Wigiliny wieczór 1911rok

W ubiegłym roku zamieściliśmy wspomnienia wigilijne z Łomży międzywojennej, wspomnienia i prezentacje  łomżyńskich szopek.

Boże narodzenie we wspomnieniach dawnych łomżyniaków

Łomżyńskie szopki

 

Dzisiaj prezentujemy, w wersji oryginalnej, artykuły które  znaleźliśmy  w grudniowym numerze Wspólnej Pracy z 1911 roku. To ponad sto lat temu…. Ale może znajdziemy w nich  coś co byłoby i dzisiaj aktualne?

W wigilijny wieczór

W wigilijny wieczór jakaś cicha, a głęboka zaduma gości w duszy polskiej, rozpamiętywań święta moc panuje.

Po zgiełku hałaśliwych, a męczących codziennych szarych przeżyć nie jeden, w tej atmosferze wigilijnej ciszy, zamyka się w sobie oczyma duszy wstecz spoziera, poza chwilę dzisiejszą wspomina minione dni młodości-czarodziejki, robi obrachunek przeżyć własnych i narodu, którego cząstką nierozdzielną tym mocniej w tej wigilijnej zadumań godzinie czuć się zdolen… A potym, — oczyma pełnymi smutnej rozwagi, płynącej z wewnętrznych głębinin poznania, zawiśnie na gwieździe betlejemskiej, gwieździe Nadziei-Matki wszystkiego, co żyje, zawiśnie i pomyśli o przyszłości swojej i swego narodu… I może chmura lęku, niepewności przesłoni mu gwiazdę wigilijną, bo pełną smutku i boleści jest chwila dzisiejsza, — los dziwne podarunki składa nam na gwiazdkę: odłączenie Chełmszczyzny, skup kolei Wiedeńskiej, ograniczenie języka ojczystego w samorządzie miejskim i w szkole ludowej…

A gwiazda wciąż świeci, promienie jej leją w duszę każdego Polaka moc wytrwania…

A gwiazda świeci i budzi pod każdą strzechą polską nadzieję lepszego jutra…

Białym opłatkiem, symbolem braterskiej jedności, dzielą się dzisiaj wszyscy synowie naszej Macierzy — i biedni i bogaci i ciemni i oświeceni – wszyscy na znak Braterstwa, którego niemasz jeszcze, ale które przyjdzie… już idzie, rodzi się w bólach, szarpaniu i męce narodu.

Przy stołach suto, lub biednie zastawionych, z pod strzech słomianych, lub magnackich ;pałaców, płynie wielki chór życzeń, pożądań, nadziei, rojeń….

Niech ten wieczór wigilijny będzie pełen wiary i nadziei, niech smutek nie niszczy hartu i mocy. Duszę własną przeróbmy — stańmy się zdolni do czynu, zduśmy w sobie prywatę. Bo, słusznie powiada Żeromski przez usta hetmana Żółkiewskiego:

Nie ciebie się boję, o wrogu! Nie ciebie zewnętrzna potęgo, nawałności janczarska, co mię strasznemi chcesz ogarnąć skrzydłami, góry kamienne na piersi me dźwigasz i kraczesz nad sercem złowieszczych wron, chmurąCiebie się nie tylko boję, lecz lękam, o wolna, . o kresu nie znającaduszo polska! Przed tobą drżę, ty .. niełacna, krnąbrna, sama siebie szaleństwem chłoszcząca…

Tak, duszę odmieńmy, stałości nabierzmy. To nic, że ciało słabe upadnie niekiedy, to nic, byleby czymprędzej podźwignąć się i znowu do pracy wyzwoleńczej stanąć, szepcząc słowa poety:

I cóż my winni, że, patrząc zbawienia,

Jako Anteje, zrywamy się z ziemi,

A u nóg czując ciężkie hamowidła,

Szukamy świtu na niebie marzenia,

Wołając usty, z tęsknoty drżącemi:

Młodości! podaj nam skrzydła!

W. S.

Anatol A l l n.

W ŚWIĘTY WIECZÓR.

Świat chrześcijański obchodzi rocznicę narodzin Boga-Myśliciela.

Tysiąc dziewięćset dwanaście lat upłynęło od chwili, gdy gwiazda pierwsza powitała w Betleem Nowonarodzonego Mesjasza.

Niemal dwa tysiące lat nowej ery — chrześcijańskiej.

Lecz gdzie jest chrześcijaństwo? Przypomniała mi się pewna krótka, lecz głęboka bajka o kapłanie buddyjskim, który po zgłębienia nauki Chrystusowej udał się do Europy, by

zobaczyć z blizka tych, co żyją szczęśliwi, posłuszni prawom mądrym Dobrego Proroka. W jakimś wielkim mieście zwrócił się kapłan do przechodnia z zapytaniem.-

– Kogo czcisz? Jakiego Boga?

Chrześcijańskiego — usłyszał odpowiedź.

I pokazał przechodzień kapłanowi strzeliste wieże świątyń starych i nowych, pięknych i niedołężnie obmyślanych. Pokazał w świątyniach jarzące się światła, dymy kadzideł, srebrne suknie kapłańskie, mrowie rozmodlonych ludzi. Zamożniejsi siedzieli wygodnie w ławach i fotelach, ubodzy stali skupieni.

A gdy wyszli z kościoła, huk jakiś wstrząsnął powietrzem.

Co to?—spytał kapłan,

To ladzie w zaciekłości partyjnej rozrywają sobie dynamitem wnętrzności.

Podbiegł chłopiec mały — kamelot redakcyjny wywijając płachtą zadrukowanego papiera, krzyczał:


Zwycięstwo!za cztery grosze! Nieprzyjaciel stracił czterdzieści tysięcy ludzi!

Ludzkie mrowisko skłębiło się i żarłocznie rozkupiło wszystkie egzemplarze gazety.

W tej chwili jakiś elegancki samochód przedarł się przez tłum i jak strzała znikł w obłokach benzyny.

Rozległ się głuchy jęk. Tłumy otaczały kogoś.

Co się stało?—spytał kapłan.

Nic wielkiego. Chodźmy. Samochód przejechał jakieś dziecko. Zresztą możemy zobaczyć.

A kapłan buddyjski opatrzył ranne dziecko i  spytał ludzi:

Słyszałem, że Bóg wasz jest dobry, słodki i mądry. Znam go z ksiąg i filozofji. I macie piękne
świątynie chrześcijańskie, mądrych kapłanów chrześcijańskich, dni święte. Ale gdzie jest chrześcijaństwo?

Ale chrześcijański tłum wyśmiał poganina i chciał go zlinczować…

Był człowiek który przyznał się.

Chrześcijaństwa nie ma i nie było. Jedyny Chrześcijanin żył, lecz umarł na Krzyżu.

Tak powiedział Nietsche

————————————————————————-

1912 rok ery chrześcijańskiej. Cywilizacja dla majętnych urządziła świat wygodnie, stworzyła smaczne kuchnie, komfort wykwintny. Kultura dała nam harmonję, formę, sztukę. Chrześcijaństwo…

Czas namiętności religijnych minął, wojnę krzyżowa zastąpił bojkot ekonomiczny, w Trypolitanji kartacze rozdzierają ciała ludzkie, pomimo że dyplomacja przepędza noce bezsenne „nad utrzy­maniem pokoju”.

Jesteśmy w okresie przyjaźni narodów mających pod miłym uśmiechem jadowite zęby, a w kieszeni rewolwer.

Jest to tak zwany „zbrojny pokój”.

Prorocy teraz: nie każą bosi na pagórkach, lecz ubrani w smokingi wynajmają sobie sale koncertowe lab badają dwudziestopiętrowe drapacze nieba, w których głoszą słowo Boże.

A pobożni siedzą sobie na wygodnych, pluszowych kanapach, w ciepłej, ogrzanej i oświetlonej elektrycznością sali.

Pewien amerykański prorok, ogłosiwszy się „najwyższym komentatorem św. Ksiąg”, założył dla wyznawców swej sekty nowe miasto, które otrzymało imię Syona.

Prorok powołał cywilizację do pomocy. W świątyniach fonografy głoszą mowy jego, nowożeńcy i umierający otrzymają błogosławieństwo telegraficznie lab przez telefon.

Prorok grozi, że przyjdzie Antychryst nowy, ucywilizowany, parskając kłębami pary i benzyny, pryskając snopami elektrycznych iskier.

Żeby się zabezpieczyć od śmierci, pijcie eliksir mój po 3 dolary buteleczka (hurtownikom znaczny rabat).”

A wieczorem Prorok udaje się do swych biur bankierskich, w których liczy swe duchowne miljony, duchowne obroty i obmyśla duchowne operacje.

Tymczasem zaś w Trypolitanji grzmią śmiercionośne działa. Setki arabów leży rozstrzelanych.

Nim błyśnie na niebie pierwsza gwiazda, żołnierze ustawią w kozły swe karabiny, a sami zasiądą do skromnej wieczerzy wigilijnej i pieśnią uczczą Narodziny Tego, Który szedł i mówił światu: „miłuj bliźniego” swego i „nie zabijaj”.

A o świcie warczyć znów zaczną szrapnele.

Kronikarze zaś napiszą:

Działo się to w roku 1912 Ery Chrześcijańskiej”.

Smutne dni nastały…

W tym roku zdaje się Nowonarodzonego  Chrystusa nie powitają srebrne całuny śniegu, pierwsza gwiazda nie przebije szarych skłębień chmur.

Od suteren do strychu światła się zjawią: wykwintne stylowe lampy salonów i skromne świeczki lub lampki szare poddasza.

W Wieczór Święty rozlegnie się nieśmiała kolenda, gdzieniegdzie cichy, pluskający dźwięk pianina.

Ulice zamrą.

Wszędzie, gdzie okiem ogarnąć, tam nawet za szarą Narwią, migotać zaczną ognie powitalnej wieczerzy.

W cichej chwili radosnej, gdy rodzice i obdarzona „gwiazdką” dziatwa zasiądzie do stołu, okaże się, że o jedno nakrycie dano więcej.

A to dla kogo? — rozlega się dziecięce pytanie.

Dla twego braciszka.

I wszystkie oczy nabierają powagi, padają w tę stronę, gdzie wisi portret lub fotografja w ciemnej żałobnej obwódce.

W Wieczór Święty nie zapomnieli i o tych, którzy śpią pomiędzy bezlistnymi drzewami cmentarza lub pod śniegiem Mandżuryi

Szeleści łamany Chleb Boży, chmara troski znika z czoła, bo oto zadźwięczał gdzieś głos trwożny i pojedynczy, a potem chóralny i mocny:

Bóg się rodzi, moc truchleje

Pan Niebiosów obnażony…

I wylatuje pieśń, buja w powietrzu, trzepoce się na polach i przed kratami smutnego Domu Czerwonego, tam, na szosie…

Cicho! Ktoś podchwytuje

„ogień krzepnie, blask ciemnieje…,,

W Święty Wieczór Słowo Ciałem się stało…

Opracowała redakcja Serwisu na podstawie:
Wspólna Praca z dnia 24 Grudnia 1911 roku. Nr 51.

Pisownia oryginalna

1023 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar