Krzyk życia

Kontynuując   publikacje utworów Heleny Filochowskiej  zamieszczamy   kolejny z nich, który w 1910 roku drukował  odcinkach tygodnik „ Wspólna Praca”. My zamieszczamy go w całości i w wersji oryginalnej.

Redakcja

 

Krzyk   życia

 

Stała w lichej parodyi garderoby i ostupiałemi oczyma patrzyła na wysmukłą blondynę, która po­chyliwszy się nizko, ściągała szybko z nóg blado- czerwone trykoty.

Widziała profil jej dziecięcej twarzy zohydzonej szminką — ten profil miękki, jakby niewykończony jeszcze, o zamyślonem czole i ustach drobnych, subtelnych, teraz płonących jaskrawą purpurą kar­minu.

W ciężkiej zadumie szukała w spojrzeniu bladych oczu młodej aktorki, wyolbrzymionych potwornie tuszem dawnego cichego smutku małej Zośki, z którą pod rękę błądziła po posępnej sali rekreacyjnej, gdy obie nosiły jeszcze bronzowy mundurek gimnazistek i namiętnie, nieopisanie tęskniły do życia.

Zobaczyła w nagłem rozchyleniu bielizny dwie cudne białe piersi, królewski kark, z którego miękko wyłaniała się płowa linia modnie uczesanych włosów.

I znów postać aktorki zamgliła się błękitną smugą wspomnień. Ten błękit, jak jasna kotara, zasłonił duszne wnętrze garderoby teatralnej pełnej pisku, śmiechu i krzyku półnagich kobiet. Znikły białe i różowe twarze, oczy lśniące i sztucznie rozsze­rzone, ciało gorące, młode i piękne, zużyte i brzydkie, swobodnie obnażone z jaskrawych trykotów, parodyi szat królewskich, blado połyskujących szychów imi­tujących złotogłów i bijących, jak łuna płomienia, purpur.

Przepadły w otchłani zadumy fragmenty roz­mów cynicznych i boleśnie smutnych, strzępy chcianych żartów, z których wyłaniała się strasz­liwa, naga maska bezwstydu i cierpienia — krwawy płacz dusz, zabijanych dobrowolnie szaleństwem bez jutra, nocami śmiechu i pijaństwa, pogonią za chwilą, która daje zapomnienie i złudzenie szału.— Ucichły śmiechy tych, które bezmyślnie, szczęśliwe  urodą i młodością, biegły lekko po ruchliwej fali życia, jak stado ptaków beztroskich obojętnych, że oto gdzieś czai się chytrze i podstępnie nędza, choroba, śmierć.

Zmilkło i znikło wszystko… i to Zośka smukła, wysoka, nieobmyta jeszcze ze szminki, powoli spla­tająca przed stłuczonym lusterkiem swe ciężkie, jasne warkocze.

…Snują się obie cichutko po sali rekreacyjnej… Obie moją wolną godzinę, gdyż nie uczą się nie­mieckiego u tej wstrętnej „szwabki” Fraulein Muller, czy Sterner, która ma postawę grenadyera i jest postrachem całego gimnazyum. Słyszą, jak za zamkniętemi drzwiami klasy ktoś jąka się cieniutkim głosikiem.—-Siteen, sass, gesessm… Stehen, stand, ge-ge- ge… gestanden.—’ Werterrr! brzmi groźny, gardłowy głos znienawidzonej niemki,

I cieniutki, zmęczony głosik dziewczynki zała­muje się no chwilę w lęku przed „dwóją”, drży, milknie i znów wylicza cicho grupy wyjątków gra­matycznych.

Dwie przyjaciółki wzdychają z współczuciem i, mijając lustro wiszące uroczyście nad mocno szarp­niętym zębem czasu fortepianem, widzą swe dwie dziecięce jeszcze sylwetki w jednakich bronzowych sukienkach i czarnych fartuszkach. Obie mają jasne, długie warkocze i oczy zamyślone, pełne rodzących się przeczuć życia oczy smutne i radosne, ciekawe i zalęknione, pytające i zdolne rozszerzyć się prze­rażeniem poznania.

Usta ich, nie znające oni bólu oni rozkoszy, uśmiechają się milcząco i są, jak wczesne kwiaty jeszcze stulone, jeszcze nie zbudzone do słońca. Pod czarnymi fartuszkami drżą drobniutkie,  marmurowe piersi—duma i wstyd- rozkosz zapowiadanej przez potężną naturę kobiecości i męka zagadek tej kobiecości — przedmiot długich, wstydliwych ba­dań w tajemnicy w różowem świetle sypialni przed zwierciadłem panieńskiego pokoiku… Wątłe biodra strzelają, jak młode pędy wiosennych smukłych drze­win, gotowe już do nabrania wspaniałych, upajają­cych cudem harmonii linii kobiecych.

Szemrzą szeptane zwierzenia:

Ja to już nie mogę nosić białych bluzek…Wstydzę się… Cały biust znać— mówi przygnębiona Zosia, patrząc swemi czystemi oczami w oczy swej starszej przyjaciółki

A ja już dawno —uspokaja ją Janka.

Ale to trudno, Zosiu… Jesteśmy przecie kobietami -mówi powoli, z zadumą.

Kobietami— powtarza cichutko Zosia i obie stoją przed oknem -ciche, pełne niejasnych trwóg i zamyśleń. Patrzą na posępny, szary mur okalający gmach gimnazyalny. Za murem tym wiosna usypała już różowym wonnem puchem nizke jabłonie w cu­dzym prześlicznym ogrodzie… Blade, blade kwiaty… Właściwie wyglądało to, jak jakaś różowobiała ot­chłań— otchłań pachnąca, upajająco, w której można- by było tak ślicznie marzyć albo umrzeć z uśmie­chem w oczach, patrzących po przez blade kwiaty na niebo wiosenne, bardzo błękitne i łaskawie uś­miechnięte.

…Patrzą w ów ogród pachnący za murem wy­sokim, żółtym, posępnym… I Zosia widzi u swej przyjaciółki uśmiech nieopisanej tęsknoty.

Janka mówi, patrząc na różowe, ciężkie od kwiatów gałęzie:

Jakbym chciała tam iść… do tego cudzego ślicznego ogrodu. Wiesz — uśmiecha się sennie, zdaje mi się, że życie, jest takie jasne, dobre, pa­chnące, jak ten ogród.

Zosia patrzy z uśmiechem na Jankę, którą całe gimnazyum nazywa „małą Konopnicką”.

— Jak ten ogród mówi z zachwytem. Pew­nie, że tam ślicznie musi być. Ogród tak pachnie… pachnie.

Obie patrzą z tęsknotą i miłością na jasne, wonne drzewa, na pełne różowego cienia oleje ocię­żałych bogactwem kwiecia jabłoni… I nagle Zosia słyszy przenikliwy szept małej Konopnickiej, której usta lekko drżą:

A mur, Zosia?

.. mur—powtarza Zosia z powagą i jej .blade, dziecięce oczy powleka cień cierpienia. Ich zamyślone źrenice nieruchomieją, zastygają w tęskno­cie na wysokim murze, a potem znów błądzą miłośnie po różowym labiryncie kwietnych alei… i oto z mgły wspomnień o tym wonnym cu­dzym ogrodzie wyłania się sylwetka Zosi.

Ach – Zosia?

Czerwone trykoty opinają ciasno jej silne ko­biece już uda, wyzywająca maska ubarwionej twarzy odpycha szkarłatem ust i razi ogromem lśniących wśród czarnych kresek oczu. Podnosi ubielone ręce do skroni i mówi ochryple, z łkaniem:

— O ten mur… pamiętasz ten straszny, żółty mur przed różowym ogrodem? O ten mur rozbi­łam sobie młodą, szaloną głowę…

…Po jasnych warkoczach spływają strugi krwi… na białej twarzy mieszają się ze łzami, z tłustą szminką.

 

O ten mur rozbiłam sobie głowę… Pamię­tasz brata mego, który nas z matką żywił, a mnie kształcił, który byt jedynem pięknem naszego życia, bóstwem. Pamiętasz? Nazywał się Zdziś… Szalały za nim kobiety, szalałam ja i matka. Jedyna nasza opieka, podpora, nasz żywiciel ukochany… Niekie­dy wracał aż rano po nocach radości i upojenia, w jakie młodość jest tak bogata, i obrzuciwszy nas kwiatami, które pewnie dostał od pięknych kocha­jących go kobiet, pracował cały dzień bez przerwy, pisał, biegał na lekcye -pracował dla nas… Pamię­tasz go przecie… Cała nasza siódma klasa kochała się w nim, kiedy był jeszcze uczniakiem. Pamiętasz tę ładną  Zalewską z rudymi włosami… otruła się z miłości dla niego… Wszędzie był pierwszy na balach, w salonach, między tłumem kole­gów… Na ulicy kobiety oglądały się za nim i szep­tały: — Antinous. Pamiętasz jego piękne, stalowe oczy, jego profil wspaniały, jego przepyszny  wzrost? Mówiono, że jest podobny do greckiej rzeźby. A jego dusza… ach, piękniejszą była chyba, niż ciało mło­dzieńcze. Był taki dziwny przytem, nieujęty. Często miesiącami całymi wracał o świcie śliczny w stu­denckim .mundurze, albo fraku, bardzo blady z cie­niem wyczerpania koło uśmiechniętych oczu. Wtedy przynosił do cichego naszego domu gorący powiew szaleństw młodości, zapach kobiecego ciała, jakieś tchnienie upojenia nieznanych mi wówczas tajemnic życia. Nucił piosenki, pieniące się wesołością, jak szampan, i był tak piękny z tem roskosznem znu­żeniem w bladych rysach…

A niekiedy tygodniami nie wychodził z domu. Uczył się, a o zmierzchu grywał no skrzypcach „Marzenie’‘Schumana, albo prosił bym mu cicho z tłumnikiem grała „Wiosnę”- Griega. Było w nim tyle poezyi, tyle miękkości i marzycielstwa przy całym królewskim potężnym rozmachu młodości.

…I gdy zaręczył się z pewną również, jak i on, piękną dziewczyną, męczyła nas straszna za­zdrość… Cierpiałyśmy, bośmy kochały go przecie tak bezpamiętnie… I wiesz… pewnego wieczora wy­szedł na bal… W butonierce fraka miał kwiat tuberozy. Śmiał się wesoło i całował nas obie tak ser­decznie… Powiedział mi: —Idź spać, łobuzie kocha­ny, nie czekaj na Zdzisia— będę dziś całą noc tań­czył— takim dziś młody, Zośko, i ochoczy… Spać dzieci — mówił do mnie i do matki, i z cylindrem zsuniętym nieco na tył głowy, wyszedł, śmiejąc się do nas swemi prześlicznemi czerwonemi ustami… I wiesz— o świcie— było ledwie szarawo— słucham—  po schodach niosą coś ciężkiego. Dzwonią.

— Ach, było to coś straszliwego, coś jak scena z tego ohydnego paryskiego teatrzyku okropności Guignol’a. Na noszach narzucone paltem ciało we fraku — biała tuberoza w butonierce na sztywnych stopach lśnią lakierki. Oni mówili, że to byt Zdziś, ale ja nie wierzyłam. Wiesz pożar był – sala spłonęła. Mówili, że ratował kogoś— płonąca belka spadla mu na głowę i zmiażdżyła ją na jakąś czarną, miękką, ociekającą masę. Ten trup był bez głowy. Pomyśl… i ta taberoza w butonierce, ten cały wykwintny strój balowy. Nie wierzyłyśmy z mamą, że to Zdziś. Nie chciałyśmy patrzeć na nieruchome, straszne ciało bez głowy. Myślałam wciąż, że lada chwilo wyjdzie Zdziś pachnący, wytworny, z cieniem znużenia koło swych ślicznych oczu, i wyjaśni się to straszne nie­porozumienie… Czekałyśmy z mamą… czekałyśmy. Mijały godziny, czy dni. Coś cuchnęło trupio, a my czekałyśmy wciąż, że Zdziś wróci z balu. I dopiero gdy jakaś staruszka z pełnemi łez oczyma powie­działa mamie, oby pożegnała syna, bo za chwilę zamkną trumnę, mamusia krzyknęła; więc to naprawdę mój syn? Ten sztywny kadłub z krwawo- czarno masą zamiast głowy— to śpiewający, radosny, dobry, uśmiechnięty Zdziś, który poszedł w zgrabnym fraku na bal i mówił mi, wychodząc: będę dziś całą noc tańczył,         idź spać, łobuzie kochany.

A gdy zamykano trumnę oczy mamusi zaokrąg­liły się strasznie obłędem i krzyczała nieprzytomnie: Dajcie mi zobaczyć twarz mego syna…—Kiedy on nie ma twarzy, biedna pani… przecie mu całą głowę zgruchotało— mówił ktoś, cicho płacząc. Gromnice chwiały się w rękach jakichś obcych ludzi. I szłyśmy z mamą obojętne i dalekie za tern czarnem pudłem, w którem gniło ciało w balowym stroju ze zwiędłą tuberozą w klapie fraka i myślałyśmy ciągle, że z tłumu wyjdzie nagle Zdziś swym lekkim eleganckim krokiem pięknego mężczyzny i zapyta, dlaczego idziemy z mamą po tem błocie i w szaru­dze za trumną jakiegoś obojętnego człowieka, któremu płonąca belka zmiażdżyła głowę? I czytałyśmy z uśmiechem niedowierzania wielkie białoczarne plakaty: Zdzisław Strojnowski, prawnik, lat… zmarł… i t. d. Zmarł? Czyż ten trup bez głowy, którego nam przyniesiono o świcie nie mógł być trupem innego mężczyzny? Czyż inni mężczyźni nie noszą na czwartym palcu prawej ręki pierścionka z ame­tystem a w butonierce białej tuberozy? Chciałyśmy krzyknąć, że to kłamstwo, gdy tłum, wskazując nas, szeptał: Patrzcie, to matka i siostra nieszczęśliwego.

I ze zdumieniem patrzyłyśmy, jak marmurowo blada narzeczona Zdzisia słaniała się w omdleniu nad czarno lśniącą trumną, nad którą śpiewał ochrypłe i nudno stary ksiądz z krzywemi, sinemi z zimna ustami.

I znów mijały dnie, czy miesiące. I obie z ma­mą uczyłyśmy się wierzyć w straszliwą prawdę śmierci Zdzisia.

–          –          –          –          –          –          –          –          –

I oto od chwili, w której całkowicie uwierzyłam w nią— nie wierzę w nic więcej— w życie, szczęś­cie, miłość, dobro. Nie wierzę w rzeczywistość życia — wszystko wydaje mi się męczącym, złym snem. Ten kadłub bez głowy położył się w poprzek mej drogi życia. -Wszystko mi jedno.—

…Mamusia konała powoli nawpól sparaliżowa­na, nawpół obłąkana, a ja włóczyłam się z mym nihilizmem duchowym po pańskich dworach, jako nauczycielka, „dama do towarzystwa”, lektorka. Uczyłam ładnie ubrane, syte dzieci prawidłowych manier i nieprawidłowych czasowników. Nienawi­dząc, kłamałam „macierzyńską tkliwość” i „łagod­ność usposobienia”. Często chciałam w obłędzie nudy, rozpaczy, wściekłości —bić, kopać, szarpać, a musiałam, musiałam głaskać ufryzowane główki uśmiechać się uśmiechem dobroci… W chwilach wolnych od zajęć pozwalałam obcałowywać się po kątach ojcom, braciom i kuzynom mych uczni i uczen­nic—ot, nawet nie pour passer le temps—z grymasem praktycznie i dystyngowanie maskowanego wstrętu na twarzy. Ot tak… nie chciało mi się poprostu robić awantur, skandali, zmieniać posady i znów być obcałowywaną przez jakichś tam nowych pa­wianów.

