Kronika Panien Benedyktynek Opactwa Św. Trójcy w Łomży. Część 9.

Link do 8 części Kroniki Panien Benedyktynek Opactwa Św. Trójcy w Łomży:
https://historialomzy.pl/kronika-panien-benedyktynek-opactwa-sw-trojcy-w-lomzy-czesc-8/

ROK 1944
Cicho i spokojnie płynie życie w naszym klasztorze – kochanym domku. Zakonnice jak mrówki czynne i zapracowane, tak w lecie jak i w zimie. W lecie godziny wolne od obowiązków w chórze, zakonnice spędzają przy pracy w ogrodzie. W zimie zaś, w domu przy pracy ręcznej. Nie ma czasu na nudy, Ciekawym może będzie dla przyszłego pokolenia, jak spędzałyśmy czas poza klasztorem w czasie wojny w naszym domku. Czas wypełniony był wszystek modlitwą i pracą w bardzo niesprzyjających warunkach. Opiszę jak wygląda nasza pracownia np. w czasie wieczornego czytania łub rekreacji w zimie. Po kolacji w refektarzu gromadziły się wszystkie zakonnice. Refektarz nasz to pokój mający 5,7 m dł. i 4,4 m szer. Stoją w nim trzy łóżka zakonnic, dwa duże stoły po środku, wokół nich piętnaście krzeseł, kredens i mały stolik, na którym rozdziela się porcje jedzenia dla każdej zakonnicy. Przy oknie Siostra Wizenna postawiła swój warsztat tkacki – na którym nasza kochana Siostrzyczka robi nam materiał na habity, koszule, prześcieradła. Łoskot warsztatu wielki, że aż uszy bolą. Szczególnie wtedy, gdy nasza zakonnica – tkaczka zaweźmie się, żeby wyrobić w ciągu dnia tzw. „ścianę” (około 8 łokci), trzeba więc trzymać „nerwy wojenne”, aby nie stracić świętej cierpliwości i spokoju. A ile z tego warsztatu kurzu! Biedna Siostra refektarka ma nie byle pracę, by pokój ten utrzymać we względnej czystości. Na czytanie zaś łub rekreację, przychodzi Panna Benedykta i Panna Wincenta z kółkami do przędzenia i te maszyny warczą głośno. Na dodatek i Siostra Wizenna zasiada za kółkiem i zwija nici na cewki, aby cokolwiek było ciszej od łomotu warsztatu. Piękna mi cisza – od razu trzy warczące kółka w ruchu, a przy nich siedzą niezłomne prządki. Inne zakonnice robią na drutach, szydełkiem lub szyją. Ciasnota okropna – przejść nie można w czasie tego czytania lub rekreacji.
Jesteśmy jednak szczęśliwe, bo wszystkie razem i w domu. W marcu doroczne rekolekcje pod przewodnictwem Ks. Henryka Kulbata, naszego Kapelana.
12 marca … W uroczystości naszego Ojca Benedykta, dwunastogodzinne wystawienie Najświętszego Sakramentu w naszej ubogiej, maleńkiej kapliczce.
Tegoroczne imieniny naszej Przewielebnej Matki Ksieni obchodziłyśmy uroczyście. Siostry zaprezentowały żywy obraz Zwiastowania Maryi Panny. Potem Archanioł Gabriel składał życzenia imieninowe Matce Ksieni, wręczył jej drabinkę o dwunastu szczebelkach a na nich wypisane 12 stopni pokory kolejno według naszej św. Reguły. Archanioł Gabriel zalecił Czcigodnej Solenizantce, by po tych stopniach pokory prowadziła swoje Córy, aż na szczyt mistycznej góry doskonałości.
28 marca … Zmarł nagle nasz spowiednik śp. Ks. Infułat Stanisław Szczęsnowicz.
Na wiosnę normalnie osiałyśmy ogród.
Czerwiec … W czerwcu zaczęto mówić o wojnie – przewidywano upadek Niemiec. Przez miasto ciągnęły się bez liczby ewakuacyjne wozy Ukraińców. Jechali w stronę Prus Wschodnich. Niemcy zabrali naszą młodzież polską i wywozili do Niemiec na przymusowe roboty. Starszych zaś wiekiem zabierano do kopania okopów. Było już oczywiste, że Niemcy cofają się z Rosji. Całymi dniami jechały ciężarowe samochody w stronę Niemiec. W mieście też można było wyraźnie zauważyć, że ich potęga złamana. Wywozili wszystkie cenniejsze rzeczy, zwijali firmy i urzędy, sprzedawali materiały. My też kupiłyśmy sporo materiału budowlanego. Coraz większy ucisk Polaków i wypędzanie ludzi w brutalny sposób do kopania okopów. Nas zakonnice i księży zostawiono w spokoju. Zaś nasza inteligencja wiele ucierpiała. Całymi dniami ludzie musieli się ukrywać, by nie wpaść w ręce niemieckich żandarmów.
Sierpień … W sierpniu było już całkiem widoczne, że front przybliża się. Niemcy cofają się na całej linii bojowej pod napo- rem ścigających ich Sowietów. Pod Moskwą potęga niemiecka załamała się.
Każdej nocy widać było przerażające łuny pożarów, słychać było warkot samolotów i huki wystrzałów armatnich. Począwszy od Zambrowa front pod Łomżą posuwał się żółwim krokiem. Każdą wioskę zdobywali Sowieci z wielkim trudem, gdyż Niemcy bronili się zaciekle. Dla Polaków stawali się coraz bardziej okrutni. Ewakuowali ludzi z wiosek; gdy front się zbliżał, zabierali im mienie i dobytek, a wsie palili. Im bliżej Łomży, tym groza większa. Bardzo ciężkie boje toczyły się pod Łomżą. W klasztorze u nas pewna panika, szczególnie wśród bardziej bojaźliwych zakonnic. Panna Mechtylda z Panną Kunegundą chciały wyjechać na wieś, lecz Przewielebna Matka Ksieni nie pozwoliła im na to.
23 sierpień … W nocy Sowieci zrzucili kilka bomb z samolotów na miejscowości pod Łomżą. Wrażenie okropne. Sytuacja staje się coraz straszniejsza.
24 sierpień … Od godziny 9 wieczorem, aż do 4 rano Sowieci bez przerwy bombardowali Łomżę. Okropna noc. Skryć się nigdzie nie można było. Straszne huki spadających i rozrywających się bomb. Dokoła pożary – domek nasz trząsł się z nami w posadach. Skupiłyśmy się wszystkie razem na dole w kuchni i modliłyśmy się głośno, błagając Boga o świętą śmierć. Dokoła nas padały bomby, słychać było trzask walących się w sąsiedztwie domów, szyby w naszych oknach wszystkie powypadały od wstrząsu i huku, a my całe, coraz ufniej modliłyśmy się do naszego Pana Jezusa w Tabernakulum, i do naszej Niebieskiej Matki królującej w Grocie. Pod taką obroną i opieką czułyśmy się bezpieczne a nawet spokojne. Nad naszymi głowami nasz Pan i Ojciec, w Tabernakulum nasz Oblubieniec Jezus, a obok domu naszego Matka Boża w Grocie. Około północy zrobiło się u nas niezwykłe zamieszanie – słychać było szloch i spazmatyczne płacze. To mnóstwo ludzi z sąsiedniej kamienicy, w którą uderzyła bomba, przybiegło u nas szukać schronienia. Przyniesiono kilku rannych . Dowiedziałyśmy się, że kilkanaście osób z naszych sąsiadów zostało zabitych. W naszej kuchni zrobił się formalny tłok – nawet nie było gdzie stać. Przybyli do nas ludzie, którzy wspólnie z nami głośno się modlili. Na jeden nawet moment nie przestawałyśmy się modlić, czując, że cała nasza siła spoczywa w modlitwie. Były to godziny trudne do przeżycia. W każdej chwili groziła śmierć. Siedem godzin straszliwego, nerwowego napięcia. A huki bez przerwy. Kto tego nie przeżył, nie może sobie tego nawet wyobrazić, co to znaczy bombardowanie. A jednak Pan Bóg cudownie nas zachował. Panna Maura ze swoją siostrzenicą Łodzią nie mogąc znieść tego łomotu, huku i trzęsienia się domu, wyszły w nocy z domu i udały się do spichlerza na podwórku – zdawało się im, że tam będą bezpieczniejsze.
Tam je Pan Bóg ocalił jeszcze cudowniej niż nas. Paląca się bomba upadła na dach spichrza, przebiła blachę i jak kometa wyleciała przez otwarte drzwi na podwórko, raniąc lekko Pannę Maurę i Lodzię. Niedługo druga bomba druzgocąca spadła na podwórko, łamiąc na drobne kawałki wóz i drzewa, a spichlerz zostawiając nietknięty. O godz. 4 rano uciszyło się – samoloty „odeszły”. Okropnie wyczerpane opuściłyśmy kuchnię, „nasz przeciwlotniczy schron”. Najpierw udałyśmy się do kaplicy i tam upadłszy krzyżem odmówiłyśmy dziękczynne Te Deum i Magnificat. Przewielebna Matka Ksieni zarządziła jednorazowy ścisły post w Pierwszy Piątek miesiąca i w Pierwszą Sobotę, jako dziękczynne votum za cudowne ocalenie nas. Gdy wyszliśmy do ogrodu i na podwórze, trudno było rozpoznać się ze wszystkim. Olbrzymie doły w podwórku i ogrodzie od bomb, drzewa powywracane, parkany porozwala- ne – wszędzie spustoszenie, kurz, brud. Tuż przed Grotą spadła druzgocąca bomba – mnóstwo ogromnych kamieni spadło na Grotę, nie naruszając posągu Najświętszej Pani. Od silnego wstrząsu to on powinien pierwszy paść, lecz dobroć i potęga Matki Bożej na to nie pozwoliły. Została Wszechwładna Pani, aby czuwać nad swym ludem i koić jego bóle. Na przestrzeni naszego terytorium, naliczyłyśmy około 22 bomb druzgocących i przeszło 30 miejsc od bomb palących. W naszym ogrodzie został zabity jeden człowiek cywilny. Nie tylko zdruzgotaniu i zniszczeniu uległ nasz ogród, zabudowania, ale i całe miasto. Bardzo dużo domów zbombardowanych i spalonych. Podobno więcej jak tysiąc osób zginęło spośród cywilnej ludności.
25 sierpień … Po tak okropnej nocy, niektórym zakonnicom nerwy nie pozwalały pozostać w domu z obawy, by zbliżająca się noc nie była podobna do minionej. Przed wieczorem wyjechało z pewnym znajomym panem za Narew do majątku odległego 5 km od miasta 6 zakonnic, do Łomżycy do rodziców Matki Ksieni poszło na noc 5 zakonnic. W domu pozostało tylko cztery, to jest Panna Benedykta, Panna Maura, Panna Kunegunda i Panna Alojza. Roztropność kazała się im rozdzielić, aby nie wszystkie zginęły, gdyby bomba upadła na dom. Noc była względnie spokojna. Samoloty krążyły nad miastem, lecz mało bomb rzucały. Za to Niemcy podpalili niektóre budynki. Miasto stało w płomieniach.
26 sierpień … Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej. Zakonnice z Łomżycy powróciły już z noclegu na Mszę św. Nie czuