Wacław Filochowski. Czarci Młyn. Część 1

CZARCI MŁYN

MISS lENNY K.
          Nim wróci Pani do swej ojczyzny, wy? godnie urządzonej, choć nieznośnie hałaślwej i wyziewami fabryk zatrutej, w podzięce za kilka kwandransów napięcia mięśni w zapasach tenisowych-opowiem jedną
z legend Warszawy  współczesnej, niezupełnie jeszcze po przejściach wojennych do pracy wdrożonelj. Warszawy nerwowo-gwarnej połyskującej uśmiechem i oświetlonemi szybami kawiarni.
               Turniej nasz, lekkomyślnie podjęły o wygraną  discrelion skończył się podwójną klęską mej zamorskiej partnerki: sportową i moralną. Morlalną, gdyż z dużym wdziękiem przegrawszy, stała Pani bezradna i zagniewana wobec zwycięzcy, klóry. jako bezlilosny tryumfator, nalręlnie żądał tylko jednej, jedynej legendy, jakiejkolwiek legendy o młodej a lak już niesłychanie bogatej krainie dziwów i dziwolągów zaatlantyckich.
Wobec lego chyba ja już Panią zastąpię. Z zasłanego gobelinami poduszeczkami zakątka wygodnej otomany (z jego ciepłej przytulności dla kobiely roztaczają się najmilsze perspektywy na świat i życie) proszę wysłuchać mej opowieści.
            A czy tym chaotycznym albumiku urojonych chwil i postaci szukać Pani będzie posmaczku skandalu, czy leż miki poezji –   to już, oczywiście, nie moja rzecz
      Może ci co zszyć, przyszyć lub zacerować? Może ci się gdzie guzik oberwał?
Pytanie to, skierowane pod adresem zajętego pisaniem Bożka, byłoby zupełnie naturalne, a więc zgoła niezastanawiające, gdyby zwracała się z niem istota nie tak rażąco oryginalna, jak Boginka.4Propozycja przyszycia guzika nabiera zatem szczególniejszego znaczenia. Guziki przyszywają krawcy, szwaczki, służące, rzadziej żony, jeszcze rzadziej kochanki, nigdy jednak chyba się nie zdarzyło, żeby popularna artystka stołeczna chciała się zająć garderobą mężczyzny, który nie był ani jej mężem, ani protektorem, ani wreszcie kochankiem, lecz tylko zwykłym i do tego bardzo kościstym Bożkiem (Bożkiem? Bogusławem).
Ktoś mało spostrzegawczy mógłby przypuścić, że posiadaczka srebrno-popielatych włosów oraz wielkich szarych oczu nudziła się na wygodnej otomanie, w tern wielkiem oszklonem pudle pracowni, przyczepionej do szóstego piętra kamienicy, a stanowiącej część składową mieszkania Boginki, czynną od wczesnej wiosny do wczesnej jesieni.
Na ten temat nic pewnego powiedzieć nie mogę. Kobiety przecież nudzą się przeróżnie i przedziwnie: jedna z nudów pracuje, druga nic nie robi, trzecia stara się cokolwiek robić, choćby tylko na złość komuś lub sobie samej, czwarta płacze. Ktoś powiedział, że istotna wartość: człowieka mierzy się jego umiejętnością wypełniania wolnego czasu, to znaczy, że nie każdy umie, może czy też chce borykać się z nudą, aczkolwiek szambelan Rochow-ski, entuzjastyczny siedemdziesięcioletni wielbiciel Boginki, twórca niedocenionej i, niestety, mało znanej autobiografji „La vie masculine moderne” (jak należy żyć, by zachować młodość, dowcip i miłość kobiet), twierdzi, że w obecnym układzie stosunków społecznych i gospodarczych nikt już na nudzenie się nie może mieć wolnego czasu. Co się tyczy Boginki (co? przecież mówię wyraźnie: Bożenny), sprawa była o tyle trudniejsza do rozstrzygnięcia, że ta zagadkowa dziewica (ostatni wyraz podkreślam i podkreślenie to odegra w opowieści wyjątkową rolę), więc dziewica swym szczególnym wyrazem twarzy utrudniała ludziom wszelką, co do jej charakteru i upodobań, orjentację.
Boginka chodziła w obłoku zagadek, niepokojących zarówno publiczność, jak i aktorów z „Czarciego Młyna”. Jeden był tylko pewnik, przez nikogo nie kwest] ono wany, to opinja dziewicy, opinja wspaniała, dumna, uznana nawet za kulisami „Czarciego Młyna”, w którym przecież byli ludzie bądź co bądź dokładnie obeznani z życiem, nie wierzący w cuda i zbyt wyrobieni, by nie połapać się w lot we wszelkich sytuacjach.
W chwili, gdy zaczynam opowieść, leniwie przewracająca kartki książki Boginka ma na twarzy swój codzienny wyraz. Wyraz dziwny. Mógł budzić lęk, zdumienie, nieufność, przypuszczenie, że w tej dobrze wyrzeźbionej owalnej główce gnieździ się ogromny rój myśli, niezbyt może słonecznych i radosnych, lecz zato nieustraszenie śmiałych i rozmiłowanych w wielkich podgwiezdnych wyr prawach. Ten mars zrośniętych szerokich brwi pod czołem Wysokiem, nad którem burzyła się krótka fala srebrnych, niemal siwych włosów, zimny księżycowy blask oczu sprawiał, że na misternie rzeźbione rysy padał jakby jakiś półmrok. Boginka może byłaby nawet piękna, gdyby nie ten cień, w brwiach wiszący, a może i gdyby nie te szerokie ramiona, oraz silna linja figury, która, mimo nawet swej kształtności i ciepła w rysunku, dla tej właśnie zimnej kameowej główki była stanowczo zbyt mocna i fundamentalna.
Ale z tego półmroku i chłodu, w brwiach się snującego, nie należy przedwczesnych a mylnych wniosków wyciągać. Boginka w gruncie rzeczy miała duszę dziwnie ludziom życzliwą. A gdy się uśmiechnęła, choćby nieznacznie, z twarzy jej cień pierzchał, zjawiały się blaski, w ustach się budziła słodycz kwiatu lipy, głos zaś brzmiał wysoko i dźwięcznie i tak dziecinnie, że nawet Bożek, w ostatnich czasach coraz bardziej milczący i osowiały, ożywiał się pod działaniem ciepła, barw i spojrzeń dziewicy (podkreślenie ostatniego wyrazu, powtarzam, ma doniosłe dla nas znaczenie).
Tylko niesłychanie ścisły, powiem nawet, pedantyczny badacz, mógłby w układzie brwi i poniekąd w kącikach ust odnaleźć ślady minionych burz, wobec jednak wyrazistości twarzy drobne szramy przeżyć, martwych już jak wygasłe wulkany, mogły bardzo łatwo ujść uwagi ciekawych, tembardziej, że ludzie nawet nie podejrzewają, jak bogatą krainą jest twarz człowieka, z jakich pierwiastków się składa i jak należy czytać tętniącą w niej treść.
Jest teraz godzina letniego półmroku, kiedy okoliczne dachy prażą jeszcze stygnącym ogniem minionego dnia. Proszę zatem się nie dziwić, że zapytanie Boginki, rzucone głosem nieco zmęczonym, nie dotarło do świadomości Bożka. Kościstego mężczyzny nie należy podejrzewać o niegrzeczność, gdyż posądzenie takie zabolałoby Boginkę, która lepiej od nas wie, że jej przyjaciela można pomawiać o wszystko, nawet o niedołęstwo, ale nigdy 0 najmniejszy nawet odruch niegrzeczności.
— Słuchaj, może ci się gdzie guzik oberwał?
Roztargnienie Bożka nie podrażniło dziewicy mimo zmęczenia i upału. Już to mówi bardzo dużo o charakterach tych dwojga ludzi. Taki spokój, nie apatja, lecz spokój, z jakim Boginka przyjęła milczenie muzyka, w takie upalne wieczory zachować są zdolni jedynie ludzie, którzy widzieli już pioruny z pogodnego nieba bijące i którzy obcowali… Trudno, muszę wykrztusić to słowo: z duchami.
Przedwczesne są Pani szydercze uśmiechy. Nie zamierzam toczyć sporów na temat istnienia duchów. Pobiłaby mnie Pani swoją trzeźwością, zasypała żwirem argumentów, śmiechów i konceptów, posiadających tę właściwość, że mogą człowieka, owszem, przestraszyć, zrazić, ale nigdy przekonać. Ze zmrużonemi oczami, aby tylko nie widzieć grymasów niewiary, głosem przyciszonym i uprzejmym, przytoczę jednak parę przykładów conajmniej zastanawiających. Co kim, jeśli nie duchami, mogły być te postaci z karczmy „Gontyny”, do której dotarł był razu pewnego zespół muzyczny Bożka, obnoszący po podwórkach miejskich wielką sztukę? Te postaci, którym artyści grali całą noc, o świcie gdzieś zniknęły, ą jvraz z niemi karczma ze staroświeckiem urządzeniem. Kim był Bury Pies, co Bożka i Boginkę do karczmy zaprowadził, jaką zagadkę nosił w sobie ten kudłaty człowiek, który o świcie naprawdę w psa-włóczęgę się zamienił?
Albo to. Niedawno jakiś dziesięcioletni gazeciarz uliczny, mocując się ze swym kolegą, położył na stopniu pod witryną sklepu kilkanaście egzemplarzy „Tygodnika”. Po zwycięskiem ukończeniu walki malec spostrzegł z przerażeniem, że „Tygodnik”, cały jego i jego matki majątek, bez śladu zniknęły. Na gwarnej ulicy rozległ się bek straszliwej krzywdy. Mrowie ludzkie przelewało się po chodnikach, obojętnie mijając katastrofę chłopca. Podszedł wreszcie do niego jakiś pan w długim, jak sutanna płaszczu, pogłaskał po głowie i wsunął do brudnej garści złotego dukata. W kilka dni potem chłopiec, idąc wraz z matką Nowym-Światem, zauważył w oknie księgarni jakiś portret.
— Mamo! To ten pan dał mi złoty pieniądz! Na-pewno ten!
Był to portret Staszica.
A pewien malarz, plenerzysta… Pod Wilanowem bo-‚ rykał się z farbami, chcąc nadać powietrzu na swym obrazie błękitną przezroczystość pogodnego ranka. Nagle usłyszał tuż za sobą głos.
— Wysuń pan grupę drzew nieco naprzód, zdejmij z sosny ten bawełniany obłok i cofnij go nieco. I pamiętaj, że powietrze to nie galareta.
Stropiony malarz biernie patrzał, jak czyjaś wprawna ręka muskała płótno pędzlami już po chwili drzewa na obrazie zaczęły żyć, obłoki zmieniać barwę, rzeka płynąć, a w powietrzu unosić się wiosna.
Malarz chciał podziękować nieznajomemu i przy sposobności zajrzeć mu pod rondo kapelusza, ale mistrz zdążył się już oddalić i zginął w zielonej pomroce lasku.
… I malarz aż zamarł ze zdumienia. Przecież tak malował, tak mówił i chodził tylko Stanisławski.
Obraz był świetny, zbyt świetny, by móc powędrować do Zachęty pod skromną firmą mało znanego plastyka.
Do dnia dzisiejszego w pracowni na poddaszu obraz ten, jak świętość, stoi w girlandach na.stalugach z dziwną tabliczką: „Jan Stanisławski, rok 1919, praca pośmiertna”.
A czy wolno mi przemilczeć o tem, co Piotr Grzegorczyk, utykający na lewą nogę porucznik kompanji zamkowej, przeżył w pewną dżdżystą noc, gdy armje Judasza wdzierały się już do granic rdzennej Polski? Nad nerwowo rozbawioną, jeszcze, w niebezpieczeństwo niewierzącą stolicą, krakały złe wieści coraz głośniej, jakby chcąc dotrzeć do oszklonych jaskiń „Ziemiańskich” i „Kresowych”, tych naczelnych ośrodków ruchu społecznego i umysłowego Warszawy.
W ową noc Grzegorczyk miał dyżur na Zamku. Obchodząc dziedzińce, w oknach dawnych komnat królewskich ujrzał światła rzęsiste. Klnąc na nieporządki, wgra-molił się na górę i zajrzał do jednej z sal.
Zdrętwiał. Szybkim ruchem służbisty poprawił pasa, przyłożył dwa palce do daszka czapki i szeroko rozwartemi ustami łapał powietrze.
Spojrzały na niego dziesiątki, a może setki oczu mądrych, głębokich, oczu nie z tego świata. Powiała nań dostojność mężów, co dzieje narodu w ciągu wieków kuli.
Stroskany sejm królów, hetmanów, kanclerzy i rycerstwa conajprzedniejszego obradował w tę noc słotną na Zamku, gdzie teraz od rana do wieczora trzeszczą re-mingtony, dzwonią ostrogi i skrzypią pióra. Jakiś dostojnik w lśniącym mundurze, z baczkami na rozpłomienionej twarzy (Grzegorczyk poznał w nim bohatera i kochanka sławy, wodza-żołnierza i marszałka Francji) z ogniem coś mówił (Grzegorczyk słyszał kilkakrotnie powtórzone imię Francji).
Porucznik stał nieruchomo w łunie najdostojniejszych spojrzeń. Ledwo przytomny wyprężył się i jednym tchem zaraportował:
— Melduję posłusznie, że w kompanji zamkowej nic szczególnego nie zaszło.
Chciał już wykonać ruch wstecz, ale zatrzymał go głos wibrujący potęgą niezmierną, głos silny i męski, jak pobudka.
— Gdzie był raniony?
— Pod Kaniowem, Naczelniku — odparł, uginając się pod wzrokiem męża w krakowskiej sukmanie.
I wyszedł. Nie wiedział, czy wywołać wartę, czy zawiadomić zwierzchność o nocnej naradzie Wielkiego Sejmu. Chodził po swym pokoiku służbowym, ćmiąc papierosy jeden po drugim.
Czujnie wyjrzał przez okno, usłyszał bowiem silny tętent. Do bramy zamkowej pędził w stal zakuty jeździec skrzydlaty. W łunie iskier, podkowami konia krzesanych, mknął, „poczta królewska” rzucił wartownikowi, który wysunął się był ze swej pstrokatej budy, zadudnił w bramie, zachrzęścił bronią i konia osadził ńa dziedzińcu zamkowym.
Niemal w ślad za nim przycwałował wielki wąsaty krakus na rosłym i ognistym gniadoszu.
Ślinił porucznik spieczone wargi. Wybiegł wreszcie na dwór i niepewnie spytał wartownika.
— Czyście salutowali?
— S i a r ż y ich nie widziałem, panie poruczniku.
Grzegorczyk zaczął biegać tam i z powrotem po betonowym chodniku przed odwachem.
— Pewnie jest bardzo źle, skoro taki Sejm się zebrał i obraduje.|
Zaniepokojony, z żarem w gardzieli i drętwicą wściśnię-tem sercu, przyłożył rękę do rogatywki i dobitnie szeptał:
— Panie Boże, melduję, że jest źle. Trzeba ko-niecznie coś zaradzić. Oświeć nas w tej ciężkiej chwili, wzmóż siły nasze.
— Ament — rozległ się obok młody, uroczyście brzmiący głos.
To wartownik, szeregowiec Antoni Kopiał, prezentując broń, dokończył służbowej modlitwy porucznika.
Boginka po raz trzeci pytania swego nie zadała. Musnęła tylko Bożka spojrzeniem zaniepokojonem, skryłem i znów zwarła się z książką.
W miarę czytania chmura z brwi jej znikała, wyraz twarzy łagodniał, w oczach, pełnych mgieł zdumienia, mrzył się ciepły blask,
— Słuchaj Bożku… Powiedz mi, czy chciałbyś zostać apostołem?
Ten oderwał się od pisania. W oczach dziewczyny znalazł zalęknienie, dumy, jak dzwon rozkołysane, i zachwyt. Widocznie książka poruszyła w Bogince struny uczuć odświętnych.
— Poco ci święci wierzą, męczą się, giną na stosach, krzyżach, pod gradem kamieni i obelg, jeżeli ludzkość trwa nadal w nienawiści do wszystkiego, co jest nieprzeciętnie wielkie i święte? Czy to nie jest jakiś potworny cyrk, którym szatan bawi się w człowieka?
—Czarci młyn… — uśmiechnął się Bożek.
— A jednak przeczucie mi mówi, że oni są najpiękniejszą ozdobą dziejów. Tylko, że to taki bolesny i trudny kunszt: chcieć cierpieć…
— Czy chciałbym być apostołem? — przerwał Bożek, leniwie odrzucając w tył głowę. Co prawda, wolałbym teraz znaleźć się w chemicznie czystym piasku wybrzeża bałtyckiego. Rozprażyła mię spiekota, a zmęczenie kilku lat przeoranych bez wytchnienia i wakacji, wyje we mnie od rana do nocy. Dobrze byłoby wytrzepać mózg, jak zakurzony materac, wypłukać zeń te okropne formułki recenzyjne, te trucizny rozdrażnienia, tłumionego przemocą podczas dość zresztą dobrze płatnych godzin nauczania półgłówków z aspiracjami do muzyki. Co czytasz?
— „Apostoła Piotra”…
Boginka chciała się uśmiechnąć. Nie mogła. Przyjaciel jej, wpatrzony w rozlewający się po dachach domów zmierzch, z rzadką u niego brutalnością walił taranem w wymarzoną teraz wizję apostoła. Ten akt znęcania się, pewnie nawet nieświadomego, był tern przykrzejszy, że w głosie Bożka zgrzytnęło rozgoryczenie i złość.
— Apostoł Piotr? Ohoho! — odezwał się wreszcie muzyk zmienionym, niemal uroczystym głosem. — Taki brat Chrystusowy ma uśmiech mędrca, oczy pełne widzeń i jaśni, a duszę dziecka. Czy chciałbym zostać apostołem? Czyim? Jakiego proroka? Jak można zadawać takie pytanie w epoce, kiedy niemal każdy posiadacz zdekompletowanego garnituru klepek we łbie i wołowego tonu w gardzieli rad się uważać za proroka i poszukuje dla siebie apostołów. Apostołowałem i ja kiedyś — sztuce. Chodziłem w chmurze drwin, gwizdu, wyzwisk i śliny spienionej, Wówczas miałem z pewnością to ogromne życie wewnętrzne i nawet ślepiami mi ono na wierzch wychodziło. A jak się dziś zdobyć na sen o proroku i męczeństwie, na uśmiech dziecka, jeżeli się pisze recenzje z własnych kawałów, pisanych dla rechocących śmiechem kabaretów?
W  szaroliljowym zmroku, przetykanym złotem gasnącej za chmurami dymu zorzy, po pewnej chwili rozległo się nieśmiałe zapytanie:
— Co piszesz?
— Sprawozdanie z premjery LXVII programu w kabarecie „Sowa”. Trzeba będzie pochwalić Eleonorę.
Z oczu dziewczyny pierzchły mgły.
— Eleonorę? Chyba za to, że sapie jak motocykl z zepsutemi wentylami.
Rubaszne porównanie tak było nie do twarzy Bogince, że nawet zawodowo cierpliwa kanapa, na której w chwilach szału Stefan Nowaczek lubił tańczyć „jiga“, skrzypnęła boleśnie, jakby ją zabolała zwichnięta sprężyna lub naderwany chwast u poręczy. Bożek jednak zachował się spokojnie, przyzwyczajony snąć do wybryków ostrego stylu dziewczyny.
Roześmiał się tylko nieszczerze.
— Skąd takie znajomości z dziedziny patologji motorów? Zapewne wynik obcowania z Nowaczkiem?
Twarz Boginki ściągnęła się w wyraz gniewu i zakłopotania.
— Cóż chcesz… Nowaczek jest dobrym chłopcem i świetnym automobilistą. Nasze wycieczki są tak ciekawe…
— I pouczające… — wtrącił cicho Bożek.
— Szkoda, że nie chcesz brać w nich udziału. Może dzięki nim nauczyłbyś się czego… Ot, choćby ruchu i życia. Nie pojmuję, skąd mogła się w tobie zjawić ta nagła niechęć do Stefana. Wszak to tyś mnie z nim zapoznał, tyś namawiał do przejażdżek. A propos. Nowaczek jutro urządza wielkie przyjęcie. Obchodzi… Zabawny chłopak! Obchodzi jubileusz dość ciekawy: dwuch-setny bukiet i dwuchsetny, mnie poświęcony, szkic ołówkiem.
Boginka roześmiała się głośno, ale, czując na sobie badawczy wzrok przyjaciela, urwała.
— Powiedz mi szczerze, Boginko… Ty mi chcesz coś wyznać. Niepotrzebnie Się wstydzisz, czy też krępujesz, wiesz, że w stosunku do mnie niczem nie jesteś zobowiązana i że możesz sobą dowolnie rozporządzać.
W pierwszej chwili dziewica jakby chciała przeczyć. Uśmiechała się niewyraźnie, przewracała kartki książki, poprawiała swą dość krótką sukienkę, starając się uniknąć spotkania ze wzrokiem przyjaciela        Wychodzisz zamąż?
-A po chwili:
— Wychodzisz za Nowaczka? Prawda?
Dziewczyna źle się czuła w smudze badawczych spojrzeń.
— Właściwie to nie jest jeszcze postanowione. Widzisz…
Bożek odłożył pióro i wzrokiem podążył do czerwonych blasków, tańczących na dachach domów.
— Przecież ja rozumiem, że chciałabyś nareszcie porzucić „Czarci Młyn“, Wiem, że dusza twoja aż krzyczy o władanie własnem życiem, własnym domem i, cóż w tern dziwnego, własnym mężem. To, z czem się zgoła niepotrzebnie przedemną ukrywasz, kiedyś powinno przecież nastąpić. I im wcześniej, tern dla ciebie lepiej.
Boginka szybko mrugała powiekami, jakby chcąc spę-dzić z oczu powłokę łez.
— Żal mi naszej Gontyny…—szepnęła wreszcie.
Bożek milczał. Tak, małżeństwo Boginki rozwali Gontynę. Skończą się zmroki, spędzane zimą w gabinecie na parterze, a wiosną i latem w szklanej pracowni, zamienionej w ogród nadmiejski, z którego widać było postrzępione fale pstrokatych dachów, dal, spowitą w mgły i dymy, jak miraż majaczące w dni wyjątkowo pogodne lasy i pola, punkcikami domków poplamione.
Należy jednak dla ścisłości zaznaczyć, że od chwili, kiedy na horyzoncie życia artystycznego Warszawy zjawił się był Kossan, ognie w Gontynie nie płonęły już tak bujnie i radośnie, jak dawniej. Zniknęło to, co zimą wysłoneczniało ciemne obicia gabinetu Bożka, a latem łagodziło spiekotę szklanego pudła na szóstem piętrze, co żyło w strunach fortepianu i skrzypiec, tak często i chętnie budzonych w dniach młodych uniesień. Wprawdzie błogosławiona, zbawcza śmierć Kossana ocaliła zagrożone istnienie Gontyny, ale nie przywróciła jej dawnych uroków i rozśpiewanej młodości. Było tam jeszcze ciepło i miło, było jeszcze sporo uśmiechów, nie brakło nawet muzyki i gawędy, lecz wszystko to brzmiało znacznie ciszej, nie budząc ech, ni zapału.

 

Raz na zawsze trzeba zerwać z zarozumiałym przesądem, że istnieć mogą sprawy tak zwane osobiste „moje” i „mnie“ wyłącznie dotyczące. W dzisiejszej budowie społecznej taka możliwość z góry jest wykluczona. Najdrobniejsza, najbardziej osobista sprawa zazębia się o życie i interesy innych ludzi, na bieg zdarzeń ogólnych, wywierając swój wpływ niewątpliwy, choć bardzo często nieznaczny, wpływ koncentrycznie się rozszerzający i, oczywiście, im dalej od nas, tern trudniejszy do spostrzeżenia.
W dzisiejszych wolnościowych czasach utarł się, na* przykład, pogląd, że małżeństwo jest sprawą, interesującą jedynie ludzi, którzy Się zdecydowali przyobiecać sobie wierność, miłość, wspólną deskę grobową i coś jeszcze, o czem w rocie przysięgi się nie mówi. Pogląd ten razi niedorzecznością. Wiemy, że małżeństwa królów wywoływały wojny, rewolucje lub przymierza. W obecnych republikańskich czasach małżeństwo, naprzykład, prezydenta, takiego wpływu mieć nie może i nie powinno, nie pozostaje jednak bez echa w społeczeństwie, które bądź co bądź chciałoby mieć prezydentową, ot, choćby jako ceł owacji i plotek.
Wprawdzie Boginka i Nowaczek nie są członkami żadnej dynastji i małżeństwo ich nie grozi krajowi naszemu wojną lub rewolucją, nie pozostanie jednak bez wpływu na dalsze koleje życia nietylko jednostek, lecz i instytucji. Szambelan Rochowski, autor wielce cennej au-tomonografji, porucznik Ricco Protti, piccolo Julek z restauracji hotelu Skandynawskiego, wreszcie zespół i dyrekcja Czarciego Młyna nie mogą się zachować obojętnie wobec tego sensacyjnego małżeństwa.
Tak, Czarci Młyn niewątpliwie odczuje brak popularnej artystki, publiczność, kręcąc się na stołkach, żądać będzie szczegółów nowiny, Rochowski swoim zwyczajem zdziwi się ogromnie i wytrzeszczy spłowiałe oczy, Ricco Protti powróci do Italji z rozpalonym żużlem w zawiedzionem sercu, Julek piccolo popłacze, wycierając nos serwetką…
Ale nadewszystko Gontyna. Jej grozi pustka, zniszczenie, śmierć.
Bożek spodziewał się tej wiadomości. Zwłaszcza w ostatnich czasach, gdy Nowaczek coraz zawzięciej szturmował artystkę kwiatami, autem i nieskończonym żywym filmem najdzikszych wybryków, a Boginka chodziła do teatrzyku z coraz widoczniejszym wstrętem.
— Oh, żeby mnie kto „wyjął” z tego Młyna. Bożku, czemu ty nie jesteś miljonerem?
Rozumiemy, że Bożek miljonerem nigdy nie będzie i że Boginka chciała mieć to, czego nie posiadała nigdy jej matka: męża, dom, komfort, sztukę i swą cudną, tylko od swych kaprysów zależną niepodległość.
A ma prawo żądać dla siebie i komfortu, i dostatku, i męża, posiadając w ręku takie atuty, jak powierzchowność, powszechną, uwagę zwracającą, popularność na gruncie ulubionego teatrzyku Warszawy, a wreszcie tę milą opinję, ściągającą nie tyle może szacunek, co podziw — opinję dziewicy.
I kto wie, czy to właśnie nie ten ostatni szczegół (Rochowski: „Co? Jak? Oto czasy, kiedy to się nazywa tylko szczegółem”) przykuwał uwagę stolicy. Boć zdolności artystyczne Boginki nie były imponujące. Boginka działała na tłum swą twarzą niepospolitą, będącą czasem twarzą Astarty, to znów Nike lub Walkirji, przejmowała księżycowym chłodem oczu, porywała sławą doskonałej wioślarki i wreszcie tą srebrzystą, jak wieniec zwycięstwa noszoną, glorją nieposzlakowanej cnoty.
Stary szambelan Rochowski, cierpliwy i owocny poszukiwacz niepospolitych ludzi, przedstawiony kiedyś na jakimś wieczorze Bogince, wytrzeszczył był zdumione oczy i z ostentacją ucałował rękę dziewczyny.
— Nadzwyczajne! Nadzwyczajne! Niesłychane, powiadam: dziewica!
I przez szkło monokla ze czcią oglądał rozbawioną Boginkę.
Bożek świadek tej sceny, roześmiał się wesoło.
— Panie szambelanie, nigdy nie myślałem, że posiada pan tyle kultu dla cnoty.
A szambelan łykał artystkę oczami i już błagał o foto graf ję z własnoręcznym podpisem do zbioru dziwów. Stary Smakosz życia, ongiś książę zabaw i organizator rozrywek dla różnych głów ukoronowanych, pomimo dawnej niezmiernie rozległej skali życia i użycia we wszystkich niemal stolicach Europy, zdołał zachować w sobie jeszcze tyle pacholęctwa duszy, że na każdego świeżo poznanego człowieka patrzał jak na okaz, dopatrywał się w nim czegoś niezwykłego, zbierał fotografje, podpisy — i wciąż się dziwił.
Tego żywiołowego podziwu dla młodej artystki nie okazywał tylko Kossan. Ale Kossan, ten psuty przez białogłowy i otaczany natarczywym entuzjazmem dziw-chłopiec, zjawił się w Warszawie, jak ptak zamorski, przelotnie, wzbił się odrazu w górę wysoko, umocnił byt Czarciego 1 Młyna — i runął nagle poprzez czarną chmurę wyjątkowego skandalu w otchłań niepamięci.
Kossana już niema. Pozostały po nim głębokie szramy w duszach mieszkańców Gontyny, fotografje i karykatury w foyer Czarciego Młyna, garść rozpierzchłych już, niemal szczątkowych wspomnień wśród aktorów i publiczności, a na Powązkach zapomniana i zapadła mogiła, naga już, ogołocona z wieńców i szarf tryumfalnych.

                                                                         II.
Opowieść o zamierzonem małżeństwie Nowaczka z Boginką byłaby powierzchowną i niesumienną, gdyby Pani nie poznała bliżej historji Gontyny. Dopiero po możliwie jaknajdyskretniejszem uchyleniu kotary, za którą ukryły się tajemnice siedliska Bożków, będziemy mogli snuć przewidywania, co  pocznie
Bożek bez Boginki i jak potoczą się jego dalsze dzieje na gruzach zburzonej świątyni.
Boginkę poznał Bożek jeszcze wówczas, gdy była ona młodziutką, bo zaledwie szesnastoletnią boną czy też dózorczynią przytułku dla bezdomnych starców na krańcach Warszawy. W tym właśnie czasie Bożek, dwudziestoletni student konserwatorjum i jednocześnie szkoły dramatycznej, łącznie z kilku kolegami utworzył był zespół muzyczny, by nieść ludziom umiłowaną niemal religijnie sztukę.
Nieść na tonące w światłach i kwiatach estrady wielkich sal koncertowych? Nie. Na podwórka przedmieść, gdzie dotychczas ujadały tylko psy i zepsute katarynki, gdzie warczały rozklekotane harmonje i wyły zdarte głosy ślepych, kulawych, garbatych kalek i zdrowych próżniaków
Zespół Bożka, uzbrojony w zapał, dobre instrumenty i w sumiennie przygotowany wielki repertuar muzyczny, ruszył na wędrówkę misyjną w przekonaniu, że duszące  się z braku tlenu duchownego przedmieścia, zwyrodniałe w bezruchu, obojętne na zbrodnię, po nocach krzyczącą, powitają artystów jeżeli nie chórami radości, to w każ-dym razie choćby tylko życzliwie. Do pracy nagliła słodka wiara, że sztuka wyzłoci niebo szarych, wycieńczonych egzystencji, pobudzi twarze do uśmiechu, przywróci wierzeniom świeżość i łagodny koloryt, odpędzi zmory zła i zdziczenia, za każdym niemal węgłem szarych domostw zaczajone.
I oto wśród cuchnących, nigdy chyba niezamiatanych podwórek, odezwał się Handel, Mozart, Beethoven, Berlioz. Z okien wychylały się zaciekawione, blade twarze, przeważnie bezradosne, z głęboko wyrytymi śladami nędzy i zaduchu piwnicznego i ze zdumieniem wpatrywały się w ludzi, tak niepodobnych do przeważnie niechlujnych grajków domokrężnych.
Brak uznania nie zrażał młodych muzyków. Zapamiętywali się w grze, tracąc z oczu posępną dekorację* zbierali rizucane im miedziaki i uprzejmie się kłaniali szaremu audytorjum. Coraz częściej znosić musieli uszczypliwe, nawet brutalne zaczepki ze strony podwórkowych mistrzów. Dotychczasowi, przez tradycję pasowani władcy wzruszeń estetycznych i zadum całej dzielnicy, wprawdzie widzieli sztywny chłód, jakim prżedmieścia powitały Bożka, czuli się jednak zasadniczo dotknięci zamachem intruzów na swe prawa i przywileje. Ich zdaniem nędzny, rozlazły i niezrozumiały repertuar paniczów psuł tylko smak i upodobania, co mogłoby się z czasem niekorzystnie odbić na dotychczas zażyłym stosunku katarynki i jej audytorjum. Coraz częściej się zdarzało, że za plecami muzyków zjawiała się gromadka obdartusów ze swymi instrumentami i przerywała popis okropnem szczekaniem katarynek, piskiem skrzypiec i astmatyczną szarpaniną dziurawych harmonij.
Podczas jednego z koncertów na oparkanionem i wyjątkowo czysto utrzymanem podwórku jakiegoś jednopiętrowego domku, Bożek w pewnej chwili podniósł oczy w górę i dostrzegł w oknie zasłuchaną główkę dziewczę-4 cia, niepodobną ani z rysów, ani z wyrazu twarzy do panującego na przedmieściach typu. W sąsiednich oknach tłoczyło się kilkunastu pomarszczonych, jak purchawki, chropawych i krzywych mieszkańców przytułku.
Właśnie kwartet Bożka zcicha śpiewnie opowiadał coś bardzo subtelnie dowcipnego, gdy przez bramę wtargnęło na podwórko kilku obdartych drabów. Gwizd, śmiech szyderczy i krzyki przerwały koncert, a spojrzenia wyzywające, zaślinione z wściekłości przekleństwa i wyzwiska, jak grad kamieni posypały się na głowy muzyków.
— Raz, już wam mówiłem, łyse śledzie, wont od podwórek!
— Jakby im tak wytrącić po parę desek z parkanu, toby dopiero śpiewali — syknął drugi opryszek.
— Odebrać im instrumenty!
— Te, Stasiek, a pokaż no tym bladym grajcom, jak się łamie szczeble w drabinie!
Jeden ze zbójów, dyszących nieokiełzaną nienawiścią do artystów i do ich repertuaru, widocznie ów Stasiek, zamierzał pewnie coś osobliwego pokazać, gdyż wolno, uśmiechając się obmierzłym pyskiem, zawijał rękawy brudnej koszuli, pod któremi graty niespokojnie  grube sploty i supły mięśni.
Bezsilnie i cicho drepcąc w miejscu, stadko Bożka trwożnie rozglądało się w sytuacji. Z otoczonego wysokim parkanem dziedzińca wiodła na ulicę tylko jedna brama, teraz przez zbirów osadzona. Niepodobna też było szukać schronienia w tym białym domku, gdyż w chwili wtargnięcia bandy na dziedziniec, załomotały głucho ryglami drzwi przytułku, gdzie w oknach trzęsły się okropne, obojętne na wszystko głowy napół głuchych i ślepych starców.
Bożek jeszcze raz zrozpaczony wzrok posłał w stronę bramy, skąd wśliznął się jakiś dziwny kudłaty i rozczochrany odmieniec w pasiastym kaftanie, zapewne spóźniony uczestnik napadu. Zespół artystów, ściskając w rękach instrumenty, bezradnie cofnął się pod ścianę domu i w milczącym lęku czekał.
Ze wzburzonej gromadki napastników wystąpił wreszcie muskularny Stasiek i zwolna, z przejmująco zimnym uśmiechem pogróżki, zbliżał się do muzyków. Zaciskał czarne pięści, taczał się na grubych i krótkich nogach, głowę, jak byk gotujący się do napadu, nachylał coraz niżej.
Wreszcie stanął przed Bożkiem, szyderstwem spojrzenia oblał mu twarz i cicho, głosem, w którym szamotał się, jak dziki zwierz, gniew nieopisany, prosił:
— Panie starszy… Niech wielmożny artysta odda mi swoje skrzypki. Po co panicze nam, muzykantom i dobrym chłopcom, w drogę włażą i chleb odbierają? Czemu nie idą do swej Filharmonji?
Uprzejmość prośby była pozorna i nic dobrego nie wróżyła. Bożek widział, jak plugawe półkole z dzikiem zadowoleniem podchodzi coraz bliżej, by w odpowiedniej chwili wziąć zbiorowy udział w oczekiwanym pogromie.
— Oddaj skrzypki! — ryknął wreszcie drab, tracąc panowanie nad sobą. Zapachniała mu widać masakra, podniecało go aż do utraty przytomności przeczucie krwi i bladość twarzy słabych, strwożonych przeciwników.
— Pytam się: oddasz skrzypki? — znów pytał zbój, drżąc na calem ciele ze wzburzenia.
— Nie—odparł bezdźwięcznie Bożek pożbawionemi barwy wargami. Rozumiał, że ma do czynienia z bestją, rozmiłowaną w sile swych pięści i w bójkach, i do bójki najwidoczniej stęsknioną. Przymknął więc oczy i w drętwej rezygnacji oczekiwał chwili, kiedy czarna pięść zwali mu się na czaszkę, by podnieść potem wypuszczone z bezwładnej ręki skrzypce.
Zbój skurczył się, gwałtownym ruchem wysunął garść, zatoczył nią w powietrzu elipsę, ale natychmiast martwo pięść opuścił. Przez niedomknięte powieki Bożek zauważył, że jakiś wielki, stokroć od pięści większy cień, przed oczami mu mignął a krzyk szarpnął wyprężonemi nerwami.
Opryszek zwalił się z nóg.
Powstało zamieszanie. Wściekłe oczy napastników ciskały ognie w stronę okna, pod którem artysta biernie oczekiwał na męczeństwo. Z nierównych bruków podwórka zwolna powstał broczący krwią Stasiek, ale zato” czył się i osunął w zbitą gromadę swych towarzyszów.
Nawałnica przekleństw, miotanych przez pozbawioną przywódcy bandę, ochrypłe ujadanie psa, szarpiącego się aż do męki na łańcuchu, jakieś nierówne bulgotanie w oknach przytułku — fałszywą i nieznośną wrzawą darły na strzępy ciszę pogodnego wieczoru. Ów kudłacz, którego Bożek uważał za wspólnika napadu, stał, jak się okazało, obok grupy muzyków I gniewnym, szczekającym, głosem, ruchami krótkich ramion oraz grożnem połyskiwaniem zębów wypierał z podwórka zgraję, unoszącą ogłuszonego i krwawiącego herszta.
Bożek jakby się ocknął z ciężkiego snu. Zdumiony, u nóg swoich ujrzał rozbity żelazny, krwią bandyty znaczony sagan. Postąpił parę kroków naprzód i spojrzał w górę. W oknie, za sylwetą wybladłej dziewczyny, cień jakiejś starszej damy, wymachując piszczelami chudych rąk, bulgotał coś w szale indyczej irytacji. Z sąsiednich okien, jak z ram, spoglądała galerja trzęsących się, wyszarzałych i, jakby pleśnią pokrytych, głów.
Kudłacz już zamknął był bramę i skromnie na uboczu stanął.
— Kto pan jest? — spytał go Bożek.
Zapytany potrząsnął mocno sklepioną głową i zaniósł się nieuzasadnionym śmiechem.
— Bury Pies! Hej, Bury Pies! Zwiedził świat cały, choć podwórko swe kocha najwięcej. Gnał przez pola, gnał przez las, nocą gwiazdom się zalecał i z księżycem rozmawiał za pan brat. On, księżyc, tam na niebie gwiazd pilnuje, ja tu, na ziemi, swego pana strzegę. Pan przysłał mię do was, kazał prosić na polewkę, na dobrą mocną polewkę z wina.
Śmiał się radośnie, łyskając z pod poplątanych kudłów pogodą w oczach.
Bożek zadarł głowę. Okno, z którego nadeszła odsiecz śmiałej dziewczyny, było już puste, nadal jednak wylewał się przezeń bulgocący potok oburzenia.
— Frecz stąd, wyrodna dziewczyno! O głowy ludzkie rozbijać sagany, takie wielkie sagany, takie drogie sagany, to potrafisz, pannico bez czci i wiary! Porządnego przytułku nie uszanujesz, patrona jego, św. Ambrożego, obrażasz, starcom zły przykład dajesz! Precz stąd! Na wieczne potępienie, precz!
Ze szczękiem ryglów i zasuwek otworzyły się drzwi na dole i stanęła w nich wypędzona srebrnowłosa dziewczyna. Twarz miała bladą ze wzburzenia, czarną chmurę w zrośniętych brwiach i zaciętość w ustach.
— Bury Pies ma dobrego pana—śmiał się kudłacz.— Mój pan nazywa się Dobra Chwila. Kochają go ludzie, oh, jak go kochają, i jak ja go kocham! Mój pan ma tu w pobliżu karczmę, a w karczmie tej zbierają się jego przyjaciele. Wielcy panowie, choć niebogaci, ale wspa-niali i w panu mym rozmiłowani.
Z nieba spływał już gęsty mrok. Bożek, oszołomiony burzą ostatnich przeżyć i wesołym śmiechem dziwnego kudłacza, podszedł do stojącej pod drzwiami dziewczyny.
— Wypędzono panienkę?
— Tak.
— A jak się nazywasz?
— Bożenna.
Wziął ją za rękę.
— To chodź z nami.
A do Burego Psa:
— Prowadź nas do karczmy swego pana.
Na jakiejś wąskiej uliczce, wciśniętej między dwa rzędy szarych ruder przedmieścia, stanęli wreszcie pod zieloną latarnią i w świetle jej odczytali nad dębo-wemi drzwiami przysadzistego domu wypalony na drzewie napis:

KARCZMA GONTYNA.

       Muzycy byli tak oszołomieni wrażeniami zajścia na. dziedzińcu przytułku, nieoczekiwanem i zbawczem wystąpieniem dziewczyny oraz zagadkową postacią kudłacza, że nie zastanowiło ich zupełnie stare, nigdzie już nie spotykane urządzenie karczmy, jak również liczne grono gości, przy dębowych stołach nad kubkami z dymiącą polewką gawędzących.
Za szynkwasem nie było nikogo.
— Gdzie jest twój pan? — półgłosem spytał Bożek kudłacza.
Ten postawił przed artystami kubki i wesoło się roześmiał.
— Oh, mój pan, Dobra Chwila, jest tutaj. Zobaczycie go wkrótce i pokochacie, tak jak ja go pokochałem.
Zagrajcie co naszym gościom, oni tak lubią muzykę, oni żyją tylko muzyką.
Goście z przyjazną ciekawością przyglądali się muzykom, którzy po wypiciu gorącej i dziwnie krzepiącej cieczy, chętnie stroili swe instrumenty, dumając nad tem gdzie i kiedy widzieli już te charakterystyczne, pełne wyrazu i treści twarze biesiadników: we śnie, czy też w skłębionych wspomnieniach dzieciństwa. A widzieli; je niegdyś z pewnością i nawet czcili.

Koncert się rozpoczął. Bożenna, podniecona aromatycznym żarem polewki, ciekawie rozglądała się dokoła. Gdy rozległy się dźwięki kwartetu, rozmowy biesiadników zamilkły i tylko świerszcz za kominem poufnie gwarzył z nocą, chwaląc ciepło i dobrą muzykę.
Artyści czuli w sobie jakąś niezmierną moc, świadomość jednolitości, tętniącą w koncercie wspólnem bo-gatem życiem. Uczucie to było tak słodkie i potężne, jak sława. Oderwali się muzycy od rzeczywistości i żyli swem życiem wewnętrznem, którego treści nie sposób uchwycić zawodnym i twardym aparatem pamięci, a w porównaniu z przeżyciami tego koncertu, najsubtelniejszy nawet w barwach i temacie, najbardziej zwiewny sen był kanciastą i pospolitą rzeczywistością. Zatracili artyści poczucie perspektywy i czasu, jakby weszli na nieogarnięte pola nieskończoności, gdzie nie istnieją pojęcia takie, jak początek, koniec, dziś, kiedyś, śmierć, tęsknota, gdzie dźwięki mienią się grą barw, a barwy wydają dźwięki i niepodobna ich rozdzielić i rozłożyć, gdzie wszędzie odczuwa się wszechobecność Boga i swoją własną nierozerwalną z Nim łączność.
Gdy kończyli, Bury Pies podawał dymiące kubki — i znów karczma ginęła ze świadomości pochłoniętych muzyką misjonarzy sztuki.
Godziny upływały, krótka noc letnia już miała odejść od okien, a artyści trwali w natchnionem skupieniu. Wyczerpał się repertuar, ale to nic, oni nadal grali, już niewiadomo co, pewnie to szczęście swoje, spijane w cudownej chwili nadharmonji dusz: w chwili wspólnej, tak, wspólnej, zgodnej i jednakowo natchnionej twórczości.
Aż wreszcie Bożek urwał. Urwał zdumiony, niemal przerażony. Smyczki skrzypków opadły, a w twarzach drętwiał lęk, z oczu zginęły ognie i mgły, a budzić się zaczęła poszukująca zrozumienia sytuacji przytomność.
Karczma gdzieś znikła. Zniknęły świece, stoły i szynk” was. Zniknęli ludzie. Nawet pułap belkowany i okna. Przez wielkie postrzępione dziury w dachu i wyrwy w ścianach bez okien wlewał się do wnętrza rudery liljo-wo-złoty blask. Bożenna, ze śladami zmęczenia dokoła oczu, spała twardo na ławie pod ścianą. Obok, na glinianem klepisku, leżał jakiś bury i kudłaty pies. Pysk złożył na chłodnej glinie, łapy wyciągnął — i leżał poważny, zasłuchany.
Bożek obudził dziewczynę, wziął ją za rękę i wyprowadził z rudery. Podążyli za nimi milczący ze zdumienia artyści.
Powiało chłodem świtania i Wisły, fjoletowo połyskującej w wylocie ulicy. W ciszy budziło się życie, leniwe jeszcze i ociężale nawołujące przeróżnemi odgłosami poranka. Przez pustą wyrwę okienną zwinnie i sprężyście wyskoczył z karczmy na ulicę bury pies. Życzliwie spojrzał na Boginkę i na muzyków, wyraziście machnął ogonem i w żywe nozdrza wciągnął chłód, toczący się od rzeki.
Z pobliskiego domu, maleńkiego jak zabawka, wyszła rozczochrana, zgięta pod ciężarem starości babina i z tępą cierpliwością maszyny rozpoczęła wywoływanie z przestrzeni niewidzialnych kur.
— Powiedzcie mi, matko, co to za dom? — spytał Bożek, wskazując na tajemniczą ruderę.
Baba, nie patrząc zupełnie na pytającego, nadal poszukiwała starczym głosem i wzrokiem swego jajonośnego dobytku.
— Cip, cip, cip! Dom? To nie jest żaden dom. Od trzydziestu lat już nie dom. Niedługo go rozbiorą i stanie tutaj murowana szkoła. Cip, cip, cip, cipuchny! Kiedyś tu była karczma, ale teraz w gołych ścianach tylko szczury tańcują i złe, jak to było dzisiaj, całą noc na djabeLskich skrzypkach wygrywa. Cip, cip, cip, cipuchna, chorobo!
— A czyj to pies?
— Cip, cip, cip! A tego nie wiem. Jest i jest, pono taki stary, jak ta karczma. Chyba djabeł w nim mieszka, bo, ścierwo, nie zdycha, nawet nie rzuca się na ludzi, niewiadomo czem żyje… A sypia w karczmie. Cip, cip, cip, cipuchny, ażeby was żydzi zjedli!
Bury pies wspiął się na tylne łapy i polizał twarz Bożka. Tak samo postąpił z dziewczyną, machnął ogonem artystom — i miękkim, niefrasobliwym truchtem pobiegł -do powleczonej różem świtu Wisły.

Informacja o autorze i wykaz opublikowanych utworów jest  TUTAJ
Materiał pobrano z Podkarpackiej Biblioteki Cyfrowej.

 

195 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

Doroczny hołd pamięci

Urokliwa leśna polana w jeziorkowskim lesie stała się 74. lata temu, miejscem zagłady prawie 200 Polaków rozstrzelanych tam przez hitlerowców w 1942 i 1943 roku. Szczególnie pamięt[...]