HISTORIA RODU GAJEWSKICH /Wspomnienia świadka historii – cz. 1/

Spisał Jerzy Gajewski

Jerzy Gajewski

Jerzy Gajewski

Mój dziadek Franciszek Gajewski mieszkał w Warszawie. Posiadał kilka par koni, zajmował się przewozem materiałów budowlanych, opałowych i innych. Żona miała na imię Maria z Błażejewskich. Doczekali się dwójki dzieci. Syna Antoniego urodzonego 22.03.1897r. w Warszawie i córki Zofii. Antoni – mój ojciec, ukończył cztery klasy gimnazjum. Pracował jako pomoc biurowa. W roku 1915 został wywieziony do Niemiec na prace przymusowe, gdzie doskonale opanował język niemiecki. W 1918 uciekł z Niemiec – było to w m-cu listopadzie. Następnie został powołany do wojska polskiego. Jednostka została zlokalizowana w Krakowie. W wojnie bolszewickiej szli z frontem południowym w kierunku Kijowa. Była to jednostka polskiej kawalerii. Za udział w tej wojnie został odznaczony Krzyżem Walecznych i wieloma medalami.

Część pierwsza

Szczęśliwe dzieciństwo
Po zakończeniu wojny jednostka z powrotem wróciła do Krakowa. Przemianowana została na Dywizjon Artylerii Konnej. 2 czerwca 1924 roku wstąpił w związek małżeński z Anną Jamróz. Ojciec był człowiekiem pogodnego usposobienia – kochał kobiety, konie i sport Był ojcem wyrozumiałym. Lubił ład i porządek. Po wojnie pozostał w wojsku i pełnił funkcje zawodowego podoficera. W stosunku do swoich podwładnych był wyrozumiały, lojalny, ale jednocześnie wymagający. Major, którego nazwiska nie pamiętam, wziął ojca do organizowania jednostki w Wojciechowicach koło Ostrołęki. Organizowali 12 Dywizjon Artylerii Konnej. Tam jego żona, a moja matka zaszła w ciążę. Był to rok 1926. Z tym samym majorem zostali przeniesieni do organizowania jednostki w Zambrowie. Był to rok 1926. O ile pamiętam to zorganizowali również Szkolę Podchorążych Rezerwy i 18 Pułk Artylerii Lekkiej. W Zambrowie 20.12.1926 roku urodziłem się ja – Jerzy Gajewski. Za dwa lata w 1928 roku urodził się mój brat – Leszek, było to 18 września. Moimi chrzestnymi byli Ogniomistrz Orzech i Pani Dardzińska – imienia nie pamiętam. Chrzestnymi brata Leszka był Wachmistrz Maszewski i ojca siostra Zofia Gajewska. Był to bodajże rok 1929, gdy 18 Pułk został przeniesiony do Ostrowi Mazowieckiej na ulicę Szosa Różańska. Matka moja Anna mając 12 lat musiała już prowadzić dom swoich rodziców, gdy zmarła jej matka. Dlatego ukończyła tylko 4 klasy Szkoły Powszechnej. Miała starszego brata Julka, i dwie siostry. Średnią Julię i najmłodszą Franciszkę. Ojciec pracował w Hucie pod Krakowem. Pieniądze otrzymywała od ojca na prowadzenie gospodarstwa domowego. Mimo młodego wieku, była prawą ręką swojego ojca. Przed wybuchem I Wojny ojciec matki wraz z dziećmi wyjechał do Wiednia w Austrii. Wrócili z Austrii w 1918 roku do Krakowa, gdzie matka zapoznała się z moim ojcem Antonim, z którym następnie wzięła ślub. Moja matka była kobietą gospodarną, lubiła porządek, lecz wymagała od nas swoich dzieci o wiele więcej niż ojciec. Nie miała córek, więc my synowie musieliśmy wykonywać w gospodarstwie domowym prace również w kuchni. Mając dwóch synów matka mnie zlecała wykonywanie prawie wszystkich prac, natomiast brat Leszek był jej „oczkiem w głowie”.
Dowódcą 18 PAL-u był Pułkownik Dyplomowany Pilewski. Dlaczego o nim piszę – ponieważ ojciec był u niego wyróżniającym się Oficerem. Był dobrym jeźdźcem, w zawodach hippicznych zajmował zawsze dobre lokaty. Pułkownik zlecił mu doszkalanie młodych oficerów w jeździe konnej. Ponieważ był „przeklętnikiem” – to oficerowie chodzili na skargę do Dowódcy – który mówił „on bije was na głowę w jeździe”, więc musicie brać z niego przykład, oczywiście jeśli chodzi o jazdę konną. W pułku prowadził baterię remontów, która szkoliła młode konie pod siodło i konie pociągowe do dział. Syn Pułkownika Bolek w okresie wakacji, całe dnie spędzał z nami, był naszym najlepszym kolegą. Żony Oficerów pytały żonę Pułkownika, dlaczego ta pozwala bawić się swojemu synowi z dziećmi Podoficera, na co ona odpowiadała, że nie widzi przyczyny dlaczego ma nie pozwolić, a syn niczego złego nie nauczył się od tych dzieci. Były dni, że Bolek nie chodził na posiłki do domu, tylko razem z nami zjadał i obiad i kolację i dopiero wieczorem szedł do domu. W 1935 roku po śmierci Piłsudskiego ojciec wydelegowany był z delegacją pułkową na jego pogrzeb. W tymże roku Pułkownik Pilewski został przeniesiony na emeryturę. Dowództwo objął major – którego nazwiska nie pamiętam. I tak skończyły się dobre czasy dla mojego ojca. Nie był lubiany przez nowego Dowódcę. Bodajże w czerwcu lub lipcu na inspekcji Pułku, obecny był Generał Dywizji Młot Fijałkowski. Major przedstawił mu raport o przeniesienie ojca na emeryturę. Generał odpowiedział krótko „nie potrzebny wam, żeby zdobywał nagrody dla Pułku, będzie zdobywał dla Dywizji”. Na Raporcie napisał krótko, „jutro ma się zgłosić w Sztabie Dywizji w Łomży”. Jako znający bardzo dobrze język niemiecki, podlegał pod majora Łęgowskiego, który prowadził wydział kontrwywiadu wojskowego. W Dywizji miał również do dyspozycji dwa konie, na których brał udział w zawodach hippicznych i gonitwach. Częstymi gośćmi w naszym domu był zarówno major Łęgowski jak i kapelan wojskowy. Ponieważ w Łomży był kryzys mieszkaniowy, ojciec nas swoją rodzinę sprowadził dopiero w roku 1936. Mieszkaliśmy przez rok u sierżanta Langowskiego pracownika Dywizji. W 1937 roku przeprowadziliśmy się na ulice Żwirki i Wigury, obecnie Wojska Polskiego naprzeciw Parku Miejskiego – właścicielem kamienicy był Sachmaciński. Tam mieszkaliśmy do wybuchu wojny roku 1939. W 1938 roku ojciec będąc z dwoma kolegami w Nowogrodzie złapał trzech niemieckich szpiegów, którzy na motorze polskiej marki „Sokół” z przyczepą przeglądali mapy, a ponieważ znał niemiecki był pewien, że byli to szpiedzy. Powiadomił żandarmerię wojskową w Łomży, która zabrała ich. Ponieważ ojciec miał prawo jazdy, Generał przekazał ojcu tenże motor wraz z przyczepą w nagrodę. Za wzorową służbę w Dywizji ojciec został odznaczony Brązowym, a następnie Srebrnym Krzyżem Zasługi.
1 września 1939 roku w czasie bombardowania Łomży w naszym pokoju rozerwała się bomba. Wszystkie pamiątki rodzinne, wszystkie nagrody ojca zdobyte w zawodach – uległy zniszczeniu. W 1940 roku Rosjanie odbudowali część zniszczonej kamienicy, ale zakwaterowali tam sowieckich lotników. Pobyt w Ostrowi Mazowieckiej był dla nas jako chłopców najlepszym i najmilszym okresem młodości. Mieszkaliśmy w baraku na terenie Szkoły Podchorążych w Komorowie. Mieszkali tam sami Podoficerowie 18 PAL-u. Chcę tu wspomnieć o rodzinie plutonowego Śmigielskiego, gdzie po urodzeniu im się chłopców bliźniaków, matka z ojcem byli ich chrzestnymi. W sąsiednim baraku mieściła się szkoła i przedszkole. Tam ukończyłem pierwsza klasę podstawówki z nauką języka francuskiego. W 1933 roku ojciec dostał mieszkanie na terenie koszar przy szosie Różańskiej. Matka musiała mieć przepustkę ponieważ był to budynek rodzinny, nie wydzielony z terenu koszar. Wakacje i wolne chwile spędzaliśmy na terenie koszar wśród żołnierzy, którzy pozwalali nam jeździć na spokojnych koniach. A ponieważ zawsze z nami chodził syn Pułkownika, więc mogliśmy robić prawie wszystko co nam się podobało. Drugą i trzecia klasę podstawówki skończyliśmy w Ostrowi Mazowieckiej. Był to rok 1936. Dużo miłych wspomnień z tego okresu mieliśmy i naprawdę szkoda nam było wyjeżdżać do Łomży, gdzie nie znaliśmy nikogo. Ojciec poza końmi miał rower wyścigowy, matka damkę, a my mieliśmy we dwóch jeden rower. Matka lubiła odwiedzać odpusty po okolicy, więc brała Leszka na bagażnik, a ponieważ ja nie chciałem jechać więc jechali tylko we dwoje. Z tego też powodu odczuwałem niechęć matki do siebie – takie odnosiłem wrażenie. Dowódcą Szkoły Podchorążych w Komorowie był Pułkownik Bociański. Miałem zaszczyt w dniu jego urodzin wraz z córką piekarza wojskowego Kędziora deklamować wiersz od dzieci podoficerów. W 1937 roku jednego dnia z Leszkiem przystępowaliśmy do I Komunii, a w 1938 roku do Bierzmowania. W Łomży część wakacji spędzaliśmy w Konarzycach u gospodarza, którego żona przynosiła nam mleko, jaja i sery, jak również w Kozikach z których to mieszkaniec Adolf Jastrzębski służył w wojsku i był ojca podkomendnym. Ojciec do swojej dyspozycji w wojsku miał 2 kaprali i 2 szeregowych – jednym z nich był Jastrzębski. Gdy przychodziły święta Bożego Narodzenia lub Wielkiej Nocy, to jeden kapral i szeregowy dostawali urlop, a druga para była gośćmi w naszym domu na opłatku lub jajku. Ponieważ do Kozik było tylko 10 km, ojciec pożyczał mu rower jak było ciepło i ten mógł zaraz po pracy jechać do domu na żniwa, aby następnego ranka być na czas w jednostce. Nasza szkoła mieściła się w Łomży na ulicy Sienkiewicza w kamienicy Śledziewskiego. Była to Szkoła nr 3 im. Księcia Józefa Poniatowskiego. Czapki były obowiązkowo granatowe rogatywki z amarantowym lampasem. Wychowawcą moim był nauczyciel matematyki Jaworski. Uczyli mnie również nauczyciele – Popowicz, Szczupak, Jaworski, Neyowa, Zielewicz, Jenszówna. Należałem do 5 Drużyny Harcerskiej przy Szkole. Drużynowymi naszymi byli Gimnazjaliści z Drużyny nr 1- Gulanowski Władysław, Rakowski Roman i Tercjak. Przysięgę na Krzyż Harcerski złożyłem w rocznicę powstania styczniowego. Krzyż ten posiadam do dzisiaj. W lipcu 1939 roku wyjechałem na obóz harcerski do Nowego Młyna koło Miastkowa. Był tam obóz harcerski Hufca Łomżyńskiego i żeński Hufca Warszawskiego. Po powrocie z obozu w sierpniu, resztę wakacji spędzaliśmy u Kierownika strzelnicy wojskowej w Giełczynie o nazwisku również Gajewski – lecz nie była to żadna rodzina. Miał on syna o imieniu Tadeusz. Było tam wesoło i interesująco ponieważ każdego dnia było wojsko na strzelaniu. Nasza idylla zakończyła się z końcem sierpnia 1939 roku.

Wojenna tułaczka
Ponieważ wojna z Niemcami była nieunikniona, ojciec podjął decyzję ażeby wyjechać z Łomży. Przyszło odgórne polecenie ażeby rodziny urzędników, wojskowych, policjantów wyjechały na wschód. 31 sierpnia 1939 roku w godzinach wieczornych wagonami towarowymi ruszyliśmy w kierunku Międzyrzecza Podlaskiego. 1 września zastał nas na węzłowej stacji Siedlce. Na stacji tej stało kilka składów z uchodźcami. Dzień był bardzo mglisty, ale Niemcy bombardowali Siedlce. Bomby nie sięgały celu, wobec czego stacja nie była zniszczona. Uratowała nas mgła. Do Międzyrzecza przyjechaliśmy w godzinach popołudniowych. Niedaleko dworca kolejowego była szkoła, w której zlokalizowany był Polski Czerwony Krzyż. Tam zjedliśmy posiłek, pamiętam czerwony barszcz, kawałek kiełbasy – chleba było do woli. Furmankami przewieźli nas parę kilometrów do wioski o nazwie Bereza. Zakwaterowano nas u gospodarza, który jednocześnie prowadził sklepik. Tam mieszkaliśmy około 7 dni. Z Berezy ruszyliśmy w kierunku Włodawy nad Bugiem. Chciałbym zaznaczyć, że na zbliżającą się jesień byłem nietypowo ubrany – mundur harcerski, krótkie spodenki, podkolanówki czarne i rzymki – obecnie sandały. Ponieważ mieliśmy dużo walizek przydzielono nam dwie podwody – furmanki. Na jednej furmance jechała matka z Leszkiem a na drugiej ja sam. Pierwszą noc spędziliśmy w Stadninie koni w Janowie Podlaski. Spaliśmy w oborze. Rano matka miała dziwne przeczucie, dała nam po 200 złotych – mnie i Leszkowi. Jechaliśmy w kierunku Włodawy. Gdy dojechaliśmy do Włodawy ściemniło się zupełnie. Było ciemno. Szosą posuwało się trzy rzędy furmanek. We Włodawie matki furman wykręcił na stacje kolejową, mój pojechał przez most na drugą stronę Bugu. Rano oczekiwaliśmy długi czas obserwując przejeżdżające furmanki chcąc znaleźć moją matkę z bratem. Było to daremne czekanie. Furman zostawił mnie z czterema walizkami w rowie. Na całe nieszczęście w walizkach nie było nic z rzeczy moich i mojego brata, tylko rzeczy mojej matki. Jednak szczęście mnie nie opuściło, ponieważ zabrali mnie żołnierze z sierżantem. Z jedzeniem nie było problemu, ponieważ żołnierze mieli dużo konserw i słoniny, natomiast nie mieli chleba. Na rozstajach dróg – Kobryń i Wołyń -żołnierze zdecydowali jechać w kierunku Kowla. Noc spędziliśmy w miejscowości kościelnej ale była to cerkiew, ponieważ większość mieszkańców była wyznania prawosławnego. Spaliśmy w restauracji żydowskiej. W sklepie u żyda, żołnierze chcieli kupić mąki – lecz ten powiedział, że nie ma. Ale okazało się, że znaleziono cztery worki mąki. Wobec czego żołnierze nie zapłacili za znalezioną mąkę. Żołnierze dogadali się z miejscowymi kobietami, którym zapłacili mąką za pracę – a te upiekły im kilkanaście bochenków chleba. Żołnierze chcieli jechać w kierunku granicy rumuńskiej, jednak zostali ostrzeżeni przez grupę ułanów polskich, że Lwów jest zajęty i możemy dostać się do sowieckiej niewoli. Wróciliśmy więc z powrotem za Bug. Żołnierze pochodzili z różnych stron Polski – więc podjęli decyzję o rozstaniu, ażeby wracać w swoje strony. Ja dostałem od nich furmankę z dwoma końmi i dwa konie luzem. Kierowałem się w kierunku wsi Bereza, w której to wraz z matką i bratem mieszkałem na początku września. Przyjechałem do tego samego gospodarza z trzema końmi, jeden z koni padł mi w lesie. Myślałem, że zastanę tam matkę, niestety okazało się mojej matki tam w ogóle nie było. Jak się dopiero później dowiedziałem, to matka wraz z Leszkiem pociągiem przez Kowel, Kiwerec, Baranowicze i Białystok na początku października wróciła do Łomży. Gdy tylko ruszyły pociągi z Międzyrzecza Podlaskiego przez Siedlce, Ostrów Mazowiecką w kierunku Łomży, postanowiłem ruszyć z powrotem do Łomży. Konie wraz z furmanką zostawiłem gospodarzowi. Nie pamiętam – kiedy ten gospodarz odwiózł mnie na stacje w Międzyrzeczu Podlaskim.
W połowie października znalazłem się na stacji kolejowej w Ostrołęce. Nikogo ze znajomych tam nie spotkałem. Siedziałem na dworcu – zainteresowało się mną starsze małżeństwo, które mieszkało w pobliżu stacji. Opowiedziałem im cała swoją historię i o tym co mnie spotkało od wyjazdu z Łomży, a oni zabrali mnie do siebie. Mieli oni dwa domy, murowany i drewniany – w którym mieszkali. Zezwoli mi mieszkać w murowanym, w kuchni, ponieważ ten dom nie był jeszcze wykończony. Jak się okazało małżeństwo to przyjechało z USA – będąc jej obywatelami, na wakacje do Polski – i tu zastała ich wojna. Jako obywatele USA wrócili do domu przez Szwecję. Teren Ostrołęki należał do władzy niemieckiej, natomiast teren wokół Łomży do władzy sowieckiej. Trzy razy próbowałem przekroczyć „na zielono” granicę i trzy razy sowieci zawracali mnie z powrotem do Ostrołęki. W końcu Niemcy dali mi przepustkę do Łomży, ale sowieci nie respektowali tej przepustki i nie przepuścili mnie do Łomży. Codziennie chodziłem na stację w nadziei, że spotkam kogoś znajomego. Chyba był to 25 listopad, i wtedy spotkałem chorążego Buchcika żonę. Była ogromnie zdziwiona moim widokiem i spytała gdzie jest moja matka – na co odpowiedziałem, że nie wiem. Opowiedziałem jej cała moją historię i wtedy ona zaproponowała mi, żebym przeniósł się z nią do Wojciechowic, gdzie ona przebywa z dziećmi – Tadeuszem i Hanką. I tak zrobiłem. Buchcikowa dogadała się z Sierżantem niemieckiej straży granicznej, wtedy on zapytał się – kto ma iść do ruskich. Wtedy ona pokazała na mnie i swojego syna. On odpowiedział, że następnego dnia na godzinę 14,00 trzeba się do niego zgłosić i on nas przeprowadzi tak, że żaden ruski nic nie zrobi. Niemiec ten znał nieźle polski. Z walizek wziąłem dwa zegarki – nagrody ojca z zawodów, dwa portfele skórzane i złotą papierośnicę. Walizki z zawartością zostały w Wojciechowicach. Niemiec przeprowadził nas przez granicę, pouczył jak iść, unikać dróg – i tak szczęśliwie dotarliśmy do Miastkowa. Zatrzymaliśmy się u rodziny Buchcikowej, która pochodziła z tej miejscowości. Był to dzień 28 listopada 1939r. Na drugi dzień gospodarze ci jechali do Łomży furmanką, wobec czego zabraliśmy się z nimi. Ja wysiadłem przy swojej kamienicy, której front był nie zniszczony. Wszedłem w podwórko, a tam całe prawe skrzydło kamienicy jest w gruzach. Poszedłem od ulicy do trzech Żydówek, które tam mieszkały , a one strasznie się zdziwiły, że ja żyję – powiedziały, że mnie już pochowano, bo ktoś rzekomo widział jak ja zginąłem. One to powiedziały mi, że rodzice prawdopodobnie mieszkają na ulicy 3 Maja, ale dokładnie nie wiedzą gdzie. Kozielski znał mnie (do niego skierowały mnie Żydówki) i zaprowadził mnie do rodziców. Wszedłem do mieszkania, a tam wielkie zdziwienie i zaskoczenie. Przy żelaznym piecyku siedział ojciec, przy łóżku siedziała matka i opatrywała brata Leszka, którego bolały zęby. Krótko opowiedziałem rodzicom co mnie spotkało w okresie kiedy zgubiliśmy się z matką i bratem. Zaraz matka mnie wykąpała, przebrała i nakarmiła. I tak zakończył się pierwszy etap mojej podróży. W grudniu tego roku kończyłem 13 lat.
                                                                                                                   Łomża, dnia 15 sierpnia 2005r.

cdn.

od redakcji:
W tekście pisownię autora zachowano w oryginale.
Korekty tekstu i wprowadzenia śródtytułów dokonał red. Wojciech Winko.

Biogram Jerzego Gajewskiego:
https://historialomzy.pl/wspomnienie-sylwetki-jerzego-gajewskiego/

1197 Ogólnie 2 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

Prawdy nie da się zabić

3 marca 2019 roku w piątnickiej świątyni, w samo południe, modlono się za żołnierzy wyklętych. Na uroczystości poświęcenia nowego pomnika upamiętniającego porucznika Stanisława Mar[...]