Wakacyjna wycieczka uczniów łomżyńskiej Szkoły Handlowej

 

             Trzy lata temu pisaliśmy na naszych łamach Łomżyńskie Szkoły Handlowe – zakończenie roku szkolnego :  15 września 1906 r. powstała w Łomży Prywatna Siedmioklasowa Szkoła Handlowa dla 306 uczniów narodowości polskiej, wydalonych z rządowego gimnazjum rosyjskiego za udział w strajku szkolnym w 1905 r.  Jej tradycje kultywuje  Zespół Szkół Ekonomicznych i Ogólnokształcących Nr 6 na którego stronach  internetowych  w rozdziale „Historia Szkoły” – podrozdziale Prywatna 7- klasowa Szkoła Handlowa Męska czytamy m inn.:

Z inicjatywy zacnych obywateli miasta powstała w Łomży pierwsza szkoła zawodowa. Jednym z najbardziej zasłużonych obywateli był Stanisław Lutosławski, na którego nazwisko 26 czerwca 1906 roku Ministerstwo Przemysłu i Handlu w Łomży wydało zezwolenie na otwarcie szkoły handlowej w Łomży. Był on później długoletnim kuratorem szkoły. Według wydanego zezwolenia można było urządzić bibliotekę, gabinet fizyczny, muzeum, laboratorium oraz gromadzić pomoce naukowe. Historię, geografię i język rosyjski wykładać należało po rosyjsku, resztę przedmiotów w języku polskim. Korespondencję z władzami prowadzono także w języku rosyjskim. Nadzór nad szkołą miało Ministerstwo Przemysłu i Handlu.

Nad rozwojem szkoły czuwała Rada Opiekuńcza, w której skład wchodził Stanisław Lutosławski, Edmund Cebert, M. Karolec, A. Kuberski, F. Wierzbicki, Aleksander Chrystowski, K. Alchimowicz (dane z roku 1910 roku).(…..)

W szkole można było uczyć młodzież historii Polski, literatury polskiej i geografii. Program nauczania i wychowania był w gestii dyrektora szkoły, on też zawierał umowy z nauczycielami. (….).   Czasami urządzano tajne odczyty z historii Polski, np. w setną rocznicę urodzin Juliusza Słowackiego w 1909 roku i Zygmunta Krasińskiego w 1912 roku.(…)

Integralną częścią szkoły była biblioteka, będąca w szkole od początku jej założenia. Już na początku jej funkcjonowania Rada Opiekuńcza podarowała cenny księgozbiór.

W roku szkolnym 1907/1908 biblioteka liczyła około 900 tomów. W bibliotece pracowali uczniowie pod kierunkiem nauczyciela Kazimierza Kęsickiego. Była to tzw. Biblioteka uczniowska, obok której istniała biblioteka szkolna (613 woluminów), którą opiekował się nauczyciel Julian Kleindienst. Na uwagę zasługuje także wyposażenie gabinetów przedmiotowych. Najlepiej wyposażony był gabinet fizyczny z pomocami naukowymi do akustyki, aerostatyki, elektryczności, galwanizmu, hydrostatyki, optyki, magnetyzmu, mechaniki. W pracowni geografii i historii było 13 map ściennych, globusów i tellurium. Inne gabinety nie były gorzej wyposażone. Najcięższe warunki pracy miał nauczyciel gimnastyki, ponieważ nie było sali gimnastycznej, ale sport szkolny rozwijał się żywiołowo. Uczniowie uprawiali kolarstwo, piłkę nożną, wioślarstwo. Zimą młodzież z zapałem uprawiała jazdę na łyżwach.(…)

W szkole odbywały się także odczyty, poszerzające wiadomości uczniów a nie objęte programem nauczania. (…) Odczyty te prowadzili nauczyciele szkoły jak i zaproszenie wykładowcy. W klasach V-VI-VII prowadzono seminaria, poszerzające wiadomości z różnych przedmiotów. Referaty przygotowywali uczniowie, a po ich przedstawieniu prowadzono dyskusje. To właśnie wtedy odbywały się tajne uroczystości narodowe, na których omawiano zabronione tematy z historii, literatury polskiej prowadzone przez J. Kleindiensta. Odczyty i seminaria odbywały się poza godzinami obowiązkowych zajęć.(….)

Szkoła organizowała wycieczki w okolice miasta i dalsze. Miały one na celu nie tylko obcowanie z przyrodą, ale były to także zakulisowe działania narodowe i patriotyczne.(…)

            Relację uczestnika jednej z takich wycieczek  zamieścił w  odcinkach, w październiku i listopadzie  1910 roku,  tygodnik „Wspólna Praca”.  Publikujemy ją poniżej w wersji oryginalnej.

 

Wakacyjna wycieczka uczniów łomżyńskiej Szkoły Handlowej

Nadszedł nareszcie upragniony dzień wycieczki (23 czerwca), tak niecierpliwie oczekiwany przez jej uczestników. Gdy rankiem dnia tego spojrzałem na niebo, twarz moja musiała się tak zasępić, jak zasępione było w tej chwili niebo, pokryte ze wszech stron czarnemi chmurami, z których bezustannie spływały rzęsiste potoki deszczu. No, niewesołe będą miny wycieczkowiczów myślałem  gdy taki stan potrwa dłużej. Lecz na szczęście około południa złowrogie chmury rozjaśniły się nieco, i pierwszy, a za nim drugi promień słońca przedarły się przez chmury, krzepiąc nadzieją dobrego początku. Punktualnie o godzinie 2-ej po południu zebrała się gromadka złożona z czternastu uczniów i trzech nauczycieli, na rynku przed cukiernią, gdzie już oczekiwały drabiniaste wozy. Po chwili wyruszyliśmy w długą, bo prawie dwa tygodnie trwać mającą podróż, żegnani życzliwemi sło­wami tych, którzy dla różnych powodów jechać z nami nie mogli.

Wycieczka! – dwa tygodnie wśród pól i lasów, dwa tygodnie ustawicznego obcowania z naturą, poznawania nowych dla nas miast i nieznanych nam zakątków kraju i jego zabytków, a prócz tego – wolni, jak ptacy, gdyż przed nami długie ferie! Nic też dziwnego, że twarz każdego promieniała radością, a wzrok swój słaliśmy nie na miasto, lecz hen przed siebie, kędy wiła się biała, ginąca w oddali wstęga szosy. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do Ostrołęki, gdzie mieliśmy się zatrzymać na nocleg. Korzystając z czasu , udaliśmy się niezwłocznie na zwiedzenie osobliwości tego grodu, pod łaskawym przewodnictwem pp Kozłowskiego i Bzowskiego, imiennika jednego z uczestników wycieczki. Samo miasto nie przedstawia się zbyt osobliwie i jest podobne do wielu innych miast powiatowych naszego kraju. Posiada dwa kościoły, z których pierwszy wraz z klasztorem Bernardynów, zbudowany w r. 1616, uległ spaleniu w r. 1831, a następnie odbudowany w 1873 r. zatracił swój pierwotny wygląd. Wewnątrz kościół, ze swoim pięknym w pomyśle i wykonaniu wielkim ołtarzem i pięknemi malowidłami pędzla artysty malarza Dowmunta, między któremi wyróżnia się malowidło na plafonie, przedstawiające pokłon, oddawany Stwórcy przez cztery strony świata, czynił bardzo podniosłe wrażenie. Obok kościoła znajduje się mały dziedziniec, otoczony galerją, mieszczącą pięknie malowane stacje męki Pańskiej. Drugi kościół, Farny, którego nie mogliśmy obejrzeć wewnątrz z powodu spóźnionej pory posiada z zewnątrz utkwione w murach swoich kule armatnie  pochodzące z 1831 r . W czasie przechadzki dowiedzieliśmy się, że w posiadaniu p. inżyniera Zaruzina znajdują się ciekawe zbiory archeologiczne. Postanowiliśmy je obejrzeć i w tym celu udaliśmy się do mieszkania p . Zaruzina, który nie odmówił naszej prośbie i łaskawie pokazywał nam różne przedmioty, objaśniając jednocześnie ich pochodzenie. Między innemi oglądaliśmy: miecz z XV wieku, stare części strzelb, sporą liczbe starych monet,  wśród nich wiele polskich, oraz rogi jelenie i wiele skamieniałości, pochodzących z dna Narwi, a wydobytych przy wbijaniu nowych pali podczas naprawy mostu. Stare pale dębowe doskonale świadczą o gospodarce ówczesnej. gdyż wydobyte z wody, po latach prawie osiemdziesięciu, przedstawiają okaz bardzo jeszcze zdrowego drzewa Od p. Zaruzina udaliśmy się do p. Babskiego, członka korespondenta      T-wa krajoznawczego, którego uprzednio prosiliśmy o łaskawe przygotowanie dla nas noclegu. Zastaliśmy nie tylko wygodne noclegi, ale i zastawiony obficie stół, do którego oczy nam się śmiały, a p Babski niestrudzenie, z całą uprzejmością zapraszał do posiłku, z czego skwapliwie skorzystaliśmy Przyjemnie i pożytecznie zeszedł dzień pierwszy. Na drugi dzień o godzinie 6 ej rano byliśmy wszyscy na nogach, a zjadszy śniadanie i upakowawszy w torbach prowianty na cały dzień, ruszyliśmy do odległego o 37 wiorst Myszyńca.  Po kilkunastu minutach drogi zatrzymaliśmy sie, aby obejrzeć pomnik wystawiony na pamiątkę bitwy pod Ostrołęką, i rzucić okiem na stare, z tegoż czasu pochodzące okopy, poczym poczeliśmy się żegnać z odprowadzającemi nas pp. Babskim, Kozłow­skim i Bzowskim . Ruszyliśmy od razu rzeźwym krokiem brnąc w piaszczystym gościńcu z razu po kostki, później nieco głębiej. Ażeby jednak do szczęścia niczego nie brakowało zaczął padać maleńki deszczyk: gdy zmokliśmy dostatecznie , pokazało się nareszcie zawstydzone próżniactwem słońce  i zaczęło porządnie przypiekać, na zmianę deszczyk i słonce towarzyszyły nam do wioski Dylewo, gdzie nastąpił krótki odpoczynek i ugaszenie pragnienia przed kuźnią. Tu mieliśmy sposobność rozmawiać z kilku wieśniakami, którzy na zadawane pytania, dlaczego we wsiach widzimy tak mało mężczyzn, odpowiadali, że przypisać to należy tłumnym emigracjom do Ameryki, i dodawali, że tu prawie każdy chłop przynajmniej raz jeden był za oceanem i że wielu z nich bez wielkiego namysłu odrywa się od chaty i roli, po pewnym czasie jednak powraca. Nas również uważali za takich, którzy jadą szukać szczęścia na drugiej stronie globu, a gdy jeden z nas starał się im wytłumaczyć cel naszej podróży, kiwali z niedowierzaniem głowami, mówiąc: „ A toż kto podrózuje po naszych wsiach na Kurpiach, chyba za grzechy” i dodawali : „jak do Prus -to ta pany za strojne, do budowy kościoła w Myszyńcu też nie, więc napewno do Ameryki.” Lud tutaj przeważnie dobrze zbudowany, śmiało patrzy w oczy i wydaje się być dużo energiczniejszym od ludu innych okolic. Zapytani zrazu odpowiadają niechętnie, lecz gdy się ich wciągnie w rozmowę odpowiadają ze swadą, znamionującą duży zasób inteligiencji. O wielu historycznych zdarzeniach, które miały miejsce na Kurpiach, i pamiąt­kach, pozostałych po nich, wielu z nich posiada dosyć dokładne wiadomości co mogliśmy niejednokrotnie później sprawdzić. Dzieląc się wrażeniami, przy dźwiękach wygwizdywanego marsza raźnie posuwaliśmy się naprzód, uważnie przyglądając się napotykanym chatom kurpiowskim, podziwiając nieraz piękne ich ozdoby, wyrzynane desenie, a czasem lekką rzeźbę, przypominające nieco styl zakopiański i oryginalne zakończenia dachów w kształcie rogów jelenich. Południe mijało, gdy zdaleka ujrzeliśmy wieżyce kościoła we wsi Kadzidło, dokąd dążyliśmy na dobrze zasłużony obiad.

Obiad, naprędce zaimprowizowany, spożyliśmy w miejscowej herbaciarni, której schludny wygląd zachęca nas do polecenia jej tym wszystkim, których ciekawość lub interes zmusi do przebywania w tych stronach Zwiedzaniem kościoła zakończyliśmy swój pobyt w Kadzidle. Kościół bardzo piękny i obszerny, zbudowany w stylu renesansowym, zawdzięcza swe powstanie staraniom b. proboszcza ś. p. ks. Rejchla i doskonale świadczy o wielkiej ofiarności parafian.  Wewnątrz wszystkie ściany pokryte artystycznemi  malowidłami pendzla Dowmunta i Lindemana.  Całość robi wrażenie nie wiejskiego, lecz wielkomiejskiego kościoła, wykonanego z wielkim smakiem, bez zbytniego nagromadzenia szczegółów, wszystko ujęte w tony bardzo łagodne, poważne, lecz nie ciężkie. Opuszczamy Kadzidło o godzinie 2 ej po południu. posuwając się z trudem naprzód po drodze wioskowej, usianej kałużami, po których w wielu miejscach możnaby z powodzeniem uprawiać sport wioślarski. Okolica, przez którą przechodzimy, przedstawia się bardzo monotonnie. Jak okiem sięgnąć, widać równinę, nie urozmaiconą żadnym wzgórzem. Rzadko tylko spotyka się maleńki lasek. Niby oazę wśród piaszczystej gleby tutejszej. ldąc dalej, mijamy wioski Wach i Zalesie; droga przez kilka wiorst ciągnie się między nawodnionemi łąkami, tworząc groblę wśród błotnistych obszarów.

 Około godziny 7-ej wieczorem, dość zmęczeni, przybywamy nakoniec do Myszyńca, osady, położonej nad rzeką Rozogą . Dawniej Myszyniec położony wśród wielkiej niegdyś puszczy Kurpiowskiej albo Myszynieckiej do roku 1867 był miasteczkiem i stanowił główną siedzibę ludzką w puszczy. Początkiem tej osady było wzniesienie tu przez Jezuitów w pierwszych dziesiątkach XVII wieku w celu odprawiania misji wśród na pól dzikiej leśnej ludności puszcz, zwanej Kurpiami. Kurpie cieszyli się w tym czasie wielką swobodą, gdyż posiadali samorząd i osobne prawa leśne, nad których przestrzeganiem czuwali wybierani w tym celu bartnicy. Jedyny podatek skarbowy płacili w naturze, pod postacią rączki miodu. Żyli wyłącznie z polowania, rybołówstwa, hodowli pszczół i bydła. Rolnictwo rozpowszechniło sie tu późno. Dziś Myszyniec, jako osada, posiada około 2000 mieszkańców. Ze starych budowli zachowała się dotąd jedynie dzwonnica kościoła, zbudowanego w r I716 na miejscu spalonej podczas walki ze Szwedami kaplicy w r. 1702. lnne części kościoła zostały rozebrane i na jego miejscu, buduje się obecnie świątynię murowaną.

 Jako rzecz godną widzenia. pokazują mieszkańcy żelazo, obręcze, zwane kunami, wmurowane w ściany dzwonnicy, służyły  one niegdyś jako kajdany. nakładane na szyje przestępców, stawianych na widok publiczny.

 U p . TerpIikowskiego z którego uprzejmej gościnności korzystaliśmy podczas naszego pobytu w Myszyńcu mieliśmy sposobność zapoznać się z miejscowymi wyrobami z bursztynu i zbiorem pięknych misternie wykonanych wycinanek z papieru, te ostatnie zarówno doborem kolorów jak i oryginalnemi pomysłami w układzie dobrze świadczą o artystycznym upodobaniu ludu. To samo mniej więcej da się powiedzieć o tkaninach miejscowych, chociaż ustępują pod względem zestawienia barw podobnym tkaninom z Ks. Łowickiego.

Dnia następnego wyruszając z Myszyńca mogliśmy podziwiać barwne stroje Kurpianek, wykrochmalone spódnice i nieraz ładny buziak i urodę właścicielki. Marszruta dnia tegoż prowadziła przez wsie Surowe, Kurkowo, Zaręby do osady Chorzele, razem 35 wiorst.

O 1 1/2 . wiorsty za Myszyńcem przeszliśmy t. z Kopański Most na rzeczce Rozodze, pamiętny w historji porażką Szwedów, jaka tu miała miejsce w 1702 r. Most łączył niegdyś położoną wśród leśnych moczarów i olbrzymich bagnisk i rozdzieloną przez rzekę groblę-drogę, prowadzącą do Myszyńca. Na nim dzielni Kurpie uczynili zasiek ze zbitych kłód drzewa i niezawodnemi strzałami swemi rozbili duży oddział szwedzki, dowodzony przez samego Karola XII który z trudem z kilku towarzyszami zaledwie wydostał się z tej pułapki. Po pół­godzinnej drodze znaleźliśmy się u skraju dużego, bo prawie 2 mile ciągnącego się lasu i tu zatrzymaliśmy się u wspólnej mogiły poległych w 63 roku. Pożegnawszy mogiłę, idziemy dalej między szeregami prawdziwych olbrzymów leśnych, dawne pamięta­jących lata, a poszum ich konarów, poruszanych wiatrem, zda się, niesie nam pieśń cichą, mówiącą o zdarzeniach, tu wynikłych. Obrazy tych zdarzeń zarysowują się wyraźnie w wyobraźni, myśl cofa się wstecz w odległą przeszłość, idziemy chwilę w poważnym skupieniu. U rozstajnych dróg wśród lasu odłącza się 3 uczestników, aby dopytać się gdzie o drogę, i gubimy ich, lecz po godzinie odnajdujemy na krańcu drogi leśnej; następuje krótki odpoczynek  w czasie którego zawiesiwszy nogi na drzewach, a głową dotykając ziemi, myślimy o wynalezieniu lepszego sposobu podróżowania po piaskach. Nic nowego nie wynaleźliśmy, odpoczynek jednak tak nas wzmocnił, że wkrótce mijamy wieś Surowe i niezadługo znajdujemy się u brzegu rzeki Omulew, gdzie kilku z nas zażyło kąpieli, po której, z myślą o obiedzie, szybko docieramy do wsi Kurkowe. Tutaj. zainstalowawszy się na podwórzu karczemnym, stajemy się powodem zbiegowiska i podziwu wszystkich mieszkańców wioski. Zapłaciliśmy tylko za cukier i herbate do zaparzenia, gdyż woda, według słów gospodyni, nic nie kosztuje i można psić, ile się ta komu chce·. Oczywiście, nie protestowaliśmy przeciw takiemu załatwieniu sprawy, lecz zachęceni tym, zwróciliśmy się do otaczających nas gospodarzy z zamiarem wynajęcia furmanki do Chorzel. Niestety, przekonaliśmy się, że bezinteresowność ich nie sięga daleko, bo zaproponowane przez nich ceny przestraszyły najodważniejszego z nas i tym samym wzmocniły nogi, czyniąc je zdolnemi do dalszej drogi. Droga i okolica między wsią Kurkowo i Zarębami są tak piasczyste, że, widząc je, można śmiało przystąpić do opisu pustyni Sachary. W Zarębach, poszukując koni, poznaliśmy pewnego Kurpia, kościelnego, który kiedyś mieszkał w Warszawie i, gdy się dowiedział, że i mię­dzy nami są tacy, co w niej bywali, i że wszyscy tam podążamy, ucieszył się bardzo, poczęstował nas herbatą, postarał się o konie i wszystkim nas przedstawiał, gdyż, jak mówił, „nic dziwnego być w Ameryce, ale w Warszawie nie każdemu być się zdarzy”. Mrok już zapadł gdy. usadowieni na trzech furkach, wyjeżdżaliśmy z Zaręb, rzucając melancholijne spojrzenia na zawisłe nad nami ołowiane chmury. Nie ominęła nas ulewa i towarzyszy  wytrwale przez całą drogę. Jechaliśmy tuż przy samej granicy pruskiej Raz jeden byliśmy niepokojeni przez straż pograniczną, ale skończyło się jedynie na obejrzeniu w ciemności naszego furmana. Przemoczeni pomimo nieprzemakalnych kortów, wiezieni po różnych rowach i wertepach tak, jak chciała siwa kobyła, gdyż furman nic nie widział, dojechaliśmy już prawie o północy do Chorzel.

W Chorzelach zatrzymaliśmy się przed gankiem domu, zamieszkałego przez pana rejenta Leszka, poś­piesznie zeskoczyliśmy i zdobywaliśmy miejsca na ganku, chroniąc się od zupełnego przemoknięcia Usłyszano nas wkrótce i wewnątrz domu, gdy z hałasem swoim spędziliśmy sen z oczu niespodziewających się gości mieszkańców jego. Zabłysnęły smugi światła. rzuconego z otwartych gościnnie drzwi, i niezadługo gospodarzyliśmy już w kancelarji p. rejenta. która nigdy zapewne nie miała tak wielu gości o tak niezwykłej porze. Zabieraliśmy się właśnie do rozwieszania w korytarzu naszych peleryn, gdy nadszedł pan Leszek i zaprosił nas do salonu. Wymawialiśmy się wprawdzie naszym zabłoceniem, lecz nic nie mogło przezwyciężyć prawdziwie staropolskiej gościnności. jaką tu znaleźliśmy. Wzięto nas w niewolę i musieliśmy być posłuszni. Miła to była niewola, tym bardziej, że pan Leszek podczas rozmowy niezwykle barwnie i zajmująco opowiadał nam o okolicznych mieszkańcach, ich zwyczajach i obyczajach, religijności, oś­wiacie, próbach zastosowania ulepszeń w gospodarstwie i drobnym przemyśle ludowym, i opowiadał tak w sposób wyczerpujący, jak może mówić tylko ten, który lud ten studjuje, jak otwartą księgę, od dziesiątków lat. Przy kolacji poznaliśmy panią Leszek oraz córkę i zięcia gospodarstwa, a wszyscy razem tak serdecznie się nami zajmowali, ze byliśmy tą niezwykłą gościnnością niemal zawstydzeni. Kancelarja rejenta tymczasem zamieniła się na olbrzymią sypialnię; stoły z pieczęciami poszły gdzieś w kąt, a miejsce ich zajęły: słoma, sienniki, kanapki, cały stos poduszek, i wkrótce utonęliśmy w tym wszystkim, mając w myśli groźbę p Leszka, ze obudzi nas dopiero o 10 rano. I byłby groźby dotrzymał, gdyby nie to, że niektórzy uczestników zmuszeni byli wstać wcześniej, aby pozeszywać porozrywane poprzedniego dnia na wozie … czapki, i pobudzili innych. Maruderzy byli jeszcze w negliżach, gdy mieliśmy już gościa w osobie p. sędziego Kłoczewskiego z Bohdan Wielkich, który łaskawie ofiarował nam konie, mające nas zawieść do odległego o 3 mile Szumska. Oglądanie miasta, które niegdyś stanowiło ważny dla okolicy punkt handlowy, a podupadło i straciło swe znaczenie w okresie wojen napoleońskich, nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Jak wszędzie tak i tu, przedewszystkiem zwiedziliśmy kościół, posiadający piękne płasko­rzeźby, przedstawiające Mękę Pańską. W czytelni miejscowej mieliśmy możność skonstatować dużą poczytność wśród ludu, czytującego dzieła poważne treści historycznej. W tejże czytelni podejmował nas p. rejent obiadem, a obowiązki gospodarza pomagali mu spełniać łaskawie pp. Dr. Mieczyński i p. Czerwiakowski z siostrą, pod której opieką znajduje się księgozbiór czytelni. Prawdziwą, a przyjemną niespodzianką było dla nas usłyszenie dźwięku orkiestry pod oknami czytelni, przygrywającej nam podczas obiadu. O godz. 2 1/2 odjeż­dżaliśmy z Chorzel, dziękując serdecznie za doznaną gościnność p p. Leszkom, żegnani przez nich słowami «Szczęśliwej drogi, a gdyby deszcz padał to zajeżdżaj do Bohdan», pouczał p. rejent odwożącego nas furmana  – muszą tam was przyjąć, czym mają  dorzucił, gdy byliśmy już daleko.

Bajeczna zmiana, myśleliśmy , wczoraj brnęliśmy po kostki nóg w piaskach, a dziś siedzimy wygodnie na wymoszczonym doskonale wozie, zaprzężonym w czwórkę koni, które wesoło parskają, przyczym furman z bicza pali, jakby wiózł młodą parę. a i słonko po wczorajszym deszczu wyjrzało z za chmur, zapowiadając dobrą pogodę Niedługo mijamy pierwszy w tych stronach napotkany dwór Bohdany Wielkie, i konie objawiają pewną chęć skręcenia do niego, widocznie nęci je pełny żłób, lecz woźnica energicznym ruchem bicza wyperswadował im te niewczesne zachcianki i wóz bez przeszkody potoczył się dalej. Piaski kurpiowskie już dawno za nami. Jedziemy teraz okolicą bardzo ładną: miejsce płaszczyzn zajęły wzgórza, a miast piasków widzimy w około wiele ładnie odbijających od ogólnego tła zieleni ciemniejszych nieco lasków. Droga gęsto usiana dużemi głazami granitowemi, powstanie których w tych stronach objaśnia nam nasz przyrodnik. Gleba tych okolic trochę gliniasta, lecz urodzajna. Około godz. 5 dojeżdżamy do wsi kościel­nej Dzierzgowo, gdzie też zatrzymujemy się, w celu obejrzenia kościoła pięknego gotyku wiślano-bałtyc­kiego, poczym siadamy na wóz. aby wkrótce znaleść się w odległym o 2 wiorsty Szumsku.  Przy trzaskaniu z bicza zajeżdżamy przed ganek dworu, witani przez właścicieli Szumska pp. Duczymińskich. Po podwieczorku udajemy się na zwiedzenie wspaniałego parku, w którym. jako osobliwość, podziwiamy niezwykły wybryk natury, trzy zrośnięte z sobą u podstaw olbrzymie kasztany oraz rozłożyste jesiony, pod gałęziamy których urządzono obszerne altany Następnie obejrzeliśmy wzorowo urządzoną szkół­ke wiejską, założona i utrzymywaną przez p Duczymiń­ską, a zebrane w niej dzieci popisywały się przed nami śpiewem i. zapytywane przez nas, odpowiadały na pytania z niezwykłą u dzieci wiejskich śmiałością Obok szkoły znajduje się plac do zabaw dla dzieci oraz pólka doświadczal­ne Każde z dzieci posiada swój kawałek ziemi, który obsiewa i dogląda, czemu oddaje się z wielką gorliwością. Po kolacji, w czasie której p. Duczymiński, b. wychowaniec szkoły w Marymoncie, podnosił wysokie znaczenie wycieczek szkolnych, przeszliśmy do salonu, gdzie wysłucha­liśmy kilku pieśni, wykonanych przez uczennice szkółki, a przygotowanych na uroczystość grunwaldzką w Dzierzgowie. Na ożywionej pogawędce, podczas której wielu z nas próbowało swych głosów przy akompanjamencie fortepianu. szybko minął wieczór, a nieubłagane wskazówki zegara przypominały , że czas już pożegnać uprzejmych gospodarzy. Nocleg dnia tego mieliśmy urządzony bardzo wygodnie w spichrzu. lecz chęć spoczynku odeszła gdzieś daleko i, zanim się położyliśmy, odśpiewaliśmy przed tym chórem wszystkie znane nam pieśni, a następnie jeden z nas zaczął opowiadać bajki, wszyscy zaś inni mieli dawać znać w pewnych odstępach czasu, że czuwają. Co raz mniej głosów odpowiadało, aż w końcu I opowiadający zamknął oczy i wszechwładny sen opanował uczestników wycieczki. Dnia następnego od wczesnego rana zwiedziliśmy szczegółowo wzorowo urządzone gospodarstwo w Szumsku, a po śniadaniu, na które nas wezwał dzwon dworski, ulokowaliśmy się na wozach i  żegnani przez pp. Duczymińskich, odjeżdżaliśmy w stronę Mławy, obiecując sobie mieć na długo w pamięci Szumsk i jego gościnnych gospodarzy. 

W Mławie udaliśmy się wprost do Szkoły Handlowej gdzie, ulokowawszy się wygodnie w dużej sali gimnastycznej, niezwłocznie zaczęliśmy oglądać urządzenia tej  morowej pod względem pomocy naukowych uczelni. Szkoła zajmuje kilka obszernych parterowych budynków, mieszczących przed kilku laty rządowy skład wódek. Obecnie budynki te gruntownie przerobione, mieszczą w sobie obszerne i widne  sale wykładowe, gabinet fizyczny, zaopatrzony niemal we wszystkie konieczne pomoce naukowe, laboratorjum chemiczne, urządzone z dużym nakładem funduszów, sale do praktycznych zajęć z przyrodoznawstwa, czytelnię, bibliotekę. salę dla chórów i orkiestry, dużą i widną salę gimnastyczną, zaopatrzoną w odpowiednie przyrządy, oraz olbrzymi dziedziniec, część którego służy jako miejsce zabaw i gier

ruchowych młodzieży, część zaś zajęta jest pod kółka doświadczalne, na których młodzież, własnoręcznie pracując, ma możność codziennego obserwowania wzrostu i rozwoju posadzonych i zasadzonych przez siebie roślin, badania w sposób doświadczalny i poglądowy praw ewolucji rządzących całą przyrodą, uczy się jednocześnie kochać przyrodę i szanować pracę.
Ogólnie szkoła robi nadzwyczaj sympatyczne wrażenie; Wszystko w niej jest uwzględnione, znać, że postawieni na  jej czele dążą wytrwale do stworzenia typu odpowiadającej najnowszym współczesnym wymaganiom.

Po zwiedzeniu szkoły udaliśmy się na wystawę koni która nie  przedstawiła się zbyt  imponująco, przeważają konie włościańskie, ładnych okazów sprowadzono bardzo mało, jak nas objaśniono, z powodu choroby grasującej wśród bydła.

Po obiedzie, którym podejmował nas p. Frankanowski – dyrektor szkoły, udaliśmy się na zwiedzenie miasta, robi dobre wrażenie, ruch duży, znać, że jest łącznikiem wielkich środowisk ludzkich; posiada wiele ładnych domów, dobre oświetlenie, bruki i chodniki, park miejski, hale targowe.

Po wysłuchaniu w Tow. Rolniczym odczytu  „o ubezpieczeniu bydła”, oglądamy kościoły, stary spichrz «na starostwie>> jedną z dawnych budowli drewnianych, i wreszcie cmentarz . W dniu tym jeden z uczestników usiłował nam zachorować, lecz dzięki energicznej pomocy p. Frankowskiej, zdołaliśmy chorobę usunąć, uważając, że przychodzi nie we właściwym czasie, i już wieczorem, udając się na kolację do pp. Frankowskich, mieliśmy go  między sobą.

Dnia  następnego już o godzinie 4 rano byliśmy do drogi, a wypróżniwszy samowar i duży kosz bułek do czego nabraliśmy ogromnej wprawy w ciągu dni ostatnich, szybko podążyliśmy na stację kolejową odległą od miasta o 3 wiorsty drogi i tu, wykupiwszy bilety wsiedliśmy na pociąg, aby w niespełna w godzinę znaleźć się  w Ciechanowie, starym grodzie ks. mazowieckich . Program dnia tego obejmował zwiedzenie cukrowni miasta, ruin zamku i Opinogóry, mieszczącej w podziemiach kościoła prochy nieśmiertelnego twórcy „Nieboskiej komedji”. Na dworcu oczekiwali nas pp. Stypułkowski i Ruszkiewicz, inżynierowie cukrowni „Ciechanowiec”, wygodnym wozem strażackim jedni, a powozikiem  drudzy, pojechaliśmy do położonej za miastem fabryki. Po zwiedzeniu szkoły fabrycznej znaleźliśmy się wreszcie w  cukrowni. Żałować należy, że fabrykę zastaliśmy nieczynną, co nie dało nam możności poznania w stanie uruchomionym tej olbrzymiej machiny, pracującej z gorączkową  i niezmordowaną energją dzień i noc szereg miesięcy. Lecz chociaż olbrzymy fabryczne stały nieruchome, o pracy ich nad przetworzeniem buraków w czysty cukier, nabraliśmy dokładnego pojęcia, dzięki niezwykle jasnym i szczegółowym objaśnieniem p. Stypułkowskiego który w  wykładzie swoim przeszedł z nami wszystkie oddziały fabryki pokazując i objaśniając pracę każdego kotła, każdej maszyny, zaczynając od szluzy, służącej do wypuszczania buraków do pierwszego kotła, krajalnicy, a kończąc na ostatnim wydającym czysty cukier krystaliczny.

Obejrzeniem laboratorjum chemicznego i wysłuchaniem

objaśnień o praktycznym zastosowaniu rożnych przyrządów w cukrownictwie zakończyliśmy zwiedzanie fabryki.

Dziękując  p. Stypułkowskiemu, wychodziliśmy z fabryki z tym przeświadczeniem, że zdobyliśmy dzięki jego uprzejmości duży zasób wiadomości praktycznych w jednej dziedzinie naszego przemysłu. Pod przewodnictwem p. Ruszkiewicza rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta,  a później ruin zamku  ciechanowskiego, znajdujących się poza miastem na gruntach majoratu opinogórskiego. Zamek ciechanowski, założony przez Janusza Ks. mazowieckiego i później przerobiony przez Bonę, znajduje się w nizinie, tuż nad brzegiem rzeki Łydyni. Dawniej dokoła otoczony był  błotami i tylko wązka grobla  prowadziła  do bram jego murów, wzniesionych na niewielkiej sztucznie usypanej kępie, tworząc tym sposobem silne i obronne stanowisko. Przez ciąg wieków zamek przechodził różne koleje i do roku 1646  stanowił gmach jeszcze mieszkalny. Po pierwszej wojnie ze Szwedami, w czasie której ofiarą  padł  zamek, zmienił on swoją postać, a ostatecznie został zniszczony, gdy ta część kraju została zajęta przez Prusaków. Wtedy to wewnętrzne budowle zamku zostały doszczętnie rozebrane Do dziś zachowały się jedynie dwie wieże i mur obwodowy, w wielu miejscach poreperowane przez miejscową straż ochotniczą.

Po obiedzie. spożytem w cukrowni, siedliśmy na oczekiwające nas wozy, przysłane przez p. Dąbskiego administratora dóbr hr Krasińskich, i na nich udaliśmy się do odległej o 6 wiorst Opinogóry.

Daleko jeszcze do Opinogóry, a już z daleka widzimy na wyniosłości górującej nad okolicą, pokrytą jak okiem sięgnąć złocistemi kłosami falującego zboża, piękny i obszerny park między drzewami którego bielą się mury pałacu – siedziby panów na Opinogórze.

Wkrótce stajemy u skraju parku i wraz z Panem Dąbskim administratorem dóbr udajemy się na zwiedzanie tego pięknego zakątka pełnego wielkich pamiątek. Zwiedzanie zaczynamy od obejrzenia z zewnątrz pięknego, w stylu gotyckim zbudowanego zameczka, przedstawiającego cenne dzieło sztuki architektonicznej. Tuż u stóp zameczka znajduje się otoczony gęstwą zielenią kamienny pomnik w kształcie krzyża, ufundowany w r. 1834, przez pierw­szego ordynata na Opinogórze Wincentego hr. Krasiń­skiego, Bolesławowi IV, ks. Mazowieckiemu, zmarłemu tu w r. 1454.

Po obejrzeniu parku udajemy się do podziemi kościoła, gdzie znajduje się mauzoleum rodzin Krasińskich. Bronzowe, ciężkie odrzwia zamykają wejście do miejsca, gdzie spoczywają obok innych snem wiecznym ujęci: Zygmunt, wieszcz wielki narodu, jeden z nieśmiertelnej trójcy, która poezję polską pchnęła jasnym szlakiem na wyżyny tylko orłom dostępne, a obok, prochów tego wielkiego myśliciela — prochy ojca jego, jenerała Wincentego, sław­nego żołnierza, dzielnego towarzysza zwycięskich pocho­dów Napoleona, szefa szwadronu tych szwoleżerów, którzy w przesławnym ataku zdobyli wąwóz, Samosierra.

Chęć porównań budzi się u nas z nieprzepartą siłą.

Ojciec i syn! Żołnierz i poeta! Pierwszy mieczem bronił wolności Ojczyzny, przelewał dla Niej krew swoją, drugi orlemi loty pióra swojego dodał Jej blasku, łzami myśli swojej płacąc jej dług synowski.

W głębokim skupieniu odchodziliśmy z miejsca nad którym unosił się  nieśmiertelny duch wielkich umarłych. W górnym kościele znajduje się pomnik matki Zygmunta, Urszuli z ks.  Radziwiłłów.      Wspaniały ten, wykuty w marmurze  pomnik jest dziełem rzeźbiarza Pampeluniego  przedstawia w postawie leżącej, wspartą na ręku matkę Zygmunta, udzielającą błogosławieństwa klęczącemu u jej stóp małemu Zygmuntowi.

Wreszcie po wyjściu z kościoła, pokazano nam nie­zwykły zabytek — karetę, służącą jenerałowi Krasińskiemu w jego podróżach jako środek komunikacyjny i zarazem jako namiot  w którym wszystko, co  może  okazać się potrzebnym w podroży, miało swoje miejsce.

Na zakończenie oglądaliśmy jeszcze wylęgarnię kuropatw. Po czym  zaproszeni przez p. Dąbskiego udaliśmy się na podwieczorek, który nam podano w starym dworku  dawnego starostwa.

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy opuściliśmy, gościnną

 Opinogórę, dziękując p. Dąbskiemu za łaskawe objaśnienia, których nam osobiście udzielał. Po  przybyciu do Ciechanowa i po spożyciu nieodzownej, kolacji. która musi być zakończeniem dnia, udaliśmy się do miejscowej szkoły  fabrycznej, w lokalu której mieliśmy przygotowany wygodny nocleg.

Rankiem zerwaliśmy się rzeźwi i wypoczęci,  szy­kując się do odbycia dość długiej, bo 5 milowej. – prze­chadzki do Płońska. Lecz przy śniadaniu spotkała na miła niespodzianka, jaką nam zrobił dyrektor cukrowni p. Żurawski, pod postacią uprzejmego zaofiarowania koni mających nas podwieść do końca drogi bitej prowadzącej do Płońska, a ciągnącej się na przestrzeni 18 wiorst od Ciechanowa. Dziękując serdecznie dyrektorowi Żuraw­skiemu oraz pp Stypułkowskieu, Runkiewiczowi za ich uczynność wyruszyliśmy z wesołemi minami uloko­wani bardzo wygodnie na znanym już nam wozie strażackim i bryczce.

Przez drogę dzielimy się wczorajszemi  wrażeniami  z Opinogóry urozmaicając drogę śpiewem  albo przyglądając się dość ładnej pagórkowatej okolicy przez którą przejeżdżamy  : Mijamy po drodze wioski Nożew, Kra­szewo, Ojrzeń, i ani się spostrzegamy. gdy trzeba się pożeg­nać się z podróżowaniem na kołach które głęboko się zaryły w piasek, dając tym znać zapatrzonym w dal uczestnikom że szosa jak wszystko co dobre skończyła się. Lecz cóż znaczą 17 wiorst drogi i piaski tutejsze w porównaniu z piaskami na Kurpiach! Ruszamy szybkim krokiem i wkrótce dochodzimy do wioski Ciemniewo gzie napotykamy drogę wysadzoną drzewami owocowymi. Robi to na nas miłe wrażenie, gdyż rzadko można u nas spotkać się z podobnymi zjawiskami kultury Zachodu. Co prawdo widok ten wiedzie na pokuszenie, lecz, że i my mamy dużo pretensji do zachodniej kultury, więc dojrzałe czereśnie zostawimy w spokoju, a pragnienie gasimy w pobliskiej studni.

Miasteczko Sochocin, w  którym właśnie odbywał się jarmark, mijamy nie zatrzymując się i resztę drogi przechodzimy niezwykle prędko, zatrzymując się tylko raz na chwilę, aby przyjrzeć się parowej  młockarni i już o godzinie 3 po południu docieramy do Płońska. Tutaj mieliśmy zamiar zwiedzać obserwatorium astronomiczne, tymczasem z wielkim żalem dowiedzieliśmy się, że ono od dłuższego czasu nie istnieje. Pozostało nam do zwiedzenia miasto, wcale nie ciekawe, w którym też oglądaliśmy tylko kościół po-Karmelicki, posiadający parę starych pomników.

Pierwotnie mieliśmy zamiar nocować w Płońsku, ale że miasto, jak wspomniałem, nie zachwyciło nas, więc po obiedzie zakrzątnęliśmy się w celu wynalezienia koni, aby może jeszcze dzisiaj dostać się do odległego o 48 wiorst Płocka.

O godzinie 5 po południu ulokowawszy się na wozie, jak kto mógł, wyjeżdżamy z Płońska po wyboistym bruku, odprowadzeni przez gromadę ciekawych. Wóz z początku tak trzęsie, że świeczki w oczach stają, lecz niedługo wydostajemy się na szosę i zaczynamy posuwać się z wielką szybkością, około 6 wiorst na godzinę

Czas przedwieczorny doskonale nam sprzyja. Wioski, które mijamy, przeważnie dobrze zabudowane. Dużo do­mostw bardzo obszernych, znać, że ziemia dobra i że dobrze się mają jej właściciele. Gdzieniegdzie mijamy mały dworek, ukryty w zielonym sadzie.

Ciche pola i drzewa w łagodnym półcieniu zapada­jącego mroku podnoszą pogodny nastrój zbliżającego się wieczoru.

Lecz nie długo to trwa, z chwilą, gdy ostatni rąbek zachodzącego słońca skrył się poza widnokręgiem, maleńkie dotąd chmurki zaczynają przybierać coraz większe kształty, stykają się jedna z drugą i wkrótce tworzą jedno wielkie ciemno-ołowiane sklepienie, z którego lada chwila ma lunąć wisząca hen w górze olbrzymia ulewa.

Tymczasem dojeżdżamy do osady Staroźreby, gdzie zmordowanym koniom należy się krótki odpoczynek, a nam szklanka herbaty. Po małej godzinie ruszamy w dalsza drogę, a jednocześnie niemal zaczyna padać deszcz z po­czątku maleńki, później trochę większy, aż wreszcie zmienia się w ogromną ulewę i ta towarzyszy nam bez przerwy przez 2 godziny do samego Płocka.

Peleryny nasze z początku stawiają nawałnicy sku­teczny opór, lecz nie na długo.

Deszczyk cieniutkiemi strugami dostaje się z góry za kołnierz i tą drogą nowe strugi co raz dalej moczą nas od spodu, aż wreszcie jesteśmy zmoczeni do ostatniej nitki, kąpiąc swe nogi w napełnionych wodą kamaszkach.

Myślimy wprawdzie o tym, żeby się gdzie schronić, lecz wszędzie ciemno i nic nie wskazuje blizkości ludzkiej siedziby.

Nareszcie w oddaleniu błysnęły światła; to Płock, a wraz z jasnością świta myśl, że niedługo się skończy ta wielce urozmaicona dzisiejsza droga. Lecz dość długo jeszcze błądziliśmy po mieście, brnąc po zalanych ulicach, zanim dostaliśmy się do gmachu Gimnazjum Polskiego, gdzie mieliśmy nocować,

Zasypialiśmy dnia tego, mając możność nakryć się jedynie czystym powietrzem, którego w pokoju przewie­trzonym nie brakło. Wszystkie rzeczy, nie wyłączając zamkniętych w torebkach, były przemoknięte.

Powiedziawszy sobie na dobranoc, że nie należy podróżować po nocy, gdyż nie mamy szczęścia do nocnej pogody, zasnęliśmy w chwili, gdy blask dzienny zaglądał do okien.

Niespokojna była ta noc, wszyscy tak się kręcili we śnie że gdy rano obudziłem się, spostrzegłem, że inni leżą nie na słomie, lecz słoma na nich, a oni na podłodze.

Kałuże wody stały na podłodze, a wszystkie miały wspólne źródło w pelerynach. Nic też dziwnego, że pierwszą czynnością po przebudzeniu było umizganie się do woźnego, aby móc uzyskać od niego gorącego żelazka do wyprasowania niezbyt modnie pofałdowanej mokrej odzieży. Lecz najtrudniejszym zadaniem było wciągnięcie skurczonych kamaszków, którym żelazko nic pomóc nie mogło

Po długich wreszcie i złożonych wielce usiłowaniach, zdołaliśmy jako tako doprowadzić do porządku naszą garderobę i wyruszyliśmy na miasto.

Pierwszą czynnością naszą było obejrzenie gmachu pomocy naukowych Gimnazjum Polskiego, przyczym objaśnień udzielał nam łaskawie dyrektor szkoły p. Grabowski.

Szkoła jednak pod względem zewnętrznym nie rob­iła na nas wrażenia tak dodatniego, jakie odnieśliśmy po zwiedzeniu szkoły w Mławie.

Po wyjściu na miasto, z prawdziwą przyjemnością zauważyliśmy, że Płock jako miasto, zarówno pod względem urządzeń miejskich, jak i wyglądu estetycznego, doskonale przedstawia się przybyszowi, i gdy idzie o porównanie, nazwałbym najstarszy gród Mazowsza małą Warszawką.

Zauważyliśmy dużo ładnych i czystych gmachów, ułożonych wśród szerokich ulic, chodniki bardzo szerokie pozwalają na swobodne wymijanie licznych przechodniów, eleganckie wystawy sklepowe dobrze świadczą o wymaganiach mieszkańców. Dodajmy wreszcie doskonałe oświetlenie, bez powoływania do tej czynności robiącego często zawód księżyca i wspaniałe miejsce dla spacerowiczów na górze tumskiej, a będziemy mieli obraz bardzo ładnego miasta. Pierwsze swe kroki skierowaliśmy do prastarej, gdyż początków jej szukać należy w pierwszych dziesiątkach lat XI stulecia, Katedry Płockiej. Dziś po wielu zmianach, jakie miały miejsce w ciągu długich wieków, i po ostatniej restauracji, dotąd jeszcze nie ukończonej, Katedra Płocka przedstawia imponujący widok, zbudowana na wyżynie, stromo spadającej w tym miejscu do Wisły, króluje swemi potężnemu kształtami i wyniosłemi wieżami daleko nad okolicą.

Wewnątrz świątyni, obecnie odnowionej, wszystkie ściany i plafon pokryte są wysokiej artystycznej wartości malowidłami, wykonanemi przez artystę malarza Grapińskiego z Poznania lub też pod jego kierunkiem. Całości dopełniają nierównie wysokiej wartości wspaniałe witraże.

Po za całym szeregiem znajdujących się w świątyni pomników, zatrzymujemy się dłużej przy grobowcach: Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego, których prochy spoczywają w podziemiach Katedry. Jakaś ol­brzymia majestatyczna powaga miejsca i czasów wieje z tych murów, które tak wiele widziały, a piękność ca­łości przykuwa nas do długiego pozostania śród nich, aby jak najdłużej zatrzymać w pamięci ten wspaniały obraz.

Po wyjściu z katedry zwiedzaliśmy zbiory «Muze­um Szkolnego«. Zbiory te, pozostałe po «Macierzy», przedstawiają się okazale i prawdopodobnie żadne z miast prowincjonalnych nie posiada im równych. Zbiory te wypożyczane są za bardzo nizką opłatą, wyświadczając tym sposobem duże usługi niezasobnym szkołom.

Następnie zwiedziliśmy «Bibliotekę Tow. Naukowe­go», dawniej Zielińskich, posiadającą w swych zbiorach przeszło 20.000 tomów, między któremi nie brak rzadkich już dzisiaj egzemplarzy. Między innemi białemi krukami pokazywano nam: Rozprawę Tomasza z Akwinu z 1478 r.  Fraszki Potockiego, przepisane z oryginału, pierwsze wy­danie dzieł Kopernika, zbiór praw Łaskiego z 1506 r., wytłoczony na pergaminie w drukarni Hellera w Krakowie, autografy królów, atlas z początków XVII wieku Merkatora i Hondiusa, podręcznik botaniki z 1613 r., zielnik Syreniusza, rękopisy z XIII wieku i w. in. Objaśnień udzielali nam pp. Rudzcy. Tu także oglądaliśmy zaczątki Muzeum Etnograficznego. W dalszym ciągu zwiedzaliś­my Muzeum Djecezjalne  posiadające: galerję obrazów, zbiory numizmatyczne, archeologiczne i t. d. i wreszcie odbyliśmy dłuższą przechadzkę w celu obejrzenia miasta i malowniczych brzegów Wisły.

Następnego dnia już o g. 41/2 rano byliśmy na  nogach, a o 6 g. odpływaliśmy na parostatku „Wenus“ do Warszawy.

Długo jeszcze staliśmy na pokładzie statku, przyglądając się malowniczemu widokowi Płocka, z odbija­jącą na tle zieleni katedrą na czele.

Droga pomimo pięknych krajobrazów nuży trochę, gdyż statek z powodu nizkiego stanu wody, posuwa się bardzo wolno, a lawirując między mieliznami, zmuszony jest do przepływania od jednego do drugiego brzegu, ro­biąc tym sposobem dwa razy dłuższą przestrzeń i prze­dłużając czas trwania podróży. Około południa mijamy Czerwińsk, pamiętny przeprawą wojsk Jagiełły, podążającego pod Grunwald, później Zakroczym, a jeszcze dalej Nowy Dwór. Tu uwagę naszą zajmuje ujście Narwi, łączącej swe modre wody z falami szarej Wisły. Prze­pływając, widzimy z daleka pałac Potockich w Jabłonnie i wreszcie niezadługo mijamy lasek i klasztor Kamedułów na Bielanach. Od Bielan już mamy możność obserwowania wyłaniającej się w oddali Warszawy. Z po­czątku widzimy jedynie połyskujące w słońcu wieżyce, a wkrótce i samo miasta, huczące zdała, jak olbrzymia machina. Jeszcze chwila, mijamy mosty i znajdujemy się na warszawskim bruku, na Zjeździe. Zaczyna się prze­marsz przez miasto. Idziemy parami i zarówno kostjumami, jak i torbami swojemi zwracamy na siebie uwagę przechodniów, tym bardziej, że kilku z uczestników po raz pierwszy znajduje się w Warszawie i wiele rzeczy napot­kanych bardzo ich zaciekawia. Wreszcie dobijamy szczęśli­wie do portu, t. j. Szkoły Wróblewskiego, gdzie dzięki staraniom Tow. Krajoznawczego i uprzejmości dyrektora szkoły znajdujemy wyśmienite locum. Nie sposób spisy­wać wszystkich szczegółów z pobytu w Warszawie. Dość, że przez dwa dni bawienia w jej murach, zwiedzaliśmy kolejno: Muzeum Przemysłu i Rolnictwa, Kościół świętego Jana, dzielnicę staromiejską, Hale Targowe, stację filtrów, galerję i zbiory Tow. Zachęty Sztuk Pięknych, Łazienki, Wilanów, wystawę przyrodniczą; przypatrywaliśmy się doskonałym wzlotom Utoczkina na konkursie awiatycznym i wreszcie byliśmy w Teatrze Wielkim na <<Carze Samozwańcu» Nowaczyńskiego i mieliśmy sposobność podziwiać wspaniałą kreację Solskiego w roli tytułowej.

Dwanaście dni upłynęło od chwili wyruszenia na­szego z Łomży, a czas ten wydawał się nam wszystkim tak krótkim, że prawie nie czuliśmy zmęczenia.

Radość i zadowolenie z doznanych wrażeń malo­wały się na twarzach wszystkich uczestników. I rzeczy­wiście, reasumując wyniki odbytej wycieczki, można je­dynie podkreślić wysoce dodatnią jej stronę. Mieliśmy sposobność poznania całego szmatu kraju, dotąd nam zu­pełnie nieznanego, wszak byli między nami tacy, co po raz pierwszy widzieli Warszawę, po raz pierwszy płynęli statkiem, ba, nawet tacy, co po raz pierwszy jechali ko­leją. Podkreślić również należy jeszcze jedną, bardzo do­nośną w skutkach swoich, korzyść wycieczki, wspólną zresztą wszystkim podobnym wycieczkom szkolnym.

Dzięki nieprzerwanemu obcowaniu ze sobą w ciągu kilkunastu dni, dzięki wspólnemu dzieleniu losów wy­cieczki i związanych z nią drobnych niewygód, przykrości, radości, zadzierzgnął się zarówno w gronie młodzieży, jako też pomiędzy tą ostatnią a nauczycielami stosunek wzajemnego zaufania, życzliwości i przyjaźni. Łącznik ten, niezbędny do spełnienia przez szkolę jej wysokiego zadania —oddziaływania nie tylko na umysły, ale także na charaktery młodzieży — w zwykłych warunkach życia szkol­nego trudniej i wolniej daje się nawiązać, niż w szcze­gólnie sprzyjających temu warunkach wycieczki.

Od Redakcji:

            We wstępie do tej relacji  zamieściliśmy tylko niewielkie fragmenty obszernej  i bardzo ciekawej historii  ZSEiO nr 6. Za zgodę na ich zamieszczenie dziękujemy Dyrekcji, a Czytelników zapraszamy na stronę Szkoły pod linkiem  www.ekonomiklomza.pl

766 Ogólnie 11 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

Zagadka 96

Co symbolizuje przedstawione na zdjęciu Epitafium ku czci i pamięci księdza Biskupa Łomżyńskiego Stanisława Kostki Łukomskiego? Kto jest autorem projektu tego epitafium? &nb[...]

MOJA SZÓSTKA.

MOJA SZÓSTKA. Przesyłam wspomnienia, do napisania których skłonił mnie artykuł redaktorki Gabrieli Szczęsnej pt. Zostaniesz w sercach, zamieszone w Kontaktach nr 24 z 17 czerwca 2[...]