Raz zdawało mi się, że — kocham. Nie był żadnym „królewiczem z baśni”, rycerzem w złoci­stej zbroi, ani trubadurem… Brzydki guwerner tylko—„kolega po fachu”. Zdawało mi się, że jest tytanem ducha, że jest w nim coś z Herostratesa — jakiś gest szaleńczy, zuchwały, przepyszny. Mówił często tak porywająco. Burzył ołtarze spleśniałych bogów, łamał kajdany, wyzwalał tłumy do słońca, tworzył ludzkości nowe powietrzne perspektywy.

Płonęłam cała, gdy mówił… Bezwiednie zdradziłam się z uwielbieniem dla jego umysłu, o on… w nocy— drżący, spocony ze strachu—zakradł się do mej sypialni… Wcale „platonicznie”, co? Zapytałam go, czy dalej chce mówić ze mną o furieryżmie, a potem rozwaliłam mu łeb lichtarzem. Taki oto był koniec mej sielanki.

Ale był… ach, był pewien pan, któremu— wspa­niałomyślnie nie rozwaliłam łba lichtarzem. Tak. Byt. Piastowałam wówczas godność nauczycielki domowej w pewnym wykwintnym dworze, gdzie w salonie obok portretów prababek z osiemnastego stulecia wisiały na ścianach płótna Malczewskiego, Weissa, Axentowicza. Pani domu— nastrojowa ertomanka o subtelnie farbowanych na kolor spalonego złota włosach, czytywała namiętnie Rimbaude’a (ze specyalnem jednak zamiłowaniem zagłębiała się w Piotra Louis: „Pieśniach Bilitis”) i stale nosiła w lokach orchidee. Przyjeżdżał z Warszawy pe­wien pan bardzo wytworny— znikali we dwoje w od­dalonej oranżeryi, gdzie pani hodowała rzadkie,cudne storczyki.

Pan domu… Jakże go dobrze pamiętam… Ryży, z piegami koło jasnobłękitnych, zimnych oczu, z okrucieństwem dzikich chceń w grubych i krwi­stych ustach. Ruchy powolne, jakby leniwe lub senne i ręce, w których był jakiś bezwstyd— blade, duże, ciężkie ręce o tępych palcach. Nigdy nie pat­rzył na mnie, ale zawsze czułam, że mnie widzi. Czułam, że czyha, że zatacza misterne kręgi myś­lowo nad moją wolą, że jego paląca żądza, czuwa jak sęp nad swą upatrzoną ofiarą i czeka— czeka — czeka.

I kiedyś przyszedł list od pewnej staruszki u której dogorywała matka. Pisała, że lekarz po­lecił wysłać niezwłocznie chorą  do sanatoryum. Sanatoryum? Skąd wziąć pieniędzy? Z trzydziestu rubli srebrem miesięcznej mojej pensyi? Czytałam list ten kilka dni— myślałam, że oszaleję. Aż pew­nego dnia on stanął za mem krzesłem i odczytał list rozłożony przedemną na biurku. Zaszeleściły banknoty i koło mokrego od łez, zapisanego drżącem starczem pismem arkusika zabłękitniało, zaróżowiało. Efektowne, co? Jak z jakiej lichej, pełnej „tragicznych konfliktów” poronionej sztuki teatralnej, prawda?

Dwieście rubli było tego… aż dwieście rubli— I stało się—- bez jednego pocałunku, bez jednej pięk­niejszej, czystszej pieszczoty — ale i bez ohydnej komedyi, bez nikczemnego fałszu. Ohyda. Pozna­łam piołunny smak prostytucyi. My tu — w oranżeryi oni — a przed pałacykiem wśród kwitnących klombów bawiły się dwie niewinne, jasnowłose żywe laleczki,w lila sukienkach.

I pomyśl, że ja niegdyś, jak każda młodziutka dziewczyna marzyłam skrycie o mysteryach dni po­ślubnych, marzyłam, że mój sen miłości (marzą to wszystkie tak zwane „panny z dobrego domu”)spełni się gdzieś na weneckich lagunach, albo nad bladomodrem jeziorem Czterech Kantonów z ukocha­nym, najdroższym, jedynym człowiekiem…

I potem tej samej nocy miałam najstraszliwszy w mem życiu sen. Zdziś— ale ten, którego przynie­siono wtedy o świcie— wysoki z plamą białej tuberozy wśród czerni fraka—bez głowy (pomyśl… bez głowy…) stał w smudze księżycowego światła w na­szym dawnym salonie i grał na skrzypcach „Marzenie” Schumana. A ze strun, z pod białych mart­wych palców płynęła ciemna krew cienkiemi stru­gami. A mamusia blada, jak widmo siedziała w swym fotelu i szeptała białemi zupełnie ustami: Dajcie mi widzieć… widzieć twarz mego syna. A ja, akompa­niując na pianinie, nie mogłam oderwać oczu od tej strasznej grającej postaci bez głowy.

Lecz może najstraszniejszem było to, że na­zajutrz po spełnionym łajdactwie byłam zupełnie spokojna. Nawet przy obiedzie podsunęłam uprzej­mie swemu dobroczyńcy sól (ach, jakże dobrze pa­miętam, że miał wtedy wspaniale skrojony jasny garnitur z różowym gwoździkiem w klapie mary­narki) i patrzyłam na niego prawie życzliwie. Zu­pełnie nie miałam wrażenia, żeśmy oboje szubrawcy i że równie podłą jest ta nastrojowa dama z orchide­ami w farbowanych włosach, z tłumionym krzy­kiem głodnych zmysłów w bronzowo ocienionych oczach (jak w pewnym cudnym portrecie kobiecym Besnard’a) i ten pan elegancki i poprawny, olśnie­wający blaskiem gorsu i paznogci, pan z rozdziałem na wonnie wypomadowanej głowie, który sącząc z wdziękiem męskiej kokoty dobre francu­skie wino z ametystowego kieliszka zapewniał pana domu, że go bardzo  bawi taka wytworna sielanka wiejska, i z cyniczną nonszalancją światowca za­chwycał się pięknością storczyków w wiadomej oranżeryi.

Poprostu nie mogłam dojrzeć linii dzielącej Dobro i Zło, zbrodnię i to, co tłum nazywa Cnotą. !

Było mi wszystko jedno-ten trup ze zmiażdżoną głową, to głupie, podłe, bezmyślne okrucieństwo losu zabiło we mnie możność kochania Dobra j i Piękna, a gardzenia złem, podłością i zbrodnią.

Zmieniałam posady, wreszcie znalazłam się tu. Nigdzie żadnej pracy. Jeść chce się— i wiesz, czego jeszcze chce się, gdy ma się w sobie gorzki, piekący jad zła? Trochę zapomnienia… trochę cygańskich dni bez jutra, trochę bezmyślnego śmiechu bez łez. Więc: trykoty, szych… święte posłannictwo.

Sztuki— sztuki, słyszysz? Czy nie wygląda to j wszystko, jak tani melodramat, albo, jak podła nowela napisana przez nieuleczalną grafomankę, lu­bującą się w krwawych efektach?

–         –           –             –            –         –          –          –         –         –

O mur… pamiętasz, Janka… o ten mur żółty i posępny rozbiłam sobie głowę… i teraz wiem, że tamten pachnący, prześliczny cudzy ogród był czarownym symbolem dobra, ciszy, szczęścia, ukojenia.

