa Wschodnia. Jej tato był jakimś ważniejszym pracownikiem na kolei. Z przyjemnością bywaliśmy w tym miłym domku, z miłymi rodzicami Hani, czuliśmy się u niej jak u siebie, a jej ojciec często bawił się z nami, zupełnie jakbyśmy byli rówieśnikami.
Był to trzon naszej siedemnastej grupy. Oczywiście okresowo dochodzili i inni, ale nasza ósemka zawsze trzymała się razem. (Bogdan Weresz-czak jakoś nie przystał do naszego towarzystwa). Nigdy nie nudziliśmy się. Często razem uczyliśmy się, najczęściej jednak chodziliśmy całą paczką do kina. Wyglądało to w ten sposób, że jedno z nas urywało się z zajęć, jechało wcześniej do kina i kupowało wszystkim bilety. Potem zjawiała się reszta paczki i wchodziliśmy na film. Pamiętam, że pewnego razu namówiłem wszystkich na stary hiszpańsld czy meksykański film pod tytułem Pepita Jimenez. Film ten oglądałem kilka lat wcześniej i bardzo mi się wtedy podobał. Obecnie jednak okazał się przeokropną, naiwną szmirą. Z tego powodu przez dłuższy czas wszyscy strasznie się ze mnie nabijali
W ramach naszej ścisłej paczki szybko potworzyły się sympatyzujące ze sobą pary. Ja zacząłem pałać uczuciem do Tereski, Janek do Hani, Rysio do Dinuś, a Andrzejek do Irminki. Byliśmy zgrani, młodzi, szczęśliwi, na ogół beztroscy i chciwi wrażeń. Z tą beztroską to może nie było tak do końca, gdyż wszyscy czterej z naszej paczki byliśmy najczęściej bez grosza. W początkowym okresie miałem nieco odłożonych pieniędzy z okresu pracy w spółdzielni, wkrótce jednak te szczupłe zasoby wyczerpały się. Mama była bez pracy i nie mogła mi nic przysyłać. Zbyszek był początkującym lekarzem, miał już założoną rodzinę i małe dziecko, pomagał trochę mamie i był w stanie przysyłać mi tylko 100 zł miesięcznie. Pewnym wsparciem były okresowe wizyty u wujka Stefana. Mieszkał z rodziną (ciocia Basia i dwoje dzieci: Hania i Leszek) w willi na Woli, był lekarzem i wspierał mnie czasami niebagatelną dla mnie sumą 500 zł. Czułem się jednak nieco upokorzony tą sytuacją i starałem się nie nadużywać jego hojności. Chodziłem tam tylko wtedy, gdy bieda przyciskała mnie mocniej. Żyłem więc bardzo skromnie. Obiady jadałem w stołówce akademickiej w Domu Medyka przy ul. Oczki. Śniadań prawie nie jadałem, kolacje też były mizerne. W związku z tym moim głównym posiłkiem były studenckie obiady. W takiej sytuacji było wielu studentów, a między innymi Janek i Andrzej. W czasie obiadu można było prosić o dokładkę zupy i dania drugiego, ale już bez mięsa, dlatego staraliśmy się zjeść jak najwięcej. Ubranie też było skromne. Typowym „uniformem” studenta medycyny w tamtych czasach była zwykle brązowa marynarka welwetowa (były nie do zdarcia) i ciemne spodnie, najlepiej, żeby się świeciły na tyłku. Był to tak powszechny studencki ubiór, że gdy niektórzy z kolegów w początkowym okresie studiów zaczęli przychodzić na zajęcia elegancko ubrani, to po kilku tygodniach zmieniali swoje stroje i ubierali się tak jak wszyscy. Bieda była powszechna, ale nie odbierało to nam humoru.
