Jaffery

Helena Filochowska – Żmigrodowa

Tragedia Jaffery

Zapadał zmierzch.

Z czołem opartem o szybę okna, w poczu­ciu męczącej pustki i samotności, patrzyłam na szare, kamienne miasto, leżące nisko w dolinie bez drzew i zieleni, ujętej ciasno pierścieniem posęp­nych, groźnych skał Karsta.

Potęgą marzenia rozsuwałam ciemne złomy urwiska bliskiej Czarnogóry i oczyma, pełnemi tęs­knoty, przypadałam do lazuru cichego morza, pieś­ciłam cudne dalmatyńskie wybrzeża o białych wil­lach w ogrodach cyprysów i róż, o bladozielonych stokach słonecznych winnic.

Znikały szare, mrokiem osnute, nieprzyjazne skały   olśniewające od słońca, i  w bladym cieniu palm wysokich jawiła się mym oczom stęsknionym śliczna kochanka morza — Raguza. Niby młoda naga kobieta, leniwie wygrzewająca się na jasnych skałach i szukająca w toni z lapis lazuli odbicia swej czarującej twarzy… Zapachniały migdały, cyklameny, magnolje… — Siłą fantazji wybuchnął prze­pych barw, zapachów i kształtów kwiatów południa, odurzających słodką narkozą chaotycznej woni…

To było marzenie o pięknie, ukrytem za pier­ścieniem czarnych, nieprzyjaznych gór Hercegowiny… Patrzyłam znów na szare domy z głazów pierwot­nie zbudowane i myślałam o życiu ich wnętrz.

Widziałam pokoje o ścianach pokrytych por­tretami groźnych sułtanów i haftowanymi złotem na czarnym aksamicie wyjątkami z Koranu, a na podłogach, zasłanych jaskrawą purpurą kobierców, na poduszkach z jedwabiu i adamaszku, kobiety w błękitnym dymie bezustannie palonych papierosów — kobiety-widma fantastyczne, bóstwa dziwaczne, wyczarowane ze snów, które nawiewa upajający dym nargili. Kobiety — śliczne cacka w jedwabnych sza­rawarach, bijących gamą barw gorących, w cienkich, jak mgła, koszulach na piersiach cudnych, póki ich marmurowych linij nie skazi brutalne dłuto życia. Kobiety dzwoniące złotem dziwnych naszyjników o głowach bajecznych, nieprawdopodobnych w lśnie­niu ciężkich cekinów, złotych łańcuchów i pereł, zwisających z aksamitnych fezów, przewiązanych tęczą gazowych szalów stambulskich. Z tych pereł, cekinów i korali wyłaniają się twarze subtelnie barwione, w których jest coś z twarzy heter sta­rożytnych, ubóstwienie własnego piękna, bezmyślny uśmiech kobiet, stworzonych do rozkoszy, i leniwe, poddańcze posłuszeństwo.

Z pod powiek, natartych brunatnym tuszem, patrzą oczy z agatu –  najcudniejsze z oczu bezświadome swego czaru, zmysłowe, śniące wśród czarnych rzęs, jakiś szalony sen. Natarte karminem usta, usta senne i posłuszne, krzyczą swym szkar­łatem wśród sztucznie białej twarzy, jak dziki chory kwiat. Pieszczone ręce, ciężkie od bursztynowych złotych bransolet lśnią żółtawą purpurą paznokci natartych cynobrem…

Szemrzą rozmowy bezmyślne i leniwe, jako piękne maski tych, które mówią… Srebrną kaska­dą wytryska niekiedy młody, zuchwały śmiech… Barwione na ton mahoniu głowy dziewczęce dźwi­gają się wolno od złotych mozolnych haftów, oczy, z błękitnego lub czarnego agatu, śnią przez chwilę o jakimś znanym, lub nieznanym, który przyjdzie zaprowadzi do kadii (sędzia) i po ślubie zamknie w białym wysokim domu ją cacko śliczne, ko­bietę znającą tylko kraty haremu, rozkosz miłości i mękę macierzyństwa.

Na białym balkonie meczetu, wysoko po nad szarem kamiennem miastem, modlił się przeciągłym śpiewem stary muzzein. Wązką ulicą dążyły tłumy mężczyzn w czerwonych turbanach i fezach do ka­miennych wrót świątyni wielkiego Allaha. Widziałam z okna, jak pod cysterną obmywali stopy i bo­si, pokorni dążyli do wnętrza świątyni wszyscy ra­zem, nędzni przekupnie uliczni i bogaci begowie w kosztownych, futrem podbitych kaftanach i zło­cistych zawojach z Mekki na głowach, pochylonych przed majestatem Proroka.

Wsłuchana w jęk muzzeina, znużoną myślą znalazłam się nagle wśród dalekich drogich pól mazowieckich w rodzinnej wsi, u wrót znanego kościoła. Pomyślałam z drżeniem, że dziś, w Wiel­ką Sobotę, ciche, pokorne tłumy idą wśród runi zieleniących pól, by przypaść ustami do krwawych ran Boga -Człowieka, by zobaczyć oczyma pełnymi łez Jego oplwaną, sponiewieraną świętą głowę, wtłoczoną w krwawe, ostre ciernie…

Tęsknota podszepnęła mi drogie, blizkie imio­na – na szarem tle zmroku wyrzeźbiła blade medaljony drogich, bliskich twarzy, wizje jasnych po­koi starego dworu, gdzie w zczerniałych ramach portretów uśmiechają się subtelnie kątami ust maleńkich piękne damy w lokach Directoire’u. i skroś łkający krzyk muezzina usłyszałam wszystkie zna­ne, wrogie głosy, które zaszeptały nagle imię moje z tęsknotą, miłością i smutkiem. Z czołem opar­łem o szybę myślałam.-

— Oto jestem, jak liść zerwany z rodzimego pnia… Jak liść miotany bezmyślnie wichrem jesien­nym.

Z zadumy zbudziło mnie cichutkie pukanie. W ramie perskich portyer zabielał czarczaf muzułmanki, owiniętej czarnym, sukiennym płaszczem. Stała w drzwiach i śmiała się prześlicznym, dyskretnym uśmiechem piętnastoletniej dziewczyny. Z za czarczafu lśniły cudowne, złociste oczy dziewczęce o połyskach gorących słońca i lazuru.

Była to Dżaffera. Prześliczne cacko do roz­koszy i zabawy stworzone, cacko fantastyczne i dziwne…

Niecierpliwie odwijałam fałdy cienkiej zasłony, zawsze chciwa widoku piękna i rzadkiej urody mej mahometańskiej przyjaciółki. I gdy opadły zazdrosne osłony, zobaczyłam tajemniczo piękną, białą twarz zamyśloną, krwawe usta, zawsze niedomknięte, jaśniejące bielą przepysznych zębów. Pod czarnemi zgięciami wydłużonych brwi, w żałobie rzęs ogromnych pragnęły, tęskniły i wołały gorące, złote oczy.

Cała liljowa, z żółtym gazowym szalem na przesyconych purpurą farby włosach, oddychała szybko drobną piersią, która za gazą kosztownej koszuli różowiała, jak ciepły marmur.
— Przyniosłam ci dużo kwiatów, gospodja (pani) zakomunikowała mi przyjaźnie, pokazując całą naręcz przecudnych, blado-różowych gałęzi kwitnącego migdała i pocałowała mnie z wdziękiem delikatnie w usta. — Musisz mieć całe mieszkanie pachnące, bo jutro twój wielki Bairam…
Szybko napełniłyśmy z Dżafferą kwitnącemi gałązkami wszystkie kryształowe kielichy i czary z  weneckiego szkła dywanami, wypełniła woń upajająca, woń wiosny i południa.

Podziękowawszy Dżafferze za kwiaty, zadzwo­niłam na służącego. Zanim wszedł uspokoiłam mu­ła mahometanki, patrzącą spłoszonemi oczyma w drzwi.

— Nie lękaj się Dżaffero, Mój służący jest z waszych, nie żaden szwaba?… Znasz go przecie na imię ma Gamil.

Uśmiechnęła się i dotknęła końcami palców o czerwono barwionych paznogciach klawiszy pia­nina. Rozległ się stłumiony wiolinowy dźwięk. Mo­ry zasnuł oczy Dżaffery ekstazą, Ta śliczna fantastyczna lalka, umiejąca tylko na pamięć parę fragmentów z Koranu, miała czułą, subtelną duszę artystki… Dżaffera kochała muzykę, specjalnie zaś kipiące namiętnością, szaleństwem i i smutkiem canzonetty neapolitańskie które jej często nuciłam w długie zimowe wieczory.

Wydawszy służącemu rozporządzenia, tyczące się przyjęcia mej egzotycznej przyjaciółki, zwróci­łam się ku niej. Patrzyła na mnie z prośbą w swych rzadkich, pełnych jakby chorobliwego czaru oczach.

Sviraj mało, gospodja (zagraj trochę, pa­ni) poprosiła cichutko, dzwoniąc złotemi medalionami i cekinami ozdób.

Dobrze, cudny kwiecie migdała, po czarnej kawie i ciastkach. Gdy  służący zapalił purpurową lampę arabską, usiadłyśmy w kąciku (który nazywałam hare­mem) całym wybitym i wysłanym bośniackiemi serdżadami i pełnym miękkich poduszek, na których odwiedzające mnie Mahometanki, nieprzywykłe do krzeseł, siadały w prześlicznych, półleżących i leniwych pozach odalisek.

Pijąc czarną kawę i jedząc wolno słodkie ciasta Dżaffera milczała. Zauważyłam pod warstwą różowej szminki jej niezwykłą bladość. W pewnej chwili poprosiła mnie, abym zagrała,-. Cichutko zaczęłam barkorollę z ..”Opowieści Hoffmana”, w której jest wdzięk niewysłowionej jakiejś czaro­dziejskiej księżycowej nocy i szept kwiatów pochy­lonych nad srebrnem zwierciadłem przecichych ba­jecznych jezior. — Chciałam uciszyć, ukołysać słodyczą marzących akordów wzburzoną duszę młodziutkiej Turczynki.

Nie widziałam jej. Czułam, że siedzi skulona na poduszkach, że cierpi. Pomyślałam, że w pur­purowym blasku muszą mieć straszny, zawrotny czar jej dziwne złote oczy.

Nagle usłyszałam przejmujący, trwożny szept:
Pani… Pani…

Podeszłam ku niej szybko i w szeroko roz­wartych olśniewających oczach zobaczyłam ślepy dziecięcy strach.
Co ci, Dżaffero? — zapytałam cicho.

Zaszeptała prędko krwawemi ustami:

Jutro wydają mnie za starego effendję Karamehmedowicza.
Siedziała sztywna, oddychając ciężko i szar­piąc złote medaljony naszyjnika.
Jutro… Pomyśl, gospodja… Cztery żony mu już umarły… On jest taki straszny… straszny… Ma czerwone oczy, dużą czarną brodę  i nos jak u sępa. I w domu u niego, w dużym pustym domu zawsze tak zimno… One wszystkie umarły z tego zimna… A jak umierała ostatnia, Hossiba, córka mej ciotki, żony effendii Delicza, to krew jej bucha­ła z ust, a ona blada, jak ezarczai, szeptała do mej matki: całe życie  było mi tak zimno, ciotko, całe życie… I płakała… A ja wiem, że tam także umrę młodą i boję się, gospodja, boję… I co? Kończ, Dżaffero — poprosiłam, tu­ląc ją do siebie.
Czy ty znasz gospodja, Sulejmana, syna tego bogacza effendii Selimowicza?
Znam, Dżaffero. Bardzo piękny… Wysoki… ma cudne oczy i usta, powtórzyła z drżeniem Usta czerwone… czerwone… Białe ręce i mądre, mądre czoło… Skończył te wasze szwabskie szkoły w Mostarze… Jest mądry i piękny… Jak spojrzy, to serce umiera z radości…

Zamknęła drżąco, brunatne powieki. Z jej roz­chylonych szkarłatnych ust wionął szept gorący: Kocham Sulejmana gospodja.

Opadła mi bezsilnie na pierś, jak chory, zmę­czony ptak. I oto przekonałam się, że ta mała, śliczna kobietka, na pozór zwierzątko bezmyślne i ciemne, ma ludzkie, cierpiące, skrwawione serce, serce nieszczęsne –  własną, posępną tragedyę.

To cacko subtelne, ten cudny, jaskrawy i zło­ty ptak, to dziwne, stubarwne kolibri ma trzepotać się bezsilnie w brutalnych, okrutnych rękach męża czterech zmarłych żon, starego Karamchedowicza? Wybuchnął we mnie głuchy protest człowieka, artystki, kobiety protest przeciwko pogwałceniu praw serca, praw czarującej pierwszej i ostatniej miłości dziewczęcej, praw piękna rzuconego na past­wę ohydnego starca.

Przemogłam głos zdrowego rozsadku i za­pytałam prędko: Słuchaj, Dżaffero… u was jest zwyczaj, że mężczyzna wykrada kobietę potajemnie, żeni się z nią a potem rodzice, zadowoleni nawet że uniknęli kosztów wesela, godzą się z faktem spełnio­nym. Czy młody effendi Selimowicz nie mógłby cię  wykraść dziś w nocy, Dżaffero, i uciec z tobą, gdzieś w nocy, do jednej ze swych posiadłości? Zerwała się ze zgrozą w oczach, pełnych purpurowego blasku.

Nie mów tak gospodja! — krzyknęła z szalonym strachem. Ten stary  z czerwonemi oczyma zabiłby słyszysz? Zabiłby Sulejmana… to straszny człowiek… Zabiłby ostrym, krzywym nożem szeptała ze zgrozą, zbliżając ku mnie   swą zmienioną twarz, podobną do barwionego oblicza jakiegoś tajemniczego bóstwa. — On czeka  na mnie już dwa lata… On nie chce moich krów, moich owiec, moich pieniędzy… On chce… mnie…

Olśniła mnie rzadka mądrość tego dziecka, wychowanego przez ciemne, leniwe, tępe kobiety, o bezmyślnych twarzach heter, i zarazem żal mi by­tu ziaren niezwykłej inteligencyi, która, głuszona przesądami, niewolą i religią, mogłaby tak łatwo zakwitnąć wszystkimi kwiatami subtelnej, dziew­częcej duszy,

— A, Dżaffero, czy Sulejman…

(uśmiechnęła się dziecięco przez łzy.)

Sulejman był kiedyś, niedawno w naszym ogrodzie. Wszystkie me siostry wyjechały z wizytą… Byłam sama i oglądałam pierwsze rozkwitłe mig­dałowe drzewa. Mówił mi, że chciałby mnie kształ­cić, bym dużo czytała, bo to wstyd być taką, jak my. muzułmanki — lalką — powiedział. Mówił mi dużo rzeczy mądrych i pięknych. Powiedział, że w moich oczach jest dusza, której nie mają nasze ciemne kobiety… I raz… gospodja… raz pocałował mnie w same usta mocno i długo. Myślałam , że umrę — Kwitnące migdały pachniały tak słodko… A potem mówiła — cicho blednąc przyjechał z Matow Hanu i powiedział że muszę iść za Karamchedowicza, że to wielki zaszczyt dla nas–, a mnie chciało się krzyczeć, że chcę być Sulejmana, że boje się tego starego sępa, że umrę, tak jak umarły cztery jego żony. Chciałam biec do Sulejmana i błagać jego by mnie wykradł, ale widziałam gospodia nóż krzywy czerwony od krwi w jego młodej szyji nóż efendii Karamchedowicza—–

Po chwili milczenia z zaciśniętych rączek pieszczonych usłyszałam szept zdławiony:— I dziś przyszłam cię pożegnać dobra gospodia, bo już jutro wywiozą mnie do Matow -Hanu…. Chcę cię pożegnać i życzyć ci by szczęśliwem dla ciebie było twoje wielkie święto. Jutro Twój Allach, Twój bóg z grobu wstanie gospodia.—-

Osunęłam się na dywan i ramiona moje mocno się splotły z ramionami szlochającej mahometanki. I płakaliśmy obie, długo gorzko i niepocieszenie.

O świcie w serbskiej cerkwi radośnie biły dzwony. Stojąc w oknie zamykałam oczy pełne łez i śniłam o szalonym zgiełku starych wielkich dzwonów w znanym wiejskim kościele, które co roku wybuchają radosnym „Aleluja” i głoszą radosną wieść dalekim modrym borom bledziutkim ledwie zieleniejącym gajom brzóz srebrzystych i drżących i drogim mazowieckim równinom owianych oazą wiosennych mgieł.

Po białej drodze wijącej się nad otchłaniami pośród gór posępnych kłusowała ku szaremu kamiennemu miastu weselna drużyna śpiewających mahometan.

W lśniącym powozie jechał stary efendi o czerwonych okrutnych oczach i sępim profilu.

Jechał by zamknąć w swym pustym, zimnym domu ( w którym kiedyś wolno konały cztery młode żony…) cudnego ptaka z bajki przedziwne subtelne cacko o czarujących złotych oczach i ustach szkarłatnych swą śliczną niewolnicę— małą Dżafferę.

Na powitanie Tego, co powstał z martwych, w białej cerkwi serbskiej radośnie biły dzwony.

 

Kraków 1911

(„Wspólna Praca”    12- sierpień 1911 rok. Nr. 31-32              )

Informacja o autorce i wykaz opublikowanych utworów jest tutaj.

 

107 Ogólnie 1 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar

ZYGMUNT GLOGER

25 sierpnia 1973 roku, w czasie Międzynarodowego Kongresu Slawistów odsłonięto w Łomży pomnik Zygmunta Glogera. Pisaliśmy o tym  na naszych łamach (https://historialomzy.pl/pomnika[...]