Ogród odgrodzony wysokim, nienawistnym murem…

–           –            –         –           –         –          –          –         –         –

Wyszły ostatnie z garderoby, pstrzącej się ja­skrową tęczą barw rozrzuconych kostyumów i dusz­nej od woni ciał kobiecych, szminek i perfum.

I Janina w długim korytarza teatralnym w nik­łem świetle gazu zobaczyła znów tę dawną, niezmie­nioną twarz dziewczęcą o bladych, zamyślonych oczach i subtelnej linii ładnych, delikatnych ust. Ten sam pełen dziecięcego czaru nierówny i niere­gularny profil, te same bogate, płowe warkocze,

Młoda aktorka miała znów wygląd „panny dobrze wychowanej” o dystyngowanych ruchach i pewnym dumnym sposobie noszenia głowy. Ciemne długie okrycie i duży, czarny prosty kapelusz nie miały w sobie nic wyzywającego, lub ekscentrycznego, co cechuje zazwyczaj strój bardzo młodych, początku­jących adeptek sceny. Szła smukła i prosta tym samym lekkim krokiem, jakim wstępowała na szerokie schody gimnazyum, gdy miała lat szesnaście i gdy z miłością patrzyła na różowy, pachnący, cudzy ogród.

Nagle oparła się o ścianę bardzo blada wyszeptała:

Słuchaj… zawieź mnie gdzieś, gdzie jest dużo światła, muzyki, gwaru, ludzi, gdzie można, Janka… gdzie można upić się….

Upić się?

Ja upijam się niekiedy — wymówiła cicho, idąc wolno naprzód, Myślisz, że to poza? — zapylała z bolesnym ironicznym śmiechem. Aaa— Janko -Janko.

Przytuliła – się ramieniem do ramienia Janiny. Na bladych, niezmąconych oczach miała grube szkło łez. Usta jej drżały.

Janina pomogła jej wsiąść do małej zakrytej karetki na dwie osoby i podała dorożkarzowi adres pewnej kawiarni, w której grywał znany jej, bardzo zdolny skrzypek z doskonałym zespołem orkiestry.

Owinęły się ciasno ramionami i ich jasne gło­wy przytuliły się mocno, mocno. W ciszy zadrżał pełen łez szept Zosi:

Mów mi o sobie, droga. Skąd, jak znalaz­łaś się w tym podmiejskim teatrzyku?

Mówiono mi, żeś ty tam… Nie wierzyłam… Ty… z twą rzadką subtelnością, z tą nadczułością nerwów, smaku na tem tle… Nie wierzyłam i, gdy cię zobaczyłam na scenie— grałaś w pierwszej jedno­aktówce rolę pensyonarki – z tym jasnym warko­czem, z tym uśmiechem prostym i dziecięcym. Zda­wało mi się, że znów mamy wolną godzinę, że przez okna…

Będziemy patrzeć na różowy, pachnący cu­dzy ogród.

I tęsknić do życia.

Tęsknić do życia…

Rozległ się śmiech cichutki, śmiech żałosny zmieszany z płaczem.

 

A potem w drugiej sztuce wyszłaś w czerwo­nych trykotach— Całe twoje ciało było jakby na­gie.          Wierz, że jestem, jako artystka, daleką od parafiańskiej, śmiesznej pruderyi, ale wściekłość mię dławiła, na myśl, że te wszystkie męskie oczy…

I już nie mogłam odnaleźć w tobie nic z dawnej, drogiej, zamyślonej Zosi, która martwiła się i wstydziła do łez, że na jej płaskiej piersi dziec­ka zaczynają wykwitać różane pąki kobiecości.,.

Jak ty ślicznie mówisz… Słucham jak pieśni dalekiej…

To nie styl, to uczucie i miłość piękna. Zo­siu I patrząc na ciebie, jak gnąc się lekko w biodrach, obnosiłaś swój wdzięk po deskach tej scenki, marzyłam boleśnie- cierpiałam ——

Przeżyłam znów całe nasze wspólne śliczne dzie­ciństwo, wszystkie nasze uśmiechnięte lata dziew­częce… i znów kochałam ciebie i kochałam Olka Błanieckiego, który pisał do mnie płomienne sonety i snuł się pod oknem mego panieńskiego pokoiku o świcie, gdy kasztany kwitły różowo,. a ja, patrząc w czerwone zorze dnia, przy blasku gasnącej lam­py „kułam” jeszcze formuły algebraiczne, do ostat­nich egzaminów…. Pamiętasz?— nazywałam cię ..ma­leńką”…. Byłaś zawsze taką dumną ze swego Zdzi­sia i z pychą chodziłaś z nim pod rękę, szczęśliwa, że wszyscy szaleją za twym czarującym bratem. Mówiłaś mi; czemu nie kochasz się w Zdzisiu, tylko w Olku? Patrz—Zdziś to Antinous:.. widny bóg grecki… Ale ja kochałam Olka Bonieckiego, jego lazurowe

oczy, poetyczną duszę i płomienne, śliczne sonety

Tak… tak… „Pierwsza miłość” — — —

— I patrząc na twoje czerwone trykoty,, na twą uszminkowaną twarz i wyuczone, drażniące ruchy pantery, płakałam wewnętrznie nad tragicznym lo­sem twego przepięknego brata, nad twoim losem bolesnym, nad przesmutnym losem mej wiosennej pierwszej miłości…

I czułam głęboko, jak ranę krwawiącą tę świa­domość rozpaczliwą, że życie jest jakiemś strasznem nieporozumieniem, jakąś potęgą okrutną i ślepą, bawiącą się nami bezmyśnie i głupio.

Zapadła głucha, dręcząca cisza.

Powóz na gumach bezszelestnie prawie mknął przez uśpione ulice. Szybko mijał fragmenty wązkich, stylowych zaułków średniowiecza, minął wspa­niały, królewski rynek z białą wizyą kolumnady Sukiennic i imponującą, czarną masę maryackiego kościoła.

W nieprzeparte zamyślenie Janiny wplotło się nieśmiałe pytanie:

A ty? Zdaje mi się, że gorycz słyszę często w twym głosie, Janko?

Gorycz, maleńka? Nie wiem… Teraz prze­żywam okres głuchej, ciężkiej apatyi

– Straciłaś coś, czy kogoś drogiego       Janina przymknęła powieki. I jak żywe istoty zo­baczyła wszystkie swe straty bezpowrotne, wszystkie krzywdy od życia doznane, wszystkie niespełnienia snów swej duszy szalonej, błędnej, która gdzieś po pustych rozstajach, po jesiennych ugorach smut­ków śmiertelnych, rozczarowań strasznych, jak ciosy obucha, pogubiła płomienne pióra swych szkarłatnych, dumnych skrzydeł archanielskich.

Starając się wrócić do rzeczywistości, mówiła patrząc w czarne, śpiące miasto:

— Dużo straciłam, maleńka. Jedyne dziecko bardzo drogie straciłam… I straciłam ognisko do­mowe — — Ze śmiercią dziecka rozstaliśmy się z mężem. Nic nas już nie łączyło prócz wspomnień,

których czas przecie gaśnie Ja go nigdy nie kochałam. Związałam się z nim w chwili duchowego wyczerpania i takiej bierności znużonej, której : na imię: wszystko jedno. On zaś… on kochał mnie tylko zmysłami młodego zdrowego mężczyzny, byłam jego fizycznym typem… a taka miłość przecież szybko umiera… Mrozi ją przesyt – — teraz —  sama jestem.

Jasna głowa Zosi mocno przytuliła się do policzka Janiny bardzo bladej w czerni puszystego  futra.W oczach jej zmęczonych i jakby sennych j utonął wzrok młodej aktorki patrzącej z wytężeniem i niemą męką.

  • Pomyśl. Janko—subtelnie znów zaszemrał szept—pomyśl… Myśmy obie z taką tęsknotą w ten ogród różowy patrzały… Pamiętasz Maeterlincka: Serres Chaudes? szeptała cichutko.
  • Lcs filles aux yeux bandes-Otez les bandenux d’or — Les filles aux yeux bandes—Cherchent i lears destinees…

Powóz zatrzymał się. W posępną czerń nocy buchnęły światłem olbrzymie okna. kawiarni.

Weszły i odrazu owionęła je czarująca na wpół bolesna, na wpół śmiejąca się melodja modnego i nie­słychanie melodyjnego walca z operetki „Cygańska Miłość”. Oddawszy służbie okrycia, lawirowały mię­dzy stolikami, zajętymi przez zasłuchaną publiczność, i wreszcie znalazły miejsce pod ścianą naprzeciw orkiestry.

Obie jednocześnie podniosły oczy na smukłą postać skrzypka w czarnym fraku, ze świetną bry­lantową gwiazdą zamiast kwiatu. Grał miękko, z niesłychanym czarem, podnosząc wysoko swą bladą, szczupłą, gładko ogoloną twarz, występującą jak rzeźba z ramy puszystych, długich włosów. Zdawało się, że z pod jego smyczka wysnuwają się westchnienia, śmiechy i szepty wiosenne… Ktoś szep­tał, wzdychał cichutko i śmiał się przez łzy upojenia w cudnej melodji najpiękniejszego z walców…

Kiedyś mówił o płomiennym  czarze cygańskiej miłości i wybuchał słodkim upajającym wyznaniem, że życie jest piękne a rozkosz radością…

Walc spleciony ze śmiechu i łez koił, czarował lekko upajał. jak dobre wino.

Patrzyły w  zmienną, nerwową twarz skrzyp­ka i śniły na jawie to, czem drżała melodya aksamitna pieściwa: dająca błogosławiona moc utonię­cia, jakby w otchłani kwiatów. Zwolna wychodziły z ciemnych labiryntów, z podziemi, dręczących świa­domości krwawych prawd i okrutnych postanowień życia przenosząc się w świat woni światła i wdzięku.

Wsłuchane tylko w śpiew skrzypiec bladego artysty, wyszukiwały w pozornie banalnej formie walca  skarby słonecznych zamyśleń, dobrych uśmiechów, aksamitnych spojrzeń czyichś kochanych oczu –  cały świat zapomnianych radości, tkliwych nawoływań i przesnutych mgłą melancholii zapewnień, że życie jest chwilami piękne, że jednak z jego bezładnego chaosu da wysnuć się melodia pieściwa, miękka i kojąca.

Gdy zmailkł  walc i przeminął grzmot oklasków, Janina spojrzała na Zosię. Siedziała z głową opartą o ścianę w pocie znużenia i wyczerpania. Paliła papierosy i chwilami, apatycznie wychylała jednym haustem kieliszek złotawego likieru. Jej blade oczy ściemniały, zaszkliły się i, utkwione w jeden punkt niewiadomy gas­ły niekiedy pod sinawemi powiekami. Często bez­myślnie snuły się po twarzach mężczyzn, zaintrygo­wanych zjawieniem się o później porze dwóch samot­nych młodych kobiet i natrętnie dopytujących się kelne­rów o nazwiska i pozycję społeczną istot, które, wbrew zaściankowym kanonom tego pseudo – wielkiego miasta, ośmieliły się zjawić w kawiarni same bez mamy, cioci, lub wogóle jakiejś solidnej opieki.

Opasłe przedstawicielki finansów o wschodj nich płomiennych oczach z batonami i złotymi łań­cuchami na piersiach, ledwie dyszących w Żelaznem ujęcia ciasnych droit—dafvants, podnosiły gestem imitującym dystynkcyę lorgnon do zgorszonych oczu i niezbyt dyskretnie szeptały do źle ukrywających swe zainteresowanie sąsiadów: — Ach, to pewnie aktorki, albo jakie literatki, czy coś takiego… skan­daliczne… jak można… tak późno w nocy… same…

Panowie, udający równie zgorszonych, ukrad­kiem szacowali młodość i urodę przybyłych, odgrywając komedję gwałtownego zainteresowania się wiadomościami z giełdy i z za gazet bacznie i czuj­nie obserwowali każdy ruch intrygujących ich ko­biet, czyhając na pewne dane, mogące wzbudzić nadzieję, że gdy w ciszy nudnych małżeńskich al­ków zasną opasłe damy z batonami, moźnaby było ewentualnie z tymi dwoma blondynami wysączyć parę butelek taniego (oszczędność jest cnotą!) szam­pana w jakiej zacisznej „separatce”.

I oto stała się rzecz zwykła w nocnej knaj­pie: Janina i Zosia uczuły się nagle w sieci podej­rzliwych, zuchwałych, pełnych nadziei i bezczelnych spojrzeń zaciekawionych mężczyzn, którzy kobietę, zjawiającą się w publicznem miejscu o spóźnionej godzinie, uważają za kokotę lub nastrojową poszukiwaczkę wrażeń. Ci „panowie stworzenia” i tak dum­ni ze swej przewagi intelektualnej nad „wietrzną istotą”, tak pełni często łaskawej tolerancji dla ha­seł równouprawnienia i swobody należnej kobiecie człowiekowi, stwierdzali czynami jaskrawo i zgoła nonszalancko, iż nie pojmują, że kobieta może rów­nież zatęsknić do tłumu, muzyki, gwaru i że powin­no być wolno jej, z równą swobodą jak im, przyjść do kawiarni samej, bez „opieki” męskiej, „opieki„ znów tłumaczonej na jej niekorzyść przez tychże „panów stworzenia”.

Zosia uśmiechnęła się szyderczym uśmiechem, który jej twarz dziecięcą postarzył o lat kilkanaście.

Patrz na ten motłoch. Gorszą się, żeśmy przy­szły same mówiła wychylając nowy kieliszek likie­ru. i gdybyśmy przyszły z mężczyznami, gorszo­no by się z równem oburzeniem, bo przecie w „świe­cie chodzi się tylko z mamą, tatą, bratem, mężem albo ostatecznie z kochankiem. Mój Boże, jakże ten tłum daleki jest jeszcze od cywilizacji, skoro— niby w epoce jaskiniowej traktuje kobietę tylko, jak zwierzynę, jak ewentualny łup swych samczych instynktów. Obserwuj, czy który z tych pawianów odczuje tragizm naszych oczu, cierpienie naszych ust całą noszą bolesną treść wewnętrzną, która nam bezwiednie leży na twarzach A spójrz na

te „damy” lornetujące nas z takiem wyniosłem lekceważeniem… Słyszysz ta gruba w zielonej suk­ni, z potwornemi piersiami, powiedziała z akcen­tem arystokratki z Tarnowa, lub Drohobycza:

— Ach to napewno jakieś tam szansonetki… gdzieżby porządne kobiety włóczyły się same nocami      nie one! Cha! Cha! Cha! Siedzą

teraz przykładnie przy boku bezceremonialnie zie­wających mężów… ale… o ile są młodsze… o zmierz­chu między jedną wizytą plotkarską, a drugą.

Ach znam, znam tę ohydną rozpustę na zimno tych „dam— rozpustę dla zabicia czasu— bezwstydną mimo to, że tak trwożnie zawoalowaną, rozpustę pań z towarzystwa… z byle kim, byle mieć pieprzyk i pikanteryę tajemnych schadzek, byle mieć komu kłamać, że są nieszczęśliwe, niezrozumiane, zawie­dzione, by mieć dla kogo kłaść zalotnie wykoronkowaną bieliznę (tak zupełnie zbyteczną dla włas­nych mężów) i jedwabne kokieteryjne przezrocze pończochy. Podłe wszystko i najpodlejsze jest to wieczne kłamstwo, to wieczne oszustwo, wiecz­na licho i tanio grana komedya— A zresztą…

Urwała nagle i niechętnie, z jakimś złym błys­kiem w zmienionych oczach oddała ukłon mężczyź­nie, który usiadł naprzeciw i chłodnemi równie złemi oczyma wpatrzył się w nią uparcie.

Miał myślącą i przeżytą twarz i bardzo pięk­ne, niesłychanie białe ręce, któremi ustawicznie ko­kietował, Janinę zaintrygował wrogi prawie wyraz jego źrenic utkwionych w Zosi,

—Znasz go— zapytała.

Aktorka zasnuła się dymem papierosa, jak szarą, przejrzystą gazą, i zaśmiało się z cynizmem. —Tak. Czy chcesz znów poznać jaki rozdział z tego trywialnego romansu, jakim jest moje życie obec­nie?

Zapaliła nowego papierosa i wsparta łokciem o stół, mówiła już raczej sennie bez goryczy.

—Nie wiem skąd go znam. Kiedyś byłam bar­dzo głodna i stałam przed wystawą cukierni ma­rząc o dużej filiżance kawy z pianką i wielu kawał­kach słodkiego, miękkiego ciasta. On przechodził i

widocznie wyczytał mi z oczu treść mego ma­rzenia, bo po chwili obojętnej rozmowy niesłycha­nie subtelnie zaproponował mi… przejrzenie dzien­ników w cukierni. — — Rozmawialiśmy dużo i szcze­rze i wiesz, po raz pierwszy poznałam radosne uczucie zaufania do mężczyzny. Ufałam mu. Wie­rzyłam, że jest dobry, subtelny, uczuciowy i rycersko szlachetny, przytem przedziwnego czaru doda­wał mu jakiś cichy, śliczny smutek, który wyczu­wałam w jego estetycznych wykwintnych rozmowach ze mną, ten głęboki męski smutek rozczarowań, strat, smutek przeżytych, więc umarłych piękności życia,..

—Błądziliśmy często po Plantach i— wierz mi —nigdy, nigdy, nie zobaczyłam w jego mądrych oczach błyska żądzy. Traktował mnie jak samotne bezbron­ne dziecko, któremu życie wielką wyrządziło krzyw­dę. Przysyłał mi często blade, cieplarniane bzy i naj­nowsze książki. Całował mnie w rękę przy powi­taniu i pożegnaniu z chłodem i czcią. Nigdy w źre­nicach jego nie wyczytałam niespokojnej myśli, że mam młode, godne pożądania ciało —         Kiedyś jesienią… padał deszcz… Było mi tok smutno, tak psio — Spotkałam go, drżąc z chłodu, popro­sił, bym zechciała posłuchać jego gry     Wieczór był zimny, wietrzny… i mnie było tak zimno – — Poszłam, tkwił w swem mieszkaniu jeden pokój— coś, jak buduar kobiety, coś, jak pracownia estety i myśliciela— U okien i drzwi proste, ciężkie, ciemnopurpurowe kotary, nad łóżkiem reprodukcje moich ulubionych obrazów; „Włoska willa nad mo­rzem Boecklina, „Grzech Stueka” Sandra Botticelli przecudna „Primavera”, Tycyonowska lubież­na, senna, białoróźowa „flora na nizkim stoliku » wazie z Murano pęk mimozy.

Służący zręcznie i dyskretnie podał kolacyę. Piliśmy trochę Chianti, a potem, gdy zostaliśmy sami on powiedział mi cicho i przyjaźnie:—Teraz za­gram Pani „Wiosnę” Griega — To pani napew­no lubi,.. To pani przypomni jej jasne, dobre dzie­ciństwo — — —

I poszedł do salonu, gdzie stało pianino, a nad niem biało marmurowa głowa jakiejś pięknej, zwy­cięsko uśmiechniętej kobiety.

Widziałam jego zamyślony profil w seledynowem świetle nizko ustawionej lampy. Skuliłam się na otomanie, jak szczenię bezdomne, które ktoś ogrzał i nakarmił i płakałam cichutko — — Było mi dobrze, ufnie i jakiś słodki smutek męczył mnie i pieścił zarazem. Czułam się bezpieczną, czystą, dobrą — daleką od nędzy i błota życia — i

— — I pomyśl – — w tej dobrej, jasnej czystej chwili — – Pomyśl — — Podszedł do mnie-

Podszedł czającymi się krokami tygrysa, on— ten, któremu tak ufałam — — Był zdumiony opo­rem      Nie lubię komedyi w życiu—powiedział mi twardo i brutalnie, — Dość długo bawiłem się z panią w sielanki, kwiaty, w sentymentalne rozmo­wy o bezcelowości i tragizmie życia — — — Uciek­łam bez kapelusza — śmiałam się tak gorzko… Odtąd nigdy żadnemu mężczyźnie nie zaufam.

Umilkła.

 

Weszła kobieta w wieczorowym luźnym płasz­cza z pluszu o barwie złota i w gazowym blado- źółtym zawoju na owiniętej złotą przepaską ruda­wej głowie.

Za nią szedł nonszalanckim krokiem znudzo­nego Iwa salonów wysoki blady brunet z cyniczną twarzą i sztucznym smutkiem w bardzo pięknych świadomych swego czaru oczach. Kobieta, zrzuciw­szy płaszcz, odsłoniła bladoróżowe ciało nagiej szyi, pełnego karku i rąk obnażonych powyżej łokci. Jej suknia koloru fraise opływało ją falami gazy, ujętej ciasno w kolanach szeroką złotą lamą.

Była jeszcze świeża, młoda o urodzie nie znisz­czonej dotąd bezmyślnem życiem pijackich noc i wniosła ze sobą duszny powiew wielkomiejskich kabaretów, w których nuciła swym lekko przepitym głosikiem bulwarowe, francuskie chansons.

Janina i Zosia naturalnie przestały być boha­terkami chwili. Cała pełna dymu i zgiełku salą zwró­ciła się setkami oczu ku płomiennej głowie kobie­cej, owiniętej złotą przepaską. Każdy ruch brwi sztucznie czarnych, każdy gest rąk oślepiająco lśnią­cych ogniami fałszywych brylantów, każde wygięcie krótkiej, zmysłowej szyi było w lot chwytane, komentowane i krytykowane.

Kobiety albo oburzały się, że „takie jakieś tam” są dopuszczane do kawiarni, w której bywają przy­zwoite kobiety, albo—na contraire—płonęły entuzyazmem ku włosom, oczom, sukni eleganckiej grzesznicy. Zdenerwowane, ciekawe natrętnie dopytywa­ły się mężów, narzeczonych, braci i oficyalnych lub nieoficyalnych przyjaciół domu o intymniejsze szcze­góły, tyczące się przybyłej. Chciały wiedzieć natych­miast, ile kosztuje kolacya zjedzona z taką damą, u kogo ona ubiera się, czy ma włosy utlenione, który nosi numer bucika i czy śpiewa piosnkę; „ On pelite blondę Jeannette.

Nieliczne podlotki, zabierane przez bardziej po­stępowe mamy do kawiarni, w myśli nazywały zło­cistą kobietę Naną, przypominając sobie różne subtelności prywatnego życia Zolowskiej bohaterki i z uczuciem jakiegoś drażniącego lęku myślały o niej, jako o demonie rujnującym mężczyzn i dopro­wadzającym ich świadomie do ostatecznej zguby zbrodni, samobójstwa.

Zosia odpowiedziała niedbale na ukłon blade­go bruneta i ze złym uśmiechem wpatrzyła się w bezmyślną maskę pijącej wolno likier śpiewaczki.

—Pomyśl-zwróciła się do Janiny—jakie szczę­śliwe zwierzę. Szczęśliwe.., nie myśli… Pije, stroi się, od czasu do czasu staje na jakiejś scence i nu­ci fałszywie i licho idyotyczne piosenki, w dzień śpi, w nocy mądrze i chytrze rujnuje naszą „złotą młodzież” i w dodatku  pisze się o nich sentymen­talnie i wzruszające powieścidła, płacze się histe­rycznie nad ich „niedolą”, wmawia się w nie, iż są białemi gołębicami, które los uwięził w klatce życia,,. Od czasu do czasu zjawia się jaki apostoł, który ją chce nawrócić na drogę cnoty, wmawia w nią, że jest istotą wykolejoną, że są w niej niesłychane skarby ducha, obryzgane błotem… wywozi ją czasem gdzieś na słoneczne plaże francuskie, czasem do Rimini, albo Vinareggio, gdzie on marzy, a ona zie­wa i duma, jakby ta czmychnąć’ i znów szaleć bezmyślnie, trywialnie, głupio — — Ach takie to wzniosłe, co?—No naturalnie, że i tu są wyjątki… są dusze płaczące w pijanym wrzasku orgii,.. Są serca tęskniące w zaduchu rozpusty do przeczys­tej, lazurowej głębi niebo wiosennego —Tak.

wrzaski orgii i szloch rozpaczy to bywa ale rzadko… — mówiła z zadumą. Przeważnie jed­nak są takie, jak to       Szczęśliwe zwierzę,.. Pije, śpi stroi się i cierpi— ach-cierpi jedynie na… niestrawność z powodu nieświeżego homara naprzykład… Żadnych „momentów psychologicznych”, żad­nych rozterek—nic—nic-—Jakaś tam panna Mańka Kłapenich, albo Franka Balon, co często była głod­na… A teraz — Słyszysz, chce jej się znów szampana.

Orkiestra zaczęła grać marzące, stare walce wiedeńskie, tchnące poezyą sentymentalną i nieco  naiwną, walce lekko zmysłowe, często owiane nic nie wypowiedzianym, łagodnym cieniem smutku. Było w nich coś z melancholii bladych nocy jesiennych i coś namiętności stłumionej i dyskretnej, jakiejś spóźnionej, ale gorącej-miłości, która jest; jak paź­dziernikowe ostatnie, smutnie płonące róże purpu­rowe, wiedzące, że ich szkarłat płomienny .zgaszą wkrótce długię słoty jesienne —— —

Janka przytuliła do powiek dłonie i zapadła w jasny wir wspomnień.

Przy walcach tych przetańczyła niegdyś pew­ną noc karnawałową na „Błękitnym balu studenc­kim”. Był to jej pierwszy wielki bal. Jak we śnie snuła się w falującej melodyi ślicznego tańca po lśniących posadzkach pełnej kwiatów sali.

 

Upojenia… Upojenia…

Miała suknię koloru morza i różowe chryzan­temy we włosach… Spojrzenie aksamitne na bla­dych. dziewiczych ramionach… Uśmiechy męskich młodych ust lśniące białością zębów… Słowa nie­kiedy raczej szeptane w szaleństwie walca, słowa bezwiedne, wydzierające się, jak cichy krzyk, jak westchnienie rozkoszy i męki z piersi wrzącej mło­dością i radosnem świadomem odczuciem piękno chwili, która mija… mija…

Wonny hołd kwiatów i nieme hołdy uśmiechów i spojrzeń owijających się, jak girlandy szkarłat­nych róż, namiętnością i pragnieniem wokół jej jasnej głowy, białych ramion i stóp, porwanych harmonijnym rytmem tanecznym — — — i koniec

balu  Szaromodry świt — – Męka — —Tęsknota     —

O wróć się, wróć, nocy upojenia — —

Wróć się śnie pachnący ze świateł, kwiatów uśmiechów i muzyki wysnuty — —

Wróć się pierwsze olśnienie dziewczęcych oczu — —

I Janina przypomniała sobie, że po powrocie z owego balu stała długo w oknie swego pokoju i tępo patrzyła na pusty senny plac miejski,

Była odwilż. Dwie aleje nagich drzew, aleje głuche, puste i umarłe męczyły duszę ową strasz­ną, zabójczą melancholią, Nizko i daleko szarzał bez­nadziejnie brudny lód rzeki. W pewnej chwili ktoś przewlókł się ulicą, ktoś chory, stary, niedołężny, podobny do stosu szarych, cuchnących łachmanów?.

Było pusto, ciężko, nieznośnie —-

I nagle w pustej alei, w dziwnej szarości świta coś zabielało, różowiało, jak wiosna. Ktoś szedł środkiem pustej alei   Wysoka dziewczyna, owinięta białym płaszczem wieczorowym, z pod którego wychylała się blado morelowa, balowa suknia. Jak zorza różowy szal owijał jej jasne, nieco roz­wiane włosy. Prowadził ją pod rękę zgarbiony mło­dy mężczyzna o wytwornych ruchach i przepięknym profilu klasycznej twarzy.

Wysoka panna szła ostrożnie, patrząc wciąż na swe białe pantofelki, ślizgające się po brudnym, rozmiękłym śniegu. Zręcznie wymijała kałuże, prze­skakiwała zgarnięte stosy błota, uważnie stawiając nogi, które delikatnie jaśniały różem przejrzystych pończoch, I całą jej uwagę pochłaniały te białe ele­ganckie pantofle, tak ostro i dziwnie odcinające się swą białością od brudu, szarości i błota pustej i po­sępnej ulicy.

Jak we śnie, usłyszała Janka szept Zosi:

O czem myślisz?

O pewnym szarym świcie. Było to po balu… po tamtym „błękitnym” balu. Stałam w oknie z opartem o szybę czołem i patrzyłam na dwie puste, sza­re, beznadziejnie smutne aleje rynku w naszem mie­ście rodzinnem.

Wiem, wiem— prędko przerwała Zosia z wy­razem natężenia w zbiegłych brwiach.

Było błoto. Odwilż. Szaro… pusto… i głównie dużo, dużo brudnego śniegu, błota… Mu­sieliśmy ze Zdzisiem wracać z balu pieszo— nigdzie nie było dorożek, i Zdziś prowadzi! mnie pod rękę, a ja szlam po błocie, po śliskim, ciemnem błocie lekko, lekko i tak lękałam się niewypowiedzianie, by nie zabrudzić swych białych stóp. Tak strasznie lę­kałam się i tak nie chciałam… I mówiłam sobie: Moje stopy muszą pozostać czyste… nie chcę, nie mogę zobaczyć błota na swych białych pantofelkach…

I szliśmy wolno, wolno po tym ohydnem, miękiem błocie, a Zdziś śmiał się i mówi!: — Widzisz, biały ptaku, nie obryzga cię bioto, nie obryzga — —

Cha, Cha, Cha! Biały ptaku! Czerwone trykoty….

Ech, co tam! I wiesz… wiesz…? Na pantofelkach, gdy wróciłam do domu, nie było, rozumiesz, nie było błota —-  Każ dać likieru.

Pochyliły się ku sobie blizko i duchowo sto­piły się niemal w jedno cierpienie, w jedno mękę wspo­mnień, w jeden jęk długi i znużony.

Ożyły w nich wszystkie sny umarłe, sny o ce­lowości, piękności, przepychu życia, o życiu samem, w snach tych jawiącem się oczom młodziutkim nie­gdyś i ufającym, przed któremi nie rozwarły się jeszcze otchłanie zła, nędzy, brudu i podłości.

 

Les fillcs aux ycux bandes, otez ics bandeaux d’or…

 

Ach i czemuż mężnie nie zdarłyście tych opa­sek złotych z waszych jasnych ufających oczu— wy, iilics oux yeux bandes? Czemu patrzyłyście z tęsk­notą i miłością w ów różowy wonny cudzy ogród, jako w symbol życia?

Czemuście raczej nie przeczuły, wy, wiośniane dziewczątka ze złotą przepasko na śmiejących się źrenicach, źe ów ogród prześliczny jest właśnie ma­rzeniem, snem, tęsknotą, a życiem jest brudny, wy­soki posępny mur, o który szaleńcy i tęskniący do piękna, harmonii i ciszy różowego ogrodu muszą roztrzaskać sobie swe głowy zuchwałe, stęsknione do wonnego cienia godnych alei….

Blizko, blizko nachylone ku sobie, sączyły wspólnie, kroplę po kropli z krwawego kielicha cier­pienia.

 

Tymczasem orkiestra, na prośby rudej piękno­ści, rozszalała się  rozpustną, dziką, pijaną melodyą Matschiehe. I po sali przepłynęło tchnienie dziko­ści. rozpusty i pijaństwa, nagle wyzwanych z tępoty przeżycia zmysłów. Zakołysały się w takt wściekłej muzyki ciała, zaszemrał śmiech stłumiony i cichy, drżący szept podniecenia.

„Przyzwoite” i  te i inne kobiety przybrały bezświadomie te same zmysłowe pozy i ten sam wy­raz twarzy zepchnął z ich zmienionych rysów co­dzienną maskę fałszu. Tu i tam nucono refrain łaskotliwy i denerwujący, jak śmiech pijanej beztroski. W spojrzeniach i uśmiechach kobiet było wyraźne leniwe oddanie się, wyraźny i niezaprzeczony try­umf instynktu zwanego inaczej „chęcią grzechu.“ Szalały nerwy podniecone palącą atmosferą nocnej knajpy, alkoholem i piekielną, bezwstydną melodyą…

I szalał Matschiehe nieokiełznany, potworny,  drażniący cichutkim śmiechem fletu, namiętnym spaz­mem skrzypiec -Matschiehe  huczny, brzęczący, wściekły, rozpasany.

Zdawało się, że za chwilę, za chwilę rozpocz­nie się jakaś niesłychana orgja –     – –

Taką musi być właściwie atmosfera lupanaru,- zauważyła Janina, obserwując przez silnie zmrużone powieki publiczność kawiarni.

Na ustach miała grymas wstrętu.

Jakże ja gardzę tłumem- -westchnęło szcze­rze Zosia. – -Patrz, patrz na nich wszystkich… Sza­leją z uciechy erotycznej… mam wrażenie, że nim upłynie chwil parę, ten spocony, drżący z podnie­cenia, ohydny tłum w jakimś wściekłym porywie zrzuci z siebie wszystkie więzy tylowiekowej cywilizacyi, podepcze kulturę i etykę, zgwałci wszystkie piękne prawa mądrej, światłej ludzkości, i oto zobaczymy potworne sceny z ciemnych, odległych epok jaskiniowych                 Ach, Boże — zamyśliła się  gorzko, czyżby człowiek jednak mimo wszystko został tylko zwierzęciem.

Po chwilowej zadumie ciągnęła dalej.

– Tak… Spójrz… to stado szaleje z uciechy erotycznej… i jaka jest obecnie różnica między „zacnemi”, „uczciwemi” żonami i matkami  ; w inexprimable’ach i bawełnianych pocerowanych troskliwie pończochach, a takiemi kobietami jak ta piękna pantera, wyglądająca, jak jed­na z łych przepysznych nierządnic rzymskich, o któ­rych Lucconus powiedziałby, że ..zbliżając się do nich, zdaje ci się, iż jesteś wśród zapachów „Arabii szczęśliwej”. Brak jej tylko klasycznej palli w fałdy wykwintne ułożonej, na stopkach wypieszczonych pokornemi rękami czarnej niewolnicy bia­łych calceus maliebris, o na wpółodsłoniętej, wonnej nardem piersi, wśród rzadkich pereł ma­łego oswojonego węża…. Za tło zaś powinnaby mieć wielkie trielinium, tłum kolorowy, posągi ze spiżu korynckiego, wozy rzeźbione ręką samego Mentora i w alabastrowych krużach najrzadsze, ja­kieś nierzeczywiście piękne kwiaty—

Przerwała, gdyż oto wściekła melodja dzikiego tańca umilkła. Zmęczony artysta otarł po z czoła i powiódł po zebranych wzrokiem pełnym ironii wzgardy i cierpienia. Powiedział im. Nienawidzę cię i gardzę tobą trzodo ludzka, za to, że zmęczony śmiertelnie i chory z zarodkiem tak banalnej u artystów śmierci w krwawiących płucach muszę ci nocami sprzedawać mą szaloną płomienną twórczą duszę za garść srebra za możność kształcenia się  gdzieś, w szerokim pięknym świecie, za możność wdychania wonnego powietrza Włoch, w mą pierś tak często pełną bezsilnego szlochu.

Chwilę stał czarny, smukły, bielejąc swą chu­dą natchnioną twarzą z tła kruczych, rozwianych włosów.

Janina i Zosia nie zauważyły, że podeszły do niego jakieś kobiety w towarzystwie łysego męż­czyzny i długo, natrętnie o coś prosiły. Gdy wresz­cie skiną! głową potwierdzająco, odeszły uroczyste nadęte, ze świecącemi się od potu semickiemi twarzami, kołyszące się śmiesznie i brzydko w sku­lonych biodrach, i usiadły przy swych mężach z trymfującymi minami istot, które uratowały przynajmniej losy świata.

I oto przy cichym wtórze pianina w tłum jeszcze dyszący podnieceniem zmysłów, w tłum upo­jony knajpą i dzikim bezwstydem Matschichea w ten tłum śniący raczej przyziemnie o misteryach gabinetów reatauracyjnych, sprzedajnych, sztucznie ognitych uścisków wyszminkowanych gwiazd Variete, lub ostatecznie w najgorszym razie zacisznych alkow małżeńskich, niż o cudnych mysteryach piękna, w ten tłum wpadła, jak przeczysta kaskada łez, jak szloch cichutki, jak szept ust zachwyconych i bar­dzo smutnych, wiecznie piękna i zawsze mówiąca, jak samo żywe serce ludzkie, pieśń Szamanowskieyo „Marzenia”. Traumerci…

Janina przypomniała sobie pięknego brata Zosi, jej namiętną, bolesną miłość ku tej pieśni przecu­dnej i zadrżała.

Stało sie to, co tłum trywialnie i głupio nazywa „skandalem”.

Zbudzona z zadumy tak strasznie pamiętnemi dźwiękami, Zosia powiodła pełnemi zgrozy oczyma wokoło po knajpie szalejącej przed chwilą, pełnej dymu, tłumionego zgiełku i tchnień maskowanej rozpusty. Blednąc i jakby nie wierząc swemu słuchowi , przyczaiła się skulona, jak chore zwierzę, i z szeroko otwartemi, błędnemi oczyma słuchała. Jej twarz dziecięca zwolna zamieniła się w tragiczną maskę przerażenia, strachu i dzikiego gniewu.

I w ciszę przerywaną szeptami i brzękiem szkła, w przesmutny śpiew skrzypiec wdarł się na­gle ostro i brutalnie jej rozdzierający głośny płacz.

Zerwawszy się pchnęła stolik, aż dźwiękło  o marmur szkło rozbitych kieliszków, i krzyczała ochryple, rozkazująco i strasznie:

 

Nie grać mi tu tego! Chryste… Chryste… Nie grać!…

 

Kraków, grudzień 1910.

 

 

177 Ogólnie 5 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

Teatr amatorski w Łomży

Za  zgodą Podlaskiej Biblioteki Cyfrowej rozpoczynamy publikację artykułów o Łomży i Ziemi Łomżyńskiej z tygodnika "Wspólna Praca" Teatr amatorski w Łomży.1) Teatr amatorski na p[...]

Alleluja

  W poniższym artykule są życzenia z okazji Świąt Wielkiejnocy 1911 roku złożone przez Redakcję Wspólnej Pracy. Życzenia zostały zamieszczone w numerze 14-15 str. 1, w dniu[...]