Łomżyńskie wspomnienie Edwarda Jackowskiego

Od redakcji:
Dzisiaj publikujemy następną część łomżyńskich wspomnień Edwarda Jackowskiego, ucznia – w latach pięćdziesiątych XX w. – Technikum Weterynaryjnego w Łomży. Poprzedzamy te wspomnienia pozyskaną od autora wspomnień wypowiedzią, która wyjaśnia w jaki sposób został on oficerem na statkach pływających po morzach i oceanach. Wspomnienia zostały pozyskane dzięki współpracy red. Adama Sobolewskiego.

od lewej: Edward Jackowski w czasach nauki w Państwowej Szkole Rybołówstwa Morskiego
w Gdyni

Trzeba mieć marzenia i wierzyć, że się spełniają, albowiem stanowią one siłę napędową i śmiało wyznaczony cel w życiu. Ja taki cel miałem, a wypływało to z lektur pobudzających wyobraźnię i tęsknotę za tym twardym, marynarskim życiem. Technikum Weterynaryjne nie było dobrą drogą do jego osiągnięcia, ale który 13, 14 letni chłopiec miał wpływ na wybór szkoły? To rodzice o tym decydowali. Moi wybrali dla mnie karierę weterynarza. Ale ja, w maturalnej klasie zdecydowałem: tylko Szkoła Morska. Zdałem egzaminy wstępne i….? niestety nie zostałem przyjęty. Ale marzenia pozostały w Gdyni, w murach Szkoły na Czerwonych Kosynierów. Wróciłem do Łomży i podjąłem pracę technika weterynarii w Siemiatyczach. Śledziłem wieści z morza, wszystko co morskie publikowane w „Morzu”.
Był rok 1959. Gospodarka Polski gwałtownie potrzebowała wykwalifikowanej kadry na morze, a szczególnie dla rybołówstwa, które miało wypłynąć na szerokie wody oceanów. W tym celu, dla młodzieży z maturą, powołano Państwową Szkołę Rybołówstwa Morskiego w Gdyni. Nowa uczelnia jeszcze nie znana przyjęła w swoje progi za mało kandydatów w naborze wiosennym a dla uzupełnienia ogłoszono dodatkowy nabór z egzaminami w połowie września. Uradowany, przesłałem dokumenty, powtórzyłem materiał na egzaminy z matematyki, fizyki i geografii (w technikum nie miałem geografii a fizyki jedynie rok) i po zdaniu stałem sie słuchaczem Państwowej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni, z siedzibą w pięknym budynku przy Skwerze Kościuszki.
Ale najpierw była „kandydatka” – trzy tygodnie na szkunerze s/y Janek Krasicki – sprawdzająca naszą przydatność do pracy na morzu. Minister Żeglugi Stanisław Darski mówił: „Trudna i twarda to szkoła, ale zdobywa się tutaj zawód prawdziwie męski i piękny, otwierający drogę w szeroki świat. Jako oficerowie będziecie ambasadorami Polski na morzu”.
Tak, to się stało. W pogoni za ławicami ryb przemierzyłem wszystkie oceany: od Alaski po Antarktydę przez obie Ameryki, Nową Zelandię Australię, Tasmanię, Japonię, Aleuty, Koreę i wiele innych miejsc.    A wszędzie szukałem śladów Polaków – Łomżyniaków.”
Edward Jackowski

Wspomnienie z lat młodzieńczych

Z dużym zainteresowaniem czytałem wspomnienia Janusza Dąbrowskiego, który był uczniem w naszym Technikum Weterynaryjnym, chyba w niższej klasie. Gdy pewnego dnia wszedł do klasy dyrektor szkoły dr Stanisław Wiszniewski w towarzystwie umundurowanego milicjanta, wstaliśmy z ławek w oczekiwaniu, co będzie dalej. Był groźnym dyrektorem, i jak ktoś z nas coś nabałaganił, to mówił do niego „synku”. Dyrektor rozejrzał się po klasie, co nie zapowiadało nic dobrego. Przyglądał się naszym twarzom, szukając tej właściwej. Obok niego stał nieruchomo milicjant, Dyrektor odezwał się:
– Dąbrowski !? – Wszyscy obejrzeli się na Kazika Dąbrowskiego, siedzącego w przedostatniej ławce pod samym oknem. Był starszy ode mnie i mieszkał niedaleko szkoły, na 1 Maja. Gdy wysunął się z ławki, dyrektor przyjrzał się jemu z lekkim niedowierzaniem.
– Chodź z nami – rozkazał. Po ich wyjściu w klasie zawrzało. Każdy zastanawiał się, o co właściwie tutaj chodzi. Coś mnie tknęło, to chyba nie o tego Dąbrowskiego chodziło – pomyślałem. Przypomniałem sobie, że jest jeszcze drugi Dąbrowski, który miał na imię Janusz. Gdy zestawiłem to z informacjami od Jurka Wnorowskiego, zaniepokoiłem się bardzo. Gdy zadzwonił dzwonek na przerwę, wybiegłem na korytarz i potem z budynku szkoły Nowogrodzką, Bernatowicza popędziłem w kierunku „ogólniaka”, by się podzielić swoimi obawami z Markiem Foellerem. Po drodze zatrzymał mnie Karol Mścichowski, który mieszkał na Bernatowicza vis-a-vis „ogólniaka”.
– Nie masz po co biec – powiedział. Milicja wyprowadziła już Marka Foellera, Janka Żyndę, Andrzeja Orzechowskiego i jeszcze jednego. Potem okazało się, że był to Bogdan Jankowski. – Lepiej nie wracaj do szkoły – poradził mi.
Byłem pewny, że wyłapują tych, którzy spotykali się nielegalnie, podejmując działalność przeciwko władzy komunistycznej. W domu przechowywałem różną broń. Część jej przyniósł Marek Foeller, cześć skombinowaliśmy razem. Nad oficyną miałem skrytkę w podwójnym suficie. gdzie składowane siano. Tylko ja i Marek Foeller wiedzieliśmy, jak się wkopać na samo dno, by odszukać nasz arsenał. W natłuszczonym papierowym worku po cemencie schowana była pepesza z kilkoma nabojami, dwa bagnety, jeden z polskiego, drugi z ruskiego karabinu, ćwiczebny granat obronny F-1 i radiostacja. Tak ją nazywaliśmy, w rzeczywistości była to polowa łącznica. Jeszcze przechowywałem sfatygowanego „colta” i długi bagnet. Niemal codziennie przeglądaliśmy pepeszę, składając i rozkładając ją na części. Przymierzaliśmy naboje, przygotowując się do wypróbowania pepeszy w lesie. Łącznicę podłączaliśmy do przewodów telefonicznych linii, która przechodziła przez nasz ogród a obsługiwana była przez ruskich żołnierzy. Niestety bez znajomości działania tego urządzenia nie mogliśmy nic „zwojować”. By poznać zasady sygnalizacji i działania urządzeń radiotelegrafisty zapisałem się na kurs sygnalistów, organizowany przez Ligę Przyjaciół Żołnierza (LPŻ). Gdy uczyłem się w Państwowej Szkole Rybołówstwa Morskiego (PSRM) byłem jednym z najlepszych uczniów w tej specjalności. Często nasz wykładowca przekazywał mi klucz, a ja nadawałem kropki i kreski lub migałem migaczem. Wszystko to więc miało swój sens. Biegnąc do domu, przeciąłem ulicę Piękną, potem przebiegłem przez podwórko, wypadłem na Kanalną i przez ogród wyszedłem na Nadnarwiańską. Dopiero gdy się upewniłem, że nie ma nic podejrzanego i wszystko jest w porządku, wszedłem do mieszkania. Ku zdziwieniu mamy, obierającej ziemniaki na obiad, złapałem kromkę chleba i jabłko i wyszedłem z powrotem na podwórze. Udawałem, że wracam z powrotem do szkoły. Po drabinie wdrapałem się na siano i wyniosłem cały „arsenał” do stodoły. Tam w jednym z filarów zrobiona była skrytka, w którą wrzuciłem krótsze egzemplarze, pepeszę zaś ukryłem głęboko pod snopami słomy. Radiostację pośpiesznie zakopałem w ogrodzie pod starym kieratem. Po skończonej pracy wróciłem do szkoły, opuszczając tylko jedną lekcję z języka rosyjskiego. Do klasy powrócił Kazik Dąbrowski, a na jego miejsce zabrano Janusza Dąbrowskiego.
Potem chodziłem pod czerwony budynek Komendy MO na rogu Ogrodowej i Stalingradzkiej. Często chować się musiałem za murkiem ogrodu spacerowego. Jak przebiegał pobyt w areszcie w piwnicy, wiem od Marka Foellera. Po kilku dniach zatrzymani przemaszerowali bez sznurówek i pasków do stacji PKP, skąd pojechali pod eskortą do Białegostoku. Po zakończeniu sprawy ich nielegalnej organizacji „Victoria”, Marek Foeller uczył się dalej w ogólniaku w Ełku.
Edward Jackowski

794 Ogólnie 2 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

Noc Muzeów 2018

19 maja 2018 roku, o godz. 18.oo w Galerii Sztuki Współczesnej Muzeum Północno - Mazowieckiego w Łomży przy ulicy Długiej nr 13 otwarto dwie wystawy: Ślad Natury (eco print na jedw[...]