Spotkanie

Helena Filochowska

Spotkanie

Pani Stefanii Skarżyńskiej ku wspomnieniu momentów, wspólnie szarzyżnie życia wydartych, poświęcam.

Długi czarny pociąg, którym gdzieś w nieznane stepy rosyjskie, w obce, wrogie miasta, czy w głuche tajgi Sybiru wywożono oddarte od rodzimej ziemi polskiej, oszalałe z rozpaczy ludzkie gromady, pełen był krzyku, szlochu, jęku, i lamentu.
W wagonach, dla bydła przeznaczonych, w smrodliwych i ciemnych kątach szlochały kobiety, cichutko kwiliły, niby z gniazd ręką łupieżcy powyrzucane pisklęta, maleńkie dzieci, lamentowały, kołysząc tępo siwemi głowami, staruszki.
Mężczyźni milczeli z twarzami zasłoniętemi czarnemi od pracy rękami. I to milczenie było stokroć bardziej rozdzierające, niż wrzask matek, co kolbami sołdackiemi wśród płonących wsi gnane potraciły gdzieś swe w krwi i męce zrodzone, miłośnie u piersi wypiastowane dzieci. Nie było to milczenie pokory. Czaiła się w niem straszliwa, czerwona od krwi obietnica odwetu… Pociecha, okrutną nienawiścią dysząca, że może oto z tych z głodu kwilących piskląt wyrosną na obcej ziemi pacholęta, młodzieńcy, którym nocami będzie można szeptem opowiadać, jak to, paląc, mordując, grabiąc, pędzili ich matki ciężarne, ich płaczące siostry i posępnie milczących ojców, z dyszących sierpniową wonią rodzinnych zagonów, pijani białego cara żołdacy… Jak krwawo płonęły białe wsie mazowieckie, jak pod kopytami kozackich koni jęczała boleśnie ta ziemia najdroższa. tylokrotnie zlana polską krwią i tak hojnie poznaczona kurhanami polskiego męczeństwa.
Tylko w wagonie, w którym cichutko umierała na rękach matki maleńka Zosia, córka wypędzonej z palącego się dworu pani Łęczyckiej, było cicho.
Wiele kobiet z maleńkiemi u piersi dziećmi przyczołgało się na klęczkach do konającej. Modliły się szeptem, płacząc cicho, bez szlochu 1 rozpaczliwie czarne zaplatając ręcę. Jedna z nich na brudnej, lepkiej ścianie wagonu powiesiła mały obrazek Matki Boskiej Jasnogórskiej. W drżącem chybotaniu się jedynej łojowej świeczki, rozświetlającej czarne wnętrze wagonu, lśniły blado złote ramki i złota korona Częstochowskiej. W jej bolesne, ciemne oblicze patrzyło błagalnie wiele par zalanych łzami oczu, oczu zaciekle, żarliwie nieprzytomnie modlących się o ratunek. /Ale Ona z obliczem przeciętem pręgami męczeństwa uśmiechała się bezradnym, nieopisanie bolesnym, niewysłowionej udręki pełnym uśmiechem i wskazywała — Matka Bolesna — tym wszystkim bolesnym Matkom polskim swe dziecię, śmierci na krzyżu przeznaczone.
— O matki polskie! — zdawały się mówić jej gorzko przez łzy uśmiechnięte usta — O matki polskie… wszak i w mojem sercu siedm zatrutych tkwiło sztyletów… I ja musiałam patrzeć bezradnie, jak na krzyżu zalany krwią umierał jedyny mój Syn, jedyne szczęście moich oczu. jedyne źródło mej radości… —Mamusiu… wody—spłynął z czarnych z gorączki ust dziecka szept cichszy od westchnienia.

Całe ciało pani Łęczyckiej zadrżało znów, jakby smagnięte żołdackim kańczugiem. Jej martwa, szara twarz zszarzała jeszcze o ton i z pod powiek zaświeciły obłąkane, lazurowe, straszne oczy.
Ten błagalny szept umierającego dziecka słyszała już przez jedną całą noc, przez jeden cały dyszący sierpniowym żarem nieskończony dzień i oto jaż drugą noc wbija się w jej serce, jak nóż, jak krzyk ten najdroższy, zdyszany, konający szept… A pociąg toczy się bez końca i u drzwi wagonu stoi dwuch drabów w rudych płaszczach sołdackich, którzy wsparci o lśniące bagnetami karabiny powtarzają obojętnie:
— Niet wody. Niet i nie budiet. —
Ich posępne, skośne oczy, ślepe są naq polską nędzę i polską śmierć Wszak niejednokrotnie kazano im strzelać do ustawionych rzędem młodych polskich „buntowszczykow”. Albo stać w czworoboku na podwórzu cytadeli i walić w bębny i patrzeć, jak dumnie, wzgardliwie i pięknie konają z konopnym na szyi stryczkiem niemal dzieci, czy dojrzali mężowie, czy ludzie osrebrzeni już szronem siwizny—Polski całej kwiat, honor i bohaterstwo. Napatrzyli się na Polską purpurową krew w smrodliwych kazamatach Aleksandrowska i Orła, Moskwy, czy Orenburga, gdy pod pałkami ich — oprawców — w krwawe strzępy podarte ciała zastygały z tłumionym ostatnim na ustach szlochem. Więc głusi na błagania kobiet, na obłąkany krzyk młodej matki, ślepi na szał jej rozpaczy, w którym czołgało się im do nóg z modlitwą o trochę wody, wzruszali obojętnie szerokiemi, straszliwie mocnemi ramionami i powtarzali z nudą:
— Niet. Wody niet. i nie budiet. —
Plątały się w ich ciemnych mózgach posępne, beznadziejne obrazy. Niech zdycha sobie ta polska z płonących chałup wywleczona nędza… Wszak ich, popędzą, jak kiedyś, w stepy Mandżurji — na pewną śmierć, na niechybne kule, w czerwone, huczące piekło wojny i śmierci…
— Mamusiu… Mamusiu.. — dygotał gasnący szept i opłynięta jasnemi. jak słońce, lokami głowa dźwigała się ciężko z kolan matki i trwała tak dłago uniesiona, aż na czarnych maleńkich ustach dziecka ukazywała się z rozbitych kolbą sołdacką wnętrzności wypływająca świeża, jasna krew.
Pani Łęczycka juź nie ocierała tej najdroższej krwi swego dziecka. Nie miała czasci. Podarła na strzępy własną koszulę, by tamować nią to czerwone źródło uchodzącego życia. I te strzępy krwawe schowała na piersi, jak świętość. Przylepioną do serca czuła tę krew — żywą tętniącą zgodnym rytmem z jej własną krwią.
Więc gdy usta dziecka barwiły się znów purpurą, pochylała swą głowę równie jasną i prześliczną, jak głowa umierającej i zbierała ciepłą czerwoną krew ustami, spijała gasnące szkarłatne życie swego dziecka i brała je w siebie, w swoje oszalałe i rozbite serce, jak sakrament, jak ostatnie rozdzierające pożegnanie, jak ostatnią żywą, straszliwą i słodką pamiątkę.
Juź nie biła głową o brudną ścianę smrodliwego, zatłoczonego wagonu. Już nie krzyczała o pomoc, o ratunek, nie pełzała na klęczkach ku szlochającym wiejskim kobietom, ani ku zastygłym u zamkniętych drzwi żołnierzom, nie wyciągała rąk załamanych ślepą rozpaczą ko blademu nocnemu niebu, na którem drżały brylantowe łąki spadających złotych gwiazd. To niebo, widzialne przez mały otwór pod dachem wagona, dyszało nieopisanym czarem letniej nocy i miało tą samą cudowną lazurową barwę, którą były nalane ogromne, prześliczne oczy jej konającego dziecka. Nie musiała, patrzeć w maleńkie, wysokie okienko bo widziała je całe — przeczyste, głębokie, błękitne, jak senne, milczące wody dalekich mórz, wyłaniające się z pod drżących, złótorzęsych powiek.
I to niebo, jej niebo, — gasło, bladło, umierało, w sercu słyszało ślepy, straszliwy wrzask i gdyby nic lękała się sprawić konającemu dziecku cierpienia, wydarłaby z pod jego ciężkiej, jasnej głowy zmartwiałe ręce, by zaciśniętemi pięściami pogrozić tam temu niebu, pełnemu złotych gwiazd, pysznemu i świetnemu, jak bezcenna kopuła z lazuru, — niebu wiecznemu, co nie gaśnie…
Już nie biła głową o lepką, brudną ścianę smrodliwego wagonu. Jej rozpacz, jak drapieżna syta krwi pitej z serca bestya, zmęczyła się własnym obłędem i własnym wrzaskiem. Na wszystko, co działo się dokoła opadła mgła gęsta i tak parpurowa, jak krew spijana z czarnych, dyszących ust dziecka.
Czasem przez tę mgłę czerwoną widziała palący się dwór na błękitnem tle czarującej, letniej nocy. Białe na klombach lewkonie, deptane ciężkimi butami grabieżców, lewkonie, które nocami wzdychały przez sen najcudniejszą, najsłodszą wonią. Oczy napełniały się łzami, a w sercu rodził się cichutki, dziecinny szloch: — O lewkonie, o wy moje białe, pachnące lewkonie…
I przysłonięte łzami źrenice widziały inny nowy obraz. Jak to Leszka, na drugi dzień po wybuchu wojny, szybko pod carski sztandar zabrały wrogi… Szybko, bo wieści o nim krążyły, że coś go tam z krakowskimi łączy «striełkami»… Więc w carskim lśniącym uniformie zabrali go zanim zdążył uciec do tamtych. Przypomniała sobie po raz tysiączny jego ostatnie słowa, ostatnie pocałunki, ostatnie gesty rąk, któremi tak miłośnie, tak rozpaczliwie przyciskał do piersi obie jasne głowy — jej i dziecka. Potem wracało znów, jak śliczny sen widzenie białych w łunie pożaru lewkonik Któś pędził tłumy płaczących ludzi i w tłum ten wpędził i ją z dzieckiem na rękach. .Przed nią stary chłop krzyczał coś ochryple, że to «dziedziezka», że jej popychać i bić nie wolno. I oto jeden cios kolby ugodził w siwą głowę jej obrońcy, a drugi w drżące, rozpłaszczone ze strachu na jej piersi dziecko- Niby sprężyna skręciło się i rozprzęgło w milczeniu, bez krzyku, i z ust mu buchnęła krew i zalała strumieniem policzek i szyję matki. I nie można było nawet z zakrzywionymi szponami rzucić się na mordercę, nastawić lśniącemu w łunie pożaru bagnetowi piersi i skonać z tem miażdżonem w uścisku, krwią wymiotującem dzieckiem no żółtym, miękkim, łaskawym piasku mazowieckiej drogi, bo pędzony kolbami i nahajkami obłąkany rozpaczą tłum rwał naprzód, jak spieniona, straszliwa czarna rzeka,..
potem pełen krzyku, płaczu i szaleństwa pociąg mijał palące się wioski, jeszcze ubiegłej nocy zasypiające cicho w blasku księżyca i w pachnącym cienia sadów, pełzał wśród ogromnych płonących lasów, wlókł się nad sinemi nieznajomemi rzekami, po których w różowej wodzie pływały trupy. Jakże daleko zostały białe na klombach lewkonje, modlące się w sierpniowe noce do gwiazd tą niezapomnianą, najsłodszą wonią… Nieprawdopodobnym uśmiechem cudu, żałosnym, prześlicznym snem stał się obraz dnia wczorajszego: cicho, jasno, w słońcu życia we troje, wsparty na białych kolumnach taras dworu, noc księżycowa, przez otwarte okno, w srebrne, pachnące milczenie parku spływała Bethowenowsko Apassionata…
Cóż odpowiedzieć pełnym krwi ustom dziecka, gdy skroś malignę pytają szeptem umierającym: A tatuś gdzie mamusiu? A lalka Ninia? A gdzie kotek Szaruś, mamusia? Słowom tym towarzyszy gasnące spojrzenie błękitnych oczu, cudniejszych od gwiazd, nieme, błagalne spojrzenie, straszliwsze od krzyku, wbijające się w serce matki jak ostry, zatraty nóż wiecznego pamiętania.

. . . Niewiadomo skąd w smrodliwe wnętrze wagonu spłynęła słodka, modlitewna woń białych lewkonji. Martwe usta pani Łęczyckiej uśmiechnęły się żałosnym, rozdzierającym uśmiechem. W śmiertelnie zranione jej serce wplotła się niby daleka, najsłodsza rozpaczą zabita pieśń wspomnienia tej nocy letniej, dławiącym zapachem lewkonji, dyszącej, nocy, w której poczęła to dziś w jej ramionach konające, jasnowłose szczęście. —
— O Wy białe, pachnące lewkonje — zadrżał w sercu szloch cichutki, ale z pod sinych, zamkniętych powiek nie spłynęła na przezroczyste policzki ani jedna łza.
Tylko cienkie, białe palce zaciskały się kurczowo dokoła złocistej, główki dziecka, ciężko, jak głaz leżącej na jej kolanach i z oblicza podobnej do natchnionej rzeźby ze śnieżnego marmuru, albo do umierającego anioła.
A gdy zgasła jedyna łojowa świeczka, w ciemności rozszeptała się nanowo i rozszlochała polska niedola i polska rozpacz.
Czyjś głos więznący w pełnej łkania krtani opowiadał, zachłystując się łzami:
— Jagusię wzienam, moiście, na ręce, a Pietrusia wlokę za rękę w tych jednych jak ostał portczynach … A oni, psiekrwie moskiewskie kolbami po plecach, nahajkami po głowach, jak jeno kto kszynkę z tyłu ostanie .. . Wołam: Pietruś, trzymaj się mocno spódnicy, bo cie kozak na pikę nadzieje. Abo to mi ociec mało naopowiadał, jak to w powstanę dzieci na piki nadziewali, abo za nogi brali i główeczki o ścianę rozbijali, te hycle moskiewskie? A on nic, jeno ogląda się za siebie i płacze: Matuś, chałupę nam palom! pali sie i Krasula i Burek i owce — lamentuje, mój gospodarz kochany, a łzy mu jak groch po twarzy lecą i lecą … Aż tu przed nami upada ktościć, zdaje sie, Walentowa, nieborak . . . Robi sie wielgi zamęt i ktoś nas rozdzielił. Wołam: Pietruś! A tu cięgiem nowe gromady walą i walą… Wołam: Pietruś, ale już go nigdzie nie widzę . . . Panie sołdat, dziecko mi zginęło — krzyczę i tarmoszę moskala, a on na mnie z bagnetem: Mołczi, w jędrna— nie on pierwszy i nie on ostatni — powiada… Żebyś mnie był prędzej na ten bagnet nadział, poganie, hyclu kozacki — wybuchł dyszący nienawiścią jęk i nagle w ciemności zadrżało, jak wycie wilczycy, co w ostępach puszczy straciła swe małe — przeraźliwe, nieprzytomne, oszalałe wołanie:
— Pietruś! Pietruś! Jezus Maryja, Pietruś!
Wołanie to przedarło się przez mały otwór wagonu i biło, jak żałobny, ślepy ptak w przeczyste nocne niebo, na którem brylantowe łuki zakreślały spadające sierpniowe gwiazdy.
Słyszała je w złocone ramki świętego obrazka ujęta Matka Chrystusa. W ciemności wykwitł na jej udręczonych ustach uśmiech bezradny i bezradny uśmiech mówiący skroś łzy:
— Ja także straciłam jedynego syna, matki polskie… I mnie wydarli go żołdacy i powlekli na Kalwarję … Na taką samą Kalwarję, jak carscy siepacze wleką was i waszych synów, siostry moje męczeńskie, matki polskie .. .
— Nie krzyczta, Janowo . .. Ścierpta . .. Niech panienka ze dwora umrze sobie spokojnie — uspokajał czyjś stary, drżący szept.
— Jakże nie mam krzyczeć, kiedy go cięgiem jak żywego widzę, jak kole palącej się lata chałupy; krzyczy: Mamusiu, ratujcie! Albo, jak w pustem polu idzie nocą samiuśki, jak palec, idzie sam nie wie gdzie, ani poco, sierota? Albo, jak z głowiną moskiewską kolbą rozwaloną zdycha gdzieścik pod płotem, jak szczeniak i woła, jak ta panienka: Mamusiu, wody… Mamusiu, umieram… Dajta wody! Jakże nie mam krzyczeć, sąsiadki kochane, ludzie dobre, paniusiu jedyna ? — lamentowała głośno, a czyjś męski głos rzucił przez zaciśnięte zęby twardy, złowieszczy pomruk:
— Przyjdzie i na nich katów moskiewskich, godzina. Poleje się i ich jucha, za za naszą polską krew … Przyjdzie, da Bóg, takie powstanie, jakiego w Polsce jeszcze nie było . . . To też nie płaczta, kobiety, ale czekajta . . .
Złocistą obietnicą zadrżały na jasnem nocnem niebie wszystkie drżące i w świetnych lukach gasnące tajemniczo gwiazdy. Czemś olbrzymiej, jakby deszczem bliskiej wolności wionęło z uśpionych borów, ze srebrnych w miesięcznym blasku łąk. z żyznych złotych pól tej najdroższej polskiej ziemi, nad którą przez chrzest krwi. przez łuny pożarów i straszliwy tętent wojny powoli rodził się różowy, delikatny brzask od wieku śnionego Jutra.
I serce pani Łęczyckiej na krótką chwilę obudziło się ze swego martwego, straszliwego snu. Stężałe z rozpaczy oczy dźwignęły się ku owemu skrawkowi nieba, co swą niepokalaną czystością jaśniało w górze, jak łaska, jak pociecha, jak miłośnie. nad niedolą rozpięty, czuwający i bezpieczny namiot. I przez krwawą mgłę obłąkanego żalu, przez ciężki kir śmiertelnego smutku przewiała przez jej tępy z nadmiaru męki mózg, myśl przelotna:
— Jeśli i ta śmierć jest dla tego Jutra potrzebna . . . Ten nóż wbity w moje serce . . . Ta krew młodziutka, którą wypijam z czarnych z gorączki ust mego umierającego szczęścia … To je sobie bierz, a jutro — — Wszak tyle matek polskich daje dziś swoich najdroższych synów, co gdzieś na dymiących pobojowiskach, w śniegach górskich przełęczy, w pustkowiach i odchłaniach czarnych nocy jesiennych konać będą bez ostatniego swych matek pocałunku i uśmiechu dla tego Jutra — — —
Ta myśl ofiarna , to był chwilowy, świetny, brylantami łez  rubinową purpurą krwi sadzony pancerz bohaterstwa, pancerz tak właściwy sercu polskiej matki. Ale niby straszliwy cios miecza przebił go na wylot nowy gasnący cichutki szept maleńkich zdyszanych ust. Szept ledwie dosłyszalny, cichszy od westchnienia, a straszliwszy od krzyku.
— Wody . .. Mamusiu … Wody . . .
— Niet i nie budiet — mruczał posępny bas, i złote gwiazdy cicho umierały na Wysokiem przeczystem niebie, brylantowe zakreślając łyki.
W pewnej chwili, gdy umilkły szlochające szepty kobiet, ich zdławione lamenty i żarliwe w jasne niebo wysyłane modlitwy, w ciemności, powoli w niewiadome kraje toczącego się wagonu, zadrżał ostry kobiecy krzyk.
Wszystkie serca zamarły, a potem zabiły, zatrzepotały gwałtownie i pośpiesznie znajomym, niezapomnianym rytmem. Szyje kobiet wyciągnęły się w kierunku krzyczącej, oczy czujnie wpatrywały się w ciemność. One znały ten przeszywający, ostry i krótki krzyk. One wszystkie miały go na ustach, gdy w krwi i męce, w znoju i zmaganiu się rodziły nowe, tryumfujące życie. Gdzieś w ciemnym kącie wagonu’ na barłogu ze złotej, pachnącej jeszcze pięknością pól mazowieckich słomy, rodził się nowy człowiek.
— O Jezu — jęczał młody, wysoki, napięty szałem cierpienia, głos kobiecy.
—- To Nastusia, Staśka Walczakowa żona – szepnął i nagle wszystkie udręczone, pręgami nahajek poznaczone, tragiczne w swej niedoli matki, zapomniały o swoich ranach, o dzieciach, oddartych od ich piersi, o płonących chałupach i szukały w ciemności rodzącej. Przywołał je wszystkie ten krzyk samotny, pełen męczarni i zwiastowania, że oto tu blizko, na słomianym, wygnańczym barłogu staje się krwawy, odwieczny cud macierzyństwa. Ten krzyk obudził w ich sercach, ‚pełnych własnej rozpaczy, cudowną, jak objawienie, solidarność matek i oto wszystkie zbiegły się, skupiły dokoła rodzącej drżące, pełne trwogi i radości, czekające z biciem serca na pierwszy, nieśmiały pisk dziecka.
Ich spalone słońcem, spuchłe z płaczu i szare z głodu twarze stały sie jasne, czyste, dziewczęce w tem zasłuchaniu. Szept ich napełniła czułość niewysłowiona, a gesy ich twardych z pracy, czarnych jak ziemia rąk tchnęły nieopisaną delikatnością i taką tkliwością bezgraniczną, jak gdyby za chwilę na ich miłośnie wyciągniętych dłoniach miało spocząć ich własne, w straszliwej męce zrodzone, dziecię.
Czekały w ciemności skupione dokoła barłoga i głosy ich stały się młode, śpiewne, miękkie, pieściwe, głosy pełne pociechy, otuchy, nadziei i drżącej czułości.
— Jeno ścierp, Nastusiu  jeno przetrwaj powtarzały chciwie, z szeroko otwarłemi w ciemności oczami, chłonąc w siebie ten tak dobrze znajomy, zdyszany, własnemi ustami w białym alkierzu tyle razy przez zaciśnięte zęby wyrzucany krzyk. I pani Łęczycka usłyszała ten krzyk. Zadrżała, zatrzepotała i jej storturowane, zdębniałe, głodem wycieńczone ciało przeszył znajomy, słodki i straszny ból. W kwietniowy modry świt jej usta poznały ten ostry, gdzieś z nad otchłani śmierci wydzierający się, krzyk tryumfującego, nieśmiertelnego życia…. W kwietniowy modry świt rodziło się jej szczęście poczęte w letnią duszną noc, w ramionach najdroższych, w pocałunkach najsłodszych, gdy w srebrnem miesięcznem świetle przez sen wzdychały pieszczone ciepłym wiatrem pachnące białe lewkonje

— O lewkonje o wy moje białe pachnące lewkonje — zaszlochało znów cichutko serce udręczone rozpaczą.
I usta uśmiechały się do tego marzenia straszliwym, martwym, odtrącającym uśmiechem— bo cóż? Wszak na. jej kolanach konało jej złotowłose, kolbą żołdacką zmiażdżone, w letnią gwiaździstą noc poczęte szczęście.

Był różany, delikatny, wczesny brzask gdy w cuchnącym wagonie dla bydła pani Łęczycka ucałowała Ostatnie krople krwi z ust swego dziecka; Ostatni raz dźwignęły się

Wspólna Praca Łomża 1918 r. Nr. 1, 4, 5, 6

Materiał pobrano z Podlaskiej Biblioteki Cyfrowej

 

Informacja o autorce i wykaz opublikowanych utworów jest tutaj

 

263 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar