Eugenia i Marta, historia jednego życia. Część 2

Publikacja książki „Eugenia i Marta historia jednego życia”. Jest to historia rodziny wywodzącej się z Ziemi Łomżyńskiej, na przestrzeni wieków. Wspomnienia spisał Bronisław Malinowski.

Redakcja Serwisu

 

Czas rewolucji sowieckiej 1917 roku i pierwsze lata II Rzeczypospolitej

W czasie rewolucji 1917 roku, od samego jej początku, panowała absolutna anarchia, przemoc i gwałt. Mordowano ludzi na porządku dziennym, za wszystko, wystarczył byle pretekst, lub nawet chora fantazja „rewolucjonistów”. Po ojca, Grzegorza, też przyszli, gdyż uważali go za „burżuja”, sługę carskiego”, „białego” jak nazywano wszystkich z armii carskiej, w przeciwieństwie do „czerwonych”, czyli rewolucjonistów sowieckich. Uniknął śmierci dzięki temu, że zdążył się ukryć w specjalnym schronie w piwnicy, tam przebywał w chwilach niebezpiecznych. Służąca, Nataszka, była obserwatorką wszystkiego, co się działo na zewnątrz domu, chroniąc w ten sposób ojca przed niepożądanym spotkaniem z ”rewolucjonistami”.

W Mohylewie, Janina i Grzegorz Bodakowie, w środku Eugenia (Niusia)

W Mohylewie urodził się na początku 1918 roku brat Edward, który tuż po powrocie do Polski zmarł z powodu zatrucia w podróży. Właśnie latem 1918 roku nasza rodzina powróciła do Polski z wygnania. Zamieszkaliśmy, początkowo, w miejscowości Kleczkowo – wsi niedaleko Śniadowa, w której mieszkali rodzice matki Janiny. Dziadkowie w międzyczasie wyzbyli się sklepu, piekarni i ziemi w Śniadowie. W jaki sposób tę własność stracili – nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć. O pracę w nowej powojennej rzeczywistości było trudno. Zrozpaczony, także w wyniku domowych niesnasek z tegoż powodu, ojciec (o czym opowiedział dużo później) udał się na stację kolejową Żyźniewo z zamiarem rzucenia się pod pociąg, gdyż z braku pracy popadł z mamą w głęboki konflikt. Jednak przypadek sprawił, iż wsiadł do pociągu do Warszawy z grupą ludzi jadących rozbrajać Niemców. Później, wraz z nimi w Warszawie przy Głównej Dyrekcji Poczt i Telegrafów brał udział w owych słynnych akcjach. Za ten udział, również za późniejszą pracę w telefonii, został przedstawiony do odznaczenia. Z całą świadomością nie przyjął go, gdyż widniał tam profil Józefa Piłsudskiego, którego nie cierpiał. Był to Medal Dziesięciolecia Odzyskanej Niepodległości, przyznany przez Radę Ministrów 11 lutego 1929 roku. Medal nigdy nie był przyjęty przez mego ojca, a z całej afery pozostał tylko dokument Biura Poczt i Telegrafów.

Medal Dziesięciolecia

 

Dokument Biura Poczt i Telegrafów w Warszawie

Rodzina nasza długo w Kleczkowie nie zagościła. Po przygodzie warszawskiej, związanej z rozbrajaniem Niemców, a w związku z rychłym po niej otrzymaniem przez ojca pracy na stanowisku technika telekomunikacji, przenieśliśmy się do Zambrowa, gdzie na początek rodzice wynajęli dwupokojowe mieszkanie w domku p. Pietrzykowskiego na rogu ulicy Poświątne. Tamże, w Zambrowie, rodzina nasza zamieszkiwała kolejno w kilku wynajmowanych mieszkaniach.

Ekipa telemonterów, w środku, z wąsem, Grzegorz Bodak.
Lata dwudzieste, Zambrów

W 1930 r. ojciec przeniósł się do pracy do Białegostoku na stanowisko kontrolera pocztowego. Ta praca miała inny charakter, niż dotychczasowa, czyli technika telekomunikacji. Zajmował się teraz kontrolą przesyłek pocztowych. Bodajże w 1935 lub 1936 r. przeszedł na emeryturę. Rodzina mieszkała w Białymstoku aż do wybuchu wojny w 1939 r. Z chwilą wybuchu wojny ojciec został, jako cywil, wezwany do służby technicznej na pocztę. Wraz z grupą monterów naprawiał linie telefoniczne. Po wkroczeniu wojsk sowieckich 17 września 1939 r. został zatrzymany podczas napraw linii koło Zabłudowa i miał być na miejscu rozstrzelany. Absolutnie przypadkowo, wracając ze wschodu (o tym w dalszej części), spotkałam ojca.
W zasadzie, wraz z grupą jeńców już oczekującego na śmierć. Podstępem udało mi się wykraść go sowietom. W końcu 1942 lub na początku 1943 r. przeniosłam rodziców do wsi Wiśniewo koło Zambrowa, gdzie wynajęli mieszkanie. Niedługo później, jeszcze w 1943 roku, ze względu na pracę w konspiracji, przeniosłam ich do Czarnowa, wsi położonej na południowy zachód od Zambrowa. W Czarnowie rodzice mieszkali do 1945 roku. Tam też ojciec mój, Grzegorz zachorował i zmarł na raka w szpitalu w Zambrowie, na początku maja 1945 r.

Eugenia

Mając 6 lat potrafiłam już czytać i pisać, więc rodzice zdecydowali posłać mnie do szkoły powszechnej. Ale byłam tam niedługo. W jakiejś bójce chłopcy rozbili mi nos, więc ojciec zabrał mnie do domu. Początkowo uczyłam się pod kierunkiem matki, ale niebawem ojciec wynajął nauczyciela – Hipolita Stokowskiego, starszego ucznia gimnazjum. Naukę prowadził według programu szkolnego, ale w mieszkaniu rodziców. Nauczał mnie przez dwa lata. Nie był to chyba kiepski nauczyciel, skoro mając 9 lat złożyłam egzamin wstępny do klasy pierwszej ośmioletniego Koedukacyjnego Gimnazjum im. Adama Mickiewicza, Koła Polskiej Macierzy Szkolnej w Zambrowie. Ponieważ do gimnazjum przyjmowano dzieci dziesięcioletnie, ówczesny jego dyrektor Stanisław Lubicz – Majewski1 nie chciał początkowo dopuścić mnie do egzaminu, obawiał się bowiem, iż odbije się to na moim zdrowiu. Przepisy szkolne także na to nie pozwalały. Było to w wakacje, latem 1921 r. Jednak niebawem zmienił się dyrektor i sprawy potoczyły się zgoła inaczej. Pierwszego września 1921 r. dyrektorem gimnazjum został ksiądz Franciszek Staniewicz, który zgodził się dopisać mnie do listy egzaminu wstępnego. O przyjęcie starała się też mieszkająca naprzeciwko koleżanka – także 9-letnia – Róża Wałłach, z pochodzenia Żydówka.

Róża i Eugenia

Zdawało się z języka polskiego i arytmetyki. Po egzaminie przyszłam do domu cała zapłakana, bowiem egzaminująca profesorka, późniejsza wychowawczyni klasy, wywarła na mnie tak negatywne wrażenie (krótkowzroczna brunetka), że zdawało się, iż egzaminu nie zdałam. Do gimnazjum było blisko, więc ojciec poszedł się dowiedzieć jak ów egzamin wypadł. Przyszedł uśmiechnięty, okazało się bowiem, że zdałam i to całkiem dobrze. Róża także zdała. I tak obie rozpoczęłyśmy naukę w gimnazjum.
Było to już po ucieczce wojsk sowieckich, czyli po „Cudzie nad Wisłą”. Godzi się przypomnieć, że w 1920 roku, przed najazdem bolszewickim, pracownicy poczty w Zambrowie zostali ewakuowani pociągiem do Aleksandrowa Kujawskiego i mieszkali w wagonach, wraz z rodzinami – było to latem.

cdn.

1 Stanisław Lubicz – Majewski, polski i białoruski pedagog, ur. 28.04.1878, rozstrzelany prawdopodobnie przez Gestapo w grudniu 1941 w Mińsku.

/red/

 

Poprzedni rozdział: https://historialomzy.pl/eugenia-i-marta-historia-jednego-zycia/

 

Dziękujemy za przeczytanie artykułu :)

Jeśli chcesz być informowana(-y) o nowych artykułach, to obserwuj naszą stronę na https://www.facebook.com/historialomzy
oraz
zgłoś swój udział do grupy na FB:
https://www.facebook.com/groups/historialomzy

311 Ogólnie 4 Dziś
  
 

1 Komentarz

  1. 6 stycznia 2022  14:22 przez Włodzimierz Ekstowicz Odpowiedz

    Bardzo ciekawie opowiedziane. U mnie niestety nie zachowały się żadne dokumenty, fotografie przodków, wszystko spłonęło w czasie II w.ś. Chociaż znalazłem przodków po praprapradziadków ale żadne pamiątki nie zostały

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.