Kronika Panien Benedyktynek Opactwa Św. Trójcy w Łomży. Część 10.

Link do 9 części Kroniki Panien Benedyktynek Opactwa Św. Trójcy w Łomży:
https://historialomzy.pl/kronika-panien-benedyktynek-opactwa-sw-trojcy-w-lomzy-czesc-9/

ŁOMŻA W STREFIE FRONTOWEJ
13 wrzesień … dzień względnej ciszy i spokoju.
14 wrzesień ... Władze sowieckie ogłosiły, aby ludność dla ochrony życia usunęła się od miasta na odległość 7-8 km na przeciąg trzech dni. Niemcy daleko nie odeszli. Stoją w Piątnicy nad rzeką. Spodziewane nowe boje, może jeszcze straszniejsze. Przerażeni ludzie jak cienie bez najmniejszego oporu zaczęli z walizkami i teczkami w ręku opuszczać miasto. Każdy miał już dosyć tego boju. I nam władze kazały się usunąć. Większość zakonnic zdając się na wolę Bożą chciała pozostać na miejscu, lecz nie zgodzono się na to. Wobec tego zaczęłyśmy się szykować do wymarszu. Po południu włożono na wóz świnie, u wozu krowy i Panna Alojza z dwiema służącymi odprowadziła je do Konarzyc. Stamtąd udały się do Giełczyna, aby znaleźć mieszkanie dla zakonnic. Wieczorem, po powrocie Panny Alojzy z Giełczyna, naładowano wóz tobołami z najniezbędniejszymi rzeczami i parę zakonnic odjechało na nim. Siostra Siostry Wizenny przyjechała spod Białegostoku samochodem z żołnierzami, chciała się dowiedzieć co dzieje się z nami po tak strasznej wojnie. Żołnierze ci zgodzili się odwieźć nas samochodem do Giełczyna. Późnym wieczorem odjechało jeszcze kilka zakonnic. Pozostało w domu tylko sześć: Przewielebna Matka Ksieni, Panna Benedykta, Panna Kunegunda, Panna Immacula- ta, Panna Alojza i Siostra Wizenna. Cisza zupełna – cywilnych ludzi usuwają władze wojskowe. Miasto ogromnie zniszczone. Siedzimy spokojnie w domu, tłumacząc przychodzącym żołnierzom, że zaraz wyjedziemy, tylko przyjedzie po nas ze wsi wóz.
17 wrzesień … Msza św. z rana. Od 14 bm. co dzień przychodzi do nas ze Mszą św. Gwardian Ojców Kapucynów, Ojciec Jan, ponieważ nasz Ksiądz Kapelan nie może bez opieki zostawić katedry i pałacu Księdza Biskupa. Inni Księża i Ks. Biskup już wyjechali – zakonników z klasztoru Ojców Kapucynów też sowieckie władze usunęły, ponieważ ich klasztor i kościół stoi nad rzeką, na pierwszej linii bojowej. Pozostał tylko w mieście Ojciec Gwardian, który zamieszkuje w pałacu razem z Ks. Kulbatem, naszym Kapelanem.
Około godziny 11 z rana wyszło nowe, bardzo ostre zarządzenie władz o jak najszybszym usunięciu wszystkiej ludności. Przewielebny Ojciec Gwardian przybył do nas przed południem z tym zawiadomieniem i spożył Najświętszy Sakrament. Była to najstraszniejsza chwila. Dotychczas mimo okropności wojny czułyśmy się bezpieczne, bo razem z Panem Jezusem. Teraz mamy iść w świat pozbawione Jego słodkiej obecności. Ach, ile wycierpiałyśmy tego dnia!… Siostra Wizenna poszła do Giełczyna z rozkazu Matki Ksieni, aby przyprowadzić nasze konie. Postanowiono, że na straży domu pozostanie tylko Panna Alojza, i że w razie potrzeby będzie się ukrywać po bliskich wioskach, aby po przejściu boju, jak najrychlej wrócić do domu, by nie pozwolić rozgrabić wszystkiego. Była to niedziela. Przed wieczorem Ojciec Gwardian przysłał nam zawiadomienie, żeby ze dwie śmielsze Siostry pozostały na straży domu. Władze sowieckie zaczęły wydawać pozwolenie, tzw. przepustki niektórym jednostkom na pozostanie w mieście dla ochrony mienia wysiedlonej ludności. Komendant wojenny miasta postanowił stworzyć coś w rodzaju cywilnej policji. 150 mężczyzn otrzymało przepustki zezwalające na pozostanie w mieście, aby strzec majętności wszystkich obywateli. Tych, którym władze wydały owe przepustki, nazwano stróżami. Taką przepustkę stróża otrzymał także Ks. Kulbat, aby ochraniać katedrę i pałac Ks. Biskupa. Ojciec Gwardian radził nam zwrócić się po taką przepustkę do komendanta.
Matka Ksieni ulegając prośbom Panny Kunegundy pozwoliła więc i jej pozostać w Łomży z Panną Alojzą. Początkowo komendant nie chciał się zgodzić na wydanie przepustek dla Panny Alojzy i Panny Kunegundy; dawał tylko jedną. Po przedstawieniu argumentu, dał żądane przepustki dla dwóch zakonnic pozostających w mieście w charakterze stróżów, dla ochrony dobra klasztornego. W takim samym charakterze stróżów pozostał w Łomży Ojciec Gwardian.
18 wrzesień … Reszta zakonnic, a z nimi Matka Ksieni, wyjechała na wieś. Pozostało nas cztery: Panna Alojza, Panna Kunegunda – formalnie, także Panna Maura i Siostra Majola bez formalnego pozwolenia władz i Franusia – nasza służąca, 80 – letnia już staruszka oraz pani Władysława Weber siostra zmarłej śp. Matki Ksieni, lat 81.
Początkowo bardzo ostro sprawdzono czy w mieście nie pozostał kto bez przepustki. Po kilka razy dziennie sprawdzano przepustki j usuwano ludzi nielegalnie przebywających w mieście. I nasze dwie zakonnice musiały się ukrywać, ich pobyt tłumaczono tym, że zaraz Siostry wyjadą jak podjedzie fura. Nie było trudno tak postępować, ponieważ codziennie kto inny sprawdzał przepustki. „Siej- czas ujeżdżat”, rozkazywał formalista zakonnicom i staruszkom nie mającym przepustki, ale tym Panna Alojza zamykała usta poczęstunkiem z owoców, ogórków lub pomidorów. Rozbrojony zmieniał swój wyrok, dodając: „poka niech żywut uże zdarowo”. Wszyscy urzędnicy „Czerwonej Armii” spoglądali zaś na zakonnice z pewnym zdziwieniem, bo „takich ludiej nikogda nie wideli w sowieckim sojuzu”, lecz i z pewnym respektem. Takiej walki i takich rozkazów doświadczałyśmy po kilka razy dziennie, aby „sejczas ujechali” przez trzy tygodnie, dopóki wszyscy kontrolerzy nie stali się przez poczęstunek „znakomy monaszkom”. Aby zaś nie wynikła jakaś poważniejsza nieprzyjemność z tego powodu od władzy, Panna Alojza zaniosła pewnego razu torbę owoców komendantowi, oznajmiając mu jednocześnie, że z powodu pracy w ogrodzie muszą być z nami tj. z Panną Alojzą i Panną Kunegundą, jeszcze dwie zakonnice i dwie staruszki. Komendant zadowolony z podarku dał pozwolenie, aby mogły pozostać. Na piśmie nie dał pozwolenia, bo bał się generała. I tak zostało nas cztery, pomimo że w Łomży oprócz tych 150 mężczyzn – stróżów, nie było nikogo. Codziennie Ojciec Gwardian przychodził do nas ze Mszą św., Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie był z nami.
20 wrzesień ... Ojciec Gwardian zniewolony prośbami zakonnic, zostawił nam Pana Jezusa. Wprawdzie, aby z powodu niebezpieczeństwa wojennego, nie narazić Pana na zniewagi lub zbez- szczeszczenie Św. Postaci, w Cymborium znajdowała się tylko jedna Przenajświętsza Hostia zawinięta w korporale – lecz czy to nie był Cały Pan Jezus ?
Wracam do zakonnic, które zmuszone były opuścić Łomżę. Kilka dni przebywały w Giełczynie u państwa Kozłowskich. Ogromna ciasnota i wynikające stąd niewygody. Wojsko sowieckie zabrało nam nasze piękne i silne konie do przewozu armat, dali nam słabe i zmęczone. Następnego dnia ludność w Giełczynie otrzymała rozkaz usunięcia się dalej od linii frontowej przynajmniej na odległość 15 km. Front stał nad Narwią. Zakonnice też musiały usunąć się ze wsi. Udały się pod Zambrów do Zagrób, wioski sąsiadującej z Tabędzem. Bardzo wiele musiały przeżyć, zanim tam dotarły. Wiele trudności było z przepędzeniem krów i świń. Konie słabe nie mogły pociągnąć naładowanego wozu. Trzeba było w lesie ująć część ciężaru i nocować przy nim kilku zakonnicom wśród nie sprzątniętych trupów, pozostałych jeszcze po przejściu linii frontu. Na koniec po wielu przygodach i trudnościach, dojechały do Zagrób. Tu nie można było znaleźć mieszkania, wiele bowiem ludzi przybyło z Łomży a i wojska sowieckiego było we wsi dużo. Dwa domy przyjęły zakonnice. Nie miały jednak własnego pokoju, lecz musiały mieszkać razem z ludźmi. Tymczasem wygnanie przedłużało się. Zapasy żywnościowe, które wzięto z Łomży, wyczerpały się. Do żywienia łącznie ze służbą, było 18 osób. Zakonnice musiały więc pracować u ludzi. Silniejsze chodziły do kopania kartofli, aby w ten sposób zapracować na zboże, kartofle i słomę dla koni i krów. Warunki mieszkaniowe i żywnościowe były okropne. Za to co dzień o godz. 7 rano Msza św., bo wszyscy Księża z Łomży i okolicznych parafii zjechali się do Tabędza. Zakonnice pozostałe w Łomży również bardzo pracowały. Sprzątanie warzyw z ogrodu bez wozu i koni, tak małymi siłami było bardzo uciążliwe. Tylko trzy zakonnice mogły pracować, ponieważ czwarta musiała pilnować domu i „bawić żołnierzy”, którzy przychodzili „posmatrić i pogawarić” a jeżeli się udało, to i ukraść. Funkcję tę pełniła Panna Alojza, ją też żołnierze nazywali „starszą”. Bardzo nieraz trudne sceny rozgrywały się – bolszewicy często żądali wódki, grożąc śmiercią w razie odmowy. Podobnie postępowali i starsi rangą, nie wykluczając majorów i kapitanów. Ci bolszewicy także żądali wódki, ale odchodzili z suchymi gardłami. Zależało nam bardzo na pobycie w Łomży, aby ocalić od zniszczenia i rabunku majętność klasztorną. Bolszewiccy żołnierze niemiłosiernie plądrowali. Zabierali cenniejsze rzeczy i wybierali wszystko. Odkopywali doły, w których ludzie pochowali swoje najdroższe rzeczy, zabierali je a gorsze niszczyli. Pewnego dnia odkryli i naszą skrytkę, w której miałyśmy schowane przedmioty codziennego użytku. Na szczęście zobaczyłyśmy rabusiów i przepędziłyśmy ich. Ukradli trochę papieru do pisania, skrzynkę z zapałkami i nieco innych rzeczy.
