Łomżyńskie wspomnienie Edwarda Jackowskiego_cz.3

Od redakcji:
Łomża od wieków utrzymywała kontakty z bałtyckimi portami spławiając Narwią barkami zboże, a jako tratwy – drzewo. W latach 1980- 2006 imię naszego miasta rozsławiał po morzach i oceanach całego świata pływający pod banderą PŻM MS „Łomża. Wielu młodych ludzi urodzonych w Łomży, po ukończeniu szkoły w Szczecinie, Gdański czy Gdyni pozostawało w tym mieście na stałe. Jednym z nich jest absolwent Technikum Weterynaryjnego w Łomży pan Edward Jackowski, który po ukończeniu studiów w Państwowej Szkole Rybołówstwa Morskiego w Gdyni (wydział Nawigacja), pracował początkowo w tej uczelni na stanowisku adiunkta, aby na stałe związać się zawodowo z Urzędem Morskim w Gdyni.
Ale Łomży – miasta rodzinnego – nikt z nas nigdy nie zapomni. Dzisiaj publikujemy następną część łomżyńskich wspomnień Edwarda Jackowskiego, ucznia – w latach pięćdziesiątych XX w. – Technikum Weterynaryjnego w Łomży, który po latach przesyła swoje wspomnienia na ręce szkolnego kolegi, a naszego kolegi redaktora –  Adama Sobolewskiego. Wspomnienia te, za zgodą obu Panów, publikujemy poniżej .

Wylewy Narwi  /list pierwszy/

Most w Piątnicy /1947r/

Wiosną i jesienią wody Narwi występowały ze swoich brzegów, zalewając okoliczne pola i łąki. O ile jesienne wylewy nie były tak duże to wiosenne wylewy były znacznie większe i bardziej groźne. Wezbrane wtedy wody Narwi wartko płynęły jej korytem, niosąc ze sobą wypłukane z nadrzecznych brzegów drzewa, jakieś deski, wydęte zwłoki różnych zwierząt. Wszystko to spływało razem z lodową krą, która tworzyła wielkie zatory przed drewnianym mostem w Piątnicy. Jego drewniane izbice, wzmocnione żelaznymi sztabami i grubą blachą nie wystarczały. Trzeba było wówczas interwencji saperów, którzy ładunkami trotylu rozbijali lodowe zatory, nie dopuszczają do zerwania mostu.

Wyrąb lodu z Narwi – lata 50-te

W marcu 1947 roku przyjechała do Łomży jednostka saperów z Ryśkiem Jackowskim z Ełku. Był wówczas młodym porucznikiem i przyjechał wojskowym gazikiem do nas, na Nadnarwiańską 22. Wracając z przedszkola zobaczyłem w naszej bramie wartownika z karabinem. Pozwolił mi przejść dopiero, gdy objaśniłem że tu mieszkam. W pokoju zastałem Ryśka i starszego wysokiej rangi oficera. Po latach ustaliłem, że był to pułkownik Józef Kuropieska, wtedy dowódca 15 Dywizji Piechoty w Olsztynie. Płk Kuropieska był na inspekcji obiektów, na których jego saperzy walczyli z lodowymi zatorami. Rysiek, jak na sapera przystało, osmalony od odpalanych petard, w polowym, pachnącym trotylem, mundurze, barwnie opowiadał o walce z zatorami na piątnickim moście. Mama przygotowała dla nich obiad, ojciec zaś zadbał o coś mocniejszego. Zapach dobrego tytoniu długo jeszcze było czuć w naszym mieszkaniu.
Chyba były to największe wiosenne wylewy Narwi. Wezbrane wody i kra doszła do jezdni na piątnickiej grobli, grożąc jej przerwaniem i zerwaniem mniejszego mostu. A propos. Myślę, że kilka już pokoleń nie wie o tym drewnianym moście na piątnickiej grobli, na małym jeziorku za stadionem. Niestety. Nie pamiętam już, w którym roku go rozebrano.
Sporo łomżyniaków przychodziło wtedy na skarpę za domem Bielickich. Stąd obserwowali, jak „wielka woda” wypełniała dolinę Narwi, od zabudowań na naszej ulicy po zabudowania w Piątnicy i Czarnocinie. Zalane zostały całe Pulwy i łąki, aż do Jednaczewskiego lasu. Nam, dzieciakom ta „wielka woda” wydawała się być morzem, które urzekało i zarazem przestraszało. Woda zalała nasz ogród, podeszła pod stodołę, niemal wlała się na nasze podwórko. Mieliśmy sporo drobiu, w tym ptactwa wodnego gęsi i kaczek. Łaziły one po tym podwórku gęgając, kwacząc i brudząc wszędzie. Stale miały w korytkach wysypane jedzenie ale wciąż niepokoiła ich „ wielka woda”. W końcu gęsi nie wytrzymały. Stałem przed domem i przyglądałem się, jak wyciągają swoje długie szyje, rozpościerają szeroko skrzydła, czyniąc wielki harmider. Nagle podążyły w kierunku przejścia na ogrody. Potem z głośnym gęganiem wzbiły się w górę i poleciały nad „wielką wodę”.
– Mamo, mamo – mój przeraźliwy płacz wywołał mamę z domu. Wybiegła myśląc, że gąsior mnie napadł.- Co się stało, synku? – Gęsi, gęsi się potopią – płakałem, pokazując palcem siadające na wodzie nasze gęsi. Mama się zaśmiała, przytuliła mnie do siebie i ze śmiechem uspokajała, że gęsi się nie utopią. One potrafią pływać, na pewno nie zginą i wrócą zaraz do domu. Popływają sobie trochę, napiją się wody i zaraz wrócą. Po latach mama z uśmiechem wspominała mi to wydarzenie.
W okresie wielkich wylewów Narwi nie tylko dzieciarnię z ulicy Nadnarwiańskiej ciągnęło do różnych zabaw. Najpierw patykami kontrolowaliśmy szybkość podnoszenia się stanu wielkiej wody, zbliżającej się w szybkim tempie do naszych domów. Potem zastanawialiśmy się, jak można popływać po tej wodzie. Więcej o tym w następnym moim liście.

Wylewy Narwi /list drugi/

Wylewy Narwi – lata 50 te

Gdy „wielka woda” dochodziła pod nasze domy, Marek Foeller zaproponował pływanie na tratwie. Poszliśmy w pobliże stodoły, gdzie w błocie leżało kilka desek z płotu. Próbowaliśmy na nich popływać ale bez powodzenia. Wtedy Marek przypomniał sobie, że na podwórku Krysi Chojnowskiej widział blaszaną wannę, idealnie nadająca się na stateczek. W wannie tej kąpała się Alina i Jadzia, starsze siostry Krysi. Gdy zobaczyłem wannę przyznałem, że lepszego „korabia” nie znajdziemy. Wanna z ocynkowanej blachy była piękna. Miała wygięty kształt, niczym statek z epoki faraonów. Bez większego trudu przekonaliśmy Krysię do wspólnej zabawy. Bardzo zasapani powolutku pchaliśmy wannę przez podwórko bez śniegu, którego resztki leżały za stodołą. Popychaliśmy wannę w kierunku ogrodu, uznając że z górki będzie nam lżej.
– Siadaj Krysia. My popchniemy i ty będziesz pierwsza na wodzie. Gdy wanna coraz szybciej pędziła z góry, Marek wskoczył do środka. Ja próbowałem nadać wannie jak największą szybkość. Gdy przód wanny wbił się w wodę Krysia głośno krzyknęła. Marek natychmiast wyskoczył z dziurawej wanny, do której szybko napływała woda.
– Wysiadaj – zwróciłem się do Krysi. Nikt z nas nie ucierpiał ale w wannie do połowy było wody. – Co teraz będzie? Przestraszyliśmy się nie na żarty, znaliśmy bowiem srogi charakter pani Chojnowskiej. Nie udało się nam wyciągnąć wanny, której płaskie dno mocno przyssało się do błotnistego gruntu. Umorusani błotem wróciliśmy przerażeni na podwórko. Buty mieliśmy całkiem przemoczone a zimno przenikało przez zmoczone nasze ubrania. Krysia zaproponowała nam.
– Chodźcie do mnie, w domu nie ma nikogo. Mam specjalne cukierki na przeziębienie. Szybko zeszliśmy po schodach, prowadzących do jej mieszkania. Podczas wojny dom ich został zniszczony, górną część rozebrano a w dolnej urządzono mieszkanie. Jego okna były równo z poziomem ziemi. W środku więc było mało światła, szczególnie w kuchni i w pokoju od strony ogrodów. Wszędzie poznać można było rękę kobiet, bowiem w mieszkaniu było czysto i schludnie. Krysia wyciągnęła z szuflady metalowe pudełeczko. Wyjęła z niego żółtobrązowe, okrągłe tabletki. Mieliśmy ssać te słodkawe i cierpkie tabletki, my jednak kruszyliśmy je swoimi zdrowymi zębami. Zjedliśmy po kilka tabletek, opróżniając całe pudełko. Wkrótce zrobiło się nam niedobrze. Pomimo tego ustaliliśmy plan przeciągnięcia naszego korabia z powrotem na podwórko. Był zanurzony do połowy w błocie. Po kilku próbach udało nam się go trochę przesunąć, na jakieś suchsze miejsce. Wyleliśmy resztki wody starym garnkiem, który przyniosłem z naszego podwórka. Potem z dużym wysiłkiem zaczęliśmy ciągnąć blaszany kadłub pod górę. W końcu zostawiliśmy go pod stodołą.
Krysia dostała burę od swojej mamy, która zakazała spotykania się z nami. W jej oczach byliśmy łobuzami, stale sprowadzającymi Krysię na manowce. Chyba przypomniała sobie kradzież jajek z poprzedniego lata. Wtedy to Krysia nam oznajmiła, że w sklepiku u Bielickich można za jajka dostać cukierki. Za jedno jajko, jednego raczka. Zapaliliśmy się bardzo do tego gdyż nie dostawaliśmy żadnych pieniędzy od naszych rodziców. Byliśmy jeszcze na to za młodzi. Propozycja Krysi bardzo była nęcąca, szanse bowiem znalezienia jajek były większe niż zdobycie pieniędzy. W naszych głowach gotowało się od różnych pomysłów. U Marka nie było kur, ale u nas były. Codziennie rano jajka zbierano w kurniku. Podobnie było u Krysi. Wiedzieliśmy, że kury znosiły jajka też w stodole, w chlewach i w ogrodzie. Zaczęliśmy więc szukać jajek w tych miejscach. Uważnie nasłuchiwaliśmy gdakania kur, przeszukując dokładnie stodołę i chlewki. W końcu poszliśmy na podwórko Krysi. Akurat była tam jej mama.
– Krysia chodź na obiad – powiedziała.
– To ja mamo zjem tutaj – odrzekła Krysia.
Mama Krysi przyniosła trzy talerze zupy szczawiowej, które postawiła przed nami, na ławce pod bzami. Z dużym zapałem zabraliśmy się do jedzenia. Gdy to zobaczyły, drzemiące w słońcu pod stodołą kaczki, natychmiast się podniosły. Kolebiąc się podeszły do naszej ławki, głośno dopominając się o jedzenie. Chyba to szczaw tak im zapachniał. Marek wyłowił łyżką kartofel i rzucił go kaczkom. Natychmiast powyciągały żółte dzioby w kierunku kartofla. Najszybszy był pięknie ubarwiony stary kaczor. Wcale nie przeszkadzało mu, że kartofel był gorący. Pozostałe kaczki szukały dziobami kartofla głośno kwacząc, jakby skarżyli się na kaczora, że tylko on dostał jedzenie. Na ziemi wylądował następny kartofel. Zakotłowało się bo Krysia rzucała też kartofel ze swego talerza. Potem poleciały i moje i znów Marka. Gdy ich zabrakło stanęliśmy wśród tego kaczego stada i łyżkami zaczęliśmy podawać im zupę. Szybko było po obiedzie. Zadowoleni skrobaliśmy jeszcze resztki z talerzy, gdy z głośnym krzykiem wypadła na nas mama Krysi.
– Łobuzy – krzyczała, – to ja dałam wam ostatnią zupę, nie zostawiłam nawet dla siebie i Jadzi a wy nakarmiliście nią kaczki! Ja wam zaraz pokażę. Zobaczyliśmy jak bierze spod sieni miotłę osadzoną na kiju i wymachując nią biegnie w naszą stronę. My w nogi, ona za nami, kaczki w krzyk. Zwolniliśmy dopiero na ulicy.
– Kryśka do domu – krzyczała jej mama. Krysia posłusznie zawróciła.
– Zaraz przyjdę – powiedziała do nas. – A jak nie, to idźcie do kurnika. Tam jest jedno jajko. Naprawdę – przekonywała – widziałam je dzisiaj.
Gdy Krysia znikła nam z oczu, zaczęliśmy się powoli skradać w kierunku kurnika. Kaczki się uspokoiły i skubały resztki trawy przy płocie. Było pusto. Drzwi od kurnika były uchylone i przytrzymywał je tylko haczyk. Marek stanął na czatach, ja zaś wślizgnąłem się do środka. W półmroku zobaczyłem dwa jajka leżące w gnieździe. Wyskoczyliśmy na ulicę i stanęliśmy przy płocie. Kto ma iść do sklepu? Żaden z nas nie chciał tam iść gdyż sumienie złodziejskie ciążyło nam bardzo. Wkrótce nadeszła Krysia. Do sklepiku wchodziło się po schodach. Zaraz po prawej stronie były otwarte drzwi. W środku była pani Bielicka. Gdy ujrzała, z czym przychodzimy, nie chciała z nami w ogóle rozmawiać chociaż nas znała. Krysia wiedziała, jak z nią rozmawiać. Oznajmiła, że za dobre sprawowanie mama pozwoliła jej wymienić jajka na cukierki.
Każdy z nas dostał od pani Bielickiej swojego „raczka”. Na papierku czerwienił się malowany raczek a w środku był pasiasty, biało – czerwony cukierek ze wspaniałym nadzieniem. Tego właśnie nam brakowało. Potem mama Krysi poszła do kurnika po jajka, aby je usmażyć dla Jadzi i dla siebie. Zastała tam tylko puste gniazdo, chociaż przedtem widziała w nim dwa jajka. Gdy zobaczyła pod płotem papierki po „raczkach” wiedziała, że to nasza sprawka.

/cdn/

193 Ogólnie 3 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

Pożegnanie Przyjaciela

W pierwszą sobotę kwietnia o godz.12 rodzina, licznie zgromadzona społeczność łomżyńska oraz przyjaciele z organizacji społecznych z kraju i zza granicy, pożegnali osobę znamienite[...]