Mimo mody na działki rekreacyjne i bliskości atrakcyjnych terenów pojezierza mazurskiego, las jednaczewski jest jeszcze ciągle miejscem wypoczynku i rekreacji wielu mieszkańców Łomży. Jego historię okresu międzywojennego ilustrowaną licznymi aktualnymi fotografiami zamieściliśmy w 2009 roku pod linkiem https://historialomzy.pl/lomza-grobla-jednaczewska/.
Udostępnienie wszystkim mieszkańcom Łomży lasu jednaczewskiego i „ogrodu spacerowego” Łomżyniak mógłby pewno uznać za rezultaty jego apelu z publikowanego niżej artykułu. Marzenie o Łomży – „mieście-ogrodzie” – musi chyba jeszcze poczekać…
Redakcja serwisu
Z ogólnym prądem
Badania statystyczne prowadzone w drugiej połowie ubiegłego stulecia, wykazały na całej kuli ziemskiej stały stopniowy wzrost ludności miejskiej kosztem ludności wiejskiej. W Anglii, naprzykład, ludność miejska dosięgła 2/3 ogólnej ludności państwa.
Nic też dziwnego, że ten stały rozwój miast zwrócił baczną, uwagę na ich stan zdrowotny. Doświadczenia w tym kierunku czynione doprowadziły do wniosku, że zupełna zdrowotność miast zależna będzie od zmiany dzisiejszego ich charakteru: skupione, duszne mrowiska ludzkie muszą ustąpić miejsca t. z. „miastom ogrodom”.
Dopóki jednak ta upragniona zmiana w drodze prawodawczej nastąpi, musimy myśleć sami o naszych zaniedbanych—biednych i brudnych miastach i miasteczkach.
Nie możemy narazie mieć wodociągów, kanalizacji, kąpieli ludowych, teatrów, muzeów, bibliotek miejskich etc., etc.., róbmy więc to, na co nas stać.
O takich drobnych na pozór rzeczach, mających jednak głębsze pod względem higienicznym dla naszego miasta znaczenie, zamierzam mówić.
Przedewszystkim muszę z przykrością stwierdzić zanik w dzisiejszych sferach, kierujących naszą gospodarką miejską, zamiłowania do krzewienia roślin. Świadczy o tym aż nazbyt wymownie upadek szkółek miejskich i stopniowe ogołacanie się z drzew i krzewów ulic i placów. Musimy przyznać, że dawniej pod tym względem jednak więcej robiono.
Drugą bardzo doniosłą, zdaniem moim, sprawą, są spacery podmiejskie.
Każde większe miasto posiada w okolicy zadrzewione naturalnie iub sztucznie miejsca wypoczynków letnich. Dbają o to zarządy miast, koleje robią ulgi przejazdowe.
I my do niedawna mieliśmy takie miejscowości—laski „Kwaśniną” i „Jednaczewem” zwane. Szczególnie ten drugi, jako najbliżej położony, stał się ulubionym miejscem spacerów i wycieczek letnich. Gubernator Essen zadbał o wygodniejszą komunikację z Jednaczewem, a jego następcy usunęli z drogi zatruwającą powietrze rzeźnię miejską.
Po skończonej pracy ciągnęła tam nieprzerwanym łańcuchem nasza brać rzemieślnicza i urzędnicza, by zasilić świeżem, żywicznem powietrzem zmęczone płuca. W drodze powrotnej starsi posiłkowali się specjalnie kursującymi w tym celu wehikułami, młodsi umajeni,, ze śpiewem wracali pieszo. W świąteczny wieczór majowy na grobli jednaczewskiej było ludno i gwarno…
Niestety, było to w wieku ubiegłym. Dziś „Kwaśnina”, należąca do dominium .”Stara Łomża“, znikła zupełnie-—las wycięto, do Jednaczewa zaś wstępu wzbroniono, a raczej uniemożliwiono przez ustanowienie opłaty za korzystanie ze świeżego powietrza po kop. 75 od osoby.
Jest wprawdzie jeszcze jedne, bardziej gościnne ustronie—Kalinowo, należące do rodziny p.p. Chludniewiczów, lecz, niestety, zbyt daleka, bo o kilka wiorst od miasta odległość.
Sprawcą spacerów zamiejskich, zdaniem moim. sądzę i wielu innych, powinien zająć się magistrat i to zająć się energicznie, żeby nadchodzące lato dla niezamożnej ludności miejskiej, którą nie stać na opłacanie za świeże powietrze, nie było stracone.
Właścicielowi majoratu Jednaczew, o ile wiem, chodzi o zabezpieczenie się przed pożarami. Pobierane opłaty idą na otrzymanie specjalnego w tym celu stróża. Nie duży koszt, jeżeli nie znalazłoby się innego wyjścia, powinien ponieść magistrat.
W ostatecznym razie niechby magistrat porozumiał się z właścicielem majoratu i odwołał się do ofiarności publicznej, a z pewnością kilkadziesiąt rubli na utrzymanie stróża znalazłyby się.
Dopóki sprawa powyższa nie zostanie uregulowaną byłbym zdania, żeby nie tamować w dni świąteczne wstępu do ogrodu miejskiego, czy to przez pobieranie drobnych opłat za muzykę, czy też przez stosowanie pewnej cenzury przy wejściu, jak to dotychczas praktykowało się.
Trzecia sprawa to już zależna jest wyłącznie od dobrej woli samych obywateli: chodzi o przyozdabianie balkonów i okien kwiatami.
Zagranicą zwyczaj ten jest już bardzo rozpowszechniony, w najmniejszych miasteczkach i wioskach wszystkie balkony i okna śmieją się do przechodniów kwiatami. W większych miastach jest to prowadzone tak systematycznie, że każda ulica ma swoja barwę, o więc jedną ukwiecona na biały druga—czerwony i. t. d. Pamiętają tam o kwiatach przy budowie domów i urządzają balkony i okna w ten sposób, aby można było wygodnie ustawić grządki z kwiatami. Jak to ładnie wyglądają te zagraniczne ulice, śmiejące się zewsząd do przechodnia kwieciem, i jak sympatycznie usposabiają do mieszkańców—bo wszak kto lubi kwiaty i dzieci, ten złym być nie może jak mówi przysłowie. Mimowoli poza ukwieconym balkonem lub oknem domyślamy się schludnego mieszkania i królującej w nim ładne, uśmiechniętej kobiety.
U nas inaczej. Okna puste, balkony czarne zardzewiałe, brudne zamiast zdobić—szpecą ulice. Mimowoli człowiek zastanawia się w jakim celu balkony te .są zrobione, gdyż rzadko kiedy można widzieć na nich mieszkańców.,
Poruszamy więc, za przykładem „Głosu Płockiego”, myśl kwiecenia naszych ulic i gorąco ją polecamy naszym paniom. Wprawdzie nie mamy wspaniałych pomników, gmachów, mieszczących bibloteki zbiory dzieł sztuki i wiedzy, niech więc każdy widzi przynajmniej, żeśmy kulturalni, gorąco miłujemy Kraj swój i zdobimy go według możności, jak owa uboga matka, co choć kwiatkiem zdobi ukochane dziecko.
Łomżyniak
Pisownia oryginalna
Wspólna Praca. Łomża dnia 21 stycznia 1911 roku. Str. 1,2.
Materiał pobrano z Podlaskiej Biblioteki Cyfrowej.



