Z twórczości pisarki Ziemi Łomżyńskiej Heleny Filochowskiej Żmigrodowej, Natalia cz. I

Poniżej publikujemy w wersji oryginalnej kolejny utwór Heleny Filochowskiej Żmigrodowej. Natalia była drukowana we „Wspólnej Pracy” w odcinkach ( Nr 17 – 26). My ten utwór publikujemy w dwóch częściach.

Redakcja

                                                                                 * * *

Gdy dziecko usnęło, Natalia przez chwilę, oczyma, zasnutemi łzami, patrzyła na złote loki, rozsypane po bieli poduszki i na wyłaniające, się z nich bladziutkie rysy niesłychanie subtelne, pełne nieopisanego smutku, który potęgowało jeszcze jakieś cierpiące, dojrzałe znużenie prawie przezroczystych powiek. Maleńkie ręce, równie blade i delikatne, leżały bezwładne i bezsilne, nieświadome trudów, czekających na twórczy, męski ich rzut, i z ich kruchego, jak cacko, kształtu, wiał teraz jeszcze cały naiwny czar dziecięcej, wzruszającej bezradności.
I gdy do oczu Natalii napłynęły nowe ciężkie łzy, stała się rzecz znana, rzecz codzienna.
Znikło dziecię śpiące w złocistej fali jedwabnych loków, i za stratowanego śniegu zabielała martwa męska głowa o rysach skrzepłych w tragicznym smutku, z czarną plamą zastygłej krwi na marmurowej skroni. Długie, ciemne włosy, zlepione krwią i błotem, rozsypywały się na brudnym śniegu, a bezsilne już ręce — ręce niegdyś tak nieustraszone i potężne, legły bezwładnie wzdłuż ciała, aby już nigdy nie dźwignąć się ze straszliwą groźbą odwetu. W bezmiernym niewysłowionym smutku umarłej twarzy, w śmiertelnem znużeniu zimnych powiek był ten sam natężony wyraz cierpienia, który Natalia widziała codziennie na twarzy dziecka, gdy zasypiało w swym białym łóżeczku, i dlatego obraz uśpionego syna łączył się z wspomnieniami martwiej głowy jego zabitego ojca tak ściśle, że często patrząc na dziecko, traciła poczucie rzeczywistości po raz niezliczony przeżywała straszliwą tragedyę dnia niezapomnianego.
Poprawiła ostrożnie poduszkę i podeszła do otwartego okna.
Była wiosna. Nawet w tej głuchej zamiejskiej ulicy, pełnej krzywych, starych ruder lub niedokończonych domów, otoczonych czerwonymi stosami cegieł, zrodził się cud kwietny wonny, szczególnie czarujący w pospolitem i ohydnem otoczeniu. Krzak bzu. Nie, chyba obłok liliowy, (cudna pachnąca chmura delikatnych kiści o barwie blado, blado fiołkowej, jaką niekiedy w ciche wieczory letnie zasnuwa się ostatnia, gasnąca w mroku smuga zachodu… Symbol szczęścia, cichego upojenia, szczęścia pachnącego, odurzająco słodko…
Do tego obłoku liliowego dążyły tęskniące oczy Natalii, cierpiącej wprost na taki cud wiosenny co roku wykwitał pod oknami mieszkającej naprzeciw w lichym, drewnianym domu, „fabrykantki aniołów”.
Ciężkie bogate gałęzie zaglądały do samych okien, za któremi działy się krwawe mysterya zbrodni. Często w ciemne, ciepłe wieczory Natalia słyszała głuche krzyki zwierzęcego bólu, i serce jej wówczas drżało w męce i przerażeniu. Kiedyś, bardzo późno, gdy stała w oknie, patrząc w aksamitną czerń nocy wiosennej, splamioną rudą łuną, bijącą od miasta, ujrzała przez nagie nieostrożnie oświetlone brudne szyby półnagiego, okrwawionego trupa dziewczyny z czarnymi warkoczami, którą tak niedawno jeszcze widziała żywą, ładną i giętką, skradającą się ku drzwiom fatalnego domu. Całą siłą woli hamowała się, by nie krzyknąć z prośbą: strzeż się.., nie idź tam… tam zbrodnia… śmierć!..
Dziewczyna była tak ładna, młoda i tak smukłe, giętkie miała ciało…
I odtąd zawsze, patrząc na dom ów, do połowy przesłonięty przepięknym liliowym obłokiem kwiatów bzu, na jego krzywe okna i czarne drzwi z lśniącą w słońca klamką, Natalja miała w piersi to samo drżenie przerażenia i wstrętu, który zwalczał jej wrodzone męstwo i wstrząsał ją dreszczem ohydy…
Ilekroć za czarnemi drzwiami znikał drżący cień, Natalja cierpiała silnie i myśl jej oparcie koło zbrodni która raz po raz dokonywała się w krzywym domu, owianym czarującym tchnieniem kwitnącego bzu.
Wrażliwość ta budziła w niej chwilami zdumienie drżała i bezwiednie kryła twarz w dłoniach, a potem patrzyła na nie ze zdziwieniem Czy to te same dłonie, które zabiły człowieka?— pytała siebie i uważnie oglądała swe dość duże, piękne, wysmukłe ręce o cienkich palcach, zakończonych różowani paznokciami.
A przecie wtedy gdy zabiła człowieka, ręce te ani razu nie podniosły się do twarzy z takim gestem zgrozy, trwogi i przerażenia, jak teraz, gdy czuje, że tam, naprzeciw, mordują ślepe, jeszcze nie świadome swego istnienia życia… Wówczas były tak mężne i chłodne, że ani razu nie zadrżały w tę noc gwiaździstą, gdy wzrok błąkał się po rzędzie jasno oświetlonych sal balowych, gdzie tańczył obwieszony orderami, wytworny, siwiejący pan gubernator—straszliwy kat o miękkich, pieszczonych ruchach wersalczyka salonowiec i ulubieniec pięknych kobiet, podpisujący, niedbale tyle wyroków śmierci, że katowi ręce mdlały od zarzucania, stryczków na młode, ofiarne szyje…
Natalja, patrząc wciąż na krzew bzu, przypomniała sobie ostatnie spojrzenie tych zimnych niebieskich oczu i chrapliwy krzyk, który wybuchnął z szeroko otwartych ust wraz z fontanną krwi. Wyraźnie przypomniała sobie swe namiętne, szalone pragnienie, palące ją wówczas, gdy uciekając, czaiła się w labiryncie głuchych czarnych uliczek… Pragnienie nierozumne, dzikie, by oto wrócić, przecisnąć się przez tłum wojska i raz jeszcze spojrzeć w te zimne, blade, umarłe oczy.
Ach, dziś za nic w świecie wiedzieć bym nie chciała – pomyślała z lekkim drżeniem. I dziś nie chciałabym umrzeć za nic… za nic
Spojrzała na syna i na samem dnie strwożonej duszy usłyszała cienki, przeraźliwy krzyk czegoś rozpaczliwego, strasznego odpychającego z zamkniętemi na rzeczywistość oczami.
Zbladła i w tej chwili usłyszała ciche stukanie do drzwi Serce jej zaczęło drżeć w szalonym rytmie niezliczonych uderzeń. Zwróciła się ku drzwiom, w których stanęła starsza, chuda kobieta z oczyma sowy i uprzejmym, uśmiechem na okrutnych, cienkich wargach.
Natalia zadrżała ze wstrętu, poznawszy w przybyłej sąsiadkę z przeciwka.
Może pani będzie łaskawa pożyczyć mi kawałek czystego płótna?— przemówiła miłym, łagodnym głosem kobieta z oczyma sowy. – Mam u siebie pewną osobę; której chciałabym przewiązać ranę… głupstwo, skaleczenie ręki —kłamała, uprzejmie patrząc w Natalię nieruchomo żółtymi źrenicami. Natalia. podała płótno nieznajomej i mężnie spojrzała w jej twarz odpychającą. W głębi zmąconej duszy usłyszała znów ten ostry, krwawy krzyk… Chwiejąc się, podbiegła ku łóżeczku, w którem spało dziecko i zasłoniła je gwałtownie rozkrzyżowanemi ramionami.
~ Niechaj go nie tkną oczy tej zbrodniarki— pomyślała z lękiem tajemnym i pochyliła się nad uśpioną bladziutką twarzą syna.
Dziękuję pani. śliczne ma pani dziecko, uśmiechnęła się szerokiemi i spróchniałemi zębami przybyła i wyszła ze sztywnym ukłonem.
Natalię porwał straszliwy, niewyjaśniony lęk Załamała ręce i rzuciła się ku dziecku, jak gdyby chcąc je bronić przed czemś złem, strasznem, niepojętem, co weszło do jej cichego domu wraz z kobietą o sowich oczach.
Po południu Natalia ubrała dziecko i poszła z niem do niedalekiego skweru, gdzie po długich poszukiwaniach znalazła niegdyś miły kącik z ławeczką i paroma krzewami akacyi, wyjątkowo nie połamanymi przez nielitościwe ręce uliczników.
Tam często rozmyślała o swoim przyszłym życiu nie wiadomem i marzyła o wyjeździe gdzie nie śniłyby jej się po nocach rewizye. aresztowania i szczęk żandarmskich ostróg, gdzie nie potrzebowałaby co miesiąc zmieniać nazwiska, kryć się po przedmieściach obcych miast i drżeć o przyszłość syna. Tam często spotykała jednego, ze swych dawnych towarzyszów który błąkał się tak jak i ona.
Wiedziała o tem, że człowiek ten kochał ją miłością świeżą, czystą. młodzieńczą,. potężną w swej bezinteresowności i że kochał gorąco jej syna, dla którego tak namiętnie pragnęła żyć. Świadomość tej szlachetnej miłości nie była dla niej niemiłą.
Czuła się otoczoną czemś subtelnem, łagodnem, czystem i ofiarnem, czemś, co nigdy nie przyjmie kształtów realnych, co nigdy nie obrazi jej tragicznej miłości dla zabitego, a co rozpościera się dookoła niej i jej dziecka, jak tkliwa i czujna opieka.
l teraz, mijając wielkie posępne gmachy koszar z czerwonej cegły. słuchała przejmująco smutnych pieśni rosyjskich, które gdzieś w głębi nucili chórem młodzi żołnierze i myślała o Baumanie.
Ech smutno, smutno , smutno żyć na świecie. skarżył się wysoki, chwytający za serce tenor.
Ech smutno powtarzał chór młodych głosów i znów namiętny, pełen rozpaczliwej skargi tenorowy głos drżał w dusznem, pełnem pyłu powietrzu.
Gdy Natalia weszła do skweru i minęła gromady bladych, rachitycznych dzieci, bawiących się z hrabąszczami, zdala już dojrzała samotną postać Baumana , siedzącego na jej ulubionej ławce. Był, jak zwykle ucharakteryzowony na wytwornego próżniaka w eleganckim garniturze i kapeluszu ”Panama”.
Przy powitaniu podał jej z cieniem zmieszania duży przepyszny pęk bzu i serdecznie uściskał malca, który wdrapał mu się no kolana i, objąwszy go za szyję, potrzył mu w oczy swemi słodkiemi, dziecięcemi źrenicami.
Siedzieli w miłym, pachnącym cieniu dużego kasztanowca. Rozkwitłe, bladoróżowe pęki kwiatów bielały wśród ciemnej zieleni sztywnych, nieruchomych liści i prószyły niekiedy delikatnymi płatkami, jak wonnym, aksamitnym śniegiem. Przez rzadkie domy przedmieścia wyłaniała się błękitnawa perspektywa bladozielonych pól i dalekich osłonecznionych wzgórzy.
Wiosna śmiała się do serc ludzkich srebrnym śmiechem radości, szczęścia, młodości i nadziei, wiosna zawsze łaskawa, kochająca, wierna smutkom ludzkim, zawsze jednako upajająca, jednako hojna, rozrzucająca pełnemi garściami swe kwiaty młodziutkie.
Wonne powiewy mówiły o czarze dalekich zielonych gajów.. Coś szeptało, że życie jest cudne że oto można wybiedz na jasne łąki, gałęzią kwitnącą zasłonić zmęczone płaczem oczy i przez te wonne puchy patrzeć na modry jedwab stropu niebieskiego, na słońce dobre, na błękitne oddalenia dalekich pól.
Coś szeptało, że życie, to nie rozpacz, walka, mord i męka, ale namiętny krzyk radości i szczęścia, omdlały uśmiech ekstazy, słodycz jasnych zamyśleń. Coś szeptało, że życie jest cudne, i że gdzieś rozkwitły tajemnicze ogrody, że rwać tam można pełnemi garściami dziwne, odurzające kwiaty upojni…
Coś szeptało, że życie, to niepojęte bezmierne szczęście…
Bauman tulił dziecko w swych silnych ramionach i patrzył na siedzącą obok kobietę. Była tak przejmująco piękną w drżącem złocie słonecznych plam, pełzających po jej bladej twarzy, oślepiająco jasnych włosach i nagiej szyi.
Niepojęta, rzadka doskonałość jej wspaniale rozkwitłego ciała budziła w Baumanie najwyższy podziw, zmieszany z jakąś czcią prawie nabożną. Nigdy jeszcze nie spojrzał no nią, jak na kobietę, którą, można posiąść. Była dla niego ideałem, żywem wcieleniem piękna, nietykalną świętością jego samotnych tajemnych marzeń, Myśląc o niej, powtarzał sobie zawsze, że wolałby raczej strzelić sobie w łeb, niż to dziwne, smutne uwielbienie dla Natalii skazić tchnieniem zmysłowości.
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się smutnie.
Wiosna — szepnęła z westchnieniem i zacisnęła mocno białe palce rąk załamanych.
Wiosna odpowiedział cicho, ze straszną tęsknotą człowieka, który wie, że umarła w nim na zawsze ta jasna, radosna moc, która pozwala upić się, oszołomić czarodziejstwem wiosny.
Dusze ich nurtował męczący, nieopisany smutek i nikła bolesna słodycz, jaką zwykłe czują ludzie ciężko chorzy, patrzący na słońce, kwiaty i zieleń majową. Między tą potężną, śmiejącą się wiosną a nimi stały rzeczy przeżyte, straszne, krwawe wspomnienia tragicznych godzin, okropna zgroza pogromów i niejasna, a nielitościwa groźba przyszłości, w duszach tych rodził się głęboki, choć nieświadomy żal, że poszarpano w nich te wszystkie srebrne delikatne struny, które kiedyś w dzieciństwie pierwszej wczesnej młodości dźwięczały tak mocno, tak żywo pod pachnącem tchnieniem radosnych uczuć wiosennych, Że nie mogą śmiać się patrzeć oczyma pełnemi światła i wyciągnąć stęsknionych rąk do bujnej, młodej radości życia.
Mamusiu, nie bądź smutna — prosiło dziecko, tuląc się do matki i patrząc w nią szaremi, wielkiemi oczyma o cierpiącym wyrazie dojrzałego człowieka.
W zamyśleniu położyła na jego złotych lokach obie ręce, a Bauman drgnął i odwrócił od nich sposępniałe oczy. Często, gdy patrzył na nie, męczyła go myśl uparta, że ręce te zabiły człowieka. Wówczas drżał… Był on dziwnym, “jedynym w swym rodzaju rewolucyonistą, który bladł na widok krwi i głęboko brzydził się morderstwem. Gdy „ruch” rozpoczął się, porzucił swą pracownię bakteryologa i ofiarował się na ..”teoretyka” „Teorya” ta jednak zaprowadziła go tak daleko, że został zmuszony przed niechybną kaźnią uciekać za granicę, skąd jednak powrócił w szalonej tęsknocie za krajem.
Poznawszy bliżej Natalię, oraz tragizm jej wyjątkowej sytuacyi, snuł się za nią z daleka, jak wierny i nieodstępny cień, zawsze w porę sygnalizując niebezpieczeństwa, wspierając radą i serdeczną otuchą w złych, ciężkich chwilach.
Ach te piękne, białe, delikatne ręce kobiety, którą tak boleśnie, mocno, beznadziejnie kochał… Cierpiał i męczył się, ilekroć przypomniał sobie ów dzień, w którym spotkał tę cichą zawsze dobrą łagodną Natalię, tak przerażająco bladą, z oczyma otoczonemi silnym cieniem, gdy patrząc na swe ręce powiedziała mu spokojnie, że ubiegłej nocy…
I teraz wyraźnie widział wielki żelazny most, błękitną rzekę i ją w ciemnej sukni, w kapeluszu z długim czarnym woalem, i te ręce smukłe, dziewicze, wytworne… Pamięta nawet półuśmiech znużony i wysilony, z którym na jego bladość nagłą odrzekła: Ech ty, subtelna duszo… ech wy mimozo… i pomięta że odszedł od niej bez pożegnania. wzburzony, z ostrym, piekącym bólem w sercu, pełnem protestu i głuchego jęku. Gdy raz jeszcze spojrzał poza siebie i zobaczył ją jeszcze smukłą, czarną, opartą o balustradę mostu, wiszącego nad rzeką, jasną i spokojną.
O czem myślicie? zapytała, patrząc mu wprost w oczy i muskając twarz swą gałązką bzu. Tacyście smutni dzisiaj…
Zwichrzył czarne włosy nad czołem i, nie patrząc na Natalię, westchnął.
Uch! no ta wiosna.. Zresztą… naprawdę, to patrzę na was, Natalio, na dziecko, na te kwiaty, słońce, i poprostu wierzyć mi się nie chce, że… wiecie — popatrzył znów na jej ręce.
Ach wiem! — uśmiechnęła się prawie wesoło. A ja wam też powiem prawdę, choć może i smutną, że teraz — przytuliła do siebie dziecko — nie potrafiłabym już zdobyć się na czyn taki… matką jestem tylko, rozumiecie? Wiecie o czem marzę? Chciałabym mieszkać w malutkim domku, otulonym białym, kwitnącym sadem, nad morzem niebieskim, jak niebo…Uczyć tam syna, aby żył tak, jak żył ojciec i poprostu utonąć w ciszy, w spokoju… Nie lękać się już, że mogą złapać, powiesić, że… dziecko…
Urwała, a Bauman zobaczył przez chwilę marmurową bladość jej zmienionej twarzy i straszliwą zgrozę w oczach patrzących nieruchomo.
Ach, chce się żyć, żyć, żyć dla niego—powiedziała cicho, namiętnie przygarniając dziecko do szybko dyszącej piersi.
Nie było w niej już nic z wyniosłej bohaterki, tragicznej kochanki zabitego przywódcy, spokojnej konspiratorki, czatującej w noc gwiaździstą na człowieka, którego musiała zamordować. Cała była głęboko czującą kobietą, matką truchlejącą na myśl, że jej dziecię, poczęte w przeddzień śmierci ukochanego mężczyzny, dziecię bezimiennego bohatera wielkiej idei, to dziecię może pozostać samo drżące, sieroce, opłakane, w jednem z tych miast nieznanych, wśród których od paru lat kryła się, jak zwierz tropiony.
Bauman po raz pierwszy usłyszał to wyznanie z ust Natalii. Głęboko wzruszony ujął jej białą, wysmukłą dłoń, która dotąd budziła w nim dreszcz zgrozy i ucałował ją lekko ze czcią. Natalia zrozumiała i uśmiechnęła się ciepłym, dobrym uśmiechem, który jej smutną, prześliczną twarz owiał tchnieniem nie wysłowionego czaru.
Ale Bauman nagle sposępniał.
Dopiero teraz, widząc ten jasny uśmiech i te jasne oczy Natalii, przypomniał sobie, że przybyły przed paru dniami student prosił go rano, by ostrzegł młodą matkę o grożącem jej niebezpieczeństwie. Podobno widziano ją w drodze do O., i policya rozpoczęła już poszukiwania.
Chciał wieść tę, budzącą w nim głuchy, męczący niepokój zakomunikować Natalii natychmiast po jej przyjściu do ogrodu, ale silne i smutne uczucia, jakie zawsze przeżywał, będąc z nią razem, wypłoszyły mu na krótko z mózgu myśl tamtą.
Spojrzał na Natalię, na jej spokojną już twarz, bielejącą w cieniu dużego kapelusza, na złocistą główkę dziecka i skulił się w poczucia bezmiernego, I szarpiącego żalu.
Znów biedactwo tułać się musi bezdomnie – pomyślał z bólem. – Trzeba będzie wystarać się o pieniądze i wysłać ją z dzieckiem zagranicę. Zaczyna być znów niebezpiecznie…
Zadrżał i z oślepiającą jasnością zobaczył jakiś świt wiosenny, jakiś mur z czerwonej cegły, jakieś dalekie, dalekie senne, modre pola… I twarze szare, posępne, kamienne… rude sołdackie szynele i białe drzewo grubego słupa z belką poprzeczną wysoko… z czarnym hakiem wbitym w ociekające j jeszcze swą krwią złocistą – wonną żywicą – drzewa…
Spojrzał nieprzytomnemi oczami na Natalię i myśl swoją zdefiniował krótko i zwięźle, że tej prześlicznej jasnowłosej kobiecie, siedzącej w słońcu obok niego z dzieckiem na kolanach, grozi po prosta — stryczek.
Zauważyła jego niepokój.
Co wam? — zapytała zwracając ku niemu swe łagodne duże oczy. Właśnie chciałem wam powiedzieć, Natalio… Pewien student z Moskwy…
Co? Znów śledzą?—szepnęła prędko, blednąc.
Uspokójcie się… Na razie… Dziś, jutro — nie. Ale trzeba będzie uciekać. Choć kto wie zamyślił się posępnie. Może najlepiej właściwie zaraz…
Dokąd pojadę? Nieszczęsne dziecko…
Teraz jedźcie do Mitawy, Natalio, mam tam krewną, dobrą staruszkę — przyjmie was z radością. Obmyślę wszystko. Będzie wam dobrze w tej cichej, kurlandzkiej mieścinie… Po paru tygodniach trzeba będzie koniecznie zagranicę…
Słuchała go z nawpół przymkniętemu powiekami, drżącemi lekko nad źrenicami pełnemi bezsilnej męki. Mocno tuliła do piersi dziecko, które słuchało także w milczeniu, jakby przywykłe do tragicznego, czarnego cienia niebezpieczeństw, okropnych dni bez jutra, straszliwych możliwości, czających się gdzieś w otchłaniach krwi, zgrozy i rozpaczy. Patrzyła szeroko rozwartemi, ślepemi oczami na Baumana, który troskliwie i uważnie dawał rady, wyliczał połączenia pociągów, nazwy stacyj, zagłuszając ból upartej myśli, że jutro, pojutrze nie będzie mógł już j potrzeć na ten blady profil drogiej kobiety, której i uśmiech był jego smutnem szczęściem. Przeżywał naprzód wszystkie niebezpieczeństwa, czyhające na te dwie bliskie mu istoty, i wszystkie niepokoje, które będą szarpać białą pierś matki westchnieniami męki i udręczenia. I w zapylonej szybie wagonu widział już te znękane, wiecznie czuwające oczy, te usta pobladłe, tak drogie, tak niedościgłe w swem dumnem cierpieniu i tę maleńką, jasną, dziecięcą głowinę bez dachu…
Zamilkł znużony i zgasłą twarz pochylił nisko, i patrząc w żółty piasek, zasłany białoróżowemi płatkami kwiatów kasztanu. Ogromny ciężar przytłoczył i mu barki.
Natalia przesunęła ręką po oczach, zasnutych posępnym cieniem, i wyciągnęła ją serdecznie w podzięce.
Dziękuję, dziękuję powiedziała ciepło głosem tak mu nieskończenie drogim, przesłoniętym głębokim smutkiem. — Tacyście dobrzy.
Uścisnął mocno tę wyciągniętą rękę i spojrzał na zegarek. A teraz opuszczę panią, Natalio, na krótko wstając. O piątej spotkam się z owym studentem, aby zasięgnąć bardziej szczegółowych wieści o waszej sprawie. Rano nie mogłem z nim mówić dłużej gdyż, zdaje się, śledzono nas. Prawda, że za godzinę zastanę Was tu, Natalio?
Skinęła głową i pożegnała go serdecznie. Gdy odszedł, patrzyła za nim długo, dopóki nie znikł w labiryncie żółtych ścieżek i drzew akacyowych.
Dobry — pomyślała ze wzruszeniem i, zamknąwszy oczy, blisko, blisko ujrzało jego szczupłą, smagło twarz o inteligientnych, ślicznie rzeźbionych rysach i przepysznych czarnych oczach, pełnych tęsknoty i cierpienia.
Spojrzała na dziecko, budujące z gałązek jakieś tajemnicze gmachy, i przypomniało sobie ranną wizytę „fabrykantki aniołków” oraz ostrzeżenie Baumana.
Ukryła twarz w dłoniach i wpadła znów w ciężką śmiertelnie męczącą zadumę.
Delikatny, przezroczysty zmierzch, jak dym błękitny, osnuwał kontury drzew i sylwetki niewielu ludzi, błądzących parami po ogrodzie. Gasły ostatnie bladozłote smugi zórz wieczornych. Daleko, w huczącem, wielkiem mieście ryczały dziko i przerażająco syreny fabryczne.
A gdzieś blisko ktoś grał na flecie starą sentymentalną melodyę, drżący, tęskny głos instrumentu skarżył się i płakał, jak żywy, cierpiący człowiek. Komuś serce pękało z bólu w ten zmierzch pachnący, pełen szeptów i białych akacyi…
Natalia, chwilami wprost nieprzytomna w niepokoju o Baumana, czekała jeszcze.
Po raz może setny tłumaczyła sobie, że mogła go przecie zatrzymać jakaś inna okoliczność nieprzewidziana, a nie jedynie tylko aresztowanie, jak to sobie wyobrażała. Jednak wciąż przymykając powieki widziała jego zmienioną, dumną twarz w szarym tłumie żandarmów, otaczających go zwartym szeregiem, i w pięknych cierpiących oczach płomień wściekłego buntu, że oto jest już bezsilnym i niczem już nie może pomódz jej i jej małemu synowi…
Wreszcie znała punktualność i rzadką delikatność Baumana, który nigdy bez ważnego powodu nie naraziłby jej na tyle godzin trwogi i niepewności.
I gdy zmierzch zoczął gasnąć i tracić swój modry, delikatny odcień, Natalja dźwignęła się ciężko z ławki i z sennem dzieckiem na rękach poszła w kierunku domu.
Wpadł pomyślała z bólem w sercu, bijącym wolno, ociężale i nierówno.
I równocześnie z tą pewnością przyszła pewność inna, budząca zgrozę, ż Bauman zostanie stracony.
Tak, powieszą go… Prawie napewno męczyła się z uczuciem dzikiego chaosu w mózgu.— Ach, jakże mi was żal, Baumanie… jak mi żal waszej dobrej, starej matki…
Nagle uczuła śmiertelne zmęczenie i szła coraz wolniej, wolniej, wsłuchana w równy oddech dziecka śpiącego z główką złożono na jej ramieniu. Patrzyła bezmyślnie na smugi światła, padające z okien krzywego domku do połowy przesłoniętego jaśniejącym w zmierzchu krzewem bzu i czuła koło serca, jakby delikatne dotknięcie czegoś chłodnego, ostrego, bolesnego.
Przez chwilę, chcąc oddalić trwogę i ból owych przeczuć tajemniczych, pomyślała o białym otulonym kwiatami domku nad morzem szumnem i niebieskim jak niebo.
Ach., odpocząć, odpocząć, dziecino moja— przewiał przez jej zmęczone oczy biały obłok słodkiego marzenia.
Ale marzenie zgasło i pod powiekami Natalii zapłonęła znów wizya modrych, cierpiących, pełnych buntu oczu Baumana.
Wolno przeszła około dwóch ciemnych okien swego pokoju i położyła rękę na klamce drzwi, wiodących do sieni. W chwili, gdy je miało otworzyć, dziecko obudziło się i zapłakało cicho.
W ciemnej sieni bielały nieruchome maski obojętnych twarzy żołnierzy, ustawionych w dwa rzędy. Natalia krzyknęła i chciała cofnąć się by uciekać ale szare postacie zasłoniły sobą drzwi trzymając karabiny lśniące ostrzem bagnetów.
W pokoju, słabo oświetlonym blaskiem latarni płonącej na ulicy, stał przy ścianie wysoki, rosły oficer, a za nim kilku żandarmów. Gdy w progu, jeden z nich szybko i zręcznie zapalił lampę.
Oficer wyjął jakieś papiery, pochylił się nad i nimi i popatrzył uważnie w twarz Natalii.
Blisko ujrzała jego ciemne, gruzińskie rysy i czarne, dzikie, orle oczy patrzące no nią z wyrazem osłupienia i męki.
Przez jej stępiały mózg błysła myśl, że twarz tę zna. I nagle wspomnienie przyniosło jej na powrotnych falach lat dawno przeżytych świadomość, źe w rodzinnem swem mieście widywała często na ulicach człowieka tego, którego twarz przy spotkaniu z nią rozświetlała się jakby, a przepiękne dzikie oczy smutkom, namiętnością i mówiły jej coś gorąco i bezpamiętnie o otchłaniach, w których kipią spętane potęgi męskich, głębokich, szalonych uczuć… Wpatrzonym w nią oczom płomiennym odpowiadała zawsze spojrzeniem czystych dziewczęcych źrenic, pełnych współczucia i zrozumienia, gdyż, patrząc na znudzoną twarz gruzina i jego oczy pełne strasznej tęsknoty, myślała, ,że ten młody oficer straszliwie tęskni do swej dalekiej cudnej ojczyzny.
Teraz stał przed nią blisko, z wysiłkiem hamując drżenie ust. Przez chwilę źrenice jego, jakby nie pojmujące jeszcze całego tragizmu przeżywanej chwili, spoczęły na zmienionej twarzyczce dziecka, obiegły prawie obłąkanem spojrzeniem nieruchome rysy Natalii i skryły się pod powiekami. Po chwili usłyszała młody, głuchy głos.
Pani jest aresztowana.
Zabrzęczały ostrogi i szable. Głuchy, młody głos znów rozległ się w ciszy:
Trzeba znaleść kogoś, kto zaopiekowałby się narazie dzieckiem. Musimy zaraz jechać.
Natalia zrozumiała.
Stłumiła nieludzki wrzask i obiema rękami podniosła wysoko syna, patrząc mu w przerażoną twarzyczkę oczyma jakby zasypanemi popiołem. Mocno i prędko zaczęła całować jego czoło, oczy, jasne kędziory i małe rączki, które co chwila konwulsyjnie zaciskały się koło jej szyi.
Pamiętaj… pamiętaj… Pamiętaj o matce — wyszeptała z wysiłkiem, oblana śmiertelnym potem.
Patrzyła bezprzytomnie, jak dziecko jej brała na ręce chuda, straszna kobieta z sowiemi oczyma i jak ono, lękające się krzyczeć, pokorne i bledziutkie wyciągało maleńkie, dygoczące rączki z przejmującym, zdławionym szeptem.
Ja nie chcę mamo… mamusiu…
Drżący męski głos mówił:
Dziecko tymczasem zostanie u tej kobiety… innych sąsiadek nie ma. Może pani zechce zostawić pieniądze, zlecenia?
Dziecko u tej… u tej zbrodniarki – jej dziecko… Uśmiechnęła się nieprzytomnie. Wyjmowała jakie banknoty rękami zimnemi, jak u trupa, podawała je potwornej kobiecie, zaczynając znów nie pojmować, czego chcą, od niej ci ludzie i czemu jej syn maleńki płacze na rękach tej strasznej sąsiadki z przeciwka, a ona, Natalia, ma w mózgu tyle lodu i zarazem tyle żaru w osłupiałych ślepnących oczach.
Jak z oddali słyszała męski jakby wzruszony głos, który uspokajał ją poprawno francuszczyzną i zapewniał, że dziecku nie stanie się krzywda.
Zaturkotal powóz i z pośród brzęku ostróg, szabli i karabinów zabrzmiało krótkie, ostre słowo:
Jedziemy.
Natalio stała nieruchoma i patrzyła błędnie w przerażoną twarz dziecka.
Poprostu wydrę tej wiedźmie dziecko i może uda mi się uciec — błysnęła jej myśl nagła. Ale będą strzelać… Zabiją… i dziecko zobaczy… albo zginie maleństwo… Nie można… przemknęło po jej stępiałym mózgu…
Posłusznie po raz ostatni ucałowała drżące usteczka syna, spojrzała na niego pustemi, nieprzyomnemi oczyma i wyszła otoczona ostrzami bagnetów. Jak krwawy błysk zalśniła w jej bezświadomem odrętwieniu pewna myśl okropna. Myśl, że może lepiej jeden z tych zimnych, lśniących bagnetów wbić w najdroższe, maleńkie, drgające serce wbić i odejść, aby nic katowano, nie męczono tego dziecka, co porzucone, jak szczenię, kopane będzie i bite…
Gdy wsiadła do powozu, usłyszała straszny, dziecięcy krzyk.
Puśćcie – szarpnęła się, jak oszalała, chcąc wyskoczyć. Ale powóz ruszy! i ręce jej schwyciły w stalowy uścisk palce oficera.
Tracąc przytomność, zapadając w czarną otchłań bezczucia, ujrzała w świetle latarni smagłą twarz, dzikie, namiętne oczy, wpatrzone z wyrazem osłupienia i — może jej się zdawało — w czarnem pudle powozu zadrżał szept, pełen jęku;
Boże,.. Ta sama… Jaka piękna… Jaka piękna…

c.d.n.

95 Ogólnie 3 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

"OCALMY OD ZAPOMNIENIA"

Posiadasz w swoich zbiorach grafiki lub dokumenty związane z historią Ziemi Łomżyńskiej ? Zapraszamy do podzielenia się nimi z ogółem naszych Czytelników.   PODZIĘKOWANIE [...]