Z twórczości pisarki Ziemi Łomżyńskiej Heleny Filochowskiej Żmigrodowej, Natalia cz. II

Poniżej publikujemy w wersji oryginalnej kolejny utwór Heleny Filochowskiej Żmigrodowej. Natalia była drukowana we „Wspólnej Pracy” w odcinkach ( Nr 17-26). My ten utwór publikujemy w dwóch częściach.
                                                                                                                                           Redakcja

* * *

Cela w której umieszczono Natalie, była wprost salonem w porównaniu z temi cuchnącemu i brudnemi klatkami, jakie znała ze swej wędrówki po przeróżnych więzieniach dla przestępców politycznych. Można w niej było swobodnie chodzić, leżeć, a nawet doznawać pewnych estetycznych wrażeń z powodu czystości podłogi i drewnianych sprzętów.
Ale wszystkie te zalety „salonu”, były dla Natalii bezwzględnie obojętne. Nie śpiąc, nie jedząc, siedziała skulona na łóżku i martwemi źrenicami patrzyła tępo w okrągłe okienko, połyskujące w czarnych drzwiach wrogo i podstępnie.
Mijały godziny i doby. Z głuchym łoskotem ciężkich kroków zmieniały się na korytarzach senne, milczące straże.
Niekiedy ktoś krzyczał w dalekiej celi, krzyczał w obłędzie strachu przed śmiercią, która snuła się już blisko pod okutemi drzwiami, za mocną kratą małego okienka, w przerażającej ciemności nocy, zda się, nieskończonej.
To krzyczała pospolita zbrodnia. Zbój, który ciemną nocą mordował bliźnich na pustej drodze, by zdobyć ich złoto. Zbrodniarz z zimną krwią zatapiający nóż w gardle ofiary, ale szalejący ze strachu przed widmem stryczka, grożącego jego własnej szyi.
Ale od tego wstrętem przejmującego krzyku odbija namiętnym rozpaczliwym tonem krzyk pewnej młodej dziewczyny, Polki, którą Natalia wprowadzana do swej celi, ujrzała przypadkowo w tłumie konwojujących ją żołnierzy.
Nie mogła zapomnieć tej zbitej, posinionej i okrwawionej twarzy, tych długich, czarnych rzęs nad turkusowemu blademi oczyma.
Bili mnie, rozumiesz?—usłyszała pełen buntu wściekły krzyk i zobaczyła w bladych opuchłych oczach nieopisany gniew sponiewieranego człowieka i zgrozę niewysłowioną.
Chciała coś mówić, o coś pytać, ale nieszczęsną wepchnięto do klatki i słyszała tyko jej groźny, dumny. wściekłością nabrzmiały głos.
Zdziwiona jej ustawicznym, przeraźliwym jękiem pytała o powód dozorcę przynoszącego jedzenie, ten jednak nie chciał, czy nie umiał jej odpowiedzieć.
Po kilka długich dniach znów zbudziły Natalię w nocy szalone krzyki, szamotania i gniewne męskie głosy. Dowiedziała się, że dziewczyna cierpi na newralgię głowy i jest morfinomanką, a do szpitala nie chce iść za żadną cenę.
Otrujecie mnie w tym waszym szpitalu, krzyczała z twardym polskim akcentem,— a ja chcę ginąć, jak my wszyscy, na szubienicy… Dajcie mi morfiny, oszczędzę wam przyjemności wieszania mnie, pozbawię się życia — szydziła.
Potem umilkło wszystko… Zapewne chora dostała morfinę, i Natalia nie mogła zapomnieć z jej dzikiego krzyku tego krótkiego, dumnego i wyniosłego ..my, które dźwiękiem spiżu, pieśnią bohaterstwa i samozaparcia wypełniło mrok celi więziennych.
My W tem ..”my było wszystko, Polska skrwawiona, storturowana. odarta ze złotego, królewskiego płaszcza, z zalanemi krwią i łzami oczyma Polska rozdzierana na strzępy, sprzedawana i po stokroć sromotnie zdradzana Polska męczenników i bohaterów, wielkich szaleńców, rzucających jej bolesnemu majestatowi w ofierze swe życia młode i bujne… i był w tem ..”my” płomień straszliwy buntu i snów o wyzwoleniu, śnionych już nad Wołgą błękitną, nad szarą Newą, w dalekich kamiennych miastach, pełnych złocistych bizantyjskich kopuł i wrzasku pogromów.
Wszystko… wszystko było w tem „my” spiżowern…
Natalia drżała ze wzruszenia . Duma, szczęście i radość rozsadzały jej serce, ale zagłuszany chwilowo krzyk rozpaczy wybuchał no nowo i niszczył wzniosły zachwyt.
Czuła w sobie zaciekłą, oszalałą rozpacz samicy, której wydarto małe. Była matką. Chwilami wściekła, prawie nieprzytomna, czyhała pod drzwiami na wejście dozorcy, by wpić mu się żelaznemi palcami w szyję, powalić go na podłogę i uciekać przez wilgotne korytarze, roztrącać strasznemi ciosami pięści tłumy żandarmów, zagradzające drogę i biedz ścigana poświstem kul ku dziecku, wydrzeć je z rąk wrogich i zginąć, byle razem z nim… Zobaczyć te drogie, maleńkie ręce, oplatające kurczowo szyję matki, te duże, zalane łzami, skrzywdzone oczy. Szalonemi pocałunkami zdławić rozpacz po bladych, trzęsących się ustkach.
Wspaniałe, silne jej ciało prężyło się w poczuciu swej mocy, dyszała żądzą krwawej walki. Zaciskała pięści i z czołem przywarłem do ściany, czekała na śmiertelne zapasy. W ręku jej lśniło jedynie to co podstępnie ukradła dozorcy i nosiła ukryty pod koszulą…
Ale oto nadchodziła reakcja, nadchodziła okropna, przeszywająca świadomość niemocy. Świadomość, że drzwi są grubo żelazem okute, że za temi drzwiami sto zimnych bagnetów czeka no jej pierś dyszącą, na jej gorące, żywe, oszalałe serce —
Opadła bezsilnie na łóżko, płacząc cicho, i z umęczonej, storturowanej jej duszy wydzierało się dziecięce, dawne wołanie:
O, matko…
Stało się. Coś nieodwołalnego, jak śmierć, stało się…
Przypadła do drzwi, rozkrzyżowała ramiona na ich ciężkiem, żelaznem okuciu i słuchając, zamarła. Słyszała cichy, rozpaczliwy głos dziecka i oddalające się powoli kroki, a potem głuchy łoskot zamykanych drzwi. Jeszcze raz jej wytężony słuch pochwyci! cichy płacz dziecka. Cichy płacz…
Zwinęła się jak żmija i padając twarzą na zabłoconą podłogę zaskowyczała zwierzęco, ochryple, przeciągle.
Leżała tak długo bojąc się powstać, otworzyć oczy, zobaczyć drzwi mocno zamknięte i okno mocno zakratowane. Bała się, gdyż wokoło, podstępnie czycha na nią obłęd. Czuła go. Głównie czaił się koło białego stołka, na którym siedziała tu niedawno straszna kobieta z chorem dzieckiem na rękach. Obłęd czaił się też w przypomnieniu szeptu maleńkich drżących ustek które cichutko poskarżyły się, że „ta pani bije”. a to tak boli… tak boli…
Natalia czuła uderzenie w czaszkę w jakby tępem żelazem uderzenie częste straszne śmiertelne, spadające skądś z wysoka jak ciosy zbójeckiego obucha. A każde z nich spadając na bezwładną głowę, jakby mówiło krotko i jasno: bije… bije… bije…
Dostaję obłędu pomyślała leniwie, nie wstając.
Nie słyszała zgrzytu otwieranych drzwi, które kłoś popchnął mocno, z okrzykiem przerażenia i odsunął niemi jej bezwładne, skulone ciało.
Nie czuła, że ją silne, męskie ramiona podniosły i położyły na łóżku. Po kilku chwilach otrzeźwiła ją nieco silna woń jodoformu i karbolu.
Pewnie przyszedł lekarz— pomyślała sennie, nie otwierając oczu.
Do świadomości jej doszły strzępki rozmowy prowadzonej cicho przez dwóch mężczyzn.
Tak. to atak sercowy. Tętno wprost okropne. Czy zaszło coś wstrząsającego, pożegnanie jakie na przykład ?
Tak, doktorze. Była tu przed chwilą pewna kobieta z dzieckiem skazanej. Dziecko podobno chore, zmienione, skarżyło się, że je bito. Skazana podczas udzielonej jej godziny na ostatnie widzenie się z synkiem wezwała mnie. Była straszna. Groziła, że jeśli dziecka natychmiast nie umieszczą a jakichś dobrych, pewnych ludzi, zabije je w moich oczach.
Miałem wrażenie, że jest obłąkana… Potem chciałem tu wejść… Zastałem ją leżąca pod drzwiami siną z okrwawionemi od ran rękami…
Jutro egzekucja ?
Tak. O trzeciej rano.
Głos mówiącego załamał się.
Boże… Taka młoda… piękna… Za co
Zabiła…
Niezamężna ?
Tak. Sądzą, że ojcem dziecko jest, wiecie, doktorze, ten słynny Krasowski… Przyszło na świat już po jego tragicznej śmierci.
Nieszczęsna… No żegnajcie… Żal wam? Serca jeszcze macie za dużo. jak na tę służbę…
Tak… Serca za dużo. .to, doktorze, czy ten atak, to rzecz niebezpieczna ?
Właściwie na razie nie… Ale wszystko jedno… przecie jutro… A ja chciałem mocą przyzwyczajenia napisać receptę… Co za straszna ironja.
Gdy Natalia podniosła powieki i zobaczyła znano sobie twarz oficera, który ją aresztował, wstrząsnęło nią pewne salonowe. prawdopodobne wprost wspomnienie.
Tak.. Wczoraj człowiek ten chciał pomóc w ucieczce wraz z dzieckiem za śmiesznie niską cenę. Prosił, by, o ile ucieczka uda się zechciała z nim żyć potem, ofiarować tylko swe ciało, ten łachman znikomy, który kiedyś zgnije, rozpadnie się w proch, a w zamian za to nad morzem niebieskiem… morzem szumiącem… Dziecino moja. dziecino… Już nikt, nikt nie biłby cię, maleństwo…
Przez mgłę łez widziała ruch ręki odprawiający z celi nieruchomą jak posąg, szarą sylwetkę zastygłą u drzwi. W bezmiernym znurzeniu zamknęła ociężale powieki i nagle je podniosła.
Szklanemi, jakby już martwemi, oczyma zobaczyła młodą ciemną twarz i wśród czarnego zarostu usta czerwone, drżące, Posłyszała oszalały szept tych ust:
Pani zgodzi się, prawda? Powiedz! Na Kaukaz uciekniemy… Na Kaukaz: Och! jak zanim troska serce szarpie… Powiedz! O północy urządzę wszystko. Nie dam ci umrzeć. Słyszysz? Natalio, ty ze stryczkiem na tej szyi… ty sina, z oczyma wysadzonemi na wierzch? Nie… Na Kaukaz z twojem dzieckiem maleńkim…Och…
Obejrzał się błyskawicznie na drzwi. w których okrągłe okienko lśniło chytrze żółtym blaskiem na cichym pustym korytarzu, i drżącemi rękami uniósł z twardej pościeli jasną głowę Natalii. Na ustach powiekach i piersiach obnażonych nieco podczas badania lekarskiego poczuła jego nieprzytomne usta. Całowały, piły chłonęły jej cudowną piękność, jej młodość olśniewającą – promienną a gdy dotknęły białej wygiętej szyi wybiegł z nich straszny śmiech rozkoszy, szczęścia i zgrozy.
Ach szyjo, ty nadludzko piękna szyjo, skazana na stryczek…
Spojrzała z przestrachem w jego dzikie. płomienne oczy, pełne rozkoszy, zgrozy. szczęścia i przerażenia. Nowy, przenikliwy szept uderzył w nią jak cios ostateczny.
Natalio… Prawda, że zgadzasz się ?
Na chwilę zapadła w otchłań jakąś bez nazwy. Pochwyciło ją coś, jak wir czarny, jak huragan. Walcząc ze śmiertelną niemocą, straszliwie blada wyszeptała nie patrząc na pochylonego nad nią mężczyznę.
Tak.
I oto stało się coś, jakby przedstawienie w tym dziwnym teatrze.
Jak na scenę wyszła mała delikatna dziewczynka w krótkim „mundurku” gimnazjalnym z grubym jasnym warkoczem na szczupłych barkach…
Natalia przymknęła mocno powieki i uśmiechnęła się cicho, radośnie.. Dziewczynka spojrzała na nią niewinnemi oczyma koloru morza w jesieni i uśmiechnęła się także prześlicznem, smutnem drgnieniem maleńkich ust. I nagle zaświeciło słońce, zapachniały bzy i mała dziewczynka zaczęta iść powoli kwiecistą aleją znanego ogrodu. Z za bzów wyszła druga dziewczynka, różowa, czarnobrewa i czarnowłosa, w której Natalia poznała swą młodszą siostrę. Ucałowały się i patrzyły radośnie na słońce, kwiaty, motyle… Nagle pierwsza, ta z ciężkim, jasnym warkoczem, posmutniała i ukryła w rączkach poplamionych atramentem swą małą dziecięcą twarz. I Natalia wyraźnie widziała srebrne, grube łańcuszki łez, cieknących z pod zaciśniętych, szczupłych paluszków…
Mała brunetka otworzyła ze zdumieniem szeroko swe śliczne, ciemne oczy i spytała zdławionym głosikiem: Dlaczego płaczesz Natasza? Drobnymi ramionami objęła szyję plączącej i czekała na odpowiedź, a z za rączek zaciśniętych kurczowo, rączek mokrych od łez, zaszemrał trwożny, dziecięcy głos Boję się czegoś, Nina… Rozszerzone oczy koloru jesiennego morza patrzyły z nieopisanym strachem na słońce, motyle i kwiecistą wonno aleję. — Boję się… Tak jakby coś złego przeszło koło mnie, coś ciemnego, Nina… Pobladły żywe rumieńce na drobnej twarzyczce… czarna główka przytuliła się do jasnej… Stały długo w słońcu, na liljowem tle bzów, jak dwie małe bronzowe figurki splecione dziecięcemi ramionami, i gorzko, gorzko płakały wśród kwiecistej alei…
Natalia uniosła się nieco na twardem łóżku.
Ach tak… ta mała Natasza płacząca to ja przecież to ja… pomyślała z drżeniem.
Drobna, jasnowłosa dziewczynka płakała boleśnie bo coś strasznego, ciemnego, przeszło koło niej…” Niejasne” przeczucie ścisnęło maleńkie serce.
Wśród kwiatów, słońca i motyli płakała, że kiedyś w dalekiem życiu zobaczy na stratowanym śniegu martwo głowę ukochanego człowieka że w cudny zmierzch wiosenny wydrą jej syna, że bezsilna bez dna usłyszy z jego ustek skargę okropną „ Bije mnie mamusiu” i że ją w pachnący modry świt powieszą.
Znikły dwie płaczące dziewczynki aleja bzów i złotoróżowy blask dnia wiosennego. I Natalia zobaczyła znajome zczerniałe biurko mahoniowe, zdobne stylowo w bronz a przy nim drobną siwą staruszkę w czarnej sukni z białemi koronkami przy bielszych jeszcze rękach, podobnych do subtelnej, kunsztownej rzeźby ze słoniowej kości.
Przed staruszką stoi wysmukła i wytworna dziewczyna w balowym stroju, białemi różami w olśniewających, przepysznych włosach, Na śliczne ręce, o połyskach marmuru, naciąga powoli na dłonie rękawiczki i patrzy ciepło w kochane. stare oczy, które, jakby ze zdumieniem, oglądają jej porywającą urodę.
Piękna jesteś Natalio szepczą cicho jej stare zwiędłe usta. Cudna panna uśmiecha się radośnie i staje przed wielkim zwierciadłem życie pieni się, jak czara pełna słodkiego wina woła ją ku sobie tym szeptem namiętnym, który słyszy we wrzeniu swojej młodej krwi.
Życie jest piękne, matko piękne, mówi powoli z jakiemś, radosnem zdumieniem.
Po odsłoniętych ramionach dziewczyny i jej atłasowej szyi przesuwa się słodki dreszcz…
Ale oto do cichego wytwornego pokoju, w którym tak jasno, miło palą się świece w srebrnych, staroświeckich świecznikach, wpada zza okien suchy trzask wystrzałów rewolwerowych. Piękna panna przypada do okna i widzi biegnącego młodego chłopca w szarym szynelu uczniowskim, a za nim gromadę policji. Ludzie, nie zabijajcie! Krzyczy dziecięcy prawie, ochrypły głos. Trzask wystrzałów zagłusza ten krzyk przeszywający, i oto już trzepoczą się w mętnem, zasnutem bladym mrokiem nocy powietrzu młode, rozkrzyżowane ramiona, i chłopięca głowa pada twardo na bruk.
Z tych samych do róży purpurowej podobnych ust, które przed chwilą śmiały się upojone własnym pięknem i pięknem życia, wydziera się krzyk ochrypły, krzyk zgrozy. I cudna panna z szelestem balowej sukni biegnie przez szereg uroczyście oświetlonych salonów na ulicę, gdzie na braku nikle szarzeje trup.
Natalja ujrzała wyraźnie, jak bladoróżowy tren wlókł się ciężko po błocie i jak tajemniczo, niepojęcie na tle pustej już ulicy znaczył sie ten wykwintny, blady kształt kobiecy, pochylony białością półnagich ramion ku szarej, nieruchomej masie.
Ach straszliwa… straszliwa scena…
Śliczna dziewczyna w balowej sukni… krwawe błoto i ta trupia twarz z szeroko otwartemi wpatrzonemi w posępne niebo oczyma…
Białe ręce dźwigają głowę ciężką, jak głaz, i oto spada na jej tragiczny majestat wonny przepych wszystkich róż, które bielały u ramion dziewczęcych w złocie jedwabnych kędziorów.
Zabili cię — mówią z osłupieniem blade, blade usta.
Popychana przez tłum przerażonych domowników i przechodniów, sztywna i blada, jak ten sierocy trup chłopca, wraca do buchających światłem salonów i nieprzytomnie ogląda jasne plamy kwi na lśniących, balowych rękawiczkach.
Orkiestra stroi instrumenta… Zaczyna się bal…
Natalia ze wzruszeniem opadła na poduszkę, tłumiąc płacz, rwący się z głębi piersi, lecz „przedstawienie” trwało dalej…
Szerokim bulwarem nad rzeką ogromną, mętną i rozszalałą, szła owa piękna dziewczyna z mężczyzną o ciemnych, długich włosach i tworzy pełnej smutku. Przystawali co chwila i patrzyli na wody wzburzone, prawie żółte, to na miasto spiętrzone przed nimi tysiącem wież i kopuł, tonące w szarej mgle przedwiosennej. Twarze ich, bardzo blade w szarem świetle marcowego dnia, tchnęły głębokiem, bolesnem przygnębieniem, oczy kryty się pod opuszczonemi ciężko powiekami. I niewiadomo czemu smutni byli tak głęboko, tak nieskończenie. Czy dla­tego, że przejmujący skrzyp szubienic unosił w sercach tłumów potężny płomień buntu, I mgłą apatii zasnuwał im pełne piorunów niedawno oczy, rodzące pełznącą, jak żmija, myśl o bezużyteczności krwawych ofiar, czy też po prostu dlatego, że dzień był tak posępny, rozpaczliwy, a rzeka szalejąca nieskończenie gniewnie, obco i złowrogo…
Nagle mężczyzna pochylił głowę i zapłakał głośno. Straszny, męski płacz… Dziewczyna otwo­rzyła szeroko oczy, pełne niewysłowionego zdumienia, przestrachu i szeptała szybko, trwożnie:
Wy płaczecie? Wy! Wy! Przywódca, bohater? Chryste… Chryste…
Ach, wy nie wiecie, nie wiecie, jak mi ciężko mówił mężczyzna głucho, z wysiłkiem. Wiatr szar­pał jego długie, ciemne włosy i czarny płaszcz.
Poprostu wątpię… sam dotąd wierzyłem, zapalałem umysły i serca do czynu… a teraz wątpię i wciąż, wciąż widzę stosy trupów tych. co poginęli, porwani potęgą marzeń szaleńczych… krew… krew… wszędzie krew, Natalio…
A dziewczyna, miotając błyski oczami i blednąc, szeptała w uniesieniu:
Jakże ja was kocham, jak was nieopisanie kocham, Borysie…
Pełnemi łez oczyma spojrzał na nią i uśmiechnął się boleśnie.
Za co ? Za zwątpienie ?
Z to żeście człowiekiem który cierpi, łamie się, męczy. Bo mnie zawsze zdawało się, że z was kamienny, niewzruszony bohater na miarę nadludzką. Bałam się was… Oślepialiście mnie swym posępnym marmurowym chłodem. Tylu ludzi ginęło, a wy nie. Mówiliście „ wzrośnie ten krwawy siew” i mieliście w oczach purpurę krwi, łunę dalekich pożarów i zimny, morderczy błysk stan… A teraz, Borys… Teraz cierpicie i dlatego mówię wam: kocham was…
Nieśmiało i uważnie spojrzał na nią. Zadrżały mu usta jeszcze pełne smutku. Cicho, cicho powiedział:
Jakże piękna jesteś. Natalio…
Przez twarze ich równocześnie przesuną! się słaby, różowy cień rumieńca.
Stali ramię w ramię, szarpani wichrem, i z głęboką zadumą patrzyli w żółtą uśpioną rzekę. Po długiej chwili wynurzył się z jej mętnych fal trup człowieka w nędznem, robotniczem ubraniu ze śladami kul na skroniach. Przepływał tak blisko kamiennej tamy, że ujrzeli jego szeroko otwarte usta i oczy szklane, zalewane co chwila grzywami brudnych pian.
Blednąc odwrócili się wolno i w milczeniu poszli ociężale ku miastu, owianemu szarą, mokrą mgłą wiosenną.
Nagle ciało Natalii zadrżało w gorącym płomieniu.
W cudownem, jedynem przypomnieniu wskrzęsły krótkie godziny pewnej nocy poprzedzającej śmierć ukochanego, nocy. w której mu ofiarowała swe przepiękne ciało w pierwszej i ostatniej, radosnej i żałobnej ofierze.
Powstał na nowo z przeszłości, przyćmiony, bladoróżowy blask lampy i w nim pełne szczęścia i smutku, rozkoszy i żałoby spojrzenie drogich oczu. I szept ust, które tak mało uśmiechów zabrały życiu: Ach, gdybyś dziś, w przeddzień mej śmierci, poczęła syna, Natalio… Jakże byłby piękny i silny, jakże pragnąłbym go ujrzeć.
Szept, przejmujący do najtajniejszych głębi… Jak piękną jesteś, Natalio. Jesteś dziś dla mnie cudnym symbolem życia… Jutro cię zapewne stracę, a jeśli i nie strącę, nic już nie zdoła wskrzesić straszliwej, żałobnej piękności chwili, które przeżywamy obecnie.., Ach wtem o tem, wiem… Jeżeli powrócę, nigdy już włosy twoje, taką burzą jasnego jedwabiu rozmiotane na posłaniu wydadzą się dłoniom mym, ustom i powiekom czemś bardziej delikatnem upajająco niż najmiększy jedwab Nigdy oczy twe nie będą już w źrenicach mdleć, za mgłą tak matowo srebrną, ani usta płonąć takim szkarłatem pysznym. I nigdy twoje ciało dziewicze, nietknięte, młode, jak wczesna wiosna, nie będzie bić w me nozdrza, chciwie rozwarte, gorącą wonią całego bukietu najcudowniejszych kwiatów, I ja już nigdy nie zdobędę się na słowa tak piękne, wdzięczne i wymowne, jak słowa trubadura, dziś mówię do ciebie, Natalio… tak nieopisanie wdzięcznym jestem za to. żeś rzutem swych, ramion prześlicznych powiedziała mi, jak życie może być jeszcze cudne, upajające, radosne, bo tym straszniejszą, godniejszą i dostojniejszą będzie moja ofiara z niego.
Boże pomyślała Natalia — a może trwa jeszcze noc tamta ?
Poszukała wzrokiem bladoróżowego światła przyćmionej lampy, pęku żółtych róż w kryształowym wazonie na biurku zarzuconem książkami i notatkami, a nad niemi portretu matki. Poszukała drogich ramion, ust, piersi, na której śniła swój jedyny szalony sen miłości jej głowa dziewczęca.
I w ciche, cudowne marzenia, w świat ów najdroższy, który oczom jej jawił się przed chwilą, jak żywe prawdziwe życie, ów cały „teatr” zdarzeń na nowo przeżytych, tak łudząco rzeczywistych, przejmujących radością i cierpieniem, uderzył znienacka okrutny cios wzgardliwie obojętnej, obcej rzeczywistości.
A więc nikłe zarysy sprzętów półciemnej celi, żółty, jakby trupi, blask w okienku drzwi mocno okutych i woń ludzkich, brudnych ciał, którą przesiąkło twarde łóżko Z poza tych zewnętrznych przejawów rzeczywistości wyłoniła się myśl okropna, myśl o bladem, chorem dziecku, które było bite i będzie jeszcze bite przez twarde, podłe, nienawistne ręce ludzi obcych. Za tą myślą przyczaiła się jakaś inna pełna grozy i Natalia długo męczyła się, zanim uprzytomniła sobie jej treść ohydną Oto trzeba umrzeć. Umrzeć,,, Wyprowadzą ją o świcie, gdy różowe łany zbudzą się na modrym, jedwabnym stropie nieba, i powieszą, jak powiesili już tysiące bezbronnych, ona nie będzie już mogła obronić maleńkiej dziecięcej główki, drobnej spłakanej piersi i kruchych, jak cacko, rączek, od wrogich, nienawistnych ciosów. Siną, z czerwonym językiem, sterczącym wśród białych otwartych ust, z oczami wysadzonemu na wierzch, z czarną pręgą na wydłużonej szyi wrzucą ją niedbale do ziemi, w płytki, dół, i zakopią, ziewając, a może żartując, że nie oddano przedtem na pastwę dzikich instynktów tego białego ciała kobiecego, tych jasnych jedwabnych warkoczy, tych ramion ciepłych, które, niedbale zasypane żółtym piaskiem, zaczną prędko gnić pod złotem słońcem wiosennem. A ona nie będzie mogła w niczem pomódz, obronić, zasłonić własną piersią i tylko słyszeć będzie ten cichy płacz dziecięcy ten płacz—
Poczuła znów wkradający się zdradziecko obłęd i zapragnęła krzyczeć głośno, przeraźliwie, ze strachu przed tym chaosem, który czyhał na nią, by zabić w niej wszelką jasną, trzeźwą,, krytyczną myśl.
Już uniosła się na łóżku, wyprężona i oblana zimnym potem, gdy, jak piorun, olśniła ją nagła świadomość. Chwilę trwała w czujnem rozpamiętywaniu, ile prawdy ma w sobie ów błysk przeszywający. ów cichy krzyk szczęścia: przecież żyć mogę. Ale wspomnienie słów próśb oficera było tak żywe, że wreszcie uwierzyła.
W wyobraźni tuż, tuż nad swemi ustami zobaczyła drżące szaleństwem usta, jego dzikie, dumne, orle oczy i przypomniała sobie, za jaką cenę żyć może.
Przecież potem mogę od niego uciec z dzieckiem, choćby na koniec świata — uśmiechnęła się radośnie.
Dziecino moja…. dziecino— — Zadrżały jej powieki i buchnął z pod nich gorący zdrój łez.
Zaczęła myśleć o tym, który jej daruje życie wolność, jak o pierwotnym, dzikim:, pięknym człowieku. Nie zdołano w jego namiętnej duszy zabić czarownych i bolesnych snów o dalekiej ojczyźnie, o wolnym życiu ojców na tle niebieskich szumiących rzek srebrnej panoramy groźnych gór i łąk pachnących, rzadkich, samotnych szatrach, dzwoniących srebrem i kryształem śpiewów smagłych czarnowłosych kobiet.
Jesteś jak łąka w mej ojczyźnie pachnąca i jasna — zadrżało wspomnienie męskiego szeptu, myśl czujna i ostrożna snuła się już około ucieczki z poza władzy wybawcy.
Nagle wszystko zagasło,, umarto, rozsypało się w proch. Cała szalona radość życia, już jakby odzyskanego, całe szczęścić posiadania przy piersi tej drobnej, jedynej główki dziecięcej…
Przed rozszerzonemi zgrozą oczyma stanął zabity mężczyzna o długich ciemnych włosach, z czarną plamą krwi zastygłej na bladej skroni i patrzył nieruchomemi. lśniącemi martwo, jak szkło, źrenicami, wprost w twarz Natalii. W oczach tych, pozornie umarłych, był straszny gniew i zgroza. Zimne, białe usta, pełne czarnej krwi i błota, mówiły swem kamiennem milczeniem, że trzeba umrzeć z godnością i męstwem, że taka śmierć piękna jest posłannictwem i nagrodą za mękę, rozpacz, ból życia, walki…
Tak… Te usta, gdy żyły jeszcze i płonęły świeżą czerwienią krwi, tyle razy powtarzały słowa tak proste a tak głębokie. Trzeba umrzeć…
Natalia skuliła się, chowając w rękach twarz, pokrytą śmiertelną bladością..
Z nienawiścią prawie szepnęła;
Nie mogę.
Z przerażeniem usłyszała własny szept. W momencie nieopisanej walki zaostrzyły się jej zmięte męczarnią rysy i oszalałe oczy zobaczyły raz jeszcze najdroższą zjawę maleńkiej złotej główki dziecięcej.
O północy, w godzinie zmiany straży, na korytarzu więziennym pusto było i cicho. Popici żołnierze spali kamiennie, starsi dozorcy pili jeszcze w jakiejś dolnej izbie, wielbiąc hojność dyżurnego oficera, który z powodu zaręczyn swych (tak im tłumaczył powód sutej libacyi), wyprawił im tak wspaniałą ucztę.
Pewny siebie, lecz czujny i ostrożny, cicho uchylił drzwi do celi, w której, czekała na niego skazana.
Było tam ciemno i bardzo cicho.
Zapewne śpi pomyślał oficer, lecz natychmiast skrytykował całą nielogiczność podobnego przypuszczenia.
Nie, nie mogła spać w takiej chwili wyszeptał z drżeniem imię jej pieściwie: — powtórzył z tęsknotą.
Wsłuchał się w ciszę i odróżnił w niej miarowy plusk, jakby kropli spadających jedna za drugą. Ten cichy plusk opowiadał o czemś strasznym. dokonanem w ciemnej, posępnej celi, w której powinna drżeć z niecierpliwości, szczęścia, trwogi i tęsknoty do dziecka skazana na śmierć młoda kobieta… Ten cichy, miarowy, leniwy plusk…
Przypadł do łóżka i potarł zapałkę o pudełko, wypadające mu z dygocącej ręki. Zgasła jednak natychmiast, więc zaświecił inną i w jej żółtym, chwiejnym płomieniu zobaczył najpierw w bladej, umarłej ręce mały, tępy nóż, a potem, wśród masy skrwawionych włosów, cudowną głowę Natalii. Z małej szyi, przeciętej czarną prawie pręgą, potwornej rany, buchała jeszcze ciepła, czerwono krew.

Capri 1910

Informacja o autorce i wykaz opublikowanych utworów jest tutaj.

 

 

 

95 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

Wycieczka do Augustowa.

Od Redakcji Łomżyńskie Towarzystwo Wioślarskie, którego historię można znaleźć pod linkiem https://historialomzy.pl/historia-lomzynskiego-towarzystwa-wioslarskiego/ było jednym z [...]

ZYGMUNT GLOGER

25 sierpnia 1973 roku, w czasie Międzynarodowego Kongresu Slawistów odsłonięto w Łomży pomnik Zygmunta Glogera. Pisaliśmy o tym  na naszych łamach (https://historialomzy.pl/pomnika[...]