Bitwa pod Wincentą 19.09.1863 r.

Dziedzictwo Powstania Styczniowego

Bitwa pod Wincentą 19.09.1863 r.

Powstańcy 1863Temat działań zbrojnych z okresu Powstania Styczniowego na terenie kolneńszczyzny wydawał się mi być zawsze traktowany troszkę „po macoszemu”. Niezwykle rzadko udawało mi się znaleźć publikację, która mogłaby zaspokoić mój głód wiedzy na ten temat.
W swoich poszukiwaniach trafiłem na „Wspomnienia powstańca i Sybiraka z 1863 roku” autorstwa Konstantego Rinaldo Borowskiego – uczestnika walk powstańczych, a więc bezpośredniego świadka wydarzeń tamtych dni. Wśród wspomnień obejmujących okres od momentu wstąpienia do odddziału powstańczego w lipcu 1863 roku, poprzez udział w walkach, aż po ujęcie przez Rosjan, zesłanie i wreszcie powrót z Syberii, znalazła się relacja z bitwy pod Wincentą, której Konstanty Rinaldo Borowski był bezpośrednim uczestnikiem. Według podanej w treści pamiętnika daty, bitwa miała miejsce we wrześniu 1863 roku.
A oto co sam autor wspomnień pisze na temat swojego udziału w Powstaniu Styczniowym, struktury i organizacji oddziału powstańczego, w którym służył, udziału lokalnej ludności w walkach oraz samej bitwy pod Wincentą – zapraszam do lektury! Pozwoliłem sobie zachować oryginalne brzmienie (gramatykę, archaizmy) i układ treści.

Jarosław Marczak

Wspomnienia Konstantego Rinaldo Borowskiego z Bitwy  pod Wincentą
„Wstąpiłem do oddziału pod dowództwem Brandta, na początku miesiąca lipca 1863 roku, a miałem wtedy lat dziewiętnaście, gdyż urodziłem się 1844 roku w ziemi ówczesnej augustowskiej. W dniu wyjścia mego do partii byłem u spowiedzi, wysłuchałem Mszy świętej, a w nocy pożegnawszy się z najukochańszym ojcem staruszkiem i z braćmi, siadłszy na wóz z drugim towarzyszem ochotnikiem, wyruszyliśmy w drogę. (…)
Oddział powstańców sformowany w pierwszych miesiącach 1863 roku w powiecie mariampolskim, ówczesnej guberni augustowskiej, przez Suzina, który poległ w bitwie stoczonej z wojskiem rosyjskim pod wsią Hruszkami w powiecie augustowskim w nocy z soboty na kwietną niedzielę tegoż 1863 roku 11, dowodzony obecnie przez dowódcę Wawra, dążył forsownym marszem ku Nowogrodowi, w ziemi łomżyńskiej położonemu, ścigany przez silny oddział wojska rosyjskiego. Oddział kawalerii odkomenderowany przez Wawra poleciał tęgim kłusem przez miasteczko i zatrzymał się nad rzeką Narwią u wylotu mostu, aby zabezpieczyć przezeń przejście zbliżającemu się oddziałowi. Niebawem też nadciągnął oddział z całym taborem, bez żadnych przeszkód przeprawił się na drugą stronę rzeki i zatrzymał się tam na krótki wypoczynek. Dowódca Wawer, aby powstrzymać nacierającego na się przeciwnika, przeprawiwszy oddział za Narew wziął z sobą kilkunastu kawalerzystów, wrócił z nimi do miasteczka, rozkazał jego mieszkańcom dostarczyć parę beczek smoły, rozlać ją na moście, nałożyć na smołę słomy i most zapalić. Gdy wojsko rosyjskie zbliżyło się ku Nowogrodowi, zastało most już spalony, wobec czego ścigać już dalej powstańców nie mogło. Oficer rosyjski cofnął się ze swym oddziałem ku Ostrołęce, aby tam przeprawić się przez most na Narwi i ścigać dalej powstańców. Wawer zaś po parogodzinnym odpoczynku ruszył ze swym oddziałem i zapadł w lasach Puszczy Myszynieckiej na Kurpiach. Wkrótce potem, nie wiadomo dla jakich przyczyn i z jakiego powodu, Wawer opuścił oddział, nad którym dowództwo objął Brandt, kapitan wojsk rosyjskich, Litwin.
(…) stanąłem w szeregach piechoty. Dano mi sztucer, ładownicę i trzydzieści ładunków i od tej chwili zostałem faktycznie żołnierzem wojsk narodowopowstańczych.
Oddział nasz był dość liczny. Składał się z dwóch szwadronów kawalerii, z dwóch rot piechoty, z rezerwy piechoty i jednej dość dużej kompanii kosynierów.
W pierwszym szwadronie kawalerii służyli przeważnie Królewiacy, Galicjanie i Poznańczycy. W drugim szwadronie Litwini, Żmudzini, Wołyniacy i Ukraińcy.
Pierwszy szwadron ubrany był w granatowe kurtki, czyli mundury, w czerwone, niebieskie i amarantowe jedwabne i wełniane bluzy. Na głowach czerwone, amarantowe i niebieskie konfederatki okolone czarnymi, białymi i ryżymi barankami.
Drugi szwadron kawalerii, tak zwany Litewski, przyodziany był w szaraczkowe świtki z zielonymi kołnierzami i takimiż wypustkami, zapinane na jeden rząd haftkami lub stalowymi guziczkami, oraz w spodnie szaraczkowe z zielonymi wypustkami. I w drugim szwadronie niektórzy kawalerzyści mieli kolorowe bluzy, ale tylko jedwabne. Byli to bowiem ludzi zamożni, po większej części synowie obywateli ziemskich lub oficjaliści majątków.
Kawaleria uzbrojona była w karabinki belgijskie, niosąc na odległość ośmiuset kroków, w dubeltówki, a niektórzy z kawalerzystów i w pojedynki. Pałasze wszystka kawaleria miałą ułańskie w żelaznych pochwach.
Niektórzy kawalerzyści, a nawet i piechury mieli swoje własne wywiezione z domu pistolety, rewolwery, krucice, dubeltówki i pojedynki. Na koniach zamiast siodeł były mocne i wygodne kulbaki. Szwadron składał się z plutonów i sekcji. Szwadronem dowodził rotmistrz, półszwadronem porucznik. W szwadronie całym był wachmistrz szwadronowy, a w plutonach wachmistrze plutonowi. W każdej sekcji był podoficer i wicepodoficer.
Kawalerii w obu szwadronach było około dwieście koni. Szefem kawalerii, który dowodził obydwoma szwadronami, był Nadmiller, oficer ze szkoły wojennej francuskiej. Rotmistrzem w pierwszym szwadronie był Wodzyński. Syn jego w tymże szwadronie był wachmistrzem szwadronowym. Jak się nazywał romistrz drugiego szwadronu, nie pamiętam.
Piechota dzieliłą się na roty, czyli kompanie. Rota składała się z czterech plutonów, pluton z czeterech sekcji, sekcja z dwunastu szeregowców i jednego podoficera. Rezerwy w piechocie było cztery sekcje, a czasami i więcej, stosownie do liczby ochotników i zapasów broni. Piechota uzbrojona była przeważnie w sztucery belgijskie (które dostarczono nam kilak partii z Prus, ponieważ staliśmy obozem blisko granicy pruskiej), francuskie, a nawet i rosyjskie, zdobyte w bitwach. Rezerwa piechoty uzbrojona była tylko w dubeltówki i pojedynki.
Cały oddział posiadał ładownice skórzane na takichże paskach, którymi opasywaliśmy się po wierzch ubrania, mając ładownice przed sobą.
Rotą, czyli kompanią piechoty, dowodził kapitan, półrotą porucznik. Podporuczników w oddziałach powstańczych w roku 1863 nie było. W każdej rocie był jeden feldfebel. W naszej rocie był feldfebel Rode.
Kosynierzy dzielili się tak samo, jak i piechota, na kompanie, plutony i sekcje. Kompanią kosynierów dowodził kapitan, a był nim Dziadulewicz, lat około pięćdziesiąt mający.
Kosynierów w oddziale naszym było stu kilkudziesięciu; dobrani byli chłop w chłopa na schwał. Rośli, tędzy, silni (wątłych i drobnych do kosynierów nie przyjmowano). Za broń służyła im kosa. Kosy nie były to zwykłe kosy do koszenia traw, a były to rzezaki od ręcznych sieczkarni, używanych przez drobnych wiejskich rolników. Mocno wyostrzone, osadzone sztorcem na osicowych drążkach, długości około czterech łokci. Drzewce kosy, dla zabezpieczenia go od przecięcia pałaszem lub złamanie w czasie ataku jaką inną bronią, okute było przy osadzie z trzech stron po bokach stalowymi prętami, grubości drutu telegraficznego. Kosynierzy nie byli umundurowani. W naszym przynajmniej oddziale przeważnie byli odziani w sukmany siwe domowego wyrobu. Na głowach czapki – po większej części rogatywki.
Kapitan i porucznik kosynierów za całe uzbrojenie mieli tylko rewolwery i pałasze. Podoficerowie oprócz kosy mieli przewieszone przez plecy karabinki lub pojedynki.
Każdy główny dowódca oddziału pisał się: Naczelnik siły zbrojnej takiego to a takiego numeru. Nasz oddział nosił numer dziewiąty. Brandt więc pisał się: Naczelnik siły zbrojnej oddziału dziewiątego. Brandt miał lat około czterdziestu. Wzrost wyżej średniego, włosy i zarost ciemnoblond, oczy niebieskie, wejrzenie łagodne, lecz energiczne. Ubrany był zawsze w surdut szaraczkowy, bez żadnych oznak wojskowych, przy pałaszu, z którym ani na chwilę nie rozstawał się. Za pasem rewolwer, a gdy dosiadał konia, brał karabinek belgijski. Miał namiot zwyczajny jak i inne z chrustu, w którym mieścił się z swym adiutantem i z sekretarzem.
Adiutant i sekretarz byli to chłopcy jeszcze młodzi, synowie obywateli ziemskich, podobno z Wołynia. Brandt był kapitanem wojsk rosyjskich, Litwin. (…)
Stołu osobnego ani dowódca, ani oficerowie nie mieli. Jedli oni to samo, co gotowano w kotłach dla całego oddziału.
Z dworów okolicznych przywożono nam niekiedy bigos w faskach lub inne mięsiwa, wędliny, drób itp. To właśnie stanowiło lepszy stół dla sztabu, a jeżeli dostarczono tego w większej ilości, to wtedy fetował się tym i cały oddział.
W oddziale mieliśmy kotły. Wyznaczeni byli kucharze. Gotowano śniadania i obiady. Kolacji nie gotowano, prawie każdy powstaniec miał zawsze w torbie kawałek chleba, mięsa lub sera, przynosili bowiem do oddziału te produkty ludziska z pobliskich wiosek, dawali bezpłatnie powstańcom. Nawet i wódkę przegotowaną z miodem (krupnik) przynosili nam Kurpie, aleśmy za nią płacili. Otóż tymi zapasami w torbach, gdy jeść się powstańcowi np. na kolację chciało, głód zaspakajał.
Żywności dla oddziału dostarczały dwory, wsie okoliczne i pobliskie miasta. Dostarczano zwykle chleb, mięso surowe lub woły na zabicie, groch, kaszę, kapustę, kartofle, no i – wódkę. A wódka w owe czasy była bardzo tania, kwarta okowity polskiej miary, kosztowała 15 groszy. Prowiantem, kuchnią i ubraniami zawiadywał furjer (magazynier). Magazynierem był Bzura młody, lat około dwadzieścia sześć mającym chłopak inteligentny. Amunicją zawiadywał puszkarz przy obsłudze pięciu ludzi, którzy leli dla oddziału kule i robili ładunki.
Byli w oddziałe i felczerzy, ci nieśli pomoc chorym, a w czasie bitwy rannym opatrunek. (…)
(…) oddział nasz stał w lesie, a do najbliższej wsi Plewek było wiorst trzy. (…)
(…) Oddział nasz stał w lesie, wśród wiosek zamieszkałych przez Kurpiów. Kurpie, naród dzielny, uczciwy, kochający bardzo swą ziemię ojczystą, a nade wszystko sa puszczę. Kurpie, jako dobryz patrioci, byli prawdziwymi opiekunami i stróżami oddziałów powstańczych znajdujących się w ich lasach na puszczy.
A jacy to dzielni strzelcy!
Gdy Kurp w czasie bitwy wziął broń do oka, strzał jego nigdy nie padł na próżno. Zdarzało się często, że w bitwie jeżeli sekcja miała między sobą takiego strzelca Kurpia, wtenczas przyklękał on za drzewem, pniem lub kamieniem, towarzysze jego nabijali i podawali mu swą broń, a on mierzył i strzelał, a żaden strzał jego nie padł na próżno. Każdego wziętego na cel kładł trupem na miejscu.
Kurpie oddawali wielkie usługi oddziałom powstańczym operującym w ich lasach. Wiedzieli oni zawsze o każdym ruchu wojsk rosyjskich i zawiadamiali o tym natychmiast powstańców.
W naszym na przykład oddziale:
Przez obóz pędzi na swym koniku galopem na oklep, albo zamiast siodła na worku ze słomą, zeskakuje z konia przed dowódcą oddziału i powiada mu, że wojsko rosyjskie z Łomży np. lub z Ostrołęki, lub z innego jakiego miejsca wyjść ma na pościg za powstańcami. (…)
W jaką godzinę później dudni ziemia pod kopytami końskimi, pędzi drugi Kurp i powiadamia dowódcę, że wojsko z Ostrołęki lub z Łomży wyszło już. Niebawem wpada na koniu trzeci i daje znać, że z jednego z powyżej wymienionych miast wyszło wojska rosyjskiego tyle a tyle, tyle to piechoty, tyle kozaków itd. i że wojsko to podąża w tym a tym kierunku.
A powtarzało się to niemal codziennie. Nikt tych dobrych patriotów, zacnych ludzi nie podejrzewał o zdradę, a stojące wokół obozu pikiety przepuszczały ich wolno dniem i nocą, nie odprowadzając do obozu, jak innych tam przybywających.
Z tych samych mieszkańców puszczy, Kurpiów, był zorganizowany niewielki oddziałek, tak zwany „Nieruchomy”, rozrzucony po wsiach okolicznych. We wsiach sąsiadujących ze sobą było po kilku takich zuchów. Każdy z nich miał w mieszkaniu karabin, dubeltówkę lub pojedynkę i ładownicę z nabojami. Oddział ten miał wybranego spośród owych zuchów starszego, czyli dowódcę, dziesiętników – inaczej podoficerów. Zbierano się na wspólne musztry i ćwiczenia. Zadaniem tego oddziału było:
Przeszkadzać w plądrowaniu po wsiach i drogach małym oddziałom wojska rosyjskiego, zapuszczającym się w lasy, napadać znienacka na podjazdy i rekonesanse rosyjskie. Szczególnie zaś dawał się we znaki oddziałek ten kozakom. Gdy w okolicy zjawił się jaki niewielki oddział Rosjan, wnet na dane ode wsi do wsi hasło zbierał się oddziałek na wskazane przez starszego miejsce, urządzał zasadzkę lub od razu napadał na idący oddział wojska. Nie mordowano, nie zabijano napadniętych, strzelano przeważnie śrutem tylko, z pojedynek lub dubeltówek. Pokonanym zabierano broń i konie. Po rozbrojeniu puszczano nieprzyjaciół wolno.
Po utarczce szedł każdy taki partyzant do domu, broń stawiał za piecem, sam brał się do roboty, a Rosjanie nie wiedzieli nigdy, co to za oddział, skąd się wziął i gdzie się podział. Zabraną w czasie utarczki Rosjanom broń i konie dawano zawsze najbliżej znajdującemu się oddziałowi powstańców. (…)
(…) Aż oto nareszcie pewnego dnia w miesiącu wrześniu 1863 roku niezwykły ruch zapanował w calym obozie. Kurier za kurierem wpadał do obozu. Gospodarze wsi okolicznych prawie co godzina zjawiali się oklep na swych konikach i z dowódcą oddziału Brandtem oraz z oficerami odbywali ciche, sekretne narady.
Jednym słowem, na coś się zanosiło.
Wśród takiego ruchu i podniecenia któregoś dnia przed wieczorem dowódca niewielkiego oddziału Micewicz przyprowadził do naszego obozu około osiemdziesięciu ludzi piechoty. Na drugi dzień (nie pamiętam, którego to było września) po musztrze i po spożyciu obiadu wyprowadzono jaszczyk z amunicją, nam piechurom do trzydziestu ładunków, któreśmy mieli w ładownicach, dodano jeszcze po trzydzieści, kawalerzystom po trzydzieści wszystkiego do ładownic. Następnie dano każdemu bez wyjątku po funcie słoniny, po porcji chleba, a manierkę każdego zaopatrzono w wódkę.
Kazano opatrzeć dobrze broń, ustawić w kozły i samym odpocząć.
Kotły włożono na wozy, zapasy żywności, amunicję, chorych i aresztowanych wysłano pod strażą z obozu. Nad wieczorem zdjęto pikiety, sformowano oddział i ruszyliśmy w pochód w szyku bojowym. Przed oddziałem na odległość dobrej wiorsty szła straż przednia, ,,szpicą” zwana, trzech tylko kawalerzystów. O jakie pół wiorsty przed czołem kolumny posuwała się awangarda złożona z plutonu kawalerii. Za awangardą szedł w czwórkach pierwszy szwadron kawalerii, tuż za kawalerią szła pierwsza rota piechoty, za piechotą kompania kosynierów, za kosynierami rezerwa piechoty.
I znów: za rezerwą piechoty szła druga kompania, czyli rota piechoty, kosynierzy, a za kosynierami postępowal oddział Micewicza. Kolumnę zaś zamykał drugi szwadron litewski. W pewnej odległości za drugim szwadronem kawalerii posuwał się wolno pluton kawalerii, jako ariergarda oddziału.
Na czele oddziału, przed pierwszym szwadronem kawalerii, jechał na swym kasztanku dowódca Brandt oraz adiutant i kapelan na swym bialym koniu w szarej kapocie opasany zielonym włóczkowym pasem. Dowódca Micewicz jechał na czele swojego oddziału. Oddział posuwał się wolno i w głębokiej ciszy, prowadzony przez przewodników Kurpiów.
Dokąd szliśmy, na razie nam nie powiedziano. Późnym już wieczorem oddział zatrzymano w lesie na pogórku, porosłym tylko krzakami jałowca dla wypoczynku. Kawaleria zsiadla z koni, zluzowano obergorty i popręgi przy kulbakach na koniach, piechota i kosynierzy ustawili broń w kozły. Wokoło obozu rozstawiono licznze pikiety i rozesłano patrole. Nakazano zachować jak największą ciszę. Nie wolno było rozmawiać głośno, rozniecać choćby najmniejszych ognisk, nie wolno było nawet palić papierosów ani fajek.
Tu dopiero oznajmiono nam, że idziemy na bitwę pod Wincentę, komorę celną, na granicy pruskiej.
W Wincencie stało w tym czasie około czterystu obieszczyków (straż pograniczna), dwie seciny kozaków i dwie roty piechoty. Wincentę oddziela od Prus niewielka rzeczka Pisna.
Po parogodzinnym wypoczynku, gdy noc już zapadła, na cichą dowódcy komendę: – Baczność! Kawaleria na koń! Oddział formuj się! Z Bogiem marsz! – oddział ruszył w pochód.
Oddział posuwal się wolno, a kapelan na koniu, stanąwszy z boku drogi, żegnał krzyżem świętym przechodzące kompanie każdego rodzaju broni.
Noc była pochmurna i bardzo ciemna. Micewicz po porozumiemu się z Brandtem wziął się ze swym oddziałem piechoty na lewo, aby obejść Wincentę, a przeprawiwszy się przez rzeczkę na pruską stronę, miał zająć tył wojsku rosyjskiemu. Zadaniem Micewicza było stanąć wcześniej o piętnaście minut przed przybyciem Brandta z oddziałem pod Wincentę i w razie ucieczki Rosjan do Prus zaatakować ich i odrzucić od granicy. Nieszczęście jednak mieć chciało, że przewodnik Micewicza wśród ciemnej nocy zabłądził i zamiast o piętnaście minut stanąć wcześniej spóźnił się o tyle, że nim Micewicz doszedł z oddziałem do rzeczki, część Rosjan była już w Prusach. Micewicz słysząc strzały i widząc, że bitwa już się rozpoczęła, zaniechał przejścia granicy, cofnął się, połączył się z głównym oddziałem i stanął do bitwy. Po odłączeniu się Micewicza dla zajęcia tyłu Rosjanom oddział nasz tymczasem posuwał się wolno, zachowując nadzwyczajną ostrożność.
W szeregach cisza głęboka.
Minęliśmy szczęśliwie jedną i drugą nieprzyjacielskie pikiety. Las się już kończył. Na skraju lasu stała trzecia ruska pikieta. Gdy przednia straż nasza zbliżyła się ku niej, nagle dał się słyszeć głos ostry, przeciągły:
-Stoj, kto idiot?
I w ten moment padł strzał karabinowy. Na posterunku pikiety szczęk pałaszy, głuchy jęk, charchot i cisza.
Żołnierze stojący na pikiecie padli zabici, jeden jednak z nich, nim padł od cięcia szabli, zdążył właśnie strzelić, czym zaalarmował wojsko rosyjskie w Wincencie.
Głos trąbek na alarm, krzyki i straszny zamęt dały się słyszeć w zaalarmowanym wojsku rosyjskim. Podjazd naszej kawalerii, na rozkaz dowódcy Brandta, pomknął pędem ku Wincencie i rozpoczął strzelaninę z podjazdem nieprzyjacielskim, wysunąwszy się na spotkanie naszego oddziału. Napad nasz na Wincentę był tak nagły, że wojsko rosyjskie będąc pewne, że powstańcy nie ośmielą uderzyć na Wincentę, nie mieli się na baczności, spoczywali więc spokojnie i spali w tę noc snem sprawiedliwych.
Usłyszawszy strzał na pikiecie i strzały, i trąbki grające na alarm, straż pograniczna i kozacy w popłochu wielkim, niektórzy w bieliźnie tylko, zaledwie szynele zarzuciwszy na plecy, dopadłszy koni, niektórzy oklep, bez siodeł, ruszyli na spotkanie naszego oddziału. Większa część konnicy ruskiej rzuciła się przez most i rzeczkę i wpadła na terytorium pruskie, część zaś wyszła ze wsi i rozwinęła się w linię bojową, frontem ku naszemu oddziałowi. Piechota rosyjska zajęła we wsi pozycję obronną, umieściwszy się za parkanem, w oknach, za węgłami domów itp. Podjazd naszej kawalerii z podjazdem nieprzyjacielskim już się spotkał i strzelanina rozpoczęła się na dobre. W chwili gdy to wszystko się działo, oddziałowi naszemu rozkazano stać na polu pod samym lasem w linii bojowej, zwróconej frontem ku Wincencie. Kawaleria na skrzydłach, piechota w szeregach dwójkami, rezerwa piechoty w drugiej linii. Za piechotą kosynierzy.
Kawaleria rozwinięta w linię bojową z karabinkami na „tuj” rusza tęgim kłusem na spotkanie konnicy nieprzyjacielskiej.
Grzechot strzałów – bój zawrzał.
Ciemność nieprzenikniona. Piechota i kosynierzy stoimy w szeregach z bronią u nogi – czekamy rozkazów.
Wielu z znas pierwszy raz staje do bitwy. Lęk niektórych ogarnia.
W szeregach słychać westchnienia i modlitwy: Jezus, Maria, bądźcie przy skonaniu moim. Boże! Polecam ci duszę moją, Ojcze nasz, Zdrowaś Mario… itd. Naczelnik Brandt przejeżdża na koniu wzdłuż kolumny, zachęca do bitwy, dodaje odwagi.
– Śmiało – woła – dzieci! Śmiało, nie lękajcie się! Śmiało na wroga! – Zwrócił się do adiutanta, ten pomknął galopem do kawalerii z rozkazem, aby odsłoniła nieprzyjaciela.
Naraz komenda: – Baczność! Piechota tuj! Ognia rotowego! – Trzask panewek, grzmot strzałów karabinowych i złota wstęga ognia rotowego zabłysła przed linią piechoty. Od strony piechoty rosyjskiej z Wincenty posypał się na nas grad kul.
I znów u nas komenda: – Ognia rotowego!
Po małej chwili znów komenda: – Czwórka od czwórki na trzy kroki! Piechota, rozsyp się w tyraliery! Ognia! Naprzód marsz! – Piechota rozsypawszy się w tyraliery długim lańcuchem ruszyła ku nieprzyjacielowi, podtrzymując bezustannie ogień karabinowy.
Kosynierzy w luźnej kolumnie szli w pewnej odleglości za piechotą. Rozwiniętych nas w tyraliery piechota rosyjska, ukryta za domami i parkanami we wsi, zaczęła prażyć silnym ogniem karabinowymi.
W szeregach slychać nagły krzyk, jęk, tu i ówdzie pada zabity lub ranny.
Naczelnik daje rozkaz piechocie i kosynierom kłaść się na ziemię. Czołgając się na brzuchach, podnosimy się, przyklękamy na prawe kolano i strzelamy, po wystrzale kładziemy się na wznak, opieramy kolbę karabinu o stopy nóg, leżąc nabijamy karabin, przewracamy się znów na brzuch, pełzniemy dalej i strzelamy. Posuwamy się tym sposobem coraz bliżej ku ukrytej we wsi piechocie. Spostrzegli Rosjanie ten nasz manewr, przekonawszy się, że czołgając, podsuwamy się do nich coraz bliżej, skierowali więc owe strzały na nas leżących na ziemi, lecz kule ich, padając przed nami lub poza nami, ryły tylko ziemię, prawie że nic nam nie szkodząc. Bitwa w ten sposób trwała dość długo, już i dzień zrobił się na dworze, a pomimo bezustannego ognia z naszej strony piechota rosyjska nie cofnęła się ani na krok z zajętej przez się pozycji, z której zadaniem Brandta było wyprzeć nieprzyjaciela i wieś zająć. Nie namyślając się więc długo, Brandt postanawia rozstrzygnąć walkę i Wincentę zdobyć atakiem. Na dany sygnał piechota zrywa się z ziemi, rozsuwa się na prawo i na lewo, robi wolne przejście kosynierom. Jednocześnie Brandt podjeżdża ku leżącym na ziemi kosynierom. i donośnym głosem wola:
– Kapitanie Dziadulewiczul Prowadź natychmiast kosynierów do ataku.
Niestety okazało się, że kapitana Dziadulewicza przy kosynierach nie było. Porucznik zaś przed bitwą jeszcze objął komendę nad rezerwą piechoty. Kosynierów więc nic było komu prowadzić do ataku.
Brandt zwraca się sam już do kosynierów i woła: – Dzieci, kosynierzy! do ataku, prędzej do ataku na nieprzyjaciela! Wieś trzeba zdobyć koniecznie, do was to należy!
Kosynierzy zerwali się na nogi, sformowali się w kolumnę, pochylili kosy do ataku, ale zasypani w tej chwili gradem kul rosyjskiej piechoty, zachwiali się. Prawe i lewe skrzydło posunęło się naprzód, środek zaś kolumny stał na miejscu, tak że cała kolumna utworzyła półkole. Kosynierzy, przejęci chwilowo strachem, nie ruszyli do ataku. Wtedy stojący na lewym skrzydle przy swej sekcji podoficer kosynierów Horodyski, młody chłopak, organista z guberni grodzieńskiej, widząc, co się dzieje, staje na czele kolumny z kosą w ręku i woła:
– Za mną, bracia kosynierzy, z Bogiem do ataku marsz! marsz! – Szczęk straszny, kosa o kosę, krzyk z setek piersi: Hura, hura! rozległ się w powietrzu i kosynierzy rzucili się do ataku.
Tymczasem Brandt, nie znalazłszy Dziadulewicza przy kosynierach, widząc nieład w ich szeregach, nie tracąc ani minuty czasu przypada do piechoty, formuje nas w mgnieniu oka w ściśnione szeregi i z okrzykiem: Baczność! broń do ataku, naprzód marsz! Rozległo się w powietrzu gromkie hura! Pochyliły się bagnety i piechota poszła doo ataku. Za piechotą, w niewielkiej odległości, porwani przez Horodyskiego, biegli i kosynierzy. Gdy piechota nasza i kosynierzy wdarli się przez parkany i inne przeszkody do wsi, piechoty rosyjskiej tam już nie bylo. Część jej rzuciła się przez most do Prus, część zaś wyszła i stanęła na prawo od wsi. Większa część naszej piechoty przeszła pospiesznie przez opuszczoną przez nieprzyjaciela wieś, zajęła pozycję nad samą rzeczką i rozpoczęła bój z obieszczykami, kozakami i p!eehotą stojącą na terytorium pruskim, druga zaś część naszej piechoty zwróciła się na prawo, minęła wieś, rozsypała się w tyraliery i rozpoczęła ogień z piechotą rosyjską stojącą w polu. Konnica nasza ścierała się również w polu z konnicą rosyjską.
Kosynierzy zajęli opuszczoną wieś Wincentę i zabierali, co im pod rękę popadło, a co Rosjanie zrejterowawszy ze wsi tam zostawili, jak to broń, kulbaki, pałasze itp.
Charakterystycznym było zachowanie się Prusaków wobec nas, powstańców. Kiedy wojsko rosyjskie uciekając przed nami, powstańcami, wpadło na terytorium pruskie, Prusacy nic przeciw temu nie mieli. Owszem, przepuścili ich przez granicę, pozwolili im rozwinąć się tam w linię bojową i toczyć stamtą walkę z nami. Lecz gdy zaleswie piechota nasza zajęła pozycję nad rzeczką stanowiącą granicę, Prusacy natychmiast wyprowadzili baterię armat, skierowawszy paszcze onych ku nam; kanonierzy stanęli przy armatach z zapalonymi lontami, gotowi na dany znak przez oficera pruskiego dać do nas ognia.
Dowiedzieliśmy się później, że Prusacy spodziewając się przejścia naszego przez granicę za wojskiem rosyjskim mieli przywitać nas kartaczami. Ponieważ granicy nie przeszliśmy, Prusaczkowie więc pozbawieni byli przyjemności przywitania nas tak gościnnie u siebie w domu. Biedni Prusaczkowie!
We wsi powstał ogień. Wieś zaczęła się palić. W jaki sposób pożar wszczął się, nie wiadomo. O ratunku mowy być nie mogło. Wojska z obu stron zajęte były bitwą, a mieszkańcy wsi – jedni uciekli, inni pochowali się, gdzie tylko kto mógł, a wieś bez ratunku płonęła.
W czasie bitwy kule, we wsi krzyżując się we wszystkich kierunkach, przelatały brzęcząc jak pszczoly.
Wśród właśnie gradu kul kobieta młoda, lat dwudziestu paru, Polka, żona jednego z oficjalistów komory celnej, znalazłszy się na ulicy, a chcąc dostać się do domu, do swego mieszkania, biegła prędko tam i gdy dopadła ogrodzenia i weszła na nie, aby przeleźć i dostać się na podwórze, wtem nagle ugodzona zabłąkaną kulą w czoło, padła nieżywa na miejscu, osierocając męża i małą dziecinę.
W chwili rozpoczęcia się bitwy dowodzący wojskiem rosyjskim wysłał gońca do Łomży, żądając stamtąd pomocy. Jakoż około godziny trzeciej po południu dano nam znać, że wojsko wyszło z Łomży i dąży marszem pospiesznym ku Wincencie. Dowódca nasz Brandt, otrzymawszy tę wiadomość, dał rozkaz do cofania się z zajętych pozycji. W wzorowym tedy porzadku zaczęliśmy się cofać spod Wincenty.
Piechota rozsypana zawsze w tyraliery podtrzymywała ogień bezustannie; rezerwa i kosynierzy szli przodem pod osłoną piechoty. Kawaleria zaś na skrzydłach powstrzymywała naderającą konnicę rosyjską, która usiłowała zajść nam z przodu i wziąć nas we dwa ognie.
Rosjanie, pewni prędkiego sukursu z Łomży, całą siłą zaczęli teraz nacierać na nas. Kozacy, pierwsi zniżywszy piki, z wizgiem (tzn. z krzykiem) przeraźliwym rzucili się na naszą kawalerię, lecz piechota celnymi strzałami powstrzymała w zapędzie, wysadziwszy kilku z siodeł.
Nie zaprzestając bitwy z nacierającym nieprzyjacielem, przyszliśmy do wsi Kozioł, odleglej o wiorst kilka od Wincenty; położonej nad tą samą rzeczką, co i Wincenta.
Tu bitwa rozpoczęła się jakby na nowo. Przepuściwszy przez most rezerwę piechoty i kosynierów, aby dać lm możność odejścia poza doniosłość strzałów nieprzyjacielskich, piechota nasza osadziła most, broniąc przejścia przez takowy piechocie rosyjskiej. Tymczasem konnica rosyjska przeszła rzekę wpław i rzuciła się na naszą rezerwę i kosynierów, chcąc jednocześnie odciąć nam odwrót i wziąć we dwa ognie; spostrzeglszy to, nasza kawaleria puściła się pędem przez most, zastąpiła jej drogę, a wsparta rezerwą i kosynierami odrzuciła ją znów za rzekę.
Obawiąjąc się nadeścia pomocy, Moskalom ustępowaliśmy wolno, w porządku, podtrzymując ogień tyralierowy, dążąc ku pobliskiemu lasowi. Rosjanie spalili kilka domów i zabudowań gospodarskich we wsi Kozioł.
Był już wieczór, kledy oddział nasz wszedł do lasu. Rosjanie zatrzymali się, dalej za nami nie poszli, rozłożywszy się obozem tuż pod lasem, czekając nadejścia wojska z Łomży, aby większą siłą nas dalej ścigać.