Na pierwszym semestrze mieliśmy osteologię. Czaszka, którą przyniosłem z cmentarza, okazała się bardzo pomocna. Uczyłem się na nie; poza domem. Pozostałe kości pozostały pod łóżkiem, potem o nich zapomniałem. Zimą przyjechała do mnie mama. Ja wyszedłem rano na zajęcia, a mama postanowiła posprzątać mieszkanie. Gdy wróciłem do domu. zastałem mamę zdenerwowaną. Zaczęła mi robić wymówki, że tak zupełnie schamiałem, iż wyrzucam kości po jedzeniu pod łóżko. Wprost krzyczała: czy ty widziałeś, aby kiedykolwiek u nas w domu rzucano resztki po jedzeniu w różne kąty? Początkowo nie wiedziałem o co chodzi, dopiero po chwili zaświtało mi, że to chodzi o moje „pomoce naukowe”. A co mama z tymi kośćmi zrobiła? Jak to co, wyrzuciłam do śmietnika. Pobiegłem, ale ich już tam nie było. Trzeba było zobaczyć minę mamy, gdy dowiedziała się, że to były ludzkie kości. Długo nie mogła dojść do siebie, dziwiła się, że mogłem tak spokojnie z nimi spać. Odpowiedziałem, że no cóż, taka jest medycyna. W ten sposób czaszka została, a inne kości musiałem potem pożyczać od kolegów.
Pewnej niedzieli późną jesienią 1953 roku uczelnie warszawskie wyszły na studencki czyn społeczny. Polegał on na porządkowaniu terenu pod zakładany wówczas park na Powiślu. Na terenie tym widoczne były jeszcze wyraźne ślady wojny: doły po okopach, leje po wybuchach bomb, było pełno gruzu. Nasze zadanie polegało na wyrównaniu terenu, rozrzucaniu ziemi, grabieniu, wytyczaniu alejek i sadzeniu młodych drzewek. W czynie brali udział studenci z różnych uczelni. W czasie tych prac wygrabiane były liczne kości. Były to ludzkie kości, prawdopodobnie po powstańcach, a być może i po żołnierzach polskich, którzy w początkowej fazie Powstania Warszawskiego przeprawili się z Pragi z pomocą i tu, na Powiślu, ponieśli duże straty. Jako biegli wówczas w osteologii zaczęliśmy z Jankiem oglądać te kości i przepytywać się. Wyglądało to w ten sposób, że któryś z nas podnosił fragment kości i pytał: A co to? Ano kość czołowa. A która strona? Prawa. A nie, bo lewa. Racja. I tak zabawialiśmy się przez pewien czas. Nagłe zorientowaliśmy się, że pracujący obok nas studenci, chyba z Politechniki, znieruchomieli i pytają: – Chłopaki, to ludzkie? My na to: Oczywiście. Oni: Żartujecie. No to my podnieśliśmy kilka kości i zaczęliśmy „przykładać” do chłopaków z Politechniki. Musieli uwierzyć. Teraz, gdy jadę czasami tramwajem i mijam ten park, w którym rosną potężne, przeszło czterdziestoletnie drzewa, uświadamiam sobie, że park ten wyrósł na polskich ofiarach Powstania Warszawskiego.
Z niecierpliwością i pewnymi obawami oczekiwaliśmy zajęć na sali prosektoryjnej. I rzeczywiście, pierwsze wrażenie było okropne. W olbrzymiej, wyłożonej kafelkami, jasno oświetlonej sali stało rzędami około 30 metalowych stołów, a na nich zwłoki ludzkie. Zwłoki te przedtem były długo moczone w formalinie, skutkiem czego były blade, jakby z wosku. W sali wyczuwało się intensywny zapach formaliny (czasami aż piekły oczy). Mieliśmy zakaz używania do tych zajęć rękawiczek i nasze ręce były jak wygarbowane (jedynie, gdy któryś student miał jakieś zmiany chorobowe na rękach, wyjątkowo pozwalano mu na założenie rękawic gumowych). Do każdych zwłok przydzielonych było po kilku studentów, którzy pod kierunkiem asystentów przystępowali do preparowania poszczególnych części ciała. To pierwsze niemiłe wrażenie na sali prosektoryjnej stopniowo zmniejszało się, aż wreszcie przystępowaliśmy do tych zajęć jak do każdych innych. Były one pierwszym wtajemniczeniem do przyszłego zawodu lekarza.
Ten wspaniały okres mojego życia studenckiego został w maju 1954 roku poważnie zagrożony. Oto dopiero teraz dostałem wezwanie do sądu w charakterze świadka w sprawie o wzajemne pobicie Pilcha i Szlachtowicza. Byłem więc w niemałych opałach. Gdyby sprawa wydała się, to nie miałem żadnej wątpliwości, iż byłbym usunięty ze studiów. W tym czasie na naszym roku komentowana była sprawa jednego z kolegów, którego usunięto z uczelni za to, iż w swoim podaniu napisał nieprawdę. Podał, że ojciec posiada tylko 3 ha ziemi, a tymczasem wydało się, że jest synem kułaka, który miał 15 ha. Pamiętam, że przed rozprawą układałem sobie przypuszczalne kwestie tak, aby żadnej strony zbytnio nie zrazić. Na rozprawie lawirowałem strasznie, poza tym grałem trochę idiotę i chyba mi się udało, gdyż o dziwo, żadnemu z nich nie chciało się pisać donosu w mojej sprawie, jednak długo potem oczekiwałem katastrofy. Na szczęście skończyło się na strachu i stopniowo o wszystkim zapomniałem.
Moje ubóstwo było chyba dość widoczne, gdyż kolega z innej grupy, będący kimś ważniejszym we władzach ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej, do którego należała większość studentów) uparł się, że wystara się dla mnie o stypendium. Byłaby to dla mnie katastrofa, ponieważ przy składaniu papierów na to stypendium wydałoby się, że ojciec przebywa w wiezieniu (ja podałem w papierach, że nie żyje). Tymczasem on uparł się, że to stypendium muszę dostać. Temu koledze (nazywał się Ragiel, potem okazało się, że był fajnym chłopakiem, po wielu latach śmieliśmy się z tego) nie mogłem powiedzieć prawdy, więc pewnego dnia zwymyślałem go, niby za jakieś głupstwo, i dopiero wtedy zrezygnował z niesienia mi pomocy.
Czas na studiach składał się z okresów fajnych, gdy chodziliśmy do kina, na prywatki i inne atrakcje i mniej radosnych, to znaczy z nauki i konieczności zdawania sprawdzianów, kolokwiów, a wreszcie egzaminów. Ten pierwszy rok był najtrudniejszy. Musieliśmy się wdrożyć w nowy dla nas tryb nauki. Poza tym nad każdym z nas wisiała groźba, iż nie zaliczając pierwszych dwóch semestrów, nie będzie mógł powtarzać roku i zostanie usunięty ze studiów. Trzeba więc było często odłożyć na bok wszelkie przyjemności życia studenckiego i uczyć się i jeszcze raz uczyć. Czasami wydawało się, że już nic więcej do głowy nie wejdzie, że to już koniec, że trzeba się będzie pożegnać z uczelnią i fajną paczką. I nagle, po zdanym pomyślnie egzaminie wszystko mijało, świat znowu wydawał się radosny, a głowa lekka i gotowa do nowej nauki. Pamiętam, że w okresach zmęczenia całe studia przedstawiały mi się jako wysoka góra, na którą trzeba było mozolnie się wspinać. Gdzieś tam na samym szczycie ledwo majaczyła meta, jaką był dyplom lekarza. W czasie tej wspinaczki, podzielonej na pięć lat, w sumie dziesięć semestrów, należało pokonywać większe i mniejsze progi. Czasami droga ta wydawała się prawie nie do przebycia, ale z drugiej strony nie było innej alternatywy. Takie odczucia mieli chyba wszyscy. Stopniowo jednak nabieraliśmy wprawy, niejako trudy te stawały się naszą normalnością. Ten pierwszy rok wydawał się najtrudniejszym, gdyż musieliśmy się nauczyć studiować.
W pierwszym semestrze rozpoczęły się wykłady i ćwiczenia z anatomii prawidłowej. Wykłady prowadził prof. Witold Sylwanowicz. Ponieważ miał również wykształcenie artystyczne (kończył Akademię Sztuk Pięknych), na tablicy w sali wykładowej rysował kolorowymi kredami artystyczne plansze anatomiczne. Podstawowym podręcznikiem do tego przedmiotu było kilka opasłych tomów Anatomii człowieka Bochenka, które nabyłem za niemałe pieniądze w antykwariacie. W pierwszym semestrze uczyliśmy się osteologii. Stopniowo trzeba było zaliczać kolokwia z poszczególnych części układu kostnego.
Pierwsze kolokwium z kolana zaliczyłem na trzy z plusem. Po jakimś czasie wezwał mnie do siebie pan adiunkt (ten sam, który pomógł mi dostać się na studia) i strasznie mnie zbeształ. Powiedział, że spodziewał się lepszego wyniku. Przykazał mi, abym po każdym kolokwium lub po zaliczeniu pokazywał mu swój indeks. Dodał, że poręczył za mnie panu profesorowi Sylwanowiczowi i nie chce z tego powodu świecić oczami. Wyszedłem od niego zły na siebie i upokorzony. Odtąd przygotowując się do sprawdzianów miałem na uwadze, że będę musiał potem pójść do niego. Następne kolokwium zaliczyłem już na ocenę dobrą, z czego pan adiunkt nie był zadowolony tak do końca. Jednak następne kolokwia z anatomii zaliczałem już na piątki. Sam egzamin z tego przedmiotu miał być dopiero na drugim roku, po trzecim semestrze.
Tymczasem w pierwszym semestrze istotne były dwa przedmioty: biologia i chemia nieorganiczna. Egzamin z biologii (pisemny) nie nastręczał większych problemów, chemię zaś należało zdać u prof. Wierzchowskiego. Był to człowiek zwalistej budowy, sprawiający wrażenie niemrawego, którego nazywaliśmy „Muł”. Był wymagającym wykładowcą tego przedmiotu sporo studentów odpadało po pierwszym roku. Na gzamin wchodziły cztery osoby i pan profesor zadawał kolejno pytania, pamiętam, że wszedłem razem z Jankiem Antczakiem, którąś z koleżanek i z Karolkiem Starzyńskim. Był on znacznie starszy od nas. Nie wiem, jakim cudem dostał się na medycynę, bo nauka sprawiała mu wyraźne kłopoty. Zachowywał się często jakoś dziwacznie. Pan profesor zadawał pytania zza gazety, którą trzymał przed sobą. Pytania były typowe, a odpowiedzi nasze w miarę poprawne. W końcu padło pytanie skierowane do Karolka, co to jest ciężar cząsteczkowy? Karolek zaczął coś plątać, w końcu jednak wydukał, że jest to porównanie ciężaru danej cząsteczki z ciężarem tlenu. Trwało to dość długo, a pan profesor opuścił gazetę, cierpliwie domagając się od niego, aby podał, ile tego tlenu ma być. Żartobliwie podpowiadał: czy ma to być gram, kilogram, czy może tyle co w tym pokoju? Na to Karolek zaczął się dziwacznie śmiać, mówiąc, że minimalna ilość. Pokazał przy tym na koniuszku swojego palca, ile tego miało być. Wszyscy parsknęli śmiechem, a najbardziej ubawiony był sam egzaminator. Karolek niestety oblał ten egzamin.