Musiałyśmy wszystko przenosić do domu, co niemało kosztowało trudu. Bardziej cenne rzeczy i ubrania zakonnice ukryły w innym miejscu i dlatego ich nie znaleźli. Za to wybili nam drób, 60 kur, 50 kaczek i wszystkie króliki… Pewnej nocy przyszli kraść krowę. Na szczęście nie udało się im tego uczynić. Przyszli wieczorem około godz. 20.00. Nocował wówczas u nas jeden pan z obywateli łomżyńskich. Komendant dał mu przepustkę na pobyt w Łomży, aby strzegł swego mienia, pod tym jednak warunkiem, aby nocował u nas, abyśmy były bezpieczniejsze w czasie nocnego napadu. Pan ten siedział przy oknie wychodzącym na podwórko i czuwał, a my w kuchni jadłyśmy kolację. Około godziny ósmej zauważył bandę żołnierzy bolszewickich zbliżających się do chlewu, w którym była krowa. Przestraszony dał znać zakonnicom o tym. Panna Alojza, otworzyła okno i zapytała kto jest ? W odpowiedzi usłyszała grę na harmonii i śpiewną odpowiedź: „krowa budiet nasza, nie wasza”. Udając, że nic nie rozumie, ponownie pyta: Kto jest ? Znów gra na harmonii i śpiew „my karowu zarezajem na miaso, a was wsie ubijem”. Nie było żadnej wątpliwości, byli to pijani żołnierze, którzy przyszli po krowę. Przed wieczorem tego dnia zabito nam psa w budzie przy chlewie, w którym była krowa. Wyjście na nic by się nie przydało. Można by stracić życie, ponieważ żołnierze zabili wiele osób, gdy przeszkadzali im w rabunku. A jednak trzeba było bronić się do końca. Pan ów uproszony przez Siostry, wyskoczył przez okno z przeciwnej strony domu i pobiegł do komendanta o pomoc, a Panna Alojza tymczasem przy otwartym lufciku drażniła się z żołnierzami, odpowiadając im również śpiewem, że nie odda krowy, bo jest jej potrzebne mleko. To ich ogromnie bawiło, gdy grając i śpiewając wygrażali się a Panna Alojza z dowcipem i humorem śpiewając, odpowiadała im. Nareszcie rozbawieni i roześmiani odeszli z obietnicą powrotu. W tym czasie nadeszło trzech żołnierzy z komendantury dla obrony. Po niedługim czasie rabusie powrócili już bez harmonii, z toporem i nożami. Było ich około piętnastu. Zaczęli już wystawiać drzwi od chlewa, gdy nasi obrońcy przybiegli do nich i krzycząc, kazali im odejść. Zaczęli najpierw pytać o dokumenty a potem ostra kłótnia pomiędzy żołnierzami i rabusiami. Stanęło na tym, że złodzieje odeszli, wygrażając się jednak, że krowę tę zabiorą innym razem. Odeszli wszyscy a Panna Alojza drżąc i modląc się siedziała do rana przy otwartym oknie, pilnując czy nie wracają rabusie; było jednak cicho. Rabusie nie wrócili. Nazajutrz oddałyśmy krowę Księdzu Kapelanowi, ponieważ była własnością Księdza Biskupa.
8 październik ... Panna Alojza zatęskniła za zakonnicami, wystarała się więc u komendanta przepustkę i pojechała do Zagrób dowiedzieć się, jak żyją tam zakonnice i odpowiedzieć im, jak powodzi się zakonnicom w Łomży.
Te cztery tygodnie rozłąki wydały się nam wiekiem. W Łomży pozostała Panna Maura, Panna Ku- negunda i Siostra Majola oraz dwie nasze staruszki Franusia i pani Władysława Weber. Radość wzajemna była wielka. Zakonnice w Zagrobach miały warunki nie do pozazdroszczenia. Ciasnota okropna. Mieszkanie wspólne ze świeckimi ludźmi. Sypiały po kilka na podłodze, z żywnością też bardzo trudno, gdyż zapasy wzięte z Łomży wyczerpały się, a na wsi bieda. We wsi dużo wojska i ewakuowanych ludzi. Z wyżywieniem dobytku wielkie trudności. Kilkanaście zakonnic musiało chodzić do ludzi kopać kartofle, aby zarobić na utrzymanie i zgromadzić na zimę trochę ziemniaków. Nadziei powrotu do Łomży nie było żadnej. Front stał w miejscu i bardzo mocno przestrzegano, aby nikt z cywilnej ludności nie mieszkał w Łomży poza osobami posiadającymi przepustki. Liczbę tych osób stale zmniejszano.
9 październik … Do Łomży powróciła Panna Alojza, zabierając ze sobą z Zagrób Pannę Stanisławę. Jakoś udało się nam dwóm szczęśliwie przyjechać na jedną przepustkę dzięki łatwowierności bolszewickich żołnierzy. Gdy oglądali przepustkę Panny Alojzy dodawałyśmy „druga przepustka, taka sama”. 1 szczęśliwie nas wpuścili do Łomży. Niedługo jednak Panna Stanisława przebywała z nami. Nie mając oficjalnej przepustki, bała się kontroli, bała się pocisków, wobec czego musiała po 10 dniach powrócić do Zagrób. Za dużo było u nas pracy, aby móc stale się ukrywać. Przyjechała Panna Immaculata. Panna Maura musiała jednak wyjechać, bo nie mogło nas być więcej jak cztery. W ogrodzie praca kosztowała wiele wysiłku. Chciałyśmy jak najwięcej uratować warzyw, aby zakonnice po powrocie z ewakuacji nie głodowały. W dzień praca w ogrodzie. W nocy szatkowanie kapusty i czuwanie, aby nie okradli nas. Całymi dniami nieustanne wizyty żołnierzy, jak wyżej wspomniałam. Nieraz kilka razy dziennie obstrzeliwanie Łomży. Trzeba było ukryć się w piwnicy przed niemieckimi pociskami.
Komendanci bardzo często zmieniali się. Każdego trzeba było nakarmić, napoić aby go ugłaskać, by przedłużył przepustkę na pobyt w Łomży.
Czasami odwiedzali nas pułkownicy i generałowie. O ich łaskę też trzeba było zabiegać. Trudno było porzucić dom i całe nasze małe gospodarstwo, na pastwę bolszewickich żołdaków. Łudziliśmy się nadzieją, że lada dzień Siostry nasze powrócą z wygnania; próżne jednak były nasze oczekiwania. Robiło się coraz zimniej. Zakonnice w Zagrobach nie mogły żyć w takich warunkach, jak obecne. Zaczynało być i chłodno i głodno. zmuszone koniecznością zaczęły szukać dla siebie odpowiedniejszego locum. Po uprzednim porozumieniu się z Księżami Proboszczami, zakonnice na zimę wyjechały z Zagrób: Panna Maura, Panna Edyta i Panna Otylia udały się do wsi kościelnej Kobylina, aż pod Białystok. Tam Panna Edyta zajmowała miejsce organisty w kościele a Panna Otylia zastępowała Księdza Prefekta w szkole. Miały więc zapewnione i mieszkanie i utrzymanie. Panna Stanisława została w Kuleszach i miała z nią być Panna Immculata. Panna Wincenta i siostra Wizenna miały być w Skarżynie pod Zambrowem. Przewielebna Matka Ksieni, Panna Teresa i Panna Gertruda zostały w Zagrobach. Pod koniec października rozjechały się zakonnice po nowych placówkach. W Łomży tymczasem intensywna praca sprzątania warzyw z ogrodu i gromadzenia zapasów na zimę, często pod gradem rozrywających się pocisków lub jeszcze większego niebezpieczeństwa od bolszewickich żołnierzy, frontowych maruderów i rabusiów. Pewnego dnia w październiku tuż przed naszym domem upadł niemiecki pocisk. Odłamek wpadł oknem do kaplicy. Cudem tylko ocalałyśmy. Innym razem napadła nas banda pijanych żołnierzy z kapitanem na czele. Przetrząsnęli cały dom, szukając niby niemieckich żołnierzy. Nie znaleźli oczywiście nikogo, zażądali jednak wódki. Na odmowną odpowiedź Panny Alojzy urządzili awanturę, a jeden ze śmiałków z rewolwerem w ręku chciał gwałtem wymóc to u nas. Energiczne i odważne zachowanie się, zwyciężyło. Grożąc wywiezieniem nas, odeszli.
27 październik … Matka Ksieni przyjechała ze wsi dwoma wozami po ciepłe ubrania i pościel zakonnic, bo robiło się coraz zimniej, a o powrocie do Łomży nawet nie można było marzyć. Droższe i cenniejsze nasze rzeczy schowałyśmy do skrytki pod gruzami klasztoru. Dotąd szczęśliwie przeleżały. Wyjąć je teraz, to narazić się na wielkie niebezpieczeństwo stracenia wszystkiego, ponieważ frontowi rabusie szukali tylko okazji zrabowania cudzego mienia. Za wiele rzeczy było w tej skrytce, aby można było je zabrać na dwa razy. Przy tym strach przed żołnierzami, aby nie zobaczyli, że mamy coś schowane. Napatrzyłyśmy się w Łomży, jak żołnierze odkopywali doły z rzeczami obywateli Łomży i wywozili gdzieś samochodami, nie chciałyśmy aby taki sam los spotkał i nasze mienie. Matka Ksieni życzyła więc sobie, aby je wyjąć, spełniałyśmy zatem życzenie i wolę Matki. Trzy zakonnice stały na straży podwórka, pozostałe z naszym furmanem zabrały się do ciężkiej pracy odkrycia i przeniesienia do domu schowanych rzeczy. I tak cudownie dokonały tego, że nikt z obcych nie zauważył. To co wyjęto, włożono na wozy. Wieczorem przyjechali znajomi żołnierze z głównego sztabu po kwiaty. Kupowali zawsze u nas owoce i warzywa i udawali bardzo porządnych. Poprosiłyśmy ich więc, aby nam pomogli wywieźć swoim samochodem pozostałe rzeczy, gdyż ich auto nie podlegało kontroli przy wyjeździe z miasta. Chodziło nam o to, by nie brać przepustki u komendanta na ich wywóz, a tym samym, aby nie informować o tym w komendanturze – bałyśmy się rewizji i utraty wszystkiego. Nasi znajomi chętnie się zgodzili przyjść nam z pomocą. Naładowano więc na samochód przeróżne rzeczy i Panna Maura pojechała z nimi. Dwoma wozami za przepustką odjechała Panna Benedykta, która dziś w tym celu przyjechała z Zagrób. Nasi „przyjaciele” pojechali najpierw do Śniadowa a potem mieli pojechać do Zagrób. W Śniadowie otrzymali zakaz dalszej jazdy nocą. Samochód załadowany naszymi rzeczami pojechał na noc do sztabu głównego a Panna Maura musiała sobie szukać noclegu w Śniadowie. Nie wolno było Pannie Maurze nocować w tym samochodzie. Żołnierze umówili się z Panną Maurą, że wczesnym rankiem przyjadą po nią do Śniadowa i odwiozą nasze rzeczy do Zagrób. Nie pomogły prośby Panny Maury, aby zaraz odjechali albo jej pozwolili nocować w samochodzie. Zaręczyli, że nic nie zginie i odjechali na nocleg. Nazajutrz wczesnym rankiem wyszła Panna Maura na umówione miejsce spotkania. Stała ze cztery godziny i żadnego ze „znajomych przyjaciół” nie było widać. Panna Maura sądziła, że już nie przyjadą i bardzo zmartwiona stratą i szkodą, udała się na poszukiwanie.
Oni tymczasem zrabowali co droższe i cenniejsze rzeczy, a pozostałe odwieźli dopiero wieczorem do Zagrób, ale bez Panny Maury. Biedaczka, bardzo zgnębiona przez trzy dni szukała zgubionych rzeczy i dopiero czwartego dnia przyszła zmęczona do Zagrób, nie wiedząc, że rzeczy są odwiezione. Skradziono wówczas sporo bielizny i ciepłego ubrania, trochę pościeli i co najważniejsze wszystką biżuterię i klejnoty rodzinne pewnej pani, która oddała nam walizkę do przechowania. My nie znając zawartości tej walizki, sądziłyśmy że nic w niej nie ma cennego, włożyłyśmy ją na ten nieszczęsny wóz. Tak to być łatwowierną i zaufać wrogom. O tych stratach dowiedziałyśmy się dopiero w kilka tygodni później, gdy wszystkie rzeczy zostały przewiezione. Obecnie w tak okropnym bałaganie trudno nam było zorientować się, czego brakuje. W tej skrytce bowiem schowano nie tylko nasze rzeczy; bardzo wiele rzeczy oddali nam na przechowanie nasi znajomi. I tyle z tym było potem kłopotu, gdy chowałyśmy, nikt nie przypuszczał w jakich warunkach i okolicznościach będziemy je wyjmować, Zdawało się, że przez kilka dni front przejdzie i na tym koniec. A tu tyle tygodni już upłynęło. Resztę wyjętych rzeczy prawie całą noc po ciemku, bo światła palić nie wolno, wynosiłyśmy na strych, aby opróżnić pokoje i nie narazić się na zrabowanie wszystkiego przez frontowych żołnierzy. Prawdziwe zmartwienie było z tymi rzeczami.
Na drugi dzień z rana znów przyjechali znajomi żołnierze z Zagrób po warzywa. Nie wiedząc o przygodzie Panny Maury, z całym zaufaniem prosiłyśmy ich, aby wywieźli nam trochę rzeczy. Zgodzili się na to, chociaż niezbyt chętnie, ponieważ nie miałyśmy przepustki i gdyby ich straż schwytała, byliby karani. Naładowałyśmy znów pełen samochód, ile weszło; Matka Ksieni usiadła na wierzchu między tobołami i wyjechali boczną drogą. Szczęśliwie, przy Bożej pomocy, dojechali do Zagrób. Tym razem nic nie zginęło. I resztę rzeczy udało się nam wywieźć, poznałyśmy bowiem pewnego naprawdę poczciwego majora, który miał do swojego rozporządzenia kilka ciężarowych samochodów i on, w nocy, aby nikt nie widział zabierał rzeczy. Przyjeżdżał zwykle około 10 godziny wieczorem. Po cichutku ładowało się samochód ze dwie godziny. Major z szoferami siadali do szoferki a Panna Maura i Panna Alicja na wierzchu między tobołkami, i z niesłychaną szybkością wyjazd do Zagrób. Tu szybko wyładowanie i suta uczta dla majora, składająca się z gotowanego lub pieczonego koguta, kwaszonych ogórków i z kilku kawałków boczku lub słoniny. O godz. I00 po północy wyjazd. Często, gdy szofer był podpity, jazda wprost wariacka. Przed godz. 4 rano byłyśmy już z powrotem w Łomży. Ogromnie ryzykowne były te wyprawy, lecz co było robić? Na wsi zakonnice marzły z zimna, a często i głodem przymierały, trudno było zostawić wszystko na pastwę rabusiom. Dzięki opiece Matki Bożej, nic nam się nie stało i wszystko uratowałyśmy.
31 październik … Panna Immaculata poszła do Zagrób z przepustką, aby ktoś stamtąd mógł wyjechać do Łomży dla zaorania ogrodu oraz dwie zakonnice do pomocy w ogrodzie, gdyż było w nim jeszcze dużo pracy. Przepustkę tę trudno było otrzymać. Następnego dnia zmieniono komendanta. Jedenaście dni czekałyśmy na powrót Panny Immaculaty. Dni wielkiej trwogi i zmartwienia, co się z nią stało. Tymczasem przychodziły nam pomóc dwie kobiety, które pozostały jako chore w mieście.
5 listopad ... Odwiedził nas nowy komendant. Bardzo urzędowo i groźnie odniósł się do nas. Kazał nam wszystkim przyjść wieczorem na zebranie stróżów. Poszła jednak tylko Panna Alojza, aby zorientować się w sytuacji i jeśli będzie możliwe wytłumaczyć pozostałe Siostry, że przyjść nie mogą. Po skończonym urzędowym zebraniu pan komendant zaprosił Pannę Alojzę i Ks. Kulbata do swojego gabinetu na prywatną rozmowę, no i oczywiście żeby się z nami zapoznać. Okazał się bardzo życzliwym i gotowym do wszelkich usług. Młodziutki to kapitan, zaledwie 20 lat liczący, obwieszony trzynastoma orderami za zasługi wojenne. Nazajutrz przyszedł do nas z prywatną wizytą, poznał wszystkie zakonnice i stał się naszym „opiekunem”.
10 listopad … Wróciła Panna Immaculata. Zmoknięta, zmarznięta, zmęczona i wyczerpana do ostateczności. Osiem dni była w powrotnej drodze. 2 listopada wyjechała z Zagrób naszymi końmi z ludźmi do pracy. Ujechali 3 km, gdy w Zbrzeźnicy stojący na posterunku jakiś niedobry żołnierz podarł przepustkę i nie pozwolił jechać do Łomży. Całe więc towarzystwo musiało wrócić do Zagrób. Sama tylko Panna Immaculata udała się bez przepustki bocznymi drogami do Łomży. Dopiero po wielu trudnościach i przygodach przyszła do nas 10 listopada.
11 listopad … Siostra Majola pojechała do Zagrób, aby 13 listopada ponowić swoje śluby wobec Przewielebnej Matki Ksieni.
12 listopad … Z rana przyszły na przepustkę Siostra Majola, Panna Maura i Siostra Wizenna pomagać w ogrodzie. W Łomży coraz mniej było cywilnej ludności. Liczbę stróżów zredukowano do 20 osób. W niedzielę do naszej kaplicy na Mszę św. przychodziło do 14 osób. Maleńka nasza kapliczka stała się parafialnym kościołem.
W tym czasie poznałyśmy generała frontu. Dosyć życzliwie ustosunkował się do nas.
13 listopad … W nocy naładowałyśmy samochód rzeczami, Panna Maura i Panna Alojza udały się z majorem do Zagrób – z powrotem, po odnowieniu ślubów z Panną Alojzą przyjechała Siostra Majola. Takie były wycieczki z rzeczami, samochodem majora. Tymczasem w Skarżynie, Panna Wincenta nie mogąc się doczekać powrotu Siostry Wizenny z Łomży, a czując się osamotniona, opuszczona i stęskniona, wzięła swój podróżny tobołek na plecy i pieszo przyszła do Zagrób do Matki Ksieni, prosząc aby jej pozwoliła być razem i nie skazywała na samotne życie wśród ludzi świeckich. Panna Wincenta opowiadała, że duchowo więcej wycierpiała przez te kilkanaście dni życia poza Zgromadzeniem, niż przez całe życie. Wzruszający to przykład i objaw ducha zakonnego i przywiązania do Zgromadzenia. Po kilku dniach w towarzystwie Panny Stanisławy udała się Panna Wincenta do Kulesz i tam pozostały do końca ewakuacji, ponieważ w Zagrobach nie mogło być więcej niż trzy zakonnice.
4 grudzień … Generał frontu wydał nowe zarządzenie usunięcia wszystkich stróżów z miasta a więc i nas. Wieczorem z tą wiadomością przyszedł do nas Ojciec Gwardian. Na to nie byłyśmy zupełnie przygotowane. Zdawało się nam, że do końca posiedzimy w Łomży. Znalazłyśmy się w wielkim kłopocie, gdzie się udać i co ze sobą zrobić? Tyle jeszcze rzeczy do przewiezienia. Jest nas cztery zakonnice i z nami dwie staruszki. Na domiar naszego nieszczęścia i zmartwienia, od kilku miesięcy na Pannę Władysławę rzuciła się jakaś plaga wszy, których niczym nie można było wytępić. Mieszkała w oddzielnym domku. A teraz gdzie ją zabrać? Okoliczne wioski, gdzie mogli osiedlać się mieszkańcy Łomży były przepełnione, po 10 osób w jednym pokoju. Kto zechce nas przyjąć do siebie z taką lokatorką? Dalej wyjeżdżać nie podobna, bo chodzi o to, aby być jak najbliżej Łomży. Postanowiłyśmy więc rzeczy nadal wywozić do Zagrób, a same trzymać się jak najbliżej Łomży.
5 grudzień … Ostatnia Msza św. w naszej kaplicy. Ojciec Gwardian spożył Najświętszy Sakrament – zostałyśmy same. Był to straszny dzień. Z rana Panna Alojza udała się do Konarzyc, 6 km od Łomży, aby poszukać znajomego majora z prośbą o samochód do przewiezienia rzeczy. Wieczorem wyjazd z rzeczami do Zagrób. Nazajutrz Panna Gertruda przyjechała do nas końmi po rzeczy. Następnej nocy znów samochód majora zawiózł do Zagrób kartofle, ale już sam bez zakonnic. W powrotnej drodze major przywiózł Matkę Ksienię. Codziennie Ojciec Gwardian przynosił nam Komunię św. z katedry.
10 grudzień … Urządziłyśmy u nas ołtarz na biurku i Ojciec Gwardian odprawił nam Mszę św; po niej wyjechał z Łomży.
11 grudzień … Meble nasze prawie wszystkie wywiezione. Na stole zrobiony ołtarz, Ksiądz Kulbat miał u nas ostatnią Mszę św., po niej wyjechał ze wszystkim z Łomży. Komendant dał nam samochód do wywozu pozostałych rzeczy; życzył sobie żebyśmy i my wyjechały ze wszystkim z Łomży. Panna Alojza dwa razy wywiozła rzeczy do Zambrowa i złożyła w pewnym domu kościelnym, niedaleko plebanii. Zdecydowałyśmy się i my wyjechać do Zambrowa, aby jak najbliżej Łomży i Zagrób. Wieczorem miałyśmy wyjechać z resztą rzeczy, ale szofer nie chciał już z nami jechać, bo nie miał benzyny. I tu zostałyśmy. Nazajutrz nie otrzymałyśmy samochodu.
13 grudzień … Przysłano nam mały wózek rosyjski. Pojechała nim do Zambrowa Panna Immaculata, aby pilnować naszych rzeczy i poszukać dla nas mieszkania. Komendant obiecał przy tej okazji wywieźć nas do Zambrowa, tymczasem kazał nam spokojnie czekać. W Łomży dosłownie z cywilnej ludności nikogo nie było. Wszystkich wywieziono. Postanowiłyśmy zdać się na Opatrzność Bożą i czekać. Były to okropne dni. My pięć zakonnic w pustym mieście, na pierwszej linii frontowej pośród na pół dzikich żołnierzy.
Pewnego dnia Panna Alojza samochodem majora wywiozła rzeczy j żywność do Zambrowa i znów dalej nerwowe oczekiwanie jakiegoś końca. Byłyśmy bez Mszy św. i bez Komunii św., bo żadnego Kapłana nie było w Łomży.
21 grudzień … W nocy o godz. 11 napadła nas banda żołnierzy – rabusiów, gwałtownie dobijali się do drzwi, żądali, by im otworzyć. Tłumaczyłyśmy się tym, że nam w nocy nie wolno otwierać nikomu, że mamy przepustki od komendanta, a więc legalnie pozostajemy w Łomży. Nic to nie pomagało. Żądanie było coraz natarczywsze z groźbą rozwalenia domu, gdy im dobrowolnie nie otworzymy. Położenie było bez wyjścia. Matka Ksieni rozmawiała przez drzwi z nimi, a Panna Alojza z Siostrą Wizenną z drugiej strony domu wybiegły przez okno i przedostały się przez 2,5 m parkan na ulicę, biegnąc do komendanta po ratunek. Zaledwie uszły ulicą kilkanaście metrów, zostały zatrzymane przez patrol frontowy – około 20 żołnierzy. Ci, z kapitanem na czele nie pozwolili dalej iść, lecz otoczywszy je kazali się prowadzić do domu Sióstr. Panna Alojza i Siostra Wizenna struchlały, były pewne że wpadły w ręce tych samych rabusiów, co dobijali się do ich domu. Poleciwszy się Matce Bożej w Grocie, musiały zawrócić i prowadzić ich. Z daleka było słychać jak tamci krzycząc ze złości, próbowali wyłamać drzwi. Gdy przyszliśmy pod dom, żołnierze zaczęli rozmawiać z dobijającymi się do drzwi. Siostra Wizenna i Panna Alojza korzystając z tego momentu, a nie dowierzając obrońcom, uciekły w podwórze i zdjąwszy buciki pobiegły tak, aby nie było ich słychać, inną ulicą, aby koniecznie dostać się do komendantury. Tym razem szczęśliwie doszły. W komendanturze stał tylko jeden żołnierz na posterunku. Zanim zrozumiał o co chodzi, zanim rozbudził oficera i zanim ten z drugiego posterunku przyprowadził żołnierzy na pomoc, upłynęła dobra godzina. Co w niej przeżyła Panna Alojza i Siostra Wizenna trudno opisać. Okropny niepokój o pozostałe zakonnice w domu. Straszne obrazy nasuwały się myślom. Może biedaczki są już zamordowane, może wywiezione, a może jeszcze co gorszego z nimi stało się ? A tu nic nie można było przyśpieszyć, ani pomóc. Zaznaczam jeszcze, że od nas do komendantury było 1,4 km drogi. Nareszcie wybrali się. Trzech żołnierzy z bronią i dwie zakonnice drżące ze zmartwienia, co stało się z ich Siostrami, idą na obronę domku. Gdy wchodziliśmy bramką od ogrodu na podwórze, ujrzeliśmy żołnierza na posterunku stojącego z bronią.
Zapytał nas, kto jesteśmy i dokąd idziemy? Przy drzwiach naszego domu stał drugi. Krew zamarła w żyłach wracających. Najstraszniejsze przypuszczenia tłoczyły się do głowy. Panna Alojza z bijącym sercem zapukała do drzwi wbrew przypuszczeniu, że może ktoś otworzyć. Przez godzinę, którą przeżyła poza domem zdawało się, że był to wiek. Jakież radosne było jej zdziwienie, gdy usłyszała głos Przewielebnej Ksieni i zakonnic, żywych i całych. Z radości obie strony zaniemówiły. Po dłuższej chwili poczyniono wzajemne wyjaśnienia. Kapitan ów z gromadką żołnierzy, których Panna Alojza i Siostra Wizenna przyprowadziły z ulicy, a którym same uciekły, zabrał rabusiów i prawdopodobnie postawił straż przy naszym domku.
Matka Ksieni z zakonnicami Panną Kunegundą i Siostrą Majolą były pewne, że żołnierze ci byli przysłani przez Pannę Alojzę z komendantury. Gdy tym rabusiom kazali odejść, czekały spokojnie powrotu Panny Alojzy i siostry Wizenny. Posterunek postawiony przy naszym domu nie wiadomo przez kogo, nasuwał nam najstraszniejsze przypuszczenia. Trudno nam było uwierzyć, aby nieproszeni goście bolszewicy bronili nas przed rabusiami. Zgodziłyśmy się raczej, że straż tę postawili rabusie, abyśmy nie mogły uciec. Sądziłyśmy, że poszli po jakiś samochód, aby nas obrabować. I tak spędziłyśmy długich osiem zimowych godzin – od 12 w nocy aż do 8 rano – w strasznym szarpaniu nerwów i niepewności. Czułyśmy, że ci żołnierze chodzą przy naszym domu i chwilami słyszałyśmy ich przyciszoną rozmowę, ale bałyśmy się zapytać kim są i dlaczego stoją? Straszna to była noc! Dodawałyśmy sobie otuchy wiarą i starałyśmy się wmówić w siebie, że chyba św. Józef chcąc nas obronić, sam w osobie kapitana odprowadził rabusiów i postawił posterunkowych na straży naszego domu. W każdym razie nie mogłyśmy dowiedzieć się od nikogo, kto nas uwolnił i obronił. Mimo. iż starałyśmy się dowiedzieć o owym kapitanie, nikt nie umiał nam go wskazać. Matce Niepokalanej, naszej Opiekunce w Grocie, zawdzięczamy ocalenie. Rano Panna Alojza poszła do komendanta opowiedzieć mu wszystko, co przeżyły tej nocy i prosić, aby za wszelką cenę postarał się wywieźć nas z Łomży.
Komendant obiecał zrobić wszystko, co będzie mógł, lecz własnymi samochodami nie rozporządzał, tylko okazyjnymi.
Obiecał, że będzie nam codziennie przysyłał dwóch starszych żołnierzy dla obrony w razie nocnego napadu, a tymczasem kazał cierpliwie czekać. Czekałyśmy więc, a warunki stawały się coraz cięższe. Nasz znajomy major, który pomagał nam wywozić rzeczy, zachorował. Brakowało nam chleba. Żywiłyśmy się tylko tym, co nam przynieśli żołnierze. Naszą żywność w większej części odesłaliśmy do Zambrowa, gdyż miałyśmy zaraz wyjechać, obecnie miałyśmy tylko kartofle i trochę warzyw. Ognia w dzień nie wolno było palić, aby nieprzyjaciel nie zobaczył dymu i nie bombardował. Niezależnie jednak od tego, że w mieście nikt nie palił, bo nie było ludzi w mieście, to jednak każdego dnia Niemcy częstowali nas pociskami. Całymi dniami musiałyśmy siedzieć w domu przy zamkniętych drzwiach z obawy, by nie wpuścić żołnierzy, którzy coraz natarczywiej się zachowywali. Bałyśmy się naprawdę.
Tak przyszły święta Bożego Narodzenia. Czułyśmy się jak w więzieniu. Bez Mszy św. bez Komunii św. w bardzo smutnym nastroju usiadłyśmy do skromnej wigilii. Życzyłyśmy sobie, abyśmy mogły doczekać następnych świąt, ale w innych okolicznościach. Aby szczególnie uczcić tajemnicę Narodzenia Pańskiego, odmówiłyśmy Jutrznię o godz. 12 w nocy w piwnicy, ponieważ nie wolno było świecić nocą światła. W czasie, gdy modliłyśmy się, Niemcy gradem pocisków poczęstowali Łomżę tak, że nasz dom cały trząsł się, a my drżąc, polecałyśmy nasze grzeszne dusze Panu Bogu, oczekując lada chwila, że przeniesiemy się do wieczności powitać Boże Dzieciątko. I tym razem Matka Najświętsza ocaliła nas. Szczęśliwie doczekałyśmy rana.
Pani Władysława, siostra zmarłej Matki Ksieni, która była u nas na dożywociu, śmiertelnie rozchorowała się. Dostała róży w lewej nodze. Od razu widać było, że śmierć się zbliża. Biedaczka błagała o nią Boga.
26 grudzień . .. Panna Alojza Wyszła z domu, aby pójść odwiedzić chorą panią Władysławę, która leżała w służbowym domku. Nie podobnym było, aby mieszkała razem z nami z powodu robactwa, jakie się na nią rzuciło. Mieszkała w domku o kilka metrów odległym od naszego wraz z Franusią, naszą służącą. Po wyjściu Panny Alojzy, Siostra Majola zapomniała zamknąć drzwi na klucz. Po kilku minutach wpadło do kuchni dwóch żołnierzy – rabusiów, którzy splądrowawszy wszystkie kąty, nie mając co ukraść, zabrali nam z okna ostatnią lampę. Po wyjściu z domu, poszli do chlewików, w których schowane było ostatnie 5 kur.
Jeden z rabusiów wszedł wysoko, aż pod dach, gdzie były schowane kury, a drugi, trzymając w ręce skradzioną lampę, stał na dole i przyjmował od tamtego schwytane kury. Panna Alojza wracając od chorej weszła na podwórko i zobaczyła w ręku żołnierza – rabusia ostatnią naszą lampę. Tego już było za wiele ! Już dłużej naszej krzywdy ścier- pieć nie mogła. Zapominając o wszystkim, rzuciła się jak lwica znienacka na stojącego i wyciągnęła mu spod pachy kurę, a zadowolona, że jej tak szczęśliwie się powiodło, drugą ręką szarpnęła za lampę. I tak w ręku żołnierza został drut, w ręku Panny Alojzy znalazła się kura i lampa. Rozzłoszczony żołnierz wyrwał z rąk Panny Alojzy lampę, rzucił ją o ziemię i uderzył Pannę Alojzę w piersi tak mocno, że upadła. Szybko podniosła się dzierżąc pod pachą zdobytą kurę. Wówczas rozgniewany żołnierz wyjął rewolwer i dwa razy wystrzelił pod nogi Pannie Alojzie. Tylko swąd i dym przesunął się po habicie, lecz szczęśliwie nic się nie stało zdobywczyni lampy i kury. Panna Alojza nie pozwoliła także wziąć drugiej kury – oboje po nią sięgnęli. Nie dostała się nikomu, trzep- nąwszy skrzydłami, frunęła ponad ich głowami, gdy ją podawał z góry inny żołnierz. Ze złości znowu „wojak” wystrzelił, lecz tym razem za uciekającą kurą; jednakże wyszło cało z tej strzelaniny! Pogroziwszy mocno Pannie Alojzie, żołnierze odeszli a Panna Alojza pozabierała części lampy z ziemi. Okazało się, że lampa nie została uszkodzona, tylko zbiło się szkło. Wszystkie 5 kur ocalało. Poszły od tej chwili do drucianej klatki i umieszczone zostały w pokoju. Dwa ostatnie prosiaki, którym przed paroma tygodniami zabrali matkę, mieszkały w wannie w kuchni. Dziwnym może wydać się taka walka o głupie kury i lampę. Początkowo, gdy niszczono nam droższe rzeczy, łatwiej można było znieść stratę, lecz nerwy były tak już tym wszystkim wyczerpane, że po prostu Panna Alojza odczuła chęć patriotycznego odwetu.
30 grudnia … Komendant dał nam samochód do wywiezienia reszty rzeczy. Nie był to zły człowiek. Chciał, abyśmy jak najmniej poniosły strat.
31 grudnia … Przed wieczorem umarła pani Władysława Umarła w opuszczeniu, jak prawdziwa uczennica Chrystusa Ukrzyżowanego. Była to osoba świecka, lecz prawdziwie pobożna. Ciężką chorobę znosiła bohatersko i z prawdziwie chrześcijańskim zgodzeniem się z Wolą Bożą. Pokój jej duszy i jej pamięci !

Materiał opracowano na podstawie:
Kronika Panien Benedyktynek Opactwa świętej Trójcy w Łomży (1939-1954).
Autor. S. Alojza Piesiewicz.

Koniec części 10
C.D.N.

Redakcja Serwisu

Link do 11 części Kroniki Panien Benedyktynek Opactwa Św. Trójcy w Łomży:
https://historialomzy.pl/kronika-panien-benedyktynek-opactwa-sw-trojcy-w-lomzy-czesc-11/

 

888 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar