Wacław Filochowski

Moloch i Osioł

W skwarnej ciszy łaźni rzymskiej siedzący pod kaflowymi ścianami łańcuszek kilku osób przyglądał się sobie obojętnie, w oczekiwaniu na ostateczny efekt seansu w postaci siódmego potu. Był to fałszywy akord ciał o różnych barwach, linjach i temperamentach. Twarze jakby odeszły na dalszy plan, straciły swe znaczenie, jako manometr ciśnień  psychicznych, niemal się rozpłynęły w skwarze, którego natężenie
potęgował jeszcze majolikowy lew, z kaflowej ściany połyskujący rozdziawioną paszczą. Brak ubrania dał się odczuwać nietylko fizycznie, ale i moralnie: każdy z obecnych miał minę, jakby pozostałych swych partnerów uważał za intruzów i swych zdecydowanych wrogów, Śmiało można było rzec, że człowiek, wchodząc do tej upalnej komory, zostawiał w kabinie nietylko ubranie, lecz i wszelką łączność ze społeczeństwem, stawał się ciałem milczącem, w sobie zamkniętem, sobie tylko oddanem, bezimiennem,
słowem: tylko ciałem.
Myśl tę nieoczekiwanie sformułował i wygłosił wyjątkowo rozmowny, jędrny i dobrze utrzymany tułów.
Chcąc usprawiedliwić swe wystąpienie, po chwili milczenia w dalszym ciągu informował nieżyczliwą ciszę.
– Miło jest, wzorem starożytnych, w rozkosznym upale, pobudzającym krew do krążenia a mózg do wydajności, otrzeć się w rozmowie o politykę, filozofję, sztukę. Zbiorowy brak ubrania stwarza dla nas, współczesnych, warunki wprost wyjątkowe i , sądzę, może być bodźcem do dyskusji. Pozbawione nagle więzów szat indywiduum reaguje inaczej na zjawiska, inaczej spogląda na siebie i na swe nagie otoczenie, może zatem wygłosić nie jedno spostrzeżenie cenne, ciekawe, szczere – aż do absolutnej nagości.
– Nie widzę w tem żadnej podniety- mrukliwie
odezwało się z kąta włókniste ciało. Powiem nawet, że naga zbiorowość trochę mię zawstydza, a więc krępuje myśl. Dlatego też łaźnia i jej życie zdaje mi się być podobnem do wielkiego torfowiska,  jak się zamknie oczy, to się nic nie widzi.
– Dość oryginalnie ujęte podobieństwo – uśmiechnął się inteligentnie dobrze odżywiony.
– Pan w swych analogjach widocznie dochodzi do jednego źródła Pra-Nicu.
Tak, ja kiedyś również cierpiałem na to Pra-Nic. Trwało to do czasu, kiedy nareszcie zrozumiałem, gdzie jest początek tego cudownego zjawiska, które zwiemy społecznością. A, proszę panów, nikt mi chyba nie zaprzeczy, że tym początkiem była chwila, gdy człowiek zaczął okry-
wać swą nagość, czyli inaczej mówiąc – ubrał się.
– Pan jest zapewne socjologiem?
– spytało cicho i smętnie osowiałe ciało, lecz natychmiast przeboleśnie syknęło.
– Oh, Boże!
– Nie jestem socjologiem
w ścisłem słowa znaczeniu. Mam hurt manufaktury. Niedawno sprowadziłem wyborowe materjały przedwojenne, angielskie wełny męskie i damskie. Poszukuję nawet zdolnych przedstawiceli na prowincję i kresy…
l dobrze utrzymany kadłub rozejrzał się wokół, jakby w puszukiwaniu kupców i agentów dla swego interesu. Ale oświadczenie hurtownika dla wszystkich pewnie było zgrzytliwym odgłosem
z innego, gdzieś bardzo daleko pozostawionego świata manufaktur, zrzeszeń, kawiarni, tramwajów.
– Oh, Boże! — znów płaczliwie stęknął osowiały i z iście macierzyńskiem współczuciem pogłaskał swe wi-
docznie zbolałe krzyże.
– Szanowny pan dobrodziej jest cierpiący?-pytam uprzejmie, choć zdaję sobie sprawę, że grzeczny ton i gesty towarzyskie są nonsensem i śmiesznością w tem zbiorowisku nieznajomych, nagich egoizmów.
– Lumbago. Zawiało mię w pociągu — skarży się przygnębiony glos. -Lekarz kazał mi się za wszelką cenę
spocić. Od trzech dni tu przychodzę. lecz spocić się nie mogę.
– Pan jest napewno południowcem — interesuje się jakieś bardzo przystojne ciało.
– Nie, jestem reumatykiem miejscowego pochodzenia. Brak skłonności do potów wypływa, zdaje się,
z mego zawodu. Jako publicysta wojujący, pocić się już nie umiem.
Duszę bym chyba musiał wypocić, gdyby… Oh, mój Boże!
A potem z widoczną irytacją w głosie.
– Tu jest w gruncie rzeczy zimno. Ten głupi lew na ścianie – to zwyczajne szachrajstwo. Właściciel łaźni
za pomocą tego bydlaka chce tu stworzyć nastrój Sahary
i przy tej okazji oszczędzaĆ na węglu. Oh, Boże, Boże!
Kiedyż ja się spocę!
Nagle jakieś ciało, jeżeli nie całkiem bezprzymiotnikowe, to w najlepszym razie mizerne, znacząco chrząknęło.
– Gdyby mi kto pożyczył mydła, tobym już poszedł się myć, fałszywy akord golizny wymownie milczał.
– W termach rzymskich- poważnie oświadczyło piegowate ciało  istotnie kwitło bujnie życie umysłowe.
Ah, jakie życie! Czytałem o tem niedawno. Nowe koncesje, plany, zamachy, intrygi. Rzymianin, odmłodzony siłą świeżą tchnący…
– Więc nikt mi nie da mydła?
– Upominał się dudniący głos.
Grono ciał milczało. Mizerny błysnął posępnem okiem i pochwycił zerwaną nić rozmowy.
– Życie umysłowe w termach kwitnąć mogło na gruncie społeczeństw pogańskich, gdzie nagie ciało nie
budziło ani strachu, ani niechęci lub zgorszenia, gdzie człowiek, prażąc się w dobroczynnym skwarze, nie przestawał być ani na chwilę tem, czem był: obywatelem, poetą, filozofem, politykiem, zachowując i tam swoje gesty, przekonania, skłonności…
– Częstował bliźnich mydłem,  nastawał dobrze utrzymany kadłub.
– Źle. Proszę nie przerywać. Ale w tych czasach człowiek był ty!ko człowiekiem i jednocześnie aż człowiekiem. To jest: stwierdza?, że jest bliskim krewnym bogów, a bogowie jego przecież też szaleli, kochali, zabijali. nienawidzili.
Rzymianin nie ukrywał swych pasji wiotką gazą frazesów o zwierzęcem pochodzeniu namiętności.
I nieoczekiwanie zwrócił się do ziarnistego ciała swego sąsiada.
– Czy nie mam racji?
– Ja, panie, nie tutejszy. Ja aż z pod Przemyśla.
U nas teraz nową szkołę budują. I starostę innego przysłali. Człek, pono, mądry, o oświatę dbały.
– A pan to musi jest literat – zaśpiewało krótkie i grube, niczem haubica, ciało.
Źle. Jestem bestjologiem.
– Jak?
– zdziwił się hurtownik. – Be? Zoo…
– lle. Be. Bestjolog. powtarzam. Badacz pozostałości zwierzęcych w duszy ludzkiej.
– Cieeekawe! – ucieszyło się wlókniste ciał9.
Zatem ma pan już jakąś teorję, stworzył pan pewnie całą naukę?
– l co pana popchnęło na tę drogę. Oh, Boże! – jęknął reumatyk miejscowego pochodzenia.
Wśród rozprażonych ścian zadudnił głos mizernego.
– Co mię popchnęło? Życie. Nadzwyczajne podobieństwo człowieka do zwierzęcia, podobieństwo, które,
między innemi, tak doskonale formułują bajki. Na bajki nie należy się zapatrywać, jako na dzieło przypadku lub chwyt pedagogiczny. Człowiek w nich przyznaje się do pokrewieństwa duchowego
z całą menażerją. Są one rewelacją niesłychanie ważną dla antropologa, polityka, moralisty, nauczyciela. Szczególnie wzruszyła mię bajeczka, którą kiedyś opowiedział mi mój mistrz. Nie wiedziałem co mam sądzić o tym ośle.
– O jakim ośle?-zaśpiewało krótkie a grube ciało.
– O tym, którego mam na myśli.
Śpiewający kształt zaperzył się.
– Bardzo proszę! Jeżeli mam zły akcent… Jestem aż z Mińszczyzny… Jeżeli mam zły akcent, to nie znaczy
jeszcze, byś mnie pan obrażał. Ja tutaj się parzę za swoje własne pieniądze, a pan zaraz…
– Ale ten pan zupełnie o jakimś innym ośle, z baj-
ki, z wyobraźni – uspakajało obcego dobrze utrzymane ciało.
– Niech pan będzie łaskaw opowiedzieć nam tę bajeczkę.
Mizerny wzruszył ramionami.
– Jeszczem nie zaczął, a już nieporozumienie. Źle. Zatem sprawa tak się miała. Pewien rolnik wiózł na ośle kosz warzyw do miasta. Droga wiodła koło rozpalonego cielska Molocha, któremu miano właśnie złożyć całopal ną ofiarę z kilku żywych ciał ludzkich, szykujących się na śmierć, jak to było widać, bez zbytniego zapału: Aż tu nagle osioł zatrzymał sir;, zrzucił z siebie kosz, spojrzał załzawionemi oczami na swego pana i tako mu ryczy: „Żegnaj mi i nie myśl o mnie źle. Idę na śmierć.”
.,Ośle – ten mu odpowie – wszak widzisz, że to nie ty, lecz ludzie na ofiarę są przeznaczeni.
 Pokiwał bydlak smutnie głow?: .. Właśnie, właśnie. Gdzie są ludzie, tam ja muszę być pierwszy.” I zapłakany kłapouch bez zastanowienia skoczył w żar.
– No cóż, to był tylko osioł-pobłażliwie uśmiechnęło się .dobrze utrzymane ciało.
– Ah tak? – wątpił bestjolog. – Tylko osioł… Źle.
Wlazł w paszczę dobrowolnie i upiekł się żywcem. Tak, to był osioł.
I zamilkł.
– Ale prosimy o zakończenie
– upominał się piegowaty kadłub.
– Czy ludzie poszli za osłem, czy też…
Tak, tak, to jest niesłychanie ważne. 0, Boże!- jęknął osowiały.
– Właśnie, o to chodzi…
Cisza wyczekująca spoglądała na mizernego.
– A właśnie, że nie powiem. Nie chcę i nic powiem. Niech każdy
z panów sam sobie koniec dośpiewa.
. – To jest trochę gałgaństwo i prowokacja-groźnie warknął dobrze utrzymany.
Reumato-publicysta zmarszczył brwi.
– W bajce tej tkwić może zarówno głębki sens społeczny lub polityczny, jak i wulkan nihilizmu. Pańskim
obowiązkiem jest dać zakończenie.
– Źle.Nie mam tu żadnych obowiązków, jak też nie mieliście żadnego obowiązku pożyczyć mi mydła.
Przechodzę odrazu do dalszego ciągu swych wywodów.
Otóż osioł nie dawał mi spokoju. Wciąż o nim myślałem i to było początkiem mych studjów nad człowiekiem. W tym czasie zacieśniłem węzły przyjaźni z mistrzem, który mi tę bajkę opowiedział. Był to rzeźbiarz portrecista. Dziwny człowiek. Oh, jakie on lepił portrety! Żądał, by mu pozowano nago. Bezwarunkowo nago. Twierdził, proszę panów, że we współczesnym człowieku bestja musiała uciec
z twarzy i schować się gdzie indziej. Tam, gdzie jej nie zobaczą, a więc pod ubranie. Panowie rozumiecie, że umiejętnie wytresowany członek społeczności powinien tak panować nad wyrazem swej twarzy, by móc zjednać sobie żonę, przyjaciół, kredyt, posadę, sympatję, deputat, słowem: byt. To też tyle razy
ociera się o was morderca, złodziej, gwałciciel, taki układny, .miły, uśmiechnięty – i w obliczu jego piętna
zbrodni, zezwierzęcenia nie znajdziecie. Bestja w nim jest, pasie się, tyje nawet, ale ukryła się
w cieniu sukien i płótna. M6j mistrz, jako rzeźbiarz uczciwy, chcąc dać portret, możliwie najgębiej w psychikę objektu sięgający, musiał mieć przed sobą nagie ciało. Byłem raz
obecny na takim seansie. Robił właśnie popiersie jakiejś ładnej modelki. Gdy wreszcie dziewczyna spojrzała na glinę, aż krzyknęła z przerażenia. Zamiast twarzy-ryj. Co tam ryj! Coś stokroć gorszego. Zbydlęcenie aż wyło z gęby głupiej, złej, drapieżnej. Zasłoniła modelka oczy
rękami i ryczy: ..Matko Boska, wszystko się wydało! Świnia zwyczajna jestem! Tak, to ja, kiedy jeszcze byłam sklepową, ukradłam tuzin chusteczek i sztukę batystu! To ja zdradzałam wszystkich swoich kochank6w! To ja chciałam otruć Ziutkę benzyną za to, że, szelma, zęby szczerzyła do mego Lopka… Nie, to chyba już nie był Lopek, to był Franek…Franek, czy też jeszcze Antoś? Nie, dobrze mówię: Lopek. O, Matko Boska!”
Zadziwiająca skrucha! Żądała, biedaczka, by ją natychmiast oddano w ręce policji.
– Teek. Niemiła przygoda…- zauważył osowiały stęknął trzykrotnie.
Nietutejszy kadłub z Mińszczyzny zachichotał wesoło.
– To, widzi, u nas był taki sam wypadek. Pewien prykaszczyk z Bobrujska miał taką mordę, że
się wszyscy z niego śmieli. Ale ożenił się. Poszedł, znaczy, z żoną do fotografji, a tam fotograf w śmiech.
Bo, w i d z i, on takiej mordy jeszcze nigdy nie  z d y m a ł na aparat.
Analogja przebrzmiała bez wrażenia. Mizerny mówił dalej.
– Teraz pojmujemy, dlaczego uczciwemu artyście nikt w końcu zamówień nie dawał. Raz tylko udał mu
się portret, mianowicie mój. I to pozowałem mu do płaskorzeźby z tyłu, jako że mistrz zauważył, iż mam
w łopatkach wyraz apostolskiego uduchowienia i mocy. Artysta, by istnieć, musiał porzucić lepienie ludzi i wejść w inną dziedzinę. Miał do wyboru: krok w jedną stronę pławić się w świecie ducha i rzeźbić świętych, lub krok w drugą-do zwierząt. Wybrał drugą. Ale i tu karmił się Goryczą a nędzą. Jego świnie, osły, małpy i węże tak do człowieka były podobne, że ludzie się obrażali i nikt nie chciał dzieł kupować. Nie dość na tem. Rzeźbiarz naraził się nawet władzom i miał
z tego powodu szereg nieprzyjemności.
– Ciekawe! – zdecydował dobrze utrzymany kadłub.  – Co panowie o tem sądzą?
– A no cóż – odezwało się ziarniste ciało aż z pod Przemyś!a.-Pan ma rację. Dopóki każdy Polak nie będzie umiał czytać i pisać, zawsze w skórę brać będziemy. Pierwsza rzecz – to oświata.
Mizerny nie zwracał uwagi na wnioski ziarnistego.
-I on, proszę panów, ten rzeźbiarz uczciwy, nauczył mię, jak należy szukać bestji w nagiem ludzkiem
ciele i jak czytać jej zbrodnie.
– To jest, jak to: czytać?-bąknął niepewnie osowiały. – Oh, Boże! }\iedyż ja się spocę!
– Zwyczajnie: czytać. Twarz przyzwyczailiśmy do gry, charakteryzujemy się na aniołów, świętych, bohaterów, gentlemNów. Ale ciało, zawsze okryte ubraniem lub kołdrą, nie krępuje się, ma wyraz szczery. Dlatego bestja przedemną się nie ukryje.
Zrobiła się cisza trochę niemiła.
– Eee! Zawracanie głowy! – nadrabiał miną dobrze odżywiony hurtownik, zmieniając jednocześnie układ
swych kończyn.
— Źle. Niech się pan przedemną nie chowa. Niech pan nie macha nogami. Ja pana widzę. Ja pana już: przeczytałem od tytułu do ogłoszeń!
Hurtownik parsknął krzykliwym, nieszczerym śmiechem.
– Thy… Pan to jest komik pierwszej klasy z płackarlą…
Mizerny wzrokiem zdzierał skórę z dobrze odżywionego, teraz spłoszonego ciała. Wreszcie krzyknął karcąco:
– Wstydź się pan! Ładnieś go pan urządził! I pan jeszcze tutaj? Na wolności? Pytam się: tutaj?
Hurtownik wił się, jak owad na szpilce.
– Jak to tutaj? Co to za głupie żarty, mój panie…
Poszukiwacz bestji był nieubłagany.
– Coś pan z nim uczynił, pytam? Gdzie sumienie?
Gdzie pan masz sumienie?
– Jeżeli idzie o to, mój panie, to on siedział w więzieniu, a nie ja. To on obmyślił całą sprawkę, on zorganizował plajtę. I trzeba panu wiedzieć, że przecież, do djabła… Zresztą, co pan sobie myślisz?-zawołał gniewnie wzburzony tułów i, klaszcząc drewnianemi sandałami po
kamiennej posadzce, wyniósł się za drzwi.
Zawrzał ruch. Ciała powstały z fotelów i sunęły ku wyjściu. Ale bestjolog stanął koło drzwi i już opero-
wał piegowatego.
– Pan, zdaje się, chciał mydła – zabrzęczał nieśmiały szept.
– Oto służę. Może ręcznika, szczotki do włosów.
A ten, wspaniałomyślnie biorąc ofiarowane sobie mydło i ręcznik, nie usuwał z twarzy wyrazu oburzenia.
– Ajaj! Jak pan mógł to uczynić! Jak pan mógł!
Badany bluznął przekleństwem, odepchnął maga  i zniknął w sali kąpielowej.
– Stójcie panowie! Czemu uciekacie? – dziwił się złowieszczo uczeń rzeźbiarza.
Dość łaźni… Czas nam pod prysznic…- tłumaczył  się ziarnisty i uciekł.
– Panie. a ona co? – badał mizerny przyciśnięte drzwiami przystojne ciało.
– Pytam się. co ona teraz biedaczka, porabia? Pytam się, czemu pan ją porzucił?
Jak pan mógł?
– Bo, widzi pan szanowny, miałem poszlaki, że ona… Właściwie, to było tak, że…
I też już go nie było.
 Teraz badawcze oczy z kolei we mnie się wwierciły. Stałem
z godnością, nie wzruszony, jak kolumna Zygmunta. Padły słowa mądre, głęboko prawdziwe. Nie mogę ich powtarzać przez skromność, stwierdzam tylko, że sąd wypadł zadziwiająco miło i trafnie, aż zapłoniłem się po same pięty z uzasadnionej dumy.
Dalsze badania przerwało wejście kąpielowego.
– Gdzie jest ten pan, co m i ę w z i ą ł?
– Mogę nim być ja – hardo oświadczył bestjolog.
Spojrzał łazienny na maga i jadowicie się uśmiechnął.
– Pana to ja znam. Ale myć nie będę. Dobry z pana k a n i b e r.
– Co takiego?
– Takich hojraków, jak pan, jest w Warszawie więcej. Pamiętam, pamiętam. Na dwa lata przed wojną, kiedy to jeszcze mywałem u Fajansa, pan mi nie zapłacił za mydło.
– To nie ja.
– Etete! Mógł pan swoją twarz nawet gumą zalać, ale przedemną pan się nie schowa. Bo twarz to dla mnie
wszystko równo, co mydliny ja na nią nie patrzę. Ale poznałem pana po odstającem trzeciem żebrze w prawym boku.
– Widocznie zapomniałem zapłacić.
Osowiałe ciało podskoczyło raźno do benera.
– Tę drobnostkę ja wyrównam z sowitemi procentami.
A do bestjologa rozlewnie i serdecznie.
– Dziękuję gorąco. Niech pana djabli wezmą, spociłem się nareszcie! I nie patrz się pan na mnie tak, do
czarta, ja panu sam wszystko opowiem, jak to było  wówczas przekonamy się, że udział mój
w sprawie tego szui, niech go denaturat zaleje, był tylko przypadkowy.
Pozwoli pan, że mu się przedstawię. Jestem kabina Nr. 7.
Z tym samym gestem i ja wyciągam dłoń do maga.
– Ja również poczuwam się do miłego obowiązku.
Jestem wieszadło Nr. 11 z lewej strony. Wszystkie kabiny były zajęte.
Bestjolog uśmiechał się łaskawie.
– Doskonale, kochani panowie. Nazywam się kabina z wytartym numerem.
– Bardzo nam jest przyjemnie – kłania się w swojem i mojem imieniu sympatyczna kabina Nr. 7.
– Panowie nic nie będą mieli przeciwko temu, że po wymyciu spotkam ich na dole, już
w charakterze gospodarza i organizatora skromnego obiadku.
– Chętnie, zacny panie – wyrażam swą gotowość.
Możeby jednak autor pańskich potów zechciał nam dokończyć swej bajki?
Tak niedawno jeszcze osowiałe, suche i matowe, teraz promieniejące i połyskliwe ciało rozsądnie hamowało mą ciekawość.
Po cóż to, kochany panie wieszadło Nr. 15…
– Nr. 11…
– Przepraszam, Nr. 11… Do nazwisk nie mam jakoś pamięci… Cóż to nas i pana może obchodzić? Dość,
że osioł wlazł dobrowolnie w paszczę Molochowi. A czy człowiek poszedł za jego przykładem? To jest już nieaktualne…
Informacja o autorze i wykaz opublikowanych utworów jest  TUTAJ
Materiał pobrano z Podkarpackiej Biblioteki Cyfrowej.
183 Ogólnie 4 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

Wacław Filochowski

     Wacław Filochowski     O utalentowanym rodzeństwie pisaliśmy już kilka lat temu. Omówiliśmy tam   zarówno  życie ich obojga jak i dorobek literacki, ale też obiecaliśmy, że[...]

Wacław Filochowski.

Wacław Filochowski     WRONY OPOWIEŚĆ NOWOROCZNA Jedno potężne napięcie mięśni, jeden arcyskok - i oto znalazłem się po drugiej stronie nieprzyjaźnie na- jeżonego ogrodzen[...]

Wacław Filochowski

Bies Wiosny. Ręka Gąsewicza, niespokojnie dotąd drgająca na połyskliwej materji kołdry, podniosła się gwałtownie i przesunęła niebieski abażur lampy w ten sposób, że strzęp białe[...]