Przeszedłszy wiorst jeszcze kilka, zmęczeni, strudzeni bitwą i uciążliwym marszem, zatrzymaliśmy się w lesie na odpoczynek, rozstawiwszy wokoło obozu liczne pikiety.
Po odbytym apelu okazało się, że ubyło nam z szeregów kilkunastu, których los nam nie był wiadomy. llu mogło być zabitych, rannych lub wziętych do niewoli, na razie nie mogło być wiadomym. Kilku mniej rannych mieliśmy z sobą w szeregach; paru było rannych kawalerzystów i paru piechurów. Z kawalerzystów Podbielski z okolic Nowogrodu mial przestrzeloną na wylot łydkę, drugi ramię. Piechur z rezerwy, nabijając w czasie bitwy po wystrzale pojedynkę, w chwili gdy podniósł w górę stempel, aby takowym przybić włożony w lufę nabój, ugodzony został w otwartą dłoń grankulką, która jednak straciwszy już siłę lotu, nie przeszła przez dłoń na wylot, lecz w niej utkwiwszy tam została. Ze spuchniętej bardzo reki w lesie już na odpoczynku felczer-powstaniec grankulkę rannemu wyjął.
Pokazało się, że kozacy, aby nas jak najwięcej mogli ubijać i kaleczyć, strzelali grankulkami, wiedząc, że kilka grankulek wlożonych do lufy karabinka więcej może polożyć trupem lub ranić aniżeli jedna tylko kula.
Po odbytym apelu dowódca Micewicz, pożegnawszy się z naszym oddziałem, zabrawszy mój oddział poszedł w inną stronę· Kapitana Dziadulewicza po biwie już nie widzieliśmy. Co sięz nim stało, wiadomym to było tylko dowódcy Brandtowi. Podobno Dziadułewicz stchórzył i dlatego to nie poprowadził kosynierów do ataku. A jakoby w czasie bitwy Brandt mial go napotkać ukrytego w rowie.
Równo ze świtem ściągnięto pikiety i oddział nasz ruszył w pochód.
Znużeni, głodni, drugi dzień już bez żadnego posiłku, maszerowaliśmy, nie znajdując po drodze choćby kropli wody; upadaliśmy więc z głodu i ze zmęczenia. Kotły i prowiant gdzieś jeszcze były w drodze, gotować więc nie było ani czego, ani w czym. Nie napotkaliśmy też po drodze ani jednej wsi, gdyż Brandt kazał przewodnikom takowe omijać, ażeby nie dać Rosjanom sposobności palić wsi, jak to zrobili we wsi Kozioł. My zaś pozbawieni byliśmy przez omijanie wsi zdobycia jakiejkolwiek żywności.
Z południa dobrze już było, kiedy nam przywieżli kilka beczek wody, ale było jej tak mało, że spragnionym koniom dano zaledwie po garncu, nam zaś wszystkim w całym oddziale dostało się zaledwie po szklance wody, i to na wpół z arakiem. Chleba ani żadnego innego posiłku nie przywieziono. A upał dnia tego był straszny. Późnym wieczorem oddział znów zatrzymał się w lesie. Tu czekał na nas cały nasz obóz; odwach, kotły i prowiant. Dano nam po kawałku chleba, słoniny i po czarce wódki. Rozniecania ognisk i gotowania strawy w obawie najścia Rosjan na oddział przy rozpalonych ogniskach – zaniechano. Ponieważ zmyliliśmy za sobą pogoń wojska rosyjskiego, zostawiliśmy ich za sobą o wiorst kilkanaście, pewni niejako byliśmy, że możemy tu przenocować i odpocząć spokojnie. Jakoż noc przeszła spokojnie, nieprzyjaciel nas nie niepokoił.
Nazajutrz rano, a była to niedziela, rozbito naprędce namiot z ołtarzem polowym, a kapelan odprawił Mszę świętą. Nastawiono kotły i zaczęto gotować śniadanie; a tymczasem dano nam po kawałku chleba. Czekaliśmy na śniadanie głodni, ciesząc się, że przecież od czasu wyjścia z obozu na bitwę choć teraz należycie się posilimy. Próżna to jednak była nadzieja. Zaledwie woda zaczęła gotować się w kotłach, mięso nieco się już zagrzało, a groch łuskę na sobie pomarszczył, gdy naraz na pikietach huknęły strzały.
– Do broni! do broni! – rozległo się wołanie w obozie. Pluton kawalerii pomknął na podjazd w stronę strzału. Kotły natychmiast przewrócono, a groch i mięso znałazło się na ziemi. Wiara rzucila się do grochu i takowym zaczęła napełniać manierki, aby choć takie mieć śniadanie, o mięsie nie można było myśleć, gdyż było ono zupełnie surowe. Oddział sformowany stał już pod bronią, czekając wiadomości o nieprzyjacielu. Podjazd niebawem wrócił, raportując naczelnikowi, że straż przednia nieprzyjacielska podsunęła się pod nasze pikiety, dała kilka strzałów i cofnęła się nazad z powrotem. Mając nieprzyjaciela prawie już na karku, ruszyliśmy niezwłocznie dalej.
Po całodziennym marszu, nacierani przez przednie straże nieprzyjaciela, późnym już wieczorem stanęliśmy w gęstym ciemnym lesie na wypoczynek.
Ponieważ w każdej chwili nieprzyjaciel mógł napaść na oddział, nie pozwolono i teraz palić ognia ani nawet fajek, ni papierosów i nakazano zachować jak największą ciszę. Rozstawiono liczne pikiety, a patrole krążyły bezustannie, czuwając nad bezpieczeństwem obozu. Noc przeszła jednak spokojnie.
Ciemno było jeszcze zupełnie, gdy cały oddział stał już pod bronią i gotów był do wymarszu.
Wspomnieć tu muszę, choć z wielką przykrością, o nader smutnym wypadku, jaki zaszedł w naszym oddziale.
Na kilka dni przed bitwą żandarmi przywieźli do oddziału naszego dwóch partyzantów zbiegłych z innego oddziału, włóczących się po wsiach, awanturujących się i zmuszających spokojnych mieszkańców wiosek do dawania im na pijatykę pieniędzy.
Obaj partyzanci byli młodzi chłopcy. Jeden z nich nazywał się Gontarczyk, był z Nowogrodu znad Narwi, drugiego nazwiska już nie pamiętam. Przywiezionych do obozu dowódca Brandt kazał posadzić na odwachu pod strażą. Przed wyprawą jednak na Wincentę dano im broń i przeznaczono do rezerwy. Po bitwie i po apelu w lesie okazało się, że Gontarczyka w oddziale nie było. Poległ on czy został wzięty przez wojska rosyjskie do niewoli, na razie nie wiedziano.
Tymczasem w niedzielę przed wieczorem żandarmi znów przyprowadzili Gontarczyka do obozu, ale o zgrozo, żandarmi oskarżyli go, że ścigający nasz oddział Rosjan on włanie, Gontarczyk, na nas, na swych braci prowadzil. Podobno był on wzięty w czasie bitwy do niewoli, ale Rosjanie obiecując puścić go, namówili, aby prowadził Ich śladem za oddziałem. Wysyłając go przed sobą na wywiady za nami, dali mu odebraną przy wzięciu do niewoli pojedynkę, naboje i butelkę prochu w tym celu, że w razie gdyby spotkany był gdzie przez nasz podjazd lub żandarmerię. mógł tłumaczyć się, że uciekł z niewoli i podąża za oddziałem.
Tak się też i stało. Żandarmi krążąc naokoło naszego oddziału zauważyli Gontarczyka z daleka, jak szedł przed wojskiem rosyjskim za oddziałem, to znów wracał do nich. A powtarzać się to miało nie raz jeden. Gdy żandarmi upatrzyli chwilę, że Gontarczyk oddalił się na większą odległość od Rosjan, wtenczas przyskoczyli do niego, schwytali i przyprowadzili go do oddziału.
Przed Brandtem tłumaczył się Gontarczyk właśnie tym, że w czasie bitwy pod Wincentą był wzięty do niewoli i że uciekł Rosjanom. Pojedynka, którą mial z sobą, naboje i butelka z prochem – potępiły go niestety. Wiadomo bowiem jest dobrze, że wziętych do niewoli żołnierzy zawsze i wszędzie, gdzie by to nie było, natychmiast rozbrajają. Czyż więc przy wziętym do niewoli Gontarczyku mogli Rosjanie zostawić przy nim broń? Zresztą żandarmi długo mieli go na oku, nim go ujęli. Dowódca Brandt po wysluchaniu raportu żandarmów kazał Gontarczyka wziąć pod silną straż. Otóż, jak właśnie powiedziałem, oddział stał już pod bronią i gotów był do wymarszu i na cichą komendę dowódcy ruszył z miejsca.
Na czele oddziału jak zwykle jechal Brandt z adiutantem. Oddział z aresztowanymi znajdowal się w kolumnie między piechotą t kosynierami. Naraz wśród ciszy na odwachu dał się słyszeć przeraźliwy krzyk i niejakie zamieszanie. Brandt zatrzymał oddział i posłał adiutanta dowiedzieć się, co się w obozie stało. Adiutant puścił się w cwał na miejsce zamieszania i oto co ujrzał:
Gdy kompanie każdej broni zaczęły ruszać z miejsca, wówczas gdy przyszła kolej na odwach, Gontarczyk położył się na ziemi, nie chciał iść z oddziałem, mówiąc, że jest chorym i że zostanie tu na miejscu. A gdy dyżurny podoficer na odwachu naglił go do wstania i pójścia z oddziałem, zaczął krzyczeć wniebogłosy i ruszyć się z ziemi nie chciał. Podniesiono go jednak przemocą i poprowadzono. Jak mówiono w obozie, że chciał on zostać na miejscu, a po oddaleniu się oddziału uciec choćby i do Rosjan, gdyż był pewny, że kara go nie minie. Gdyśmy zostawili ścigającego nas nieprzyjaciela dość daleko za sobą i weszliśmy na dość obszerną polanę w lesie, oddziałowi kazano stanąć. Piechotę i kosynierów ustawiono we dwa szeregi w pewnej odległości jeden od drugiego zwrócone frontem ku sobie z bronią u nogi. Kawaleria nie zsiadając z koni stanęła za szeregami piechoty i kosynierów. Z brzega między szeregami stał Gontarczyk pod strażą czterech piechurów z karabinami. Dowódca oddziału Brandt stał na uboczu w pewnej odległości od szeregów w otoczeniu oficerów i odbywał naradę. Niebawem z rady tej wydzielony został sąd wojenny, w skład którego weszli: oficer, podoficer, szeregowiec i sekretarz dowódcy jako pisarz sądu.
Sąd zasiadł do sądzenia na wywrocie sosny, gdy tymczasem kapelan oddział ubrany w komżę i stułę, siadłszy na pniu, słuchał Gontarczyka spowiedzi.
Po spowiedzi wprowadzono Gontarczyka między szeregi. Dowódca siedząc na koniu zakomenderował:
– Oddział baczność! Kawaleria obnażyć pałasze! Oddział prezentuj broń!
Kawaleria, piechota i kosynierzy sprezentowali broń. Pisarz sądu odczytał wyrok. Delikwent skazany został na śmierć i na natychmiastowe rozstrzelanie W szeregach dały się słyszeć jęki, szemranie, gdzieniegdzie płacz. Co widząc dowódca zakomenderował:
– Kawaleria pałasze do pochew! Piechota broń do nogi! Stać i ani słowa!
Delikwenta zaprowadzono do przygotowanego juz poza wylotem szeregów dołu, postawiono go nad dołem, twarzą zwróconą ku szeregom i zawiązano mu oczy. Wystąpiła z szeregu pierwsza od sekcja pierwszej kompanii piechoty (a byli to sami Poznańczycy) i stanęła naprzeciw skazanego o kilkadziesiąt kroków. Na dany przez dowódcę znak pałaszem zagrzmiala salwa z trzynastu karabinów.
Gdym stojąc w szeregu zwrócił oczy ku miejscu, gdzie stał delikwent, tam go już nie było, leżał w mogile. Gdy przekonano się, że już nie żyje, zasypano grób ziemią, oddział sformowano do pochodu i ruszyliśmy dalej.
Czy rozstrzelany był winien, o ile winien, Bogu to tylko przedwiecznemu było wiadome.
W całym oddziale wypadek ten wywarł silne i nader smutne wrażenie.
Gdy trzask karabinów rozległ się, gdy skazanego stojącym nad mogilą już nie ujrzano, w szeregach znów odezwały się jęki, płacz i glos bolesny wyrwal się ze wszystkich piersi:
– Wieczny odpoczynek racz duszy jego dać, Panie!
Rosjanie, otrzymawszy posiłki z Łomży i Ostrołęki, otoczyli nas z trzech stron i parli ku Narwi, aby nad samąt rzeką zadać nam cios stanowczy.
Tegoż samego jeszcze dnia – dobrze już było z południa, gdy z ariergardy naszej dano znać, że dość znaczny oddział przedniej straży wojska nas atakującego zbliża się ku nam marszem pospiesznym. Niezwłocznie nas, piechotę, rozsypano w tyraliery, kawaleria zajęła skrzydła, a kosynierzy stanęli w odwodzie, gotowi nacierającego nieprzyjaciela odeprzeć atakiem.
Oddział nasz oparty był o ścianę tam, a od nieprzyjaciela oddziela nas obszerna polana.
Gdy się Rosjanie ukazali na przeciwleglej stronie polany, piechota nasza rozsypana powitała ich ogniem rotowym. Wywiązała się z obu stron walka. Po pólgodzinnej może strzelaninie piechota rosyjska ruszyła na nas lawą, lecz w tej chwili wyprowadzeni do ataku nasi kosynierzy rzucili się pędem na Rosjan i wyparli ich z polany do lasu. U nas znalazło się tylko kilku rannych. Zabitych nie mieliśmy. Rosjanie swoich rannych, a może i zabitych zabrali z sobą.
Sformowawszy oddział do dalszego pochodu i ulokowawszy na podwodach rannych ruszyliśmy dalej. Rosjanie w lesie nie odważyli się juz nas atakować.
Była już późna noc, gdy przewodnicy przyprowadzili nasz oddzial nad sam brzeg Narwi. Noc jesienna była bardzo ciemna. Rosjanie będąc pewni, że mają nas w matni, że otoczeni przez nich z trzech stron nie zdołamy im się wymknąć, rozłożyli się obozem o jakie trzy wiorsty od nas, czekali spokojnie dnia, aby na nas uderzyć. Jakież ich było zdziwienie, wściekłość i straszne przekleństwo, gdy z brzaskiem dnia ruszywszy z trzech stron na nas, zeszli się gromadnie, stanęli nad Narwia i – zgłupieli. Oddziału naszego tam już nie było.
Otoczeni wokoło przez kilkakroć liczniejszego nieprzyjaciela, znaleźliśmy się w bardzo trudnym położeniu; Przed nami Narew w tym miejscu bardzo głęboka, bez mostu, bez promu lub jakiejkolwiek bądź łodzi. Za nami nieprzyjaciel silny.
Po krótkiej naradzie dowódcy oddziału z oficerami i przewodnikami złożyliśmy broń na przygotowane wozy i wyprowadzeni grupami przez przewodnilców wąziutkimi drożynami lasu, rozeszliśmy się po okolicznych wsiach i rozstawieni tymczasowo na kwaterach – czekaliśmy na powtórne zorganizowanie się oddziału.
O kawalerii – co się z nią stało, czy przeszła wpław przez Narew, czy też podobnież broń złozyła – nie wiem, nic pamiętam.
Złożoną broń, amunicję, wszelkie rekwizyta obozowe, kuchnię itp. oddano do przechowania do czasu powtórnego zorganizowania się oddziału zacnemu człowiekowi, wielkiemu patriocie, gospodarzowi – Kurpiowi ze wsi Osowiec powiatu ostrołęckiego – Pastorczykowi.
Niestety – łotry szpiegi donieśli zaraz Moskalom, komu to broń oddana została do schoowania. Moskale więc poszli do Osowca. Kozacy otoczyli dom Pastorczyka, wywlekli go na podwórze, a dowodzący oddziałem oficer zażądał od niego wydania schowanej broni. Pastorczyk stanąwszy przed oficerem powiedział, że o żadnej broni nic nie wie.
Oficer gestem skinął na kozaków, porwali Pastorczyka, rozebrali go prawie do naga, powalili na ziemię i poczęli strasznie bić nieszczęśliwego nahajkami. Nie bylem tam i nie widziałem tej strasznej egzekucji, ale naoczni temu świadkowie byli później razem ze mną w niewoli, którzy patrzyli na to własnymi oczami – opowiadali.
Krew – mówili oni – spod nahajek kozackich strumieniami bluzgała; ciało od kości kawałami odpadało, a katowany jęki tylko z piersi wydawał. Żona nieszczęśliwego stojąc nie opodal mdlała bezustannie, a nie mogąc już patrzeć na katusze, rzuciła się ku niemu i zaczęła prosić:
– Mężu ulituj się nad sobą, nade mną i nad dziećmi naszymi. Wszak oni cię zabiją! Powiedz im, gdzie broń schowana.
– Stójcie! – krzyknął Pastorczyk na kozaków. – Zaraz powiem.
Kozacy na rozkaz oficera przestali bić, on podniósł się z ziemi, podszedl do żony, wymierzył jej silny policzek, aż się krwią zalała, i powiedział:
– A teraz powiedz ty im, gdzie broń, bo ja nic o tym nie wiem.
Kozacy znów powalili na ziemię biedaka i znowu katowali nahajkami Zemdlał nieszczęśliwy i już nie czuł zadawanych razów.
Olicer kozacki widząc, te Pastorczyk umrze pod nahajkami, a broni nie wyda, chwycił się innego sposobu. Rozpalono na podwórzu ognisko, kozacy rozpalili w nim do czerwoności końską podkowę i przykładali ja do podeszw nóg nieszczęśliwego. Torturowany zawył strasznie nieludzkim głosem i nie mógł tej męki już wytrzymać, powiedział, gdzie broń była schowana.
Moskale broń z ziemi wydostali, zabrali ją na wozy i wywieźli.
Pastorczyka również Moskale zaraz zabrali z sobą, zawieziono go do Cytadeli, tam osądzony i skazany został na lat dwadzieścia do katorg. Przebywszy lat kilkanaście w nerczyńskich kopalniach, następnie osiedlony w Syberii, tam męczeńskiego żywota dokonał.
Oddział nasz nie mając broni, nie mógł już się na nowo sformować.
Brandt wyemigrował za granicę, a myśmy, którzy czekali na zorganizowanie się oddziału, rozeszliśmy się w rozmaite strony.
W piechocie, w pierwszej kompanii i pierwszej sekcji był podoficerem młody chłopak, jednych lat u mną, Litwin, uczeń gimnazjum mariampolskiego Sylwester Kociełło, którego w oddziale zwaliśmy Kociołkiem. Ja byłem w tejże samej kompanii w trzeciej sekcji. Z tym to kolegą, towarzyszem broni, Litwinem, zaprzyjaźniliśmy się w obozie i pokochaliśmy się więcej niż bracia rodzeni. Po złożeniu broni i rozejściu się oddziału, postawieni razem u jednego gospodarza na wsi na kwaterze, radziliśmy, co począć z sobą.
Wiedząc, że oddziały powstańcze w Lubelskiem jeszcze się trzymają, postanowiliśmy tam się przedostać. Jakoż przeprawiwszy się łódką przez Narew około Ostrołęki dotarliśmy do Buga i we wsi Zuzel przeprawiliśmy się przez tę w Podlaskie do ówczesnej jeszcze w tym miejscu guberni lubelskiej. (…)”

Fragment wspomnień Konstantego Borowskiego, opisujące bitwę pod
Wincentą zamieścił wraz z krótką przedmową Pan Michał Pikuliński.

Temat udostępniony przez. Link poniżej:
http://www.kolnoteka.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=110:bitwa-pod-wincent-z-1863-roku&catid=30:aktualnoci&Itemid=79

Pisownia oryginalna

2710 Ogólnie 2 Dziś
  
 

1 Komentarz

  1. Avatar
    6 lutego 2015  9:39 przez Barbara Walczuk na Facebooku Odpowiedz

    Czyżby to dla upamiętnienia tamtych dni ktoś z mieszkańców zapala znicz na kamieniu w lasku,tuż przy drodze? Bardzo często widzę płonącą lampkę.

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar