Czas przeszły. Wspomnienia. (cz.2)

„Jak u większości ludzi starych, przychodzi taki czas, gdy w sposób niemal natrętny wspomina się lata, które minęły. Tak się złożyło, że ten okres mojego życia, zwłaszcza dzieciństwo, przypadł na apokalipsę wojny światowej. Były to czasy niezwykłe i dlatego chcę przekazać wszystko to, co widziałem i przeżyłem jako dziecko, a czego dzieci nigdy nie powinny doświadczać.
Początkowo chciałem opisać tylko dzieciństwo, potem w miarę pisania pojawiła się chęć utrwalenia mojej młodości. Opisuję je głównie dla siebie, ale może kiedyś zaciekawi to moje wnuki, a może i kogoś innego.”

Tadeusz Rawa

Przed wojną

Ojciec mój był zawodowym oficerem. Odkąd go pamiętam, był w randze kapitana. Mieszkaliśmy początkowo w Warszawie przy ul. Elektoralnej, a następnie w 1935 roku ojciec został przeniesiony służ­bowo do Poznania. Okresu warszawskiego nie pamiętam, natomiast w Poznaniu moja pamięć sięga 1938 i 1939 roku. W Poznaniu mieszka­liśmy w dużym bloku dla rodzin oficerskich przy ulicy Koszarowej, która tuż przed wojną przemianowana została na ulicę Arnolda Szylinga. Był to, jak na tamte czasy, nowoczesny, trzypiętrowy budynek z trzema przestronnymi klatkami schodowymi. Na każdym piętrze były dwa mieszkania, nasze na parterze w pierwszej klatce. Mieszkanie składało się z trzech pokoi, dużej kuchni, przy której było jeszcze jedno małe po­mieszczenie, przestronnej łazienki i dwóch przedpokoi. Mieszkanie ogrzewały piece kaflowe, ale poza tym do kuchni i do łazienki doprowa­dzony był gaz (w łazience stał piec gazowy do grzania wody). W kranach była ciepła i zimna woda. Sanitariaty w łazience były nowoczesne. W domu był telefon, co w tamtych czasach nie było takie częste.
Okna wychodziły z jednej strony na ulicę, z drugiej na obszerny plac będący podwórkiem. Ulica, przy której stał dom, w moich wspomnie­niach zawsze jest ulicą Koszarową, aczkolwiek tuż przed wybuchem wojny zmieniono tę nazwę na Arnolda Szylinga (nazwa ta figuruje do chwili obecnej). Była niezbyt długa, ale wyasfaltowana, z czysto utrzyma­nymi chodnikami. Pomiędzy trotuarami a jezdnią był trawnik ze szpale­rami drzew, obsypanymi wiosną czerwonymi kwiatkami (chyba były to głogi). Przy ulicy stały ozdobne, żeliwne latarnie gazowe. Codziennie o zmroku przechodził człowiek z długą tyczką zakończoną wygiętym hakiem i zapalał te latarnie. W ozdobnej, oszklonej latarni zapalały się cztery płomienie, dające jasną, niebieskawą poświatę. W miarę przecho­dzenia latarnika stopniowo wyłaniały się z ciemności zarysy ulicy i domów. Lubiłem z okna obserwować ten rytuał. Po drugiej stronie ulicy ciągnął się długi też trzypiętrowy blok należący do kompleksu koszar, mieściły się tam chyba jakieś wojskowe biura. Miałem zakaz wycho­dzenia samemu na ulicę, na której nie było dużego ruchu samochodo­wego, raczej konny. Były to przeważnie duże platformy na gumowych kołach, zaprzężone zwykle w dwa silne, wielkie konie pociągowe (nazywa­liśmy je „belgijskie”). Słychać było miarowe klapanie podków na asfalcie. Ulica była zawsze czysta, często zamiatana, a trawniki regularnie podle­wane i strzyżone przez dozorcę. W upalne dni, zwykle wcześnie rano, jezdnia ulicy była polewana wodą.
Obraz tego domu i tej ulicy pozostał w mojej pamięci na całe życie. Po wojnie już nigdy więcej nie byłem w Poznaniu i opisuję ten dom i ulicę z pamięci. Ale niedawno, w 2011 roku, udało mi się w internecie wejść na mapę satelitarną Poznania ze zdjęciami panoramicznymi ulic i nagle zna­lazłem się znowu na „mojej ulicy” i przed „moim domem”. Mogłem zaj­rzeć w okna (od ulicy) „mojego mieszkania”. Okazało się, że pomimo dwóch wojen (1939 i 45) i upływu przeszło 70 lat, ani dom, ani ulica nie uległy zmianie. Znikły tylko ozdobne, żeliwne latarnie, no i pojawiły się na domach różne reklamy.
Moim miejscem zabaw było najczęściej podwórko. Był to duży plac, ciągnący się wzdłuż całego bloku, szeroki na około 40-50 metrów, za­kończony płotem chyba drewnianym, za którym stały wiaty z różnymi elementami drewnianych mostów będących magazynem wojskowym saperów, a drewniane konstrukcje używane były do ćwiczeń. Płot od­dzielający od podwórka nie mógł być zbyt szczelny, gdyż przypominam sobie, że w towarzystwie innych dzieci wchodziliśmy tam i bawiliśmy się wśród tych konstrukcji w chowanego. Drewno nasączone było środkiem konserwującym o silnym, smolnym zapachu. Na podwórko wychodziło się z klatki schodowej. Klatki schodowe były obszerne, na każdym pię­trze były wejścia do dwóch mieszkań, do każdego mieszkania po dwa: jedne kuchenne i obok „paradne”. Pamiętam, że często biedni chodzący po prośbie dzwonili najpierw do jednych drzwi, a potem do drugich i byli mocno zdziwieni, że widzą tych samych właścicieli. Z każdej klatki schodowej jedno wyjście prowadziło na ulicę, a drugie na podwórko. Wzdłuż całego bloku od strony podwórka ciągnął się szeroki chodnik wyłożony płytami. Poza tym na placu rosła jakaś trawa, ale był to raczej zdeptany plac zabaw. Stały na nim trzepaki, jakieś piaskownice do zabaw dla dzieci. W domu mieszkały 24 rodziny oficerskie, więc na podwórku dzieci było dużo. Po bokach podwórka z jednej strony parkan, za którym był niezabudowany plac, porośnięty był wysokimi chwastami. Przy płocie rosły wysokie drzewa akacjowe. Z, drugiej strony rósł wielki kasztan ze zwisającymi gałęziami. Było to miejsce naszych zabaw, wiosną łapaliśmy tam chrabąszcze, jesienią strącaliśmy kasztany. Za kasztanem było ogrodzenie z podmurówką i ozdobnymi prętami metalowymi, a za ogrodzeniem ciągnął się park z dużymi drzewami, pod którymi zawsze panował cień. W głębi parku stał pałacyk, w którym mieściło się kasyno oficerskie. W parku stały dwie armaty z długimi lufami z czasu pierwszej wojny światowej. W miejscu zamków armat były otwory i zawsze dzi­wiłem się, jak z nich strzelano. Do parku tego było trudno się dostać, ale i tam czasami bawiliśmy się.
Na podwórku zwykle było gwarno, dzieci w różnym wieku było co niemiara. Było również sporo różnych psów, należących do panów ofi­cerów. Niektóre z nich były groźne i dochodziło do konfliktów. Psy te czasami toczyły również walki pomiędzy sobą. Byłem świadkiem takiej walki, w której duży owczarek niemiecki rozerwał małego pieska. Piesek początkowo skomlał, potem chlusnęła krew i na chodniku leżało jego drgające ciało. Pamiętam, że panowie oficerowie skoczyli do siebie w awanturze, jeden wyciągnął pistolet, aby zabić owczarka, drugi, też z wyciągniętym pistoletem, zagroził, że zastrzeli oficera. Awantura za­kończyła się jednak bez strzelaniny, ale była dla mnie dużym wstrząsem. Od tego czasu pozostał we mnie na długie lata, a właściwie w pewnym stopniu i do chwili obecnej, lęk przed psami.
W domu była na stałe gosposia Kazia, młoda dziewczyna z okolicznej wioski. Spała w małym pomieszczeniu przy kuchni. Poza tym czasami przychodził pomagać w domu żołnierz, ordynans Grzesio. Brat Zbyszek był starszy ode mnie o 7 lat, chodził do szkoły. W domu więc po wyjściu rano ojca do pracy i Zbyszka do szkoły pozostawałem z mamą i Kazią. Bawiłem się zwykle sam, albo zabawkami, albo coś rysowałem. Często słuchałem radia. Radio było wtedy rzadkością. Była to niewielka czarna skrzynka z dwoma pokrętłami i obracającą się tarczą do wyszukiwania stacji. Zawsze dziwiłem się, skąd bierze się tam głos. Gdy byłem mniejszy, wyobrażałem sobie, że siedzą tam krasnoludki i coś mówią lub grają. Jeśli nie padało, wychodziliśmy z mamą do miasta po zakupy. Pamiętam sze­rokie ulice, wystawy sklepowe i duży ruch na ulicach. Czasami maru­dziłem przed wystawami sklepów z zabawkami i domagałem się, aby mama kupiła mi jakąś zabawkę. Mama często kupowała mi banana, sło­dycze lub parówki, które zjadałem na drugie śniadanie. Na sąsiedniej ulicy mieścił się ogród zoologiczny, do którego często chodziliśmy.
Ojciec wychodził rano, gdy jeszcze spałem. Pracował nie w koszarach obok, ale gdzieś dalej. Nie wiedziałem, na czym polegała jego praca. Do­piero wiele lat po wojnie dowiedziałem się od Zbyszka, że pracował w specjalnej, logistycznej jednostce, obejmującej swym działaniem ob­szar całego kraju. Ojciec ukończył w czasie służby Wyższą Szkołę Nauk Politycznych, oraz jakieś szkolenia z zakresu logistyki wojskowej i zarzą­dzania majątkiem wojskowym. Był odpowiedzialny za zaopatrzenie armii w skóry. Zważywszy na to, że w ówczesnym wojsku przeważały za­przęgi konne, że była rozbudowana konnica, do której potrzebne były siodła i inny sprzęt skórzany, prócz tego buty i pasy dla żołnierzy, był to niemały dział. Ojciec zwykle chodził w mundurze. Nie pamiętam, poza okresem letnim, ojca w ubraniu cywilnym. Aczkolwiek było takie zda­rzenie, że kiedyś w Poznaniu wyszedł z domu w ubraniu cywilnym i na ulicy kilka przecznic dalej podszedł do niego policjant, zasalutował, tytu­łując go „Panie kapitanie”. Na co ojciec: „A skąd pan wie, że jestem kapi­tanem?”, na co policjant: „Bo ma pan na głowie czapkę wojskową”. Ojciec podziękował,, kupił gazetę, w którą zawinął czapkę, i tak wrócił do domu. Incydent ten był wielokrotnie w domu opowiadany.
Z obiadem czekało się na ojca. Do prostokątnego stołu siadaliśmy we czwórkę, ojciec po mojej stronie prawej, mama po lewej, a naprzeciwko Zbyszek. Pod stołem czasami dochodziło między nami do walki nogami, ale tak, aby rodzice niczego nie zauważyli. Po obiedzie ojciec zwykł był siadać na bujanym fotelu i czytać gazetę. Wtedy nie można mu było prze­radzać. Potem często wdrapywałem mu się na kolana i rozmawialiśmy na różne tematy. Pamiętam, że kiedyś dopytywałem się, czy umie mówić :: rosyjsku, oczywiście potwierdził. Poprosiłem, by powiedział mi jak nazywa się jakaś rosyjska rzeka i ojciec powiedział: Wołga. Nie wiem dlaczego. ale strasznie dziwiłem się tej nazwie. Słuchało się radia, ojca ciekawiły zwykle wiadomości. W niedzielne popołudnia, jeśli nie padało, wy­chodziliśmy całą rodziną na długie spacery poza miasto, Zbyszek zwykle jechał na rowerze, a my w trójkę szliśmy piechotą. Rodzice oglądali różne domki reki i wille na przedmieściach Poznania i planowali w przyszłości kupno własnego domu. Było to zupełnie realne, gdyż zarobki ojca były dość wysokie. Pamiętam, że miesięcznie wynosiły około 500 zł, co na owe czasy bvło sumą dużą. Poza tym otrzymywał umundurowanie, diety, opłaty za mieszkanie itp. Z rozmów przypominam sobie, że rodzice mieli już odłożoną pokaźną sumę pieniędzy na dom, ale planowali go kupić dopiero po przejściu ojca na emeryturę. Brano pod uwagę Ostrołękę lub Łomżę. Mó­wiło się w domu i potem ojciec to potwierdził, że tuż przed wojną udzielił dużej pożyczki bratu Stefanowi. Wujek Stefan ukończył wówczas studia medyczne, ożenił się i potrzebował pieniędzy na otwarcie gabinetu. Był, jak pamiętam, dobrze prosperującym lekarzem ginekologiem. Mieszkał w Warszawie na Woli przy ul. Syreny 9. Czasami bywaliśmy u niego. Po­dziwialiśmy jego parterowy dom z ogrodem, ze stadem gołębi na dachu. Ojciec też często mówił, że na starość chce patrzeć na własne gołębie.
Jesienią 1938 roku, w wieku 6 lat, przydarzyła mi się katastrofa z al­koholem. Mama robiła w kuchni nalewkę z wiśni. Odcedzone owoce od­stawiła na taborecie, a ja, siedząc pod stołem, sięgałem po nie i jadłem. W pewnym momencie poczułem się źle, wyszedłem spod stołu i upa­dłem, nie mogłem ustać, Mama w popłochu wezwała lekarza. Ten zbadał mnie, potem obwąchał i powiedział mamie, że jej synek jest pijany. Do­piero po dłuższym śledztwie wyszło na jaw, że to po tych wiśniach. Po tym incydencie przez wiele, wiele lat nie tknąłem alkoholu.
Pamiętam, chyba tuż przed wybuchem wojny, wiosną 1939 roku, wy­prawę na Targi Poznańskie. Był pochmurny, ale ciepły dzień, na alejkach pomiędzy pawilonami stały kałuże. Było dużo ludzi, panowie w cylin­drach na głowach, panie w długich sukniach. Pamiętam również paradę wojskową w czasie święta państwowego w dniu 11 listopada 1938 roku. Moją uwagę przykuła zwłaszcza orkiestra wojskowa na białych koniach, z kucem ciągnącym wielki bęben.
Swoje życie w Poznaniu wspominam jako szczęśliwe i beztroskie. Z tamtego okresu nie pozostały żadne pamiątki poza dwoma zdjęciami wykonanymi na ulicy. Na jednym maszeruje ulicą sześcioletni chłopczyk ubrany w wyszywaną czapeczkę i pelerynkę. W oddali widoczna jest mama i chyba ciocia Basia, żona Stefana. Na drugim zdjęciu, też w wieku 5 lub 6 lat stoję na murku i trzymam z wyraźnym strachem za łapę bia­łego niedźwiedzia. Niedźwiedź nie jest prawdziwy, w skórze niedźwie­dzia jest człowiek, ale mój strach jest prawdziwy. Są to jedyne moje zdjęcia z okresu przedwojennego, wszystkie inne poznańskie pamiątki przepadły. Jedynie trochę starych przedwojennych fotografii zachowało się jakimś cudem u ciotki Wandy i u Wejrochów. Jest jednak jeden przed­miot z okresu przedwojennego: metalowy ryngraf Matki Boskiej Często­chowskiej, który mama zabrała w 1939 roku, gdy w popłochu ucieka­liśmy z Poznania. Mieliśmy go przez cały okres wojny i później, a teraz poczerniały wisi nad moim tapczanem.
W naszym domu w Poznaniu największy był pokój jadalny z prosto­kątnym stołem i krzesłami dokoła stołu. W rogu stało duże tremo. Za nim Zbyszek chował przede mną swój werbel harcerski, gdyż lubiłem się nim bawić, a on mi na to nie pozwalał. Za lustrem schowana była również pa­radna szabla ojca, też z tych samych powodów. W drugim rogu pokoju stał drewniany fotel bujany z wyplatanym siedzeniem i oparciem, na którym siadał zwykle po obiedzie ojciec i na którym ja lubiłem się bujać. W pokoju był tapczan, na którym sypiał Zbyszek. Pomiędzy oknami stał stolik z ra­diem oraz duży kredens. Ze stołowego były trzy wyjścia: do przedpokoju i potem do kuchni, do saloniku i do sypialni. Dwa okna stołowego wycho­dziły na ulicę. Salonikiem był nieduży pokoik z oknem wychodzącym na ulicę. Stały w nim fotele, jakaś sofka. Drugie drzwi z saloniku wychodziły na przedpokój, do którego wchodziło się z klatki schodowej „paradnymi” drzwiami. Tędy zwykle wchodzili goście. Pomiędzy pokojem jadalnym a salonikiem były duże, oszklone matowo, rozsuwane drzwi. Po ich rozsu­nięciu powstawało ogromne pomieszczenie. Korzystano z tego przy okazji przyjęć, lub gdy na święta przyjeżdżali do nas z Ostrołęki wujostwo Osta­szewscy. Inne drzwi prowadziły z pokoju jadalnego do sypialni. Był to dość duży, podłużny pokój, którego okno wychodziło na podwórze. W sypialni srało łoże małżeńskie. Ja spałem w małym łóżku, ale bardzo lubiłem prze­łazić do łóżka rodziców. W pokoju były również szafki nocne oraz duża szafa. Pokój sypialny był jasny, meble w stołowym i w saloniku – ciemne. Pamiętam, że od wczesnego dzieciństwa bałem się sam zasypiać w ciemnym pokoju, musiał być ktoś ze mną,’ lub musiało być zapalone światło i otwarte drzwi do jadalni. Były u mnie w użyciu wówczas dwa słowa: „mumy” to jakieś zjawy w znaczeniu duchów i tego się bałem po zmroku, i „mumraki”, co mama sprawdzała, czy nie mam ich w głowie (nie przypominam sobie, aby przed wojną coś tam znalazła).
Przed świętami Bożego Narodzenia w 1938 r. choinkę w dużym pokoju ubieraliśmy we trójkę: ojciec, Zbyszek i ja. Potem było uroczyste wprowa­dzenie mamy. Czekałem z niecierpliwością wigilii i wizyty św. Mikołaja z prezentami. Na święta przyjechali wówczas do nas wujostwo Osta­szewscy z córkami Irenką i Alinką. Mama denerwowała się, gdyż zapo­wiedziana paczka żywnościowa z Łomży (wiadomo, że najlepsze wędliny były od Jakubowskiego) nie przyszła przed świętami (dotarła dopiero po świętach, oczywiście część produktów była zepsuta). Rodzice bardzo na­rzekali na polską pocztę (zupełnie jakby to było dzisiaj). Wreszcie docze­kałem się przyjścia świętego Mikołaja. Wydał mi się on trochę podobny do Zbyszka, ale dopiero następnego dnia, gdy przypadkiem odkryłem sztuczną brodę, nabrałem pewności, że było to oszustwo. Prezenty jednak były prawdziwe. Te święta były takie jasne, radosne. Wtedy nic nie zapo­wiadało, że były one ostatnie i że przez następne sześć lat nie będzie ani choinki, ani prezentów, i że będą bombki, ale zupełnie inne.
W dzień noworoczny 1939 r. (a może kilka dni później) pamiętam wielkie przyjęcie imieninowe mojego ojca, Mieczysława. Szklane drzwi pomiędzy pokojami zostały rozsunięte i powstało jedno duże pomiesz­czenie. Pamiętam kilku kolegów ojca oficerów, którzy przyszli z żonami. Byłem zły, że domagano się ode mnie wierszyków.
Zwykle w niedzielę spaliśmy dłużej, a po obudzeniu leżeliśmy jeszcze przez pewien czas w łóżkach. Zbyszek często wychodził wcześniej i ku­pował niedzielną gazetę. Z gazety tej czytane bywały felietony humory­styczne Wiecha, które miały nazwę: Walery Wątróbka ma Głos. Pa­miętam, że wszyscy się z tego śmiali, a ja nie bardzo wiedziałem dla­czego. Musiało to być na krótko przed wojną w 1939 roku. Pamiętam również audycje radiowe ze Lwowa w wykonaniu Szczepka i Tońcia, bardzo śmieszne. W radiu słuchałem bajek dla dzieci oraz czytano mi różne książeczki. W wieku 6 lat znałem niektóre litery i umiałem napisać drukowanymi literami „RAWA!”, chyba i inne słowa.
Moim pierwszym filmem, jaki widziałem w kinie, był film Disneya pod tytułem Królewna Śnieżka. Byłem nim zachwycony, do momentu, gdy zła królowa przemieniła się w straszną czarownicę. Wtedy błyskawicznie znalazłem się pod krzesłem i nie chciałem długo stamtąd wyjść. Było to chyba coś na rzeczy, gdyż film ten obecnie, właśnie ze względu na dra­styczność tych scen, nie jest wyświetlany dla dzieci. To był mój pierwszy horror. Pamiętam również jakiś bal noworoczny dla dzieci (chyba w 39 r.), na który poszedłem ze Zbyszkiem. O ile mieszają mi się fakty z życia poznańskiego, co było w 38 r., a co w 39, to wakacje w Łomży pozostały w mojej pamięci bardzo żywe.

/cdn/

163 Ogólnie 2 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar