Wspomnienia szkolne Edwarda Jackowskiego

Od redakcji:
Łomża od wieków utrzymywała kontakty z bałtyckimi portami spławiając Narwią barkami zboże, a jako tratwy – drzewo. W latach 1980- 2006 imię naszego miasta rozsławiał po morzach i oceanach całego świata pływający pod banderą PŻM MS „Łomża. Wielu młodych ludzi urodzonych w Łomży, po ukończeniu szkoły w Szczecinie, Gdański czy Gdyni pozostawało w tym mieście na stałe. Jednym z nich jest absolwent Technikum Weterynaryjnego w Łomży pan Edward Jackowski, który po ukończeniu studiów w Państwowej Szkole Rybołówstwa Morskiego w Gdyni (wydział Nawigacja), pracował początkowo w tej uczelni na stanowisku adiunkta, aby na stałe związać się zawodowo z Urzędem Morskim w Gdyni.
Ale Łomży – miasta rodzinnego – nikt z nas nigdy nie zapomni. Pan Jackowski po latach przesłał swoje wspomnienia na ręce szkolnego kolegi, a naszego stałego współpracownika – pana Adama Sobolewskiego. Wspomnienia te, za zgodą obu Panów, publikujemy poniżej .                                                                                                                                                                                                                                 Szanowna Redakcjo !

W latach szkolnych 1947 – 1949 uczyłem się w Publicznej Szkole Powszechnej Nr 2 w Łomży. Nie wiedziałem, że była to Szkoła Ćwiczeń ponieważ dla mnie była to „Dwójka” albo szkoła w barakach w Alei Legionów. Przyjrzałem się teraz bliżej mojemu świadectwu z II. klasy z 28 czerwca 1949 roku. Pod godłem państwowym jest napis: Świadectwo Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego, powyżej – podłużna pieczątka z napisem Publiczna Szkoła Powszechna nr 2 w Łomży. W dolnej, środkowej części świadectwa jest granatowy odcisk urzędowej pieczęci ze skróconym napisem w okręgu: Szkoła Ćwiczeń Państw. Lic. Pedagog. w Łomży.

Warto przypomnieć, że w 1938 roku w Łomży zamieszkiwało około 28 tysięcy mieszkańców, zaś w roku 1945 tylko około 12,5 tysiąca. W niezwykle zrujnowanym mieście, brak lokali użytkowych uzupełniano łatwymi w montażu drewnianymi barakami. Do dzisiaj pamiętałem kilka z nich. Pierwszy – przedszkole na ulicy Nadnarwiańskiej, drugi – na rogu ulic Rybaki i Zjazd „Dom Harcerza”, trzeci – Przystań nad Narwią. Zapewne w Łomży były jeszcze inne baraki ale ich już nie pamiętam. W baraku na ulicy Nadnarwiańskiej, w którym mieszkali państwo Danielewscy (rodzice kolegi Zygmunta „Cygana”) spędziłem „przedszkolny” rok 1946/47. Potem uczyłem się w I. i II. klasie w „Dwójce” pod czujnym okiem wychowawczyni pani Zofii Marcinkiewicz. Do baraku na rogu ulic Rybaki i Zjazd chodziłem na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku na zbiórki harcerskie i na kółka modelarskie i elektrotechniczne. Drewniana Przystań na Zjeździe nie tylko mnie. przyciągała jak przysłowiowy magnes. Tutaj pomagałem jak mogłem przy naprawach kajaków i łodzi a w okresie szkoły średniej, budowałem z kolegami modele różnych statków. To właśnie na Przystani zrodziło się moje pragnienie wyrwania się jak najszybciej z Łomży ku morzu.

Wszystkie baraki miały wspólną cechę, ten sam charakterystyczny zapach środków konserwujących elementy ścian i sufitów. Różniły się jednak zapachami unoszącymi się z podłóg. W przedszkolu podłoga pachniała czerwoną pastą „Tempem”, w Domu Harcerza pachniały kurzem zmieszanym z zapachem środka konserwującego, w szkole natomiast był to jednakowy zapach dla wszystkich łomżyńskich szkól, zapach „pyłochłonu”. Smarowano nim podłogi, które stawały się czarne i nieco lepiące. Poza budynkami szkolnymi były murowane ustępy, które bardzo śmierdziały chlorem.

Po wojnie Łomża nie posiadała rozbudowanej sieci wodno – kanalizacyjnej, dlatego szkoły i większość budynków mieszkalnych korzystała z ustępów budowanych na zapleczach. O ile pamiętam to szkół podstawowych było wtedy chyba cztery, tj. Nr 4 na Giełczyńskiej, Nr 6 na rogu Giełczyńskiej i Dwornej, Nr 2 w barakach na Legionów i od września 1949 roku Nr 1 na Rybakach.

Nie wiem, czy była wtedy jakaś rejonizacja. Do „Dwójki” chodziły dzieci ze Skowronek, Rembielina, Koszar oraz z okolicznych ulic: Polowej, Sienkiewicza, 3-go Maja. Ja wtedy chodziłem do „Dwójki” na Legionów, moja zaś starsza siostra Elżbieta uczyła się w czwartej klasie w Szkole Nr 4 na Giełczyńskiej. Był to dwupiętrowy z czerwonej cegły budynek, który opuszczony od kilku lat stoi do dzisiaj. Nie wszyscy więc z mojej dzielnicy chodzili do „Dwójki”. Może, dlatego że było za mało w niej pomieszczeń klasowych. Niewiele już pamiętam, kto chodził ze mną do „Dwójki” gdyż nie mam żadnych zdjęć, które by pozwoliły mi wydobyć z zakamarków pamięci twarze i nazwiska kolegów i koleżanek.

Dwójka” zawsze mi się kojarzy ze świeżo postawionymi dwoma barakami, frontem do Alei Legionów. Gdy 1 września 1947 r. rozpocząłem naukę w pierwszej klasie miałem sześć lat i trzy miesiące. Moja pierwsza klasa mieściła się w baraku od strony ruin dawnego Domu Żołnierza. Pamiętam do dzisiaj smród od pyłochłonów pokrywających podłogi. Ponadto zapach drewnianych ścian barakowych wysmarowanych także jakimś śmierdzącym środkiem konserwującym był wówczas charakterystyczny dla wszystkich szkół, do których potem chodziłem. W pierwszej klasie uczyłem się z elementarza Mariana Falskiego z tradycyjnym układem z Alą i jej psem Asem w roli głównej. Był to wspaniały podręcznik, który służył pierwszoklasistom od 1910 roku. Pamiętam też zapach książek i zeszytów, gładkość kartek, zapach ołówka i gumki „Myszki” Zeszyt do polskiego był w linie a w kratkę do rachunków. Do rysunków natomiast zeszyt był czysty z wyrywanymi kartkami. Najpierw przez pierwsze dwa okresy (rok szkolny dzielony był na cztery) pisaliśmy ołówkiem, potem, po półroczu zaczynaliśmy pisać piórem. Pisanie atramentem z pomocą pióra wcale nie było łatwe. Kleksy lub błędy nie tak łatwo można było wymazać gumką a nauczyciele byli bardzo wymagający i obniżali stopień za brudny lub ze zawiniętymi rogami zeszyt. A co działo się z atramentem? Całe szczęście, że szkolne ławki miały specjalnie otwory na kałamarze. Były to okrągłe szklane pojemniczki wpuszczone w te otwory po to, by nie przewracały się na ławkę i nie zalewały zeszytów albo książek. W zeszytach mieliśmy bibuły do osuszania napisanego tekstu. Pióra nie zawsze były dobre i należało je wyginać w różne strony, najlepiej na paznokciu. Skrzypiały i drapały papier, zostawiały kleksy gdy nabrało się za dużo atramentu. Palce mieliśmy zawsze zabrudzone atramentem ale buzie też i to wcale nie rzadko. Ale oprócz szkolnych kałamarzy mieliśmy swoje własne, które nosiliśmy w teczkach lub torbach razem z książkami. Jak łatwo sobie wyobrazić nie było to zbyt praktyczne i po pewnym czasie wnętrza teczek były zabrudzone atramentem. Nie pamiętam pierwszego wymarszu do szkoły i przygotowań, które teraz towarzyszą maluchom. Było to zaraz po wojnie i nikt nie mógł pozwolić sobie na wyprawkę do szkoły w postaci nowych, wystrzałowych ubiorów. Wrzesień 1947 roku był bardzo ciepły i słoneczny. Ubrany byłem w krótkie spodenki i koszulkę. Na nogach tenisówki. Książki Mama włożyła mi do specjalnie uszytej na maszynie płóciennej torby, takiej jak teraz używa się na zakupy. Podobne torby mieli prawie wszyscy uczniowie. Niektórzy nie mieli ich wcale i przychodzili do szkoły niosąc je luzem. Tornistry i teczki pojawiły się dopiero w latach 50-tych. Nawet do szkoły średniej, tak jak większość uczniów, nosiłem książki w teczce biurowej. Niektórzy mieli teczki skórzane z dwoma kieszeniami, przykryte od góry klapą i spięte paskiem. Biedni byli ci nasi rodzice. Chcieli nas wystroić jak najpiękniej ale nie było z czego. Po prostu, handel jeszcze nie działał. W nielicznych sklepach prawie nic nie było. Dobrze, że pojawiało się coraz więcej sklepów „bławatnych”, gdzie można było „dostać” trochę materiału na sukienkę czy inną część garderoby. Ale najczęściej, przynajmniej tak było w moim domu, Mama szyła z tego co miała.

Do szkoły chodziłem dumny z uszytą przez Mamę torbą. Najpierw szedłem ulicą Wiejską koło rozlewni lemoniady, skąd zalatywało jej zapachem i wilgocią, potem dalej wzdłuż częściowo zburzonego budynku Wiatraków, gdzie Maniek, trochę ode mnie starszy, chował gołębie. To on, gdy byłem w piątej klasie, wciągnął mnie w ten „biznes”. Dalej był zburzony dom, którego rumowisko i kawałek ogrodu ciągnęło się do rogu ulicy Kanalnej. Następnie szedłem przy ścianie kamienicy Figla, w której na ostatnim piętrze mieściło się moje feralne przedszkole. Nad drzwiami wejściowymi widniała data budowy „Rok 1912”. Po drugiej stronie ulicy nie było nic; resztki gruzów jakiegoś płotu i trochę starych owocowych drzew. Dalej szedłem po prawej stronie ulicy. Za kamienicą Figla kończył się chodnik i był pusty plac aż do ulicy Pięknej. Vis a vis tego placu stała duża, dwupiętrowa kamienica czynszowa z łukowato sklepioną bramą wjazdową na podwórze. Budynek ten stał na rogu ulicy Kanalnej i Pięknej. Kamienica ta niewiele ucierpiała podczas wojny i była prawie całkowicie zamieszkała. Mieszkało tam wiele rodzin. Na rogu ulicy Pięknej, w suterenie mieścił się magiel ręczny. W oficynie od ulicy Pięknej mieszkał kolega Janusz Bazydło.

Aby dojść do szkoły musiałem przejść ulicę Piękną i iść dalej ulicą Wiejską wzdłuż ruin budynku, który przed wojną należał do łomżyńskiej kurii i był zamieszkiwany przez siostry zakonne. Bałem się iść tamtędy gdyż ruiny mnie przerażały. Z ciemnych otworów piwnicznych śmierdziało stęchlizną. Gdy wrzuciło się cegłę to z pluskiem wpadała w zebraną tam wodę. Czasami z ruin wyskoczył z głośnym miauczeniem zdziczały kot, który biegł na drugą stronę ulicy do następnych ruin i sterczących w górę kikutów z czerwonej cegły ścian zburzonego bombą budynku. Środek jezdni był odgruzowany, dlatego lepiej było iść środkiem niż przy murze. Nieraz miałem wrażenie, że za chwilę ktoś wysunie łapę z ciemnej piwnicy i mnie tam wciągnie. Był to najtrudniejszy i najbardziej strachliwy do przejścia odcinek drogi. Gdy go pokonałem szedłem dalej. Po prawej stronie mijałem bramę wjazdową prowadzącą na podwórko przylegającej do ruin kamienicy. Tam mieszkali Kaczyńscy, późniejsi znani piłkarze. Mieszkał też Sokołowski, który służył w marynarce i ożenił się z Włoszką. Dalej za tą bramą był pusty plac a potem niski drewniany, pomalowany na brązowo budynek, w którym mieszkali Wawrzyniakowie. Pamiętam Ryśka w wieku mojej siostry Eli oraz dwóch jego młodszych braci i starszą jego siostrę. Dach tego budynku był tak niski, że nawet mnie, maluchowi, wydawało się, że mogłem do niego dosięgnąć, zwłaszcza zimą, gdy zwisały z niego długie lodowe sople. Do tego budynku przylegał następny ciągnący się wzdłuż ulicy, równie niski budynek a za nim znajdował się maleńki placyk, na którym utworzono skwerek z alejkami wytyczonymi żywopłotami i nielicznymi drzewkami jarzębiny. Skwerek ten dochodził do ulicy Nowogrodzkiej, która tutaj się kończyła łącząc się z ulicą Szosową, prowadzącą do Miastkowa. Dla mnie było to dość trudne przejście, gdyż była to ulica przelotowa i ruch na niej był większy niż na Wiejskiej. Gdy udało mi się bezpiecznie ją przekroczyć, przechodziłem na lewą stronę, na chodnik ciągnący się wzdłuż placu Pocztowego. Idąc tym chodnikiem dochodziłem do ulicy Dwornej wchodziłem w cień potężnej bryły budynku pocztowego, usytuowanego na rogu z ulicą 3-go Maja. Ulica ta podobnie jak wszystkie inne w śródmieściu Łomży była porozrywana bombami a rumowiska domów zalegały przeciwległą od poczty stronę począwszy od Dwornej aż do połowy długości tej ulicy, do parterowego budynku, w którym mieszkała Danka Bieguńska, koleżanka szkolna mojej siostry Eli. Za tym budynkiem, aż do ulicy Polowej, stał piętrowy budynek czynszowy, prawie niezniszczony. Po drugiej stronie ulicy, od poczty ciągnął się mur ogradzający teren poczty i ogród. Dalej w kierunku Polowej wznosił się piętrowy budynek zamieszkały przez wiele rodzin. Przez jego bramę wiodącą na podwórko można było dostać się na teren elektrowni. Gdy doszedłem do ulicy Polowej musiałem skręcić w lewo, przeciąć skosem ulicę Polową i wkroczyć na Aleję Legionów. Była to jedna z głównych ulic wylotowych w Łomży, którą jechało się w kierunku Warszawy. Wkraczałem w tę ulicę po prawej stronie. Był tam pusty plac. Rumowisko po zburzonym budynku było już sprzątnięte a następny, jednopiętrowy budynek, oczekiwał na remont. W dziurze w ścianie widniało wnętrze pokoju, z którego wychodziło się na balkon od strony Alei Legionów. Ale budynek ten był zamieszkały. Na dole znajdował się maleńki sklepik, do którego wchodziło się po schodkach. Można tam było kupić to samo, co w sklepiku Bielickich na Rembielinie. Należał on do rodziny mojej koleżanki z klasy. Niestety. Zapomniałem jej nazwiska i imienia. Przyjaźnił się z nią Andrzej Narolewski. Dziewczynka ta zachorowała i wkrótce potem zmarła. Było to chyba na początku drugiej klasy, czyli we wrześniu 1948 roku. Nasza klasa cała stawiła się na cmentarzu. Dzień był przepiękny, słoneczny, pod nogami szeleściły opadłe liście a przez kolorowe korony cmentarnych drzew przebijały smugi ciepłych promieni słońca a cały nastrój tego pięknego dnia połączony był ze straszliwym smutkiem z tego niezrozumiałego dla nas wydarzenia, że nasza koleżanka odchodzi. Żal było Andrzeja Narolewskiego, naszej pani Marcinkiewicz i tych wszystkich, którzy zasmuceni się tutaj zgromadzili, by pożegnać naszą koleżankę.

Naprzeciwko tego budynku stały dwa baraki. Wystarczyło tylko przekroczyć brukowaną Aleję Legionów i już było się na terenie szkoły. Ale jeszcze przed barakami były ruiny Domu Żołnierza. W tym miejscu stoi teraz bank. Przed wojną był to jeden z bardziej znaczących w Łomży budowli, o czym wspominał pan Antoni Pogorzelski ze Skowronek. W 1940 roku Sowieci wywieźli go z rodziną do Kazachstanu. Od tamtej pory nigdy nie pojawił się w Łomży. Spotkałem go w 1996 roku w Hobart na Tasmanii. Upłynęło, zatem prawie pół wieku. Mimo upływu czasu w jego wspomnieniach, jedno z pierwszych pytań było pytanie, czy jeszcze stoi Dom Żołnierza. Musiałem wówczas opowiedzieć, że pozostały tylko ruiny z wysmukłą, na wpół wypaloną wieżą. Ruiny te służyły za palarnię dla palaczy ze starszych klas.

Moja klasa była w pierwszym baraku od strony Domu Żołnierza z oknami wychodzącymi na Aleję Legionów. Naszą wychowawczynią była pani Zofia Marcinkiewicz. Pani Zofia uczyła nas wpisywania w linijki kółek i laseczek oraz tego wszystkiego, co obejmował program nauczania w pierwszej klasie z takich przedmiotów jak: języka polskiego, matematyki, rysunku, prac ręcznych, śpiewu, religii oraz wychowania fizycznego. Z każdego przedmiotu wystawiane były stopnie, które wypisywane były na świadectwach szkolnych, wystawianych co pół roku, gdyż rok szkolny podzielony był na dwa półrocza. Pierwsze półrocze kończyło się 31 stycznia.

Nie miałem nikogo znajomego w klasie. Może z tego właśnie powodu siedziałem w ławce z dziewczynką. Chyba nazywała się Mrozówna. Podczas przerwy bawiła się z Winnicką, też z Nowogrodzkiej. Pamiętam jeszcze Jurka Wnorowskiego, Andrzeja Narolewskiego, Sławka Lemańskiego i Tadka Jasińskiego.

Należałem do grona najmłodszych w klasie. Był to czas powojenny i do pierwszych klas uczęszczali także ci, którzy nie mieli możliwości uczyć się w czasie okupacji. Wielu z nich miało po osiem, dziewięć a nawet dziesięć lat. Mogli oni kończyć dwie kasy w ciągu jednego roku szkolnego. Jednym z nich był Wiesiek Lis z ulicy Wiejskiej. Był to przystojny blondyn, wyższy ode mnie o całą głowę, który dla nas młodziaków był jak starszy brat. Na przerwach popalał papierosy w ruinach pobliskiego Domu Żołnierza. Mieszkał w kamienicy po drugiej stronie kamienicy Figla.

W czasie przerw ganialiśmy po piaszczystej przestrzeni między barakami. Był to teren służący za plac zabaw i za boisko sportowe. Palacze znikali w runach Domu Żołnierza. Od zabaw i wrzasku rozbrykanej dziatwy szkolnej wznosiły się tumany kurzu. Czasami ktoś przyniósł piłkę i wówczas była kopanina „w nogę”. Całe szczęście, że w 1947 roku jesień była piękna, sucha a jesienne słońce przyjemnie przygrzewało. Pewnego razu dziewczynki z przerażeniem wpadły do klasy gdyż na boisku rozgrywał się dramat. Starsi chłopcy kopali czaszkę ludzką grając nią niby w piłkę nożną. Szczęka kłapała po każdym kopnięciu a z oczodołów wysypywał się suchy piasek. W tym makabrycznym zajęciu uczestniczyło wielu chłopców. Inni stali z boku przyglądając się tej strasznej zabawie. Byli zachęcani przez „graczy” do przyłączenia się.

– Nie bójcie się – krzyczeli – to tylko Żyd.

– Nie, nie chcę, bo mi się przyśni – powiedział jeden z chłopców pociąganych za rękaw.

Pojawiła się nauczycielka z woźnym i przerwała ten makabryczny „mecz”. Potem w klasach były pogadanki na temat poszanowania ludzkich zwłok, nawet żydowskich. A skąd się wzięła ta czaszka? Po drugiej stronie ulicy były żydowskie mogiłki. Stamtąd ktoś wygrzebał kości ludzkie i czaszkę. Ponoć było tam ich więcej. A skąd Żydzi? Otóż car Aleksander I ukazem z 1822 roku zezwolił Żydom na osiedlanie się w Łomży. Przed wybuchem II wojny światowej społeczność żydowska w Łomży liczyła ok. 11 tys. osób, tj. prawie 40% mieszkańców Łomży. W sierpniu 1941 roku Niemcy utworzyli w Łomży getto, mordując blisko 3 tys. Żydów. Tych, którzy przeżyli, w listopadzie 1942 roku wywieziono do Zambrowa, a stamtąd do Oświęcimia. Jeden z większych kirkutów znajdował się między ulicą Rybaki a Woziwodzką. Tutaj przy Alei Legionów być może był drugi, a może nie była to czaszka żydowska? Ale nie pozostało to bez wrażenia na naszych młodych umysłach. Opowiadano sobie straszne historie o duchach, strzygach i jęczących duszach tych, których wieczny spokój zakłócił ktoś w tak bezczelny sposób i bez żadnej bojaźni. Czaszka ta jeszcze przez wiele lat śniła mi się po nocach.

Wiesiek Lis opowiedział nam mrożącą krew w żyłach historię, od której włosy jeżyły się na głowie. Kiedyś siedzieli wieczorem w mieszkaniu jednego z kolegów i grali w karty. Przy tym pociągali po troszku z butelki. Było to towarzystwo z Wiejskiej i Pięknej. Opowiadali sobie przy tym różne historie, przechwalając się swoją odwagą. Gdy mówili o spotkaniach z duchami wyobraźnia podsuwała im coraz to straszniejsze obrazy. Jeden z nich opowiadał, jak podczas powrotu z randki nocą przechodził przez „małpi gaj”. Tak nazywano wtedy park przy Alei Legionów. Była późna noc i chciało mu się zapalić papierosa ale nie miał zapałek. Zobaczył jakiś cień przesuwający się po alejce parkowej. Okazało się, że był to mężczyzna, w czarnym ubraniu w kapeluszu na głowie i z laseczką w ręku. Szedł jakby na spacerze. Gdy się zbliżał się do niego, tajemniczy mężczyzna nagle zniknął. Przestraszony chłopak stanął jak wryty i zobaczył obok czarne psisko, które pognało w stronę cmentarza na ulicy św. Mikołaja. Pies przeskoczył cmentarny mur i zniknął na cmentarzu. Czarnego pana już nie zobaczył. Zerwał się do biegu i gdyby zmierzono mu czas, to z pewnością pobiłby rekord świata.

Po tej opowieści jeden z uczestników libacji założył się, że pójdzie o północy na cmentarz i wejdzie do grobowca z trumnami. Na dowód tego, że tam był zostawi wbity nóż w trumnę. Narzucił płaszcz i zniknął w ciemnej nocy. Chłopcy grali dalej i czekali na śmiałka. Było już bardzo późno i wkrótce posnęli. Gdy się obudzili śmiałka jeszcze nie było.

– Z pewnością stchórzył i poszedł spać do domu – pomyśleli. Poszli więc do jego domu na ulicy Pięknej, ale tam go nie było. Jego matka zaniepokojona zapytała, co się mogło stać. Z jej synem. Poszli na cmentarz. Był wczesny ranek. Na dworze było szaro od jesiennej szarugi. Skrzypnęła żelazna brama ewangelickiego cmentarza. Ścieżką wydeptaną między grobami udali się w kierunku grobowca, o którym wiedzieli, że był otwarty. Z daleka zobaczyli uchylone drzwi. Z obawą zajrzeli do środka. Obok trumny leżał ich kolega a w trumnie tkwił wbity nóż. Poła płaszcza przybita była do trumny. Nie żył.

Na początku nauki nie byłem zbyt pilnym uczniem, dlatego biegłem szczęśliwy do domu z zeszytem w ręku, gdy dostałem dobrą ocenę z rysunku. Chciałem się pochwalić przed Mamą. Pod rysunkiem czerwonym atramentem widniała „czwórka” a pod nią podpis nauczycielki. Mama pochwaliła mnie, co sprawiło jej i mnie dużą przyjemność. Pewnego razu znów biegłem do domu szczęśliwy, że mam dobrą ocenę. Na podwórku wyciągnąłem zeszyt z torby i pokazałem Mamie, która popatrzyła i z uśmiechem powiedziała: syneczku – to „dwója”. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, co oznaczała taka ocena, dlatego Mama mi objaśniła wartość poszczególnych ocen. Powoli dojrzewałem, by po kilku dniach uznać, że mam już dosyć szkoły.

Pewnego dnia, pod koniec lekcji niebo pociemniało, zaciągnęło się ciemnymi chmurami i nagle lunął ulewny deszcz. Czarne niebo przeszywały zygzakowate błyskawice, grzmiało a pioruny waliły w pobliżu. Dziewczyny piszczały ze strachu, ja natomiast patrzyłem jak urzeczony na szalejącą za oknem burzę. Wkrótce się wszystko uspokoiło i mogliśmy pójść do domu. Ziemia była nasiąknięta wodą a rynsztoki zamieniły się we wzburzone rzeki. Na ulicy Polowej, gdzie był duży spadek, deszczowa woda rwała jak prawdziwa rzeka. Nie pamiętam, z kim wszedłem w jej rwący nurt i natychmiast przewróciłem się i chlapnąłem w wodę. Silny prąd poniósł mnie aż do ulicy 3-go Maja. Dopiero tam jakoś się wygramoliłem na krawężnik. Byłem cały mokry, ale wcale się nie martwiłem gdyż ubranie szybko schło na słońcu. Najgorzej było z torbą i książkami. Wszystko było przemoczone i „upaprane” w błocie. Nie pamiętam, jak to potraktowała Mama. Znając Jej dobre serce, na pewno nie dostałem wtedy żadnego lania.

Tyle o mojej „Dwójce”, bowiem od 1 września 1949 roku uczyłem się w III. klasie w „Jedynce” na Rybakach, którą ukończyłem 25 czerwcu 1954 roku.

Serdecznie pozdrawiam Edward Jackowski

Gdańsk, 24 marca 2015 rok

202 Ogólnie 2 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.