Na koniec drugiego semestru liczyły się dwa egzaminy: z chemii organicznej- też u prof. Wierzchowskiego, otrzymałem piątkę, i drugi – z fizyki, przedmiotu, którego nie lubiłem jeszcze w liceum. Zajęcia z fizyki prowadził prof. Kapuściński, wysoki, chudy pan w przykrótkich spodniach. Polegały one na wykładach profesora i na ćwiczeniach w zakładzie fizyki. Zdając sobie sprawę z konieczności zdawania egzaminu starałem się, aby na każdych ćwiczeniach otrzymać ocenę dobrą. Gorzej było z teorią. No i wreszcie nadszedł czas próby. W dużej sali rozstawionych było kilka stołów, przy których siedzieli adiunkci. Pan profesor każdemu studentowi wręczał kartkę, na której było po pięć pytań. Studenci siadali na krzesłach i mieli chwilę czasu, aby zastanowić się nad odpowiedzią. Potem egzaminujący wzywali do siebie pojedynczych studentów i odbywał się egzamin (profesor nie egzaminował). Wszedłem usztywniony i zaraz na wstępie zamurowało mnie. Pan profesor zsunął okulary na czoło i rzucił mi pytanie: Panie Rawa, czy czytał pan książkę Kraszewskiego Król chłopów? Zaniemówiłem, ale przypomniałem sobie, że kiedyś ją czytałem. Wobec tego przytaknąłem, na co profesor powiedział: Występuje tam wielki magnat, wielki człowiek Kochan Rawa, doradca króla Kazimierza. Na co ja szybko potwierdziłem, ale dodałem, że nie jest to żaden mój przodek. Profesor roześmiał się, mówiąc: Dobrze pan mówi. No więc wziąłem kartkę z pytaniami i usiadłem, aby podumać nad odpowiedzią. Wśród egzaminujących najgorszą sławą cieszył się adiunkt Gronczewski, wszyscy się go bali, gdyż był „upierdliwy” i bardzo często oblewał. Gdy tak siedziałem i zastanawiałem się, zobaczyłem, że Karolek Starzyński jest „poniewierany” przez Gronczewskiego. Ten zaczął mu wymyślać, Karolek coś mu tam gadał i w pewnym momencie Gronczewski, bardzo zdenerwowany, kazał się Karolkowi wynosić, a na mnie kiwnął palcem abym usiadł przed nim. Ugięły się nogi pode mną, ale nie było wyjścia. Usiadłem, a pan adiunkt zaczął pastwić się nade mną i to od samego początku. Pierwsze pytanie – niedostateczny, drugie pytanie – to samo, wreszcie trzecie – też dwója. Wydzierał się na mnie od nieuków i byłem tak zdenerwowany, że już nie byłem w stanie sklecić jakiejkolwiek odpowiedzi. Wreszcie zerwałem się z krzesła i też podniesionym głosem powiedziałem, że „nie jestem przyzwyczajony do takiego traktowania, proszę mi postawić ocenę niedostateczną, a ja przyjdę na egzamin.po wakacjach”. Cały z nerwów się trząsłem i gdy zbierałem się do odejścia, o dziwo, pan adiunkt nagle złagodniał. Już normalnym głosem powiedział: „Proszę siadać kolego, ma pan prawo dalej zdawać egzamin”. Usiadłem ciężko dysząc. Widzę na kartce przed adiunktem przy swoim nazwisku trzy oceny niedostateczne, po czwartej – trzy plus, to samo po ostatniej. Ogólna ocena, trzy z minusem. Z takim wynikiem podchodzę do profesora, a ten: „Panie Rawa, co się stało, przecież z ćwiczeń, miał pan same piątki”. Wyjaśniłem mu, że pan Gronczewski był bardzo zdenerwowany. Profesor pokiwał głową i powiedział: „Panie Rawa, ja teraz w indeksie wstawię panu ocenę dostateczną, a pan niech koniecznie przyjdzie do mnie po wakacjach i spróbuję panu poprawić ocenę”. Bardzo mnie to ucieszyło, podziękowałem panu profesorowi, wziąłem od niego karteczkę, kiedy i gdzie mam się do niego zgłosić po wakacjach i już spokojny wyszedłem. Oczywiście nie miałem żadnego zamiaru wkuwać przez wakacje znienawidzonej fizyki, a karteczkę porwałem i wyrzuciłem. I tak zakończył się pierwszy rok moich studiów. Bogdan Wereszczak i Karolek Starzyński nie przebrnęli przez trudy egzaminów z chemii. Karolek nie został usunięty ze studiów, lecz jakimś cudem pozwolono mu powtarzać pierwszy rok (ukończył medycynę chyba trzy lub cztery lata po nas), natomiast po Wereszczaku słuch zaginął.
Zaczynały się moje pierwsze studenckie wakacje. Jako studenci mieliśmy spore możliwości przyjemnego odpoczynku, nad morzem lub w górach. Były to zorganizowane wczasy studenckie, bezpłatne lub z minimalną opłatą, co dlą mnie miało decydujące znaczenie. I tak, w czasie pierwszych wakacji w 1954 roku, byłem razem z Tereską na stacjonarnym obozie w Międzyzdrojach. Grupa studencka była dość liczna, ale mieszkaliśmy w osobnych domach, oddzielnie chłopcy i oddzielnie dziewczyny. Tam moja sympatia do Tereski przerodziła się w głębsze uczucie. Zdawałem sobie sprawę z tego, że muszę o nią walczyć.
Dalszą część wakacji spędziłem w Łomży, u mamy i ciotek, gdzie w moich myślach był mój prawdziwy dom. Czułem się taki ważny, dorosły, mogłem palić papierosy, ale byłem nieco osamotniony. Stasiek i Wacek Nowak służyli w wojsku (Wacek w karnej kompanii w kopalni węgla). Wreszcie mogłem naprawdę odpocząć. Dużo spałem, dużo jadłem, chodziłem kąpać się nad rzekę. Starałem się nie rozgłaszać o moich studiach, gdyż nadal obawiałem się „jedynie słusznej władzy”.
Po tym odpoczynku wróciłem do Warszawy i znowu mieszkałem na Kole z Witkiem i Zbyszkiem. Wiosną wyszedł z wojska Stasiek Pieńkowski. Służbę wojskową odbywał w Gdyni w marynarce wojennej. Teraz dostał się do technikum telekomunikacyjnego w Warszawie, mieszczącego się przy Poczcie Głównej. Powstał więc problem z moimi lokatorami. Stasiek musiał zamieszkać również na Kole. W pokoju już nie było miejsca na wstawienie czwartego łóżka. Ustaliliśmy więc wspólnie, że Witek i Zbyszek pozostaną w pokoju jak dotychczas, a Stasiek wprowadzi się na czwartego, do kuchni. Nie robiło nam to żadnej różnicy, gdyż w obu pomieszczeniach było tak samo kiepsko. Pierwszą zimę, zanim jeszcze Stasiek wyszedł z wojska, przeżyliśmy w nieopalanym mieszkaniu, woda po nocy zamarzała w wiadrze, a w dzień też nie było cieplej. Początkowo po zmroku chodziliśmy po okolicy, rozbierając stare płoty. Czasami paliliśmy suchym chlebem. Teraz, gdy wprowadził się Stasiek, który był oblatany w elektryce, postanowiliśmy jakoś rozwiązać problem ogrzewania. Wprawdzie w pokoju był piec kaflowy, tzw. west-falka, ale na zakup węgla nie było nas stać. Doszliśmy do wniosku, że my, młodzi ludzie, w niedalekiej przyszłości specjaliści w różnych dziedzinach, stanowimy takie dobro dla Polski Ludowej, że ta winna w nas coś zainwestować. W interesie państwa było więc dbanie o nasze zdrowie. Dlatego bez żadnych skrupułów postanowiliśmy ogrzewać mieszkanie kradzionym prądem. Stasiek przeprowadził kable poza licznikiem. Ukryte przewody szły do westfalki i tam podłączyliśmy spirale grzewcze. Podłączaliśmy się tylko w zimie, gdy były chłody i tylko w nocy. Piec nagrzewał się i w mieszkaniu było znośnie. W dzień „ustrojstwo” było odłączane i nawet gdy przyszedł inkasent, to nie było żadnych podejrzeń. Piec był ciepły, bo taka jego rola. Teraz, gdy w mieszkaniu było cieplej, można było przebywać w nim dłużej. Częściej również wpadali do nas koledzy, a bywało, że i koleżanki, zwłaszcza znajome Staśka, Witka i Zbyszka. Z chłopaków pamiętam Orcia Wysłoucha, który był razem z Witkiem na Weterynarii, wpadał Wacek Sławiński i jeszcze kilku innych kolegów z budy. Bywał również Kazio Chróścielewski, który co prawda w budzie był o rok wyżej, ale teraz mieszkał w Warszawie niedaleko, też na Kole. Czasami towarzystwo bywało liczne, było gwarnie i wesoło. Z jedzeniem bywało krucho, jednak palić papierosy musieliśmy (uważaliśmy, że papieros może zastąpić jedzenie). Paliliśmy najtańsze papierosy „sporty” po 3 zł za paczkę, ale i na nie brakowało pieniędzy. Obowiązywała więc zasada, że do mniej więcej połowy każdego miesiąca paliliśmy całe papierosy, ale wszystkie niedopałki były suszone i składane w specjalnym pudełku. Gdy pod koniec miesiąca brakowało na papierosy, wtedy wykruszaliśmy tytoń z petów, nabijaliśmy tym fajki. Pamiętam, że dym z tych petów był strasznie śmierdzący, a w fajkach aż bulgotało od smoły. Dziw, żeśmy wtedy nie pomarli. Mieliśmy na Kole przedwojenne niemieckie radio firmy Nora (ojciec kupił je jeszcze w Koszalinie). Było tak zdezelowane, że nie zabrano go przy konfiskacie naszego mienia po aresztowaniu ojca. Nie było czynne od dłuższego czasu, ale gdy zamieszkał z nami Stasiek, który stawał się fachowcem, wziął je pod swoją opiekę i przywrócił do sprawności. Bieda była z żywnością, ale dużą pomocą dla mnie i Staśka były paczki żywnościowe z Łomży. Mama i ciotki często w niedzielę podawały przez Włodka paczkę kierowcy PKS jadącemu autobusem z Łomży do Warszawy. Ze Staśkiem na zmianę wychodziliśmy na dworzec PKS w Warszawie na ul. Żytniej i odbieraliśmy te paczki. A w paczce były różne domowe wiktuały: babka ziemniaczana, wędliny, różne mięsa i ciasto. Łagodziło to w jakimś stopniu nasz głód. Ale pewnego razu przyszła depesza z Łomży, że w przysłanym nam mięsie wykryto trychiny. Staśka wtedy nie było i tylko ja jadłem to mięso. Pobiegłem do Palmy (był to ośrodek medyczny dla studentów), tam szybko położono mnie na oddział obserwacyjny, wykonano szereg badań, ale trychinozy nie potwierdzono. Prawdopodobnie mięso było dobrze przegotowane, albo ja popiłem je wódką.
Na drugim roku studiów bieda przycisnęła mnie jakoś mocniej. Do wujka Stefana wstydziłem się chodzić po wsparcie zbyt często, lecz wtedy otworzyła się furtka w postaci odpłatnego oddawania krwi. Badania wstępne wypadły pomyślnie i zostałem zakwalifikowany jako płatny krwiodawca. W odpowiednim dniu należało zgłosić się rano na czczo w Instytucie Hematologii, który mieścił się za kinem Moskwa. Po wstępnym badaniu lekarskim dawano śniadanie składające się z kubka gorącego mleka, rogala z masłem i powidłami. Potem należało przebrać się, włożyć czysty, biały kitel i czekać przed salą przetoczeń. Stanowisk było kilka. W żyłę wbijano grubą igłę i pompowałem krew ściskając rytmicznie dłoń. Jednorazowo pobierano 400 ml krwi. Potem przysługiwał obiad: jakaś zupa, a na drugie duży, tłusty, wypieczony sznyceł z ziemniakami i surówką, do tego kubek słodkiego kompotu, już sam ten wspaniały obiad mógł być dla mnie dostateczną zapłatą, a tu jeszcze na zakończenie otrzymywałem 560 zł! Na cały dzień przysługiwało mi zwolnienie z zajęć na uczelni. Nagle poczułem się bogaty. Wydawało mi się, że na wszystko będzie mnie stać, a taką imprezę z oddawaniem krwi mogłem powtarzać co 6 tygodni. Cieszyłem się z pieniędzy, ale również i ze wspaniałego obiadu. Przez dwa łata oddałem około 12 litrów krwi, w końcu jednak po takich imprezach zacząłem mdleć. Jeden raz w tramwaju w Warszawie zrobiło mi się słabo, ciemno w oczach i osunąłem się na podłogę. Jeszcze usłyszałem jak ktoś powiedział: taki młody, a zupełnie pijany. Drugi raz zemdlałem w domu w Łomży, rano po nocy zerwałem się raptownie z łóżka i runąłem na podłogę. Ocknąłem się w łóżku, mama i ciotki były wystraszone, chciały wzywać pogotowie, ale ja je uspokoiłem i powiedziałem, jaka była prawdziwa przyczyna omdleń. Mama mi zabroniła dalszego oddawania krwi, wkrótce wdała się w to również Tereska, porwała moją legitymację krwiodawcy i na tym skończyło się moje handlowanie własnym ciałem. Na szczęście niedługo potem moja sytuacja finansowa uległa poprawie.
Ale to wszystko to była tylko „oprawa”. Zasadnicza była nauka, a zdawane kolejno egzaminy stanowiły gwarancję nie tylko jakiejś przyszłości zawodowej, ale i dalszego życia studenckiego. A nie było to takie łatwe. W połowie drugiego roku po trzecim semestrze zdawaliśmy tylko dwa egzaminy: z anatomii prawidłowej i z histologii, ale jakie to były egzaminy! Oba bardzo trudne, wielu studentów z ich powodu musiało je powtarzać, łub nawet repetować rok. Mnie się udało, z obu tych przedmiotów otrzymałem oceny bardzo dobre. Gdy mój opiekun, to znaczy pan adiunkt, obejrzał indeks, podał mi rękę, pogratulował i zwolnił z dalszej kontroli.
Nadal chodziliśmy wszędzie całą paczką, ale ja wolałem być z Tereska sam na sam. A umówienie się z nią nie było takie proste. Mieszkała na stancji „dla panien” prowadzonej przez siostry zakonne na ul. Mokotowskiej. Panny mieszkały na piętrach. Na parterze był hol, w którym dyżurowała zawsze siostra zakonna. Należało się przedstawić tej odźwiernej, a gdy ona uznała to za stosowne, tubalnym głosem wołała: Gość do panny Wojciechowskiej! Wtedy dopiero Teresa schodziła na dół i mogliśmy się umówić. Tych panien tam mieszkało sporo, więc w holu kawalerów zwykle też było niemało. Między sobą ten dom nazywaliśmy klasztorem.
Stopniowo uczyliśmy się nie tylko zdawanych przedmiotów, ale również sztuki samego zdawania, a była to wiedza niebagatelna. Nie było o tym w żadnych podręcznikach. Dobrze było przed egzaminem wiedzieć, z czego egzaminujący lubi pytać, a co można pominąć na egzaminie, czy mówić głośno, czy normalnie. Wszystko to można nazwać techniką zdawania. Niezależnie od tej wiedzy, przystępując do egzaminu dobrze było jednak mieć materiał opanowany. W początkowym okresie studiów ten ich koniec, czyli absolutorium i ostatecznie dyplom, wydawał się czymś niezmiernie odległym, był to punkt schowany głęboko za horyzontem.

Materiał pochodzi z książki Tadeusza Rawy. Czas Przeszły.

 

122 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar