Na przystani

Szanowna Redakcjo,

Chciałbym podzielić się swoimi wspomnieniami z moich lat młodzieńczych, z wydarzeń, które kształtowały mój charakter, w wyniku, czego wypłynąłem na szerokie wody oceanów.

 

Edward Jackowski – z moich wspomnień

Przystań wioślarską Towarzystwa Wioślarskiego na lewym brzegu Narwi zbudowano w 1902 roku. Jej projektantem był Franciszek Przecławski, łomżyński architekt, absolwent Instytutu Inżynierów Cywilnych w Petersburgu. Jako inżynier VII rangi kierował Wydziałem Budowlanym Rządu Gubernialnego. Choć przystań powstała w 1902 roku, poświęcono ją oficjalnie dopiero dwa lata później, dokładnie 12 maja 1904 roku. Wracając jednak pamięcią do samej przystani czy też stanicy wioślarskiej – jak przez wielu była określana, ogień jej nie oszczędzał. Spłonęła w 1912 roku, choć rok później wybudowano nową, to także ona spłonęła po 25 latach użytkowania, w 1938 roku. Budynek, który stoi w tym miejscu, nie przypomina w niczym przystani sprzed lat. Jedyne, co się zmieniło, to ruch na Narwi. Na wiele lat zamarł. Teraz zainteresowanie sportami wodnymi powoli się odradza.

Taki opis znalazłem na stronach Internetu. Nawet nie wyobrażałem sobie, że budynek przystani był tak piękny. Zdjęcie zostało zapewne zrobione podczas wysokiego stanu wody sięgającego aż do samego budynku. Łódka, z dwuosobową załogą w marynarskich czapkach, z zatkniętą na rufie flagą należy zapewne do inspektorów wodnych badających stany wodne.

Przystań po remoncie, lata pięćdziesiąte

Chciałbym przypomnieć krótki okres lat pięćdziesiątych, w którym, po zawierusze wojennej, wodniactwo łomżyńskie dopiero raczkowało. W miejscu dzisiejszego budynku Przystani stał drewniany – pomalowany na zielono – barak, do którego można było wchodzić po szerokich schodach, głównym wejściem od strony rzeki. Drugie wejście było od strony ulicy i używane było, jedynie w wypadku wylewów Narwi, podczas których zalewane było wejście od strony rzeki. Wylewy rzeki występowały dwukrotnie w ciągu roku: wiosną i jesienią. Jesienne były zazwyczaj mniejsze i poziom wody nie był tak wysoki jak w czasie wylewów wiosennych. Występowały w tamtym okresie dosyć regularnie i z tego powodu, używając terminologii morskiej, można je było przyrównywać do pływów nipowych i syzygijnych. I tak jak w rejonach takich pływów, tak i tutaj, budynek posadowiono wysoko, na drewnianych palach, co powodowało, że nawet przy wylewach, kiedy woda prawie przelewała się przez groblę, nigdy nie sięgała podłogi baraku. Drewniane pale obite deskami tworzyły hangar dla sprzętu wodnego. A tego nie było wiele. Kilkanaście kajaków, prywatnych i państwowych i to wszystko. Pod koniec lat pięćdziesiątych pojawiło się trochę więcej łódek w tym motorówki, łódki rybackie, niektóre nawet z doczepianymi silniczkami. Pojawił się także jeden skiff. Z wielkim zainteresowaniem przyglądaliśmy się wsiadaniu do tej tak chybotliwej jednostki
Budynek Przystani należał do Ligi Przyjaciół Żołnierza. Należy przypomnieć, że była to organizacja paramilitarna, której celem było upowszechnianie idei obronności kraju przez akcje szkoleniowe i wychowawcze. Powstała w 1950 roku. Były to czasy powojenne. Łomża leżała w gruzach. Likwidowano stare, powstawało nowe harcerstwo. Młodzież była nieco zagubiona i szukała swego miejsca w tym zawirowanym wówczas świecie. Na rogu ulicy Rybaki i Zjazd postawiono drewniany barak; długi, wypełniał prawie całą przestrzeń między ulicą Zjazd i Kapucyńską. Tam umieszczono Stanicę Harcerską. Działalność tego ośrodka koncentrowała się na organizowaniu kółek zainteresowań oraz urządzaniu imprez okolicznościowych dla zuchów i harcerzy. Podobnie jak w Stanicy tak i w LPŻ na Przystani zorganizowano koła zainteresowań w takich sekcjach jak: modelarska, elektrotechniczna, sygnalistów morskich i wodniacka. Nie brakowało chętnych do uczestniczenia w zajęciach. Można było być harcerzem i chodzić na Przystań, aby ćwiczyć się w sportach wodnych.
Nie wiem kto w pierwszych latach powojennych był kierownikiem Przystani ale wiem, że we wczesnych latach pięćdziesiątych gospodarzem tego obiektu  był pan Kozłowski. Mieszkał przy ulicy Rybaki. To on posiadał klucze do drzwi wejściowych i pomieszczeń oraz do mieszczącego się pod podłogą baraku – hangaru, w którym przechowywany był sprzęt wodniacki należący do LPŻ. Pod koniec lat pięćdziesiątych, od strony stadionu, powstał ciąg pojedynczych boksów – hangarów dla prywatnych właścicieli różnego rodzaju łódek.
Młodzież przychodząca na Przystań była pełna pasji do tego, co robiła. Ci, którzy należeli do sekcji modelarskiej należeli także i do wioślarskiej. Z zapałem czyścili i wstawiali do hangaru kadłuby kajaków należących do LPŻ. Wiosną porządkowali hangar i pomagali w naprawach i malowaniu tego sprzętu. Nie było tego wiele. Aby popływać na kajaku trzeba było swoje odpracować. Kajaki były ciężkie, robione ze sklejki. Nadawały się jedynie do wypraw turystycznych. Można było podpłynąć do „żelaznego mostu” popatrzeć na kąpiące się dziewczyny na „Plaży Żydowskiej” czy spływając w dół rzeki przystanąć przy brzegu „Plaży Wojskowej” i poskakać tam „na główkę” ze zrobionej przez chłopców skoczni ułożonej z darni.
Na początku lat pięćdziesiątych sekcję modelarską prowadził Jurek Markow, uczeń ostatnich klas Technikum Drzewnego. Niski, z gęstą czarną czupryną, wprowadzał nas w tajniki obróbki drewna, zapoznawał z konstrukcją łodzi i statków, uczył odczytywania planów konstrukcyjnych i korzystania z nich przy budowie modelu. Zaledwie o kilka lat starszy, zdobył nasze zaufanie i stał się naszym kolegą. Był wielkim miłośnikiem morza. Wieczorami, jesienią i zimą, obrabiając nasze modele słuchaliśmy jego opowieści. Roztaczał przed nami wizje wielkiego świata, dalekich lądów i mórz, obcych portów tętniących gwarem marynarzy. Wyobraźnię wzbogacało oglądanie kolorowych pocztówek drukowanych na stronach czasopisma „Morze”. Jurek, z duszą romantyka marzył o dużej jednostce, o jachcie, na którym można by wyruszyć w świat – ku przygodzie. Wiosną, chyba 1954 roku powiedział, że w Olecku jest do kupienia jacht. Jacht naszych marzeń – jacht kilowy, z kabiną. – Tam są jachty do kupienia, – mówił. – Poniemieckie, zostały po wojnie i teraz niszczeją na stojakach. Trzeba zdobyć dwa tysiące złotych. Ale jak zdobyć tyle pieniędzy? Głowiliśmy się. Przecież to miesięczna pensja! Każdy z nas robił co mógł, by choć trochę dołożyć. Uzbieraliśmy ponad tysiąc złotych. Ja przehandlowałem za sto pięćdziesiąt złotych stary zegarek kieszonkowy. Miałem go z wymiany za niemiecki bagnet. Inni posprzedawali swoje najcenniejsze rzeczy: finki, latarki, bagnety itp. I tak wyprawiliśmy Jurka. Po kilku dniach ujrzeliśmy na przystani naszą jednostkę. Ustawiona na prowizorycznej konstrukcji była obiektem żywego zainteresowania mieszkańców Łomży. Wielki kil dotykał prawie do ziemi a ponad nim wznosił się potężny, obszerny kadłub, na którym można było dostrzec okienka kabiny. Radość była wielka. Mamy jacht, odrapany i brudny, z liszajami odłażącej farby, ale dla nas był najpiękniejszy. Wdrapaliśmy się na pokład. Przez okienka zaglądaliśmy do kabiny. Serca nam biły z dumy. Nasz jacht. Bosman przystani w Olecku, stary, siwowłosy Mikołaj, gdy dowiedział się, że to chłopaki się złożyli na jego kupno sprzedał go za tysiąc złotych. Serca biły nam radośnie, bo spełnienie marzeń wypraw zamorskich stawało się realne. W szkole, na lekcjach nie można się było skoncentrować, każdy z nas rysował jacht pod żaglami na tle kokosowych palm z wysp południowych.

W tym samym czasie, na przystani pojawił się nowy zakup – mały bączek, taki mały używany w portach do prac pomocniczych, głównie przy cumowaniu. Był solidny, drewniany, burty na zakładkę, maszt, żagle (grot i fok), miecz, wyjmowana płetwa sterowa, rumpel i pagaje. Do tego olinowanie, dulki. Prawdziwa radość. Od tego czasu wszystkie nasze myśli koncentrowały się na „naszej flocie”. Jacht stał „na kołkach” i wymagał remontu, natomiast bączek był naszą fregatą, na której odbywaliśmy dalekie podróże zawijając do „obcych portów” ukrytych w zapadłych lagunach, siejąc zamęt wśród mieszkańców „wrogich miast”. Miejsca te znajdowały się w zakolach rzeki przy Czarnocnie. My, modelarze i piraci, poszukiwacze przygód: Janek Zamojda, Leszek Kołodziejski, Henio Piątek, Janek Cherubin i rzadziej Janek Żynda, Marek Foeller, a także Zbyszek Kamionowski czy Adam Sobolewski. Słuchaliśmy historii niesamowitych z życia piratów, opowiadanych przez Leszka, podziwialiśmy bogate słownictwo przekleństw piratów, których całym arsenałem zadziwiał nas Janek Zamojda. Przy tym podśpiewywał: „O ho ho .. na umrzyka skrzyni” albo

Czarny okręt na nim śmierci znaki, trupia czaszka dwa piszczele w skos,
na pokładzie same zabijaki, brudna szata i stargany włos,
komu taki widok się przydarzy, ten ze śmiercią dawno zawarł ślub,
płoną dzikie twarze, baczność to korsarze, to szakale morza węszą łup”.

Wówczas z dzikimi okrzykami wyskakiwaliśmy na brzeg, łupiąc wyimaginowanych wrogów a były nimi pasące się nad Narwią gęsi, które uciekały w popłochu podnosząc taki wrzask, że szybko łapaliśmy wiatr w żagle i pędziliśmy jak najdalej od tego miejsca, unikając pędzących z widłami w naszą stronę chłopów.
Tak spędzaliśmy wakacje. Opaleni na brąz czuliśmy się szczęśliwi. Jurek Markow skończył szkołę i zabrał jacht do siebie gdzieś na Śląsk. My mieliśmy bączek.

W tym okresie kierownikiem Przystani został Donek Andrychowski. Młody, szpakowaty, lubiący młodzież. Słuchaliśmy jego żołnierskich przygód z Pogranicza.

Uczyliśmy się sztuki żeglowania, zwrotów, dobijania do pomostu, manewrówki i komend. Na przystań przychodzili starzy wioślarze. Ci przedwojenni z Łomżyńskiego Towarzystwa Wioślarskiego. Pamiętam pana Wasilewskiego i Wszędyrównego. Pan Wszędyrówny służył w marynarce wojennej a to było naszym marzeniem, dlatego przypatrywaliśmy się jak chodził co mówił. Obaj byli naszymi przewodnikami w sztuce wiosłowania. To od nich uczyliśmy się techniki wiosłowania „na śrubkę” stosowaną przez marynarzy do poruszania się bączkiem po terenach portowych. Mieliśmy dla nich wiele szacunku. Pobudzali naszą wyobraźnię opowiadaniami o regatach, w których brali udział i atmosferze towarzyszącej tym wydarzeniom. Słuchaliśmy, marząc o podobnych występach.

W 1957 roku zorganizowano w Łomży wyścigi kajakarskie. Przyjechały osady z Olecka, Białegostoku, Ełku i Gołdapi. Mieli swój własny sprzęt. Nowe, błyszczące świeżością kajaki wzbudzały naszą zazdrość. My wybraliśmy sobie z hangaru najlepsze, według naszej oceny, łajby. Były to kajaki turystyczne bez steru. Trasą do pokonania był odcinek rzeki od przystani do mostu żelaznego i z powrotem. Płynąłem z Józkiem Grejdusem. Czuliśmy respekt przed obcymi obsadami. Białostoczanie i obsada z Olecka, wielkie chłopy, opaleni „na murzyna”, zbudowani niczym Herkules, wzbudzali podziw wśród zebranej na brzegu publiczności. My przy nich wyglądaliśmy jak cherlaki. Pan Wasilewski podgrzewał atmosferę starając się wlać w nasze serca wolę walki. Jesteście na swoim terenie – mówił – znacie prądy i wiry. Oni tego nie znają. Dajcie im popalić. Pokażcie, że jesteście Łomżyniakami, a ci się nie poddają. Przypomniałem sobie jak mój tata mówił „zesr.. się a nie daj się”.  Nie mogłem się poddać.
Atmosfera piknikowa, coraz więcej ludzi zapełniało brzegi przy przystani i dalej, wzdłuż brzegu do zakrętu.

– Pamiętajcie o długich pociągnięciach i prawidłowym wkładaniu wiosła do wody. A przed metą „dycha” – przypominał pan Wasilewski, przedwojenny wioślarz, co miało oznaczać dziesięć maksymalnie silnych pociągnięć.
Poszliśmy. Przy „Plaży Żydowskiej” byliśmy na czwartej pozycji. Herkulesowa obsada białostocka i dwie inne przed nami. Szli środkiem. Skoczyliśmy pod brzeg, tam mniejszy prąd. Pod mostem byliśmy także na czwartej pozycji. Zakręt. Patrzymy na twarze naszych rywali. Jest nadzieja, ledwie zipią, ale i nam niczego nie trzeba.
– Józek pod brzeg – krzyczę – ciągnij mocno! – Przy „Żydowskiej” jesteśmy na drugim miejscu. Mięśniaki zostali w tyle. Przed nami tylko jedna obsada. – Józek ciągnij, mamy ich. Wyskakujemy zza zakrętu, już przy przystani….. jeszcze trochę, ludzie krzyczą, dopingują. Nic nie widzimy, pot zalewa oczy…Józek dycha…wyrzęziłem. Jakże ciężki jest kajak a woda jakby z kleju. ….Meta. Jesteśmy na drugim miejscu. Kładę wiosło w poprzek i ręką ochlapuję twarz. Pulsują skronie, z nosa cieknie krew. Za nami jeszcze sześć łodzi. Donek gratuluje. Pan Wasilewski też. Brawo chłopcy.
To, czego nauczyłem się na łomżyńskiej przystani bardzo przydało mi się potem w moim marynarskim życiu. Gdy w norweskim fiordzie za długo zwiedzałem okoliczne wysepki małym bączkiem, zapomniałem o silnych w tym miejscu pływach. A trzeba było wracać na statek. Zanim się zorientowałem było za późno i zmuszony byłem wracać tą łupiną pod wlewający się w wąskie gardło fiordu przypływ. Prąd był bardzo silny. Metoda na śrubkę umożliwiła mi wyjście z tej opresji. Wylądowałem przy prywatnym molu, z którego obserwował moje zmagania Norweg z jasnowłosą córką.

Gdańsk, 2014 r. Edward Jackowski

144 Ogólnie 4 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar