Śmierć Róży Płońskiej

Lena Filochowska

Śmierć Róży Płońskiej

                                                                                Matce mojej poświęcam

Było to uczucie trudne do zniesienia, mordercze i ohydne, stokroć straszliwsze od najbardziej wyrafinowanych tortuor powolnej agonji.
Strzemieński, słaniając się, przystawał pod drzewami bulwarów, prawie pustych, zalanych słotą jesienną, i patrzył.
Przez wielkie szyby restauracyjnych okien lśniły zwierciadłami otoczone, pełne kwiatów i kobiet, sale. Od sufitów i ścian zwieszały się szklane pęki kwiatów lamp elektrycznych.W ich jarzącem świetle biel obrusów była ostra, barwy kwiatów jaskrawsze, twarze kobiet, w głęboko dekoltowanych sukniach, bardziej zjawiskowe i wymowniej piękne. Mężczyźni, we frakach londyńskich i smokingach, zdobnych w butoniery chryzantem, uśmiechali się dyskretnie i marząco, maczając usta w pianie wytwornego szampańskiego wina. Orkiestra w czerwonych frakach grała sennego, jak poszum morza, „Valse des Ombres”, a garsoni z kamiennemi, gładko ogolonemi twarzami cicho snuli się po sali, zdobnej we freski znanego włoskiego malarza.
Niekiedy, gdy pod wspaniałe drzwi modnej restauracji cicho zajeżdżał świecący samochód i jakaś para wchodziła w światło i gwar tłumnej sali, Strzemieński słyszał przez uchylone szklane drzwi i szkarłatne kotary przedzierającą się melodję walca. I na krótko w szlochu jesiennej ulewy odróżniał marzący śpiew wiolonczelli i rozkoszny, stłumiony jęk skrzypiec, dyskretny kobiecy śmiech i gwar, jakby aksamitny, zciszony. matowy akord radości życia.
Wtedy zaciskał ręce, wsadzone głęboko w kieszenie przemoczonego palta, i  przez zęby rzucał krótko i wściekłe:
— Psia krrrew!
I to piekielne, mordercze uczucie, straszne, ssące uczucie głodu stawało się męką nie do zniesienia. Gryzł do krwi usta i szlochał wewnętrznie w ostatecznem fizycznem wyczerpaniu i w siekącym, ciągłym dreszczu przeraźliwego zimna.
W oczach zalanych deszczem i łzami miał zielone i żółte kręgi, szkarłatne plamy, które niby oparem krwi przesłaniały mu posępną perspektywę jesiennych opustoszałych bulwarów. W przemoczonem obuwiu trzęsły się jego wyczerpane włóczęgą po mieście nogi. Wnętrzności mu palił głód po raz pierwszy doznany, a tak straszny, że Strzemięcki oparty o mokry pień tracił przytomność.
Chwilami wytężał wzrok i przez cienką koronkę zasłony widział tuż przy oknie sali restauracyjnej opasłego blondyna, jedzącego ze znawstwem i przejęciem jakieś mięso, prawie krwawe, przedziwnie ugarnirowane i wytwornie podane.
Czuł wtedy rozdzierający wnętrzności skurcz, huk jakby stu młotów w skroniach, rozsadzonych szumiącą krwią i morderczą żądzą rozbicia czemś twardem, jednym potężnym rzutem ręki, łysięjącej głowy smakosza.
Jedzą… Jedzą, psia krew, — myślał błędnie ostatnimi rzutami przytomności.
I wyraźnie czuł smak gorącego, ociekającego świeżą krwią rostbeafu, zapijanego starem reńskiem winem, które tak umie rozgrzewać, pocieszać, wplatać w czarodziejskie koło marzenia. Rozpaczliwym wysiłkiem woli stłumił krzyk wściekłości i gryzł ręce zaciśnięte konwulsyjnie w pięści. Po raz setny może skonstatował, że wszystkie jego kieszenie są puste, że ostatniego ludwika w bezrozumnym szaleńczym porywie śmiesznej wspaniałomyślności pożyczył wczoraj pewnemu rodakowi na szampana dla jakiejś tancerki z T a b a r i n. Wiedział że nie ma źródła, z którego mógłby zaczerpnąć choćby parę franków na kawał takiego dymiącego, ociekającego świeżą krwią mięsa i ta świadomość podniecała jeszcze jego wściekłość i bezsilny szarpiący gniew.
Szczególnie blizko czuł wokoło siebie czającą się ostateczną rozpacz, gdy, mdlejąc z głodu, biczował się myślą, że w tłumie strojnych kobiet, śmiejących się dyskretnie przy kieliszku szampana, ukaże się jego oślepłym od deszczu i łez oczom twarz Róży Płońskiej. Przecie właściwie jej szukał po najwytworniejszych lokalach paryskich, dla niej przywlókł się do tego szalonego miasta, gdzie na oślizłym, mokrym chodniku bulwarów, w jesienną ulewę, w noc bez dna i kresu mdlał z wyczerpania i głodu.
— Zdaje mi się, że czytam jakąś nieźle napisaną, ale beznadziejnie banalną noweletę — ironizował, ziewając nerwowo. — Głodny, przemokły „gentleman”, bez franka w kieszeni, w dodatku „nieszczęśliwie zakochany“, kopnięty najpiękniejszą z kobiecych stóp w samo serce  och — pyszne wyrażenie „kopnięty w samo serce… koniec lśniącego lakierka od Raoul’a zakrwawił się może nieco… no, ale od czegóż są przedziwne pasty do bucików?… Jako tło—paryska, jesienna chlapiąca ulewą noc i ta orkiestra, ten walc kuszący „Yalse lente” za białemi od tysiąca świateł szybami Cafe—Restaurant… Z samochodu wysiądzie ona— stokroć cudniejsza od najcudniejszych, stokroć bardziej upajająca w kasku swoich złocistych kędziorów z czarnemi brwiami rozportartemi, jak wązkie skrzydła ptaka nad oczami, które zawlókł śmiertelny smutek życia. W głębokiej bladości jej oblicza będą palić się szkarłatem ciemnym i krwawym jej usta—jaśnie wielmożne, tajemnicze w swej potędze niecenia szaleństwa, trwogi, zgrozy, roskoszy i obłędów… Te usta niegdyś w wiosenną, burzliwą noc całowane, miażdżone, pite nieprzytomnemi ustami „gentlemana” w przemokłem palcie… Usta, które obiecały podle, zdradziecko i kłamliwie: Będę twoją!!! Usta Róży Płońskiej.. Róży Płońskiej…
Wepchnął głębiej ręce w kieszenie i w prawej napotkał twardy, zimny kształt rcwolwera. Sprawiło ma to pewną algę. Z jakąś chorą, nieprzytomną radością pomyślał, że może strzelać w tę wielką, lśniącą szybę, w ten tłum wykwintny zebrany w salach pełnych muzyki, kwiatów i złoceń, w te głowy kobiece oplecione perłami, strojne w pęki piór, tak chwilami łudząco podobne do cudownej głowy Róży Płońskiej.
— Ach tak. — ziewnął nerwowo — strzelać…
I bez zgrozy wpatrzył się w najtajniejsze swe głębie, gdzie powstawał potężny, straszliwy instynkt zwierzęcia żądnego krwi i mordu. Pomyślał przelotnie, że wieki cywilizacji nie zdołały zabić w człowieku tej śmiertelnie mocnej żądzy, silnej bestji, tego dreszczu krwi, spragnionej krwi… Że on, kulturalny, współczesny intelektualista, wytworny literat, subtelny krytyk tak chętnie rozwalałby jedną za drugą dobrze uczesane głowy arystokratycznych próżniaków i kobiet wypieszczonych, jak cieplarniane kwiaty, i patrzyłby chciwie na ich rozpryśnięte po białych obrusach i srebrnych zastawach krwawe mózgi.
Nagle, tuż przed Strzemieńskim, obryzgując mu całą twarz błotem, zatrzymał się lśniący, jak pudło z czarnego atłasu, samojazd. Wysiadł z niego pan niesłychanie wytworny z przepiękną twarzą sarmackiego arystokraty.
Piękność tego bladego oblicza uderzyła w samo serce Strzemieńskiego. Zamknął na chwilę oczy. Po co patrzeć? Poznał w mężczyźnie narzeczonego Róży Płońskiej. I gdy podnosił powieki, ulane jakby z ołowiu, zobaczył w wielkich drzwiach, które otwierał murzyn w zielonej liberji, niewielką, smukłą sylwetę kobiecą w złoto brunatnym szerokim płaszczu wieczorowym, czarnem oszytym futrem. Na chwilę ujrzał blady profil, rude złoto kędziorów na nagiej szyi, martwy blask pereł, chwianie się wysokich białych piór w lokach pochylonej, jedynej, naj~ cudniejszej głowy…
— A więc rzeczywiście są w Paryżu i rzeczywiście bywają tu po teatrze — skonstatował bezwiednie, bezmyślnie w nagłej śmiertelnej apatji.
Przyczajony, w monotonnym szmerze ulewy widział, jak piękny pan we fraku powoli, z miłosnem nabożeństwem zdejmował ostrożnie aksamitny, złocisty płaszcz z ramion kobiety. Zalśniły one jak żywy, ciepły marmur wśród zwierciadeł i kwiatów szkarłatnym dywanem wysłanego foyer i znikły w drzwiach sali restauracyjnej.
— Jak kurtyzana nagiemi ramionami świeci—przyszła pani ordynatowa
Uderzył głową o pień drzewa z wściekłością człowieka obłąkanego.
Nie chciał już patrzeć w buchające światłem, olbrzymie szyby. Na tle zalanego deszczem, pustego bulwaru wykwitł stary park Płońskich, w wiosennym przepychu swego bogactwa, i wykwintna, smukła sylwetka dziewczynki z jasnymi warkoczami, upiętymi w muszle na skroniach. Cały czar lat dawno umarłych… jedyna poezja życia, zamknięta w dziewiczych, ślicznych linjach znajomej postaci… Całe dostojeństwo szalonej duszy poety i cudowny rozmach przeczystych skrzydeł młodości… Cała święta, czysta tęsknota mężczyzny do kobiety—tęsknota pierwsza i jedyna zanim usta poznały truciznę ust ladacznicy, zanim serce nie zwiędło w ohydzie sprzedajnego uścisku.
Pierwsze, bezcenne pocałunki gdzieś w rozgwarze balu, w dalekim buduarze — Stłumiona muzyka słów miłosnych, mgła spojrzeń strwożonych i pijanych rozkoszą, mdlejący szept warg dziewczęcych, których dotąd nie tknęły usta mężczyzny.. Szept: „Będę twoją Strzemieński zachwiał się i krzyknął głucho, wściekle, tępo.
Ktoś pochylił się nad nim i zapytał: — Monsieur?
Zobaczył ceratową pelerynkę policjanta i wysunięty daszek jego czapki pod ociekającym kapturem. Czarne sterczące wąsy i wytrzeszczone oczy wzbudziły w nim dreszcz odrazy.
— Etes yous malade? — dosłyszał pytanie i uśmiechnął się wzbudzającym zaufanie uśmiechem normalnego człowieka.
— Mais non — zaprzeczył prawie z ożywieniem — Jestem artystą i szukam w waszym pięknym Paryżu motywów dla mej twórczości.
— Policjant z niedowierzaniem spojrzał na jego chorobliwie błyszczące oczy i spotniałą twarz, pochlapaną błotem. Może się pan jednak przeziębić—dodał, odchodząc.
Strzemieński szybko wszedł do foyer restauracji i potężnym ciosem pięści odtrącił zagradzającego mu drogę murzyna, który upadł na żardinierę pełną różowych i białych hyacyntów. Straszny ociekający deszczem, cały obłocony i śmiertelnie blady, pchnął lustrzane drzwi i wszedł do sali, gdzie orkiestra grała dzikie i szalone Bolero hiszpańskie.
W tłumie kobiet i mężczyzn rozeznał pod lustrzaną ścianą rudozłotą głowę Róży Płońskiej, strojną w pęk białych chwiejących się piór. Uśmiechała się swym sennym, budzącym dreszcz uśmiechem i mówiła coś z ożywieniem do siedzącego naprzeciw mężczyzny, oddzielonego od niej bukietem cudownych, białych róż.
Strzemieński odtrącił szarpiących go garsonów i, przewracając stoliki, szedł ku Płońskiej.
Obróciła głowę i spostrzegła go. Twarz jej stała się bez kropli krwi, a oczy wypełniło przerażenie i zgroza. I w chwili gdy jej wązkie, czerwone, jak krew, usta wykrzywił spazm wstrętu i odrazy, Strzemieński szybko wyjął rewolwer i zaczął raz po raz strzelać między te oczy cudowne, ciemno-niebieskie, oszalałe ze zgrozy. — — —

Paryż. 1912.

Wspólna Praca. Łomża.  Styczeń – luty  1913 rok. Zeszyt 1 – 2

Informacja o autorce i wykaz opublikowanych utworów jest tutaj

 

158 Ogólnie 5 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

Szanujmy stare zabytki!

Szanujmy Zabytki Biografię Adama Chętnika opublikowaliśmy w 2009 roku         (  https://historialomzy.pl/adam-chetnik/ ).  Poniżej publikujemy w oryginałach dwa artykuły Adama [...]