Czas przeszły. Wspomnienia. (cz.6)

Jak u większości ludzi starych, przychodzi taki czas, gdy w sposób niemal natrętny wspomina się lata, które minęły. Tak się złożyło, że ten okres mojego życia, zwłaszcza dzieciństwo, przypadł na apokalipsę wojny światowej. Były to czasy niezwykłe i dlatego chcę przekazać wszystko to, co widziałem i przeżyłem jako dziecko, a czego dzieci nigdy nie powinny doświadczać.
Początkowo chciałem opisać tylko dzieciństwo, potem w miarę pisania pojawiła się chęć utrwalenia mojej młodości. Opisuję je głównie dla siebie, ale może kiedyś zaciekawi to moje wnuki, a może i kogoś innego.”

Tadeusz Rawa

Okupacja niemiecka

21 czerwca 1941 r. w sobotę w Łomży odbywał się „praźnik”, czyli  święto Rosjan połączone z ich balem. W niedzielę rano rozległo się kilka wybuchów i gruchnęła wieść, że Niemcy przekroczyli granicę, a Rosjanie uciekli w popłochu. Z powodu bliskości granicy nie mieli czasu, aby się nawet przebrać po balu. Pierwszego dnia po ucieczce Rosjan rozbite zostało więzienie i wszyscy uwięzieni odzyskali wolność. Powrócił wujek Heniek, wyszła również na wolność pani Brulińska. Ludzie rzucili się, jak to zwykle w takich sytuacjach, do rabowania kooperatyw, różnych magazynów i mieszkań pozostawionych przez Rosjan. W mieście zapanowała umiarkowana radość. Wielu mówiło, że Niemcy to kulturalny naród i teraz będzie nam lepiej.
Niemcy pokazali się w Łomży dopiero w poniedziałek, 23 czerwca. Sam widziałem, jak na jadące szosą obwodową niemieckie czołgi ludzie rzucali kwiaty. Już wtedy jednak odzywały się głosy, że jest to radość przedwczesna. Niemcy zaraz po wkroczeniu do Łomży wywiesili na magistracie pozostawione przez Rosjan listy osób przeznaczonych do wywózki. Ja z mamą mieliśmy być wywiezieni właśnie w poniedziałek. W okolicy Łomży nie było żadnego oporu ze strony Rosjan. I w ten sposób łagodnie przeszliśmy z okupacji sowieckiej pod okupację niemiecką.
Niemcy szybko wprowadzali swoje porządki i wkrótce okazało się, że ten okupant wcale nie był lepszy od poprzedniego. Jedną z pierwszych zbrodni niemieckich, jaka utkwiła mi w pamięci, było zabójstwo Głupiego Stasia.
Głupi Stasio był postacią znaną w całym Pociejewie. Był to młody, może trzydziestoletni mężczyzna chory psychicznie. Nie miał żadnej rodziny (a może tylko od rodziny uciekł). Mieszkał u jakiegoś gospodarza na Pociejewie, mówiono, że sypiał w psiej budzie. Wysoki, szczupły, zarośnięty, prawie codziennie szedł szosą obwodową. Był ubrany w jakieś łachmany, ale najdziwniejsze były jego buty, a właściwie wielkie buciory obite blachą, idąc powolnym krokiem środkiem szosy, coś zwykle mruczał pod nosem i tymi buciorami szurał po asfalcie. Żył z tego, co mu dawali ludzie, ale nigdy nie żebrał. Przed chorobą musiał być zdolnym mechanikiem, gdyż naprawiał ludziom różne przedmioty, np. maszyny do szycia, najczęściej jednak lutował dziurawe garnki. Nosił ze sobą torbę z narzędziami. Był człowiekiem spokojnym, ale dzieciarnia uwielbiała wołać za nim: Głupi Stasio, Głupi Stasio. On na ogół ignorował te zaczepki, ale czasami wpadał w złość, wygrażał dzieciom, a nawet próbował je gonić. A dzieciom o to właśnie chodziło, gdyż w tych swoich buciorach nie miał szans kogokolwiek złapać. Wydaje się jednak, że chyba nie zrobiłby nikomu żadnej krzywdy. I pewnego dnia, kilka tygodni po wkroczeniu Niemców, przyszedł po niego żandarm i zabrał go ze sobą. I słuch po Stasiu zaginął. Mówiono, że jeszcze tego samego dnia został zastrzelony, a nam, dzieciakom, Którzy tak lubili mu dokuczać, zrobiło się jakoś przykro.
Również wkrótce po wkroczeniu Niemców rozeszła się wieść o wymordowaniu w Jedwabnem wszystkich Żydów. Krążyły różne wersje, że zrobili to Niemcy, ale niektórzy mówili, że dokonali tego Polacy.
Stopniowo zaczęły się aresztowania ludności cywilnej: nauczycieli, lekarzy, księży, ogólnie mówiąc, inteligencji. Powszechne stały się wywózki do Niemiec na roboty, dokonywano również egzekucji w Łomży, chyba jednak pierwszą taką masową egzekucję Polaków, w sumie kilkadziesiąt osób, przeprowadzono w lesie niedaleko Jeziorka latem 1943 roku. Wieść o tym rozniosła się po mieście błyskawicznie i wprowadziła nas w poczucie jeszcze większego zagrożenia. Po mieście zaczęły krążyć różne, często sprzeczne opisy tego mordu.
Wkrótce potem rozpoczęły się aresztowania i rozstrzeliwania bardziej planowe, mające na celu zdławienie wszelkiego oporu. Egzekucje dokonywane były na końcu cmentarza katolickiego, gdzie nie było jeszcze mogił. Chodziliśmy tam ukradkiem oglądać na murze cmentarnym i na starych drzewach ślady po kulach.
W pierwszych miesiącach okupacji niemieckiej powstało w Łomży getto dla ludności żydowskiej. Był to wydzielony teren w części nadrzecznej miasta, ogrodzony płotem z drutu kolczastego. Główne wejście do tego getta mieściło się na Starym Rynku, obok ruin zburzonej synagogi, ale były również i inne, mniejsze wejścia, między innymi przy ulicy Zielonej. Idąc z Pociejewa ulicą Dworną, często tamtędy przechodziłem. Ludność żydowska była zobowiązana nosić opaski z żółtą gwiazdą, mogli oni wychodzić z getta tylko za specjalnymi przepustkami. Wejścia do getta pilnowali Niemcy razem z policją żydowską, uzbrojoną tylko w długie, drewniane pałki. Mówiono, że ci żydowscy policjanci odznaczali się większą brutalnością w stosunku do swoich rodaków niż Nięmcy. Powszechnie było wiadomo, że za drutami getta panował głód. Do nas, na Pociejewie, przychodzili Żydzi, przedwojenni znajomi dziadków i opowiadali o strasznych warunkach, w jakich żyli. Pamiętam jednego o nazwisku Cukerbaum (słysząc wtedy jego nazwisko, a wydawało mi się, że brzmi ono „Cukierbram”, wyobrażałem sobie wielką bramę z białego cukru, i dlatego je zapamiętałem). Babcia zapraszała go do kuchni, on siadał, nieśmiało się uśmiechał. Wspominał stare dobre czasy, opowiadał 0 strasznym głodzie w getcie. Pamiętam, jak raz babcia powiedziała mu, że ma tylko kotlety, ale „trefne”, wieprzowe. Na to on: „szanowna pani Żalek, a kto to teraz na takie rzeczy zwraca uwagę”. Łapczywie zjadł jednego kotleta, a resztę wziął dla rodziny. Przychodził jeszcze kilkakrotnie do nas i za każdym razem coś babcia mu dawała. Przychodzili również i inni znajomi dziadków, ale nie pamiętam ich nazwisk. Już wiele lat po wojnie ujrzałem stare zdjęcie przedstawiające Radę Miejską Łomży wybraną w 1919 roku. Na zdjęciu tym wśród innych jest dziadek Władysław Żalek, a obok niego właśnie ten Cukerbaum, stąd wnoszę, że od wielu lat byli dobrymi znajomymi.
Stosunek Polaków do sytuacji Żydów, jak pamiętam, był różny. Przeważnie współczuli im. Często powtarzano: dzisiaj oni, jutro my. Byli jednak i tacy, którzy cieszyli się z ich nieszczęścia, twierdząc, że jest to kara za współpracę z Sowietami przeciwko Polakom przy wywózkach w głąb Rosji. Wśród niektórych dzieciaków na Pociejewie krążyły opowieści, że Żydzi raz w roku przed swoim świętem Paschy musieli złapać jakieś niewinne dziecko chrześcijańskie. Wkładali je do beczki z nabitymi gwoździami i mordowali, a kilka kropel utoczonej w ten sposób krwi używali do wypieku świątecznej macy. A poza tym mówiono, że „Żydzi to wredny naród, bo ukrzyżowali nam Pana Jezusa”. Oczywiście u nas domu wyśmiewano te wierutne bzdury, ale niektórzy dorośli dawali w mu wiarę.
Już wkrótce po wejściu do Łomży Niemców, na podwórku pojawiła Malinowska  w asyście niemieckiego żandarma, oskarżając naszych żydowskich sąsiadów, że podczas jej nieobecności zabrali jej mieszkanie. Żandarm z miejsca pobił to starsze małżeństwo i nakazał natychmiastowe opuszczenie  mieszkania. Odbywało się to przy krzykach i wyzwiskach Malinowskiej. Następnego dnia naszymi sąsiadami znowu została rodzina Malinowskich znowu zaczęły się liczne awantury i sprzeczki o byle co, jak również powróciło nasze, to jest Staśka i moje kolegowanie z „Bruliniakami” .
Okupacja niemiecka niewiele różniła się od sowieckiej. W obu na porządku dziennym były represje, uczucie wiecznego zagrożenia i ogólny niedostatek. Jednakże pod okupacją niemiecką głód doskwierał bardziej, gdyż wszystkich cenniejszych, przedwojennych ciuchów i różnych : przedmiotów pozbyliśmy się już za Sowietów. Wprawdzie Niemcy wprowadzili dla pracujących kartki na podstawowe produkty żywnościowe, to były to ilości zdecydowanie niewystarczające. W ramach przystosowywania się do tych warunków zwiększyliśmy ilość chowanego drobiu. Również zaczęliśmy chować świnki; wiosną kupowało się dwa małe prosiaki i żywiło się je wszystkimi odpadkami z kuchni. Jednego prosiaka dziadek zabijał przed Bożym Narodzeniem, a drugiego przed Wielkanocą, oczywiście z zachowaniem wszelkiej ostrożności, gdyż Niemcy za to karali . Pamiętam, że bardzo nam ze Staśkiem było żal tych świnek, które przez kilka miesięcy zdążyliśmy polubić. Z drugiej jednak strony mięso różne wyroby długo umilały nam życie. Pamiętam, że ze Staśkiem byliśmy  zawsze spragnieni słodyczy. Nie było cukru, używano powszechnie sacharyny. Czasami mama z buraków cukrowych robiła zagęszczoną melasę, która od biedy mogła zastępować słodycze, poza tym można było zawsze kupić twardą marmoladę.
Nasi sąsiedzi również zaczęli hodować świniaki, zwykle dwa, bo tyle mieściło się w niewielkim chlewiku. Pani Malinowska wpadła na pomysł,. aby karmić je końskim mięsem. Na przedmieściach Łomży działał hycel, do którego okoliczni rolnicy zwozili padłe zwierzęta gospodarskie, głównie krowy i konie. W pewnym oddaleniu od zabudowań zwierzęta te leżały na polu, czekając na zdjęcie skór. Nad tym polem krążyło  mnóstwostwo czarnego ptactwa i unosił się niesamowity smród. Otóż Malinowscy chodzili tam z torbami, wycinali kawały mięsa i przynosili to do domu. Sąsiadka gotowała te ochłapy i tym karmiła swoje świniaki. W czasie tego gotowania rozchodził się niesamowity smród. Towarzyszyły temu awantury, gdyż zarzucał żonie, iż ta karmi go tym mięsem. Opis tego przytaczam, aby dać obraz naszego sąsiedztwa.
Pomimo stałego strachu i zagrożenia, dzieci z sąsiedztwa i my ze Staśkiem potrafiliśmy się bawić. A czasu teraz mieliśmy dużo, gdyż po wejściu Niemców szkoły w Łomży zostały zamknięte. Niektóre dzieci chodziły do różnych nauczycieli na tajne komplety. Było to jednak niebezpieczne, zagrożone różnymi sankcjami ze strony okupanta, jak również bardzo kosztowne, a nas nie było na to stać. Mama próbowała mnie uczyć w domu z książek przysłanych z Warszawy przez wujka Stefana, ale nie lubiłem tych zajęć, wolałem biegać z innymi dziećmi po całym Pociejewie. Były to różne zabawy: w chowanego, w klasy, w złodziei i policjantów i wiele innych. Ulubioną zabawą była „zabawa w rower”. Nikt z nas oczywiście w tamtych czasach nie mógł nawet marzyć o prawdziwym rowerze. Zabawa polegała na tym, że należało z kuchni zwędzić możliwie dużą fajerkę. Toczyło się ją przed sobą przy pomocy specjalnie wygiętego haczyka z drutu. W tej chwili trudno mi uwierzyć, że z tym kółkiem, po różnych wertepach i to na bosaka mogliśmy uganiać się całymi dniami. W piłkę raczej nie graliśmy z tej prostej przyczyny, że ich nie było (robiło się różne szmaciane piłki, ale bardzo niewygodne w zabawie). Zdarzało nam się wchodzić po kryjomu do okolicznych ogrodów i kraść owoce. Baliśmy się trochę, że złapie nas właściciel ogrodu, ale to tylko dodawało smaczku tej zabawie.
Latem chodziliśmy codziennie nad Narew, czasami nawet dwa razy dziennie. Najbliżej było do żelaznego mostu, szło się około 20 minut.
Woda w rzece w tamtych czasach była na tyle czysta, że gdy zachciało się pić, to wypływało się na środek rzeki i piło wprost z nurtu. Woda mała smak wodorostów, ale nie pamiętam, aby komuś zaszkodziła. Stosunkowo szybko nauczyłem się pływać, lecz zanim to nastąpiło, wydaje się. że kilkakrotnie byłem bliski utonięcia.
Utkwiło mi w pamięci takie wydarzenie: wszyscy wiedzieliśmy, że w jednym miejscu, na końcu plaży przy żelaznym moście, woda tworzyła silny wir i tam nigdy nie wpływaliśmy. Pewnego razu nad rzekę przyszło kilku niemieckich żołnierzy. Zachowywali się głośno, byli butni i pewni siebie. Widocznie nie bardzo chcieli się kąpać razem z nami, rozsiedli siękoło tego wiru i weszli tam do wody. W pewnym momencie jeden z nich nie wypłynął, utopił się. Zrobiło się zbiegowisko. W końcu wyciągnięto go, ale już go nie odratowano. Pamiętam, że miałem mieszane uczucia; z jednej strony było mi żal młodego człowieka, z drugiej strony cieszyłem się, że Niemiec utonął.
Pomimo mojej niechęci do nauki w domu, stosunkowo szybko nauczyłem się czytać. Bieda jednak polegała na tym, że nie było książek. Moją pierwsza przeczytaną książką dla dzieci był Piotruś Czarodziej. Była to historia o chłopcu, który siłą woli stopniowo posiadł zdolność czarowania, a zwłaszcza umiejętność stawania się niewidocznym dla innych ludzi. Wyobrażałem sobie, zwłaszcza przy zasypianiu, co ja bym mógł robić, mająctcakie zdolności. Oczywiście przede wszystkim zabijałbym Niemców.
Ojciec przebywał w oflagu. Początkowo mama wysyłała mu paczki żywnościowe, potem jednak napisał, aby mu ich nie wysyłać, gdyż Międzynarodowy Czerwony Krzyż zaopatruje jeńców w sposób zadowalający.
Prawdopodobnie w wyniku bombardowań w 1939 roku panicznie bałem się burzy z piorunami. Gdy zauważyłem, że zbliża się burza, starałem się zasnąć, aby przespać wyładowania atmosferyczne. Czasami mi się to udawało, ale częściej nie, i wtedy chowałem głowę pod poduszkę i zatykałem sobie uszy. Pamiętam, że wtedy z zazdrością rozpamiętywałem słowa dziecięcej piosenki o królu, paziu i królewnie, którzy „żyli wśród róż, nie znali burz”. Dopiero po wojnie, gdy ojciec wytłumaczył mi te zjawiska atmosferyczne, przestałem się bać, a nawet lubiłem obserwować błyskawice. Niemniej w czasie jednej z burz wpadł do naszego domu na Pociejewie piorun. Wzniecił mały pożar, który udało się nam ugasić, ale to jeszcze bardziej nasiliło moje lęki.
Dziadkowie byli ludźmi religijnymi, ale nie wydaje mi się, aby była to przesadna religijność. Zwłaszcza utkwił mi w pamięci różaniec dziadka, który odmawiał dość często. Był to stary, jakiś zabytkowy różaniec, z dość dużym metalowym krzyżykiem. Dziadek mówił, że w tym krzyżyku są relikwie. I rzeczywiście była tam śrubka, czy jakieś inne zamknięcie. Strasznie byliśmy ze Staśkiem ciekawi, co to jest i jak wyglądają te relikwie. Pewnego dnia, gdy nikt nie widział, udało się nam to rozkręcić. Nie pamiętam już, cośmy tam znaleźli i czy w ogóle coś tam było, ale potem nie mogliśmy tego złożyć. Dziadek urządził nam straszną awanturę, nie pamiętam, aby kiedykolwiek wcześniej był czymś tak poirytowany. Po tej awanturze już nigdy więcej nie dotykaliśmy tego różańca.
10 maja 1942 roku zmarła babcia Adela. Miała 59 lat. Od dawna dokuczały jej bóle w okolicy wątroby. Uważano, że to przewlekłe zapalenie woreczka żółciowego, więc gdy pojawiły się ponownie, zwlekano z wezwaniem wujka Tadka Wejrocha, który był naszym lekarzem rodzinnym. Potem, gdy stan się pogorszył, było już za późno na jakiekolwiek leczenie. Mówiono wówczas, że przyczyną śmierci babci był pęknięty woreczek żółciowy. Dziadka w momencie*śmierci nie było, wyjechał na kilka dni do kogoś na wieś. Pamiętam dziadka klęczącego i szlochającego przy zwłokach babci. Nie zapomnę jego słów: „Adelo, Adelo dlaczego mi to zrobiłaś”. Babcia pochowana została początkowo w grobowcu rodzinnym Wejrochów, dopiero po wojnie postawiono osobny grobowiec, do którego została przeniesiona.
Babcia odeszła cicho i nagle. Bardzo się bałem umarłej babci. Chociaż w 1939 roku widziałem sporo zabitych ludzi, było to moje pierwsze w życiu zetknięcie się ze śmiercią tak bliskiej osoby. Wspomnienia o Niej dopiero teraz tak mocno mnie opadły. Pamiętam Ją jako wiecznie uśmiechniętą, miłą, drobną staruszkę (chociaż w chwili śmierci miała zaledwie 59 lat). Zawsze pozostanie w mojej pamięci jako kochana babcia. Ta miłość do wnuków widoczna była u Niej w każdym Jej geście. Gdy byłem mały, często brała mnie na kolana, głaskała, opowiadała bajki. Czuło się u Niej ciepło i dobroć. Miała pracowite, ciężkie życie.
Urodziła i wychowała czworo dzieci. Przeżyła dwie krwawe wojny, emigrację i trudne życie w Ameryce, z wielkim trudem dorabiała się wszystko traciła. Nie pozostała po Niej żadna materialna pamiątka, dosłownie nic. Nie ma po Niej nawet żadnych wspomnień, jakby zupełnie nie istniała. Jest takie smutne, że jedynym śladem po tej Kochanej babci pozostaną tylko te moje o Niej wspomnienia. Jestem ostatnim Jej potomkiem, który Ją znał i zachował w pamięci. Była wspaniałą kobietą miła jest świadomość, że wprawdzie Ona umarła, ale Jej geny pozostały i tak długo, jak ktoś z Jej potomków będzie czytał te słowa, Ona na chwilę jakby ożyje.
W tym samym 1942 roku wybuchła w Łomży epidemia krwawej dyzenterii, czyli czerwonki. Złe warunki bytowe i sanitarne sprzyjały rozprzestrzenianiu się zarazy. Leczenia, poza jakimiś sposobami domowymi, .mściwie nie było. Nic więc dziwnego, że choroba w tych warunkach zbierała obfite żniwo. W naszym najbliższym sąsiedztwie umarło kilka osób. Zachorowała również moja mama. Byłem w rozpaczy, że ona umrze, a ja pozostanę sam. W tym czasie, aby się nie zarazić, ciotka Wanda zabrała mnie i Staśka na wieś do Pęzy. Pamiętam, że zbierałem na zolu jakieś ziółka, które miały mamie pomóc. Na szczęście mama wyzdrowiała i nikt z naszej najbliższej rodziny nie zmarł. Epidemia utrzymywała się przez kilka tygodni, potem wygasła.
W 1943 roku po kilku latach przerwy zorganizowano pierwszą komunię dla dzieci. Szkoły były nieczynne, chodziliśmy więc na naukę religii do sali przy kościele farnym. Dzieci było dużo, przeważnie niesfornych i rozbrykanych. Ksiądz Szubzda, który nas uczył, miał w ręku długą, skórzaną szpicrutę, której czasami musiał używać, by zaprowadzić porządek. Wreszcie doszło do spowiedzi. Denerwowałem się, że może zapomnę o jakim ważnym grzechu i spowiedź będzie nieważna. W tym czasie wylęgały się u nas kurczęta i częściej myślałem o tych kurczakach niż o sprawach duszy. Te kurczaki bardzo mnie ciekawiły i byłem w rozterce, czy to aby nie grzech. Spowiedź przeszła jednak gładko i nadszedł dzień Pierwszej Komunii Świętej. Rano, ubrany w co miałem najlepszego, wyszedłem na czczo, a mama miała przyjść do kościoła później. W drodze do kościoła odruchowo sięgnąłem do zwieszających się nad drogą dorodnych wiśni i zerwałem trzy. Włożyłem je do ust, gdy przypomniałem sobie o komunii. Dwie wiśnie udało mi się wypluć, ale trzecia poleciała do żołądka.
W katedrze była wielka uroczystość. Dzieci ósemkami stały w głównej nawie, chłopcy po prawej, dziewczynki po lewej. Z tyłu tłoczyli się rodzice i tłum wiernych. Dzieci stopniowo podchodziły do ołtarza. Komunię udzielał sam biskup Łukomski, przed nim paterę trzymał też jakiś dostojnik, a ja ciągle myślałem: będzie świętokradztwo czy nie. Byłem bardzo zdenerwowany. Wreszcie, gdy biskup podszedł do mnie, wstałem i szeptem powiedziałem, że nie jestem pewny, czy mogę przystąpić do komunii. Cała ceremonia się zatrzymała, ludzie patrzą, ja czerwony jak burak. Ksiądz pyta: „U spowiedzi byłeś?”. „Byłem”. „Rozgrzeszenie otrzymałeś?”. „Otrzymałem, ale dzisiaj rano jadłem wiśnie”. „ Ile?”. „Jedną”. Na to ksiądz: „Klękaj”. A ja na to: „Ale to była kradziona wiśnia”. Biskup wreszcie nachyla się i pyta, o co chodzi. Ksiądz mu szepce coś do ucha i widzę, jak brzuch biskupa zaczyna się trząść. Kazali mi uklęknąć i tak szczęśliwie zakończyła się moja religijna tragedia. Potem ludzie pytali się moją mamę, co pani synek chciał od biskupa.
Nie pamiętam, co mama odpowiadała, a ja nikomu nie chciałem o tym opowiedzieć.W początku listopada 1942 r. Niemcy przystąpili do likwidacji getta. Pewnej nocy obudziły nas jakieś krzyki i szczekanie psów. Przedtem też wywożono stamtąd ludzi, ale obecnie wyglądało to na dużą akcję. W pewnym momencie usłyszeliśmy ciche stukanie do okna. Okazało się, że z getta przedarła się znajoma Cześka z córką, prosząc o ukrycie.
Jeszcze przedtem wiedzieliśmy, że Czesiek sympatyzuje z jakąś Żydówką. Nie podobało się to dziadkowi i były o to w domu sprzeczki. I oto ta pani zjawiła się przed naszym domem. Czesiek kategorycznie nalegał, że musimy ją ukryć, natomiast cała rodzina była temu przeciwna. Wiedzieliśmy, jakie drastyczne kary są stosowane wobec Polaków pomagających Żydom. Wywiązała się straszna awantura, która ze względu na sąsiadów prowadzona była szeptem. Wreszcie, już nad ranem, zgodzono się, że te osoby mogą zostać najwyżej przez dwa, góra trzy dni. Umieściliśmy je w pokoju Lilki. Ze Staśkiem z wielką ciekawością przyglądaliśmy się naszym gościom. Była to pani w średnim wieku o miłym, jakby nieśmiały uśmiechu, a jej wygląd nie wskazywał na pochodzenie, zaś jej córka mniej więcej w moim wieku, miała wyraźne cechy semickie.
Tymczasem hałas w getcie trwał przez całą noc. Następnego dnia obwodową szedł niekończący się pochód Żydów pędzonych przez Niemców: — kobiety, dzieci, mężczyźni. Niektórzy jechali na wozach, większość szła pieszo. Stało się jasne, że Niemcy przystąpili do całkowitej likwidacji getta w Łomży. Niemcy eskortowali ich z psami i bronią gotową u szału, niektórzy na koniach. Cały ten pochód szedł niedaleko nas, pomimo zakazu mamy ukradkiem to obserwowałem. Pędzeni byli jacyś cisi, szli spokojnie, słychać było tylko szuranie butów o szosę,  szmer modlitwy. Nagle z tego pochodu wyrwała się stara kobieta i zaczęła biec w kierunku naszego domu. Wtedy Niemiec z konwoju wystrzelił z karabinu i kobieta padła na ziemię. Ja tego nie widziałem, tylko słyszałem wystrzał, ale opowiedział mi o tym któryś z kolegów. Gdy 5 czas potem wyszedłem na ulicę, zobaczyłem leżącą przy wjeździe rafiami postać. Leżała na brzuchu, twarzy nie widziałem. Wokół były rozpuszczone długie siwe włosy spod których wypłynęła czarna plama krwi i wtedy zobaczyłem, jak do niej podbiegł jakiś pies zaczął lizać tą krew. Zrobiło mi się jakoś dziwnie i uciekłem do domu, pochód szedł nadal. Wieczorem leżącej kobiety już nie było. Żydów . pędzono na dworzec kolejowy. Tam upychano ich do towarowych wa-gcnów i wywożono do obozu zagłady. Oczywiście o tym dowiedziałem : a później, ale już wtedy domyślaliśmy się, jak tragiczny będzie ich los.
Dni mijały, a nasi goście nadal pozostawali u nas w domu, nie było co z nimi zrobić. Stopniowo jednak sytuacja uległa zmianie: o ile poprzednio nie godziliśmy się na udzielenie pomocy nieznajomym, o tyle już po kilku : ciach były to osoby znane nam, takie miłe i śmiertelne przestraszone. Co z z tego przestrachu to byliśmy przestraszeni wszyscy, ale teraz odmówienie im pomocy było skazaniem ich na śmierć. Starsza kobieta miała obecnie na imię Maria, a jej córka Sabina. Już po wielu latach dowiedziałem się, że pani Marysia nazywała się Mea Bursztyn, a jej córka – Salka. Nie mogły one nadal przebywać w pokoju Lilki, gdyż lada moment mógł pojawić się Heniek, który przez kilka dni przebywał gdzieś na wsi u znajomych. Urządziliśmy więc kryjówkę w piwnicy. Wejście do niej znajdowało się z boku domu. Wzdłuż całej piwnicy biegł korytarz, a od niego drewniane, ażurowe drzwi do kilku osobnych pomieszczeń piwnicznych. Część pomieszczeń należała do nas, a część do Brulińskich. Nasze piwnice były na samym końcu. W ostatnim pomieszczeniu piwnicznym Czesiek urządził za różnymi skrzyniami schowek, gdzie ukryliśmy naszych gości. Czesiek ukradkiem donosił im pożywienie i wynosił nieczystości. Staśkowi i mnie przykazano, że nie wolno nam komukolwiek o tym opowiadać, sami jednak wiedzieliśmy, że musimy zachować tajemnicę.
Przez jakiś czas teren getta był zamknięty. Niemcy i ekipy pozostawionych przez nich Żydów przeszukiwały domy, wybierając z nich co cenniejsze rzeczy. Potem na teren getta wkroczyli Polacy, aby zabrać to, co pozostawili Niemcy. Malinowscy namówili mnie i Staśka, abyśmy tam poszli. Obraz był przerażający. Żydów już nie było, wszystkie domy były pootwierane, na ulicach poniewierały się różne najczęściej połamane  meble, jakieś szmaty i naczynia kuchenne. „Oni szli do getta, aby  zabrać, co tylko się da. Ja, zupełnie nie wiem po co, wziąłem leżącą na ulicy szufladę. Była to zwykła szuflada z jakiegoś stołu czy komody. Przyniosłem to do domu i pochwaliłem się mamie. Pamiętam, że mama rozpłakała się i zwymyślała mnie jak nigdy dotąd. Niemal krzyczała, że gdy  ludzi z getta zabrano na śmierć, to jej syn i syn polskiego oficera poszedł rabować ich mienie, przyrównała mnie do sępa. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek wcześniej lub potem mama w ten sposób mnie potraktowała. Po tej awanturze było mi ogromnie wstyd i już nigdy więcej nie byłem w getcie. Nie pamiętam, co stało się z tą nieszczęsną szufladą, z całą jednak pewnością nie zachowałem jej.
W trakcie likwidacji getta niektórym Żydom udało się uciec. Część z nich szukała schronienia u znajomych, inni u obcych ludzi, jeszcze inni błąkali się po różnych zakamarkach, jak to wtedy mówiono: „po aryjskiej stronie”, ale Niemcy tropili uciekinierów i najczęściej rozstrzeliwali ich natychmiast, podobno również i Polaków, u których znaleźli Żyda. Pamiętam, że wielu ludzi im współczuło, ale tylko nieliczni decydowali się na udzielenie pomocy.
Tymczasem wrócił ze wsi Heniek i oczywiście szybko dowiedział się o przechowywanych w piwnicy uciekinierach z getta. Zaczęły się awantury między nim a Cześkiem. Heniek groził, że w obronie rodziny pójdzie Niemców i wyda ukrywające się osoby. Dopiero jakaś sumka pieniędzy, którą dawał mu Czesiek, odwodziła go od tego zamiaru. Oczywiście   pieniądze były od razu przepijane i sytuacja powtarzała się. Cała  rodzina żyła w napięciu. Ten szantaż trwał przez pewien czas, aż Heniek gdzieś przepadł, wyszedł z domu i już nie wrócił. Dopiero kilku tygodniach dowiedzieliśmy się, że został aresztowany przez Niemców.
Heniek, gdy w 1941 r. wyszedł z sowieckiego więzienia, chyba już więcej nigdzie nie pracował. Coraz częściej zaglądał do kieliszka, wreszcie rozpił się na dobre. Jego towarzystwem stali się prości ludzie, nałogowcy, wśród których brylował. Pewnego razu, dzięki bardzo dobrej znajomości języka niemieckiego, wszedł do restauracji przy ulicy Długiej na zabawę tylko dla Niemców. Tam sobie popił, zrobił awanturę, poturbował kilku Niemców. Wezwano żandarmerię. Najpierw został mocno pobity, i następnie zesłany do obozu w Stutthofie. Niemcy potraktowali to jako wybryk chuligański i nawet nie skontrolowali jego miejsca zamieszkania. Gdyby przyszli do nas do domu i znaleźli panią Marysię i Sabinę, prawdopodobnie nie mógłbym o tym napisać. O tym wszystkim dowiedzieliśmy się dopiero po kilku tygodniach, gdy przyszedł od niego list z obozu. Ciotka Lilka wysłała mu kilka paczek z żywnością, ale po dwóch czy trzech miesiącach przyszło zawiadomienie, że zmarł w obozie na „atak serca”. Dopiero po wojnie znajomy ciotki Lilki, który był razem z Heńkiem w obozie, opowiadał, że jako silny mężczyzna wyznaczony został do grupy zatrudnionej do palenia zwłok. Polegało to na tym, że wydobywano z dołów zwłoki wcześniej zabitych ludzi i wrzucano ciała z rusztowania do palącego się w dołach stosu. Podobno po tym, jak nadzorujący tę pracę Niemiec uderzył Heńka w twarz, ten złapał go w pół i razem z nim rzucił się w płomienie. Poza tym jednym ustnym przekazem nie było żadnych innych dowodów na ten opis wydarzeń. Jednak znając jego porywcze usposobienie, uznaliśmy to za wielce prawdopodobne.
Pojawiło się następne zmartwienie. Sąsiadka zorientowała się, że w piwnicy ukrywamy ludzi z getta. Pewnego dnia przyszła do nas i zagroziła, że jeśli nie podzielimy się z nią złotem i dolarami za przechowywanie Żydów (bo tylko tak to rozumiała), to ona doniesie o tym Niemcom. Sytuacja stała się groźna. I wtedy Czesiek znalazł ludzi, rolników ze wsi Czachy-Kołaki, którzy zgodzili się na jakiś czas udzielić Żydówkom schronienia. Tę sprawę należało załatwić natychmiast. Powstał jednak problem, jak je dostarczyć na tę wieś. One nie miały żadnych papierów i w razie kontroli zostałyby natychmiast aresztowane. Przez ten czas pobytu u nas polubiliśmy je. Na rodzinnym zebraniu uzgodniono, że ktoś z nas musi je tam zawieźć. Do roli tej zgłosiła się ciotka Wanda. Była wtedy panną, nie miała dzieci i w razie wpadki tylko ona by zginęła. Szczęśliwie podróż ta odbyła się bez komplikacji. Naszym sąsiadom powiedzieliśmy, że uciekinierów z getta już nie ma. I dopiero wtedy ustąpił ten wielki strach, jaki’ towarzyszył nam w czasie pobytu pani Marysi w piwnicy. Pozostały strachy poprzednie, które teraz wydawały się bardziej znośne.
Pomimo że ludzie pozbawieni byli wiadomości z radia i gazet (poza wiadomościami podawanymi przez okupantów), to wydaje mi się, że wydarzenia na frontach, a zwłaszcza na wschodnim, były dość dobrze znane. Powszechnie było wiadomo, że istnieje polskie podziemie zbrojne, dopiero później nazywane Armią Krajową. Szeptało się o różnych akcjach zbrojnych przeciwko okupantowi oraz przeciwko kapusiom i kolaborantom. Krążyły opowieści o wykonywanych wyrokach śmierci na Polakach mordujących Żydów lub wydających ich w ręce Niemców. Pamiętam, że spotykało się to z ogólna aprobatą. Czytano również wiadomości rozprowadzane przez polskie podziemie, tzw. bibuły. Za złapanie człowieka z tymi bibułami groziły poważne konsekwencje, zesłanie do obozu lub nawet z kara śmierci. Jeszcze zimą 1942 roku, gdy wojska niemieckie utknęły pod Moskwą, krążyła chętnie śpiewana przez nas piosenka: „Czemu ty Hitlerze, tam pod Moskwą stoisz, czy cię nogi bolą, czy się Ruska boisz? Nogi mnie nie bolą, Ruska się nie boję, przymarzła mi dupa i tak sobie stoję”. Było również wiele innych piosenek i kawałów na ten temat. W miarę upływu czasu wśród dorosłych pojawiła się początkowo nieśmiała nadzieja, że może doczekamy klęski Niemiec. Udzielało się to również nam, dzieciom. Często powtarzano słowa: „aby tylko doczekać”.
Na początku lata 1943 roku wujek Tadek Wejroch zaproponował mojej mamie, aby razem ze mną zechciała wyjechać na kilka miesięcy na  z jego żoną (ciocią Helą) i trójką jego dzieci: Danusią, nieco młodszą ode mnie, 5-letnią Marysią, którą nazywaliśmy Mysią, i 2-letnim Tadziem. W Łomży panowała w tym czasie epidemia odry i szkarlatyny, ponieważ przed wojną umarła im najstarsza córka Wandzia, wujostwo z zaniepokojeni o zdrowie dzieci. Mojej mamy nie byłoby stać na taki wydatek, więc wujek Tadek wziął koszty tego wyjazdu na siebie. Jako wziętemu w Łomży lekarzowi powodziło mu się stosunkowo dobrze. Mamie zaproponował ten wyjazd nie tyle z uwagi na pomoc przy dzieciach,co dla towarzystwa dla cioci Heli. Moja mama oczywiście zgodziła  i ten sposób, pomimo wojny, znalazłem się znów w Szablaku. Zamieszkaliśmy u gospodyni, wdowy, która miała dorosłego syna, kawalera. Wujek Tadek przyjeżdżał do nas z Łomży dorożką w każdą niedzielę święta. Dom był drewniany, schludny. My mieszkaliśmy w jednej połowie domu, a gospodarze w drugiej. Syn gospodyni oprócz uprawy ziemi zajmował się rybołówstwem. Wyżywienie, w porównaniu z tym Łomży mieliśmy wspaniałe. U gospodyni i u innych gospodarzy kupowaliśmy świeże jaja, masło, mleko, chleb i kurczaki. Bardzo często jedliśmy świeże ryby złowione przez syna gospodyni. On czasami zabierał mnie na połów ryb. Wszyscy razem chodziliśmy do lasu na jagody grzyby oraz kąpać się nad rzekę. Kilkakrotnie chodziliśmy kąpać się z wujkiem Tadkiem, bez towarzystwa, co bardzo mi pochlebiało. Z wiejskimi chłopakami często rano wyprowadzaliśmy konie na pastwisko, a przyprowadzaliśmy je wieczorem, oczywiście na oklep. Miałem wówczas 11 lat i wszystko, co działo się na wsi, bardzo mnie interesowało.
W sąsiednim małym, drewnianym domku mieszkała para staruszków. Byli samotni. Domek ich stał pod kilkoma olbrzymimi, wiekowymi lipami, był zupełnie pod nimi schowany. Staruszek zajmował się ulami. W tym czasie kwitły lipy i wszędzie roztaczał się bardzo intensywny zapach. Staruszek zaprosił nas na podbieranie miodu z uli. Staliśmy z daleka, aby nie ‚użądliły nas pszczoły. Potem w jego domu jedliśmy świeży miód. Gospodarz pokroił plastry woskowe z miodem. Takie kawałki plastra wkładało się do ust i gryzło. Z plastrów wyciekał jeszcze ciepły miód, kapiący nam po brodach, a wosk wypluwało się. Tam też widziałem wyrojenie się pszczół z ula. Chmura owadów obsiadła gałąź na drzewie. Staruszek skropił zwisający rój wodą i zgarnął go indyczym piórem do wiklinowego kosza. Potem zaniósł pszczoły do pustego ula, część owadów włożył do niego, a pozostałe same wchodziły do środka.
Gospodarz, u którego mieszkaliśmy, krył stodołę nową słomianą strzechą. Pamiętam cały szereg związanych z tym czynności. Do wyrobu strzechy potrzebna była słoma żytnia z ubiegłego roku. Słoma musiała być wysoka, młócona specjalnie cepem, a nie maszynowo. Z tej słomy sporządzało się małe wyrównane snopki, które potem stopniowo układało się na żerdziach dachu stodoły. Były one przymocowane do żerdzi pasami ze słomy. Widziałem też wyrób wiązania do cepów. Gospodarz złapał w rzece dużego węgorza. Na żywca zdarł z niego skórę, po prostu go wynicował, przy czym węgorz piszczał. Skórę wypchał słomą i pozostawił do wysuszenia. To było właśnie wiązanie do cepa. Obraz piszczącego węgorza prześladował mnie długo.
W Szablaku byliśmy aż do przymrozków. Przypominam sobie duże ogniska w czasie wykopków na polu. Ani razu do wsi nie zaglądali Niemcy. Wreszcie ta sielanka skończyła się i trzeba było wracać do rzeczywistości na Pociejewie.
Wieści z frontów były coraz bardziej pomyślne. Dowiadywaliśmy się, że Niemcy ponoszą klęski i cofają się. Na co dzień jednak widzieliśmy nadal łapanki, wywózki do obozów i do Niemiec na roboty oraz rozstrzeliwania „na miejscu”.
W czasie całej okupacji był odczuwalny niedostatek pożywienia. Chleb był na kartki. Był to gliniasty wypiek, który jednak jadaliśmy chętnie. Nie było żadnych słodyczy, zwłaszcza cukru. Herbatę, a raczej ersatz herbaty, słodziło się sacharyną. Brak było tłuszczów i mięsa. W sklepach jednak były do kupienia różne podróbki: sztuczny miód, jakieś prymitywne niesmaczne margaryny, sztuczne przyprawy.
Nasi sąsiedzi hodowali kozy. Ich stadko liczyło pięć czy sześć kóz. Robiły one spore szkody, zwłaszcza w warzywach, ale mieli oni własne mleko. ]a też chciałem mieć kozę. Wczesną wiosną 1944 roku mama kupiła mi więc małą kózkę. Była piękna: do połowy z przodu czarna, a z tyłu biała. Miała długie, zakrzywione rogi. Nazwałem ją Baśka. Wszędzie z nią chodziłem, początkowo na łańcuszku, potem tak się przyzwyczaiła, że chodziła za mną jak pies. Nie oddalała się zbytnio, a na pierwsze moje zawołanie przybiegała natychmiast. Nawet był z nią kłopot, gdyż nigdy nie chciała zostawać sama. Często chodziłem więc z nią nad rzekę. Tam skubała trawę i gałęzie, a gdy przepływałem na drugi brzeg rzeki, ona płynęła za mną.
Miałem również swojego kogutka, który chodził za mną przy nodze i bardzo lubił chować się u mnie pod ubraniem. Wołałem na niego Tutuś. Historia tego kurczaka jest zabawna. W czasie wyprawy po artykuły spożywcze na wieś Zabawka dostałem od gospodyni małego, dwudniowego kurczaczka. Kwoka późno wysiedziała kurczaki i ostatni w lęgu nie został przez nią przyjęty. Kwoka odpędzała go od stadka i dziobała. Był poraniony, a ponieważ nadchodziły już chłody jesienne, maleństwu groziła śmierć. Bardzo się tym przejąłem i gospodyni sprezentowała mi tego kurczaka. Chował się więc jako sierota. W czasie posiłków wypuszczałem go na stół. Było zabawne obserwować go, jak przytulał się do ciepłego kubka (bo już nadchodziły chłody). Potem, gdy podrósł, chodził po podwórku z innymi kurami, ale gdy go zawołałem „Tutuś”, przybiegał do mnie. Niestety, zdechł w czasie pomoru. Chyba się rozpłakałem. Pomory ptactwa domowego były dużą stratą. Zdychała wówczas duża część naszego drobiu. Pamiętam, że z padłych ptaków robiliśmy mydło domowym sposobem: gotowało się tusze ptaków w sodzie kaustycznej. Powstawała namiastka szarego mydła, które było używane do prania.
W początku czerwca 1944 roku oznaki zbliżającej się klęski Niemców siały się już zupełnie wyraźne. Początkowo wyjeżdżały rodziny niemieckie, potem zaczęły ewakuować się różne urzędy, wreszcie na drogach prowadzących w kierunku Prus Wschodnich widziało się coraz więcej formacji wojskowych. Żołnierze nie byli już tak butni i pewni siebie jak w 1941 roku. Pewnego dnia na nasze podwórko wjechał samochód ciężarowy, na którym siedzieli niemieccy żołnierze. Oficer wysiadł z szoferki, przeszedł się po podwórku i kazał mojej mamie tonem wykluczającym jakikolwiek sprzeciw zabić kilka kur i dwie gęsi. Kazał je oprawić, gdy mama skubała zabite ptaki, łamaną polszczyzną wszczął rozmowę,dopytując się, gdzie jest mamy mąż. Kiedy dowiedział się, że ojciec jest oficerem i przebywa w niemieckiej niewoli (mama pokazała mu listy ojca z oflagu), zmieszał się, zasalutował i zaczął przepraszać mamę, ale jednocześnie tłumaczył, że jego podwładni są głodni i zmęczeni. Poszedł do samochodu i przyniósł mamie w zamian pełno mydła i jakieś konserwy. Gdy to zobaczyła nasza sąsiadka, to nie pytając Niemca zabiła kilka swoich kur i dała Niemcowi, licząc na to, że też dostanie zapłatę, ale się srogo zawiodła. Niemiec jej kury wziął, ale nic jej w zamian nie dał. Potem miała do mojej mamy o to pretensje. Innym razem na podwórko zajechało kilkudziesięciu żołnierzy na samochodach terenowych. Byli zmęczeni i zakurzeni. Roztasowali się na noc, myli się, golili, przygotowywali sobie jedzenie. Mieli nastawione głośno radio, słychać było muzykę. W pewnym momencie jeden z żołnierzy zaczął szukać innej stacji i usłyszeliśmy głos po rosyjsku: „Zdieś gawarit Grodno”. Niemcy się speszyli, ale nie za bardzo. Przestawili jednak radio na inną falę.
Wkrótce drogi zaroiły się wozami Ukraińców, którzy częściowo dobrowolnie, a częściowo pod przymusem ewakuowali się wraz z Niemcami w kierunku Prus Wschodnich. Ruch ten odbywał się głównie szosą  obwodową w kierunku żelaznego mostu. My ze Staśkiem gapiliśmy się na to całymi dniami. Któregoś czerwcowego popołudnia na nasze podwórcc I zajechały dwa wozy konne z Ukraińcami. Na jednym wozie było małżeństwo z synem nieco starszym ode mnie, Sierożą. Nazywali się Kozak. Okazało się, że są to ci sami Ukraińcy, u których zatrzymali się dziadkowie i Wejrochowie w 1939 roku w czasie ich ucieczki przed Niemcami na Wschód. Teraz przejeżdżając przez Łomżę przypomnieli sobie o dziadkach i pytając się różnych ludzi trafili do nas na Pociejewo. Na drugim wozie było młode małżeństwo, ich znajomi lub kuzyni. Kobieta była w ostatnim miesiącu ciąży. Postanowili oni pomimo wielkich obaw nie jechać dalej z Niemcami i przeczekać u nas do przyjścia Rosjan. Oczywiście przyjęliśmy ich bardzo serdecznie. Na wozach były „cygańskie budy” Nocowali oni w tych wozach ustawionych w końcu podwórka i nieco zamaskowanych, aby nie zobaczyli ich Niemcy. Kobieta w ciąży spała w pokoju ciotki Lilki. Byli to bardzo mili ludzie. Kozalcowa była córką popa. ^ Śniadania, obiady i kolacje jedliśmy wspólnie w naszym domu. Przyjazd Ukraińców znacznie poprawił nasze zaopatrzenie w żywność.
Niemcy, cofając się, pędzili przez wiele dni Szosą Obwodową w kierunku Prus Wschodnich olbrzymie stada bydła, oczywiście zrabowane. Krowy były pomęczone, ryczące, nie dojone, z kapiącym mlekiem  przepełnionych wymion. Jeśli któraś nie mogła iść dalej, była zabijana w drodzę i zabierana przez Niemców. Pamiętam olbrzymiego buhaja, który położył się na drodze i nie chciał dalej iść. Niemcy go zastrzelili, ale mieli duże kłopoty, aby załadować go na samochód. Spędzili do pomocy okolicznych gospodarzy. To pędzenie bydła wielkimi stadami odbywało się przez kilka dni. Na noc bydło było pędzone nad rzekę na rozległe łąki, tzw. pulwy. Tam krowy piły wodę i przez noc pasły się, następnego dnia stado było pędzone dalej. Niemcy pilnowali tego bydła, ale pozwalali doić krowy na pulwach. Ludzie ciągnęli nad rzekę, wracali z wiadrami pełnymi mleka. Ukraińcy, którzy zatrzymali się nas, codziennie jechali na oklep nad rzekę, aby napoić swoje konie, w czasie takiej jazdy przywiązali jedną krowę z pędzonego stada do mego konia. Niemcy w pewnym momencie doskoczyli do nich, ale ukraińcy wylegitymowali się i powiedzieli, że to ich krowa. W ten sposób stali się posiadaczami krowy, która zaraz następnego dnia została przez nich zarżnięta. I tym sposobem mieliśmy wszyscy, łącznie z sąsiadami, dużo świeżego mięsa.
Tymczasem gospodarze w Czachach wymówili dalszego schronienia Marysi i jej córce. Należało je stamtąd gdzieś zabrać. Dalsze przechowywanie ich u nas na Pociejewie było niemożliwe. W tym czasie Czesiek na przedmieściach Łomży, na ul. Nowogrodzkiej, pracował w małym, wielobranżowym sklepie, gdzie był kierownikiem. Na zapleczu, w pomieszczeniu na towary, Czesiek z opakowań urządził kryjówkę, w której umcieścił panią Marysię i Sabinę. Zupełnie nie wiem, jak to było możliwe, gdyż sklep był pod nadzorem niemieckim i razem z Cześkiem pracowała tam jakaś kobieta (może została ona przez Cześka opłacona?). Wiem o tym wszystkim, gdyż razem ze Staśkiem nosiliśmy tam wielokrotnie z Pociejewa jedzenie.
W tym czasie, początkowo tylko w spokojne noce, słychać było dalekie pomruki zbliżającego się frontu. Stopniowo odgłosy te stawały się coraz wyraźniejsze, można było rozróżniać pojedyncze wybuchy. Nad
Łomżą, zwykle w nocy, zaczęły pojawiać się rosyjskie samoloty. W końcu sierpnia 1944 roku Łomża została po raz pierwszy zbombardowana. Nalot rozpoczął się nocą. Wszyscy w popłochu zbiegliśmy do piwnicy. Dom, w którym mieszkaliśmy, był murowany, a stropy piwnic były wzmocnione żelaznymi belkami. Uważaliśmy, że to schronienie jest w miarę bezpieczne. Bomby padały wszędzie na chybił trafił, niektóre bardzo blisko. Znowu odezwały się u mnie stare lęki z 1939 roku. Następnego dnia chodziliśmy ze Staśkiem oglądać zniszczenia. Niedaleko naszego domu upadła bomba, pozostawiając duży lej. Z połowy domu od wybuchu „zjechały” dachówki. Nie wiem, czy były jakieś straty wśród Niemców, ale z ludności cywilnej tamtej nocy zginęło w Łomży około stu ludzi. Bombardowania te powtarzały się jeszcze kilkakrotnie, zawsze w nocy. Za dnia bombardowań nie było, ale czasami dochodziło nad samą Łomżą i nad okolicznymi polami do walk powietrznych pomiędzy myśliwcami rosyjskimi a niemieckimi. Okoliczni rolnicy nie wyjeżdżali na swoje pola, na których pozostały ziemniaki, kapusta i inne płody. Kilkakrotnie, za zgodą pana Modzelewskiego, wyjeżdżaliśmy z Ukraińcami na jego pole ukopać sobie ziemniaków. W czasie jednej z takich wypraw nad nami w powietrzu rozpętało się piekło, doszło do bitwy powietrznej.
Pochowaliśmy się w kartofliskach, a dokoła nas padały na ziemię pociski i odłamki dział przeciwlotniczych. Po jednym ze szczególnie dotkliwych bombardowań w końcu sierpnia ludzie w popłochu zaczęli uciekać z miasta. Nasza rodzina piechotą uciekła do Jednaczewa. Wzięliśmy ze sobą tylko podręczny bagaż, pozostawiając dom pod opieką Ukraińców, którzy woleli nie ruszać się z naszego podwórka. W czasie tej ucieczki u dziadka pojawiła się trudność w chodzeniu. Na paluchu lewej nogi zrobił się wrzód. Zaszliśmy po drodze do szpitala, tam Stasiek Wejroch obejrzał nogę i powiedział, że należy amputować paluch, bo to zmiana miażdżycowa. Dziadek absolutnie na to się nie zgodził i tak z kulejącym dziadkiem doszliśmy do Jednaczewa. Obecnie trudno mi zrozumieć ten pęd do ucieczki, to chyba jakiś atawistyczny odruch, gdyż stwarzało to więcej zagrożeń niż pozostanie na miejscu. W Jednaczewie koczowaliśmy chyba dwa dni, nocując pod drzewami, po czym zniechęceni powróciliśmy do domu.
Linia frontu była już blisko. Na Łomżę padały już nie tylko bomby lotnicze. ale również pociski artyleryjskie. W tym czasie młoda Ukrainka urodziła chłopczyka. Przed samym opuszczeniem miasta Niemcy pozwolili ludności cywilnej zabierać ze stacji kolejowej wojskowy chleb. Był  w pośpiechu, jeszcze gorący, ładowany do wagonów kolejowych i tak przewożony przez wiele godzin uległ częściowemu spleśnieniu. Wielu ludzi, w tym i ja ze Staśkiem, przynieśliśmy tyle tego chleba, ile zdołaliśmy udźwignąć. Chleb kroiło się na plastry, wyrzucało miejsca spleśniałe, a kawałki lepsze wykładało na słońcu do suszenia.  było strach jeść ten chleb, ale nie przypominam sobie, aby ktoś chorował. Pamiętam, że dziwiono się takiej „łaskawości” Niemców.
Uważano, iż w końcu zrozumieli, że dostają w skórę. W początku września doszła do nas wiadomość, że w Warszawie wybuchło powstanie i znowu pojawił się niepokój o Zbyszka i rodzinę wujka Stefana.

C. d. n.

Materiał opracowano na podstawie książki Tadeusza Rawy Czas Przeszły.

229 Ogólnie 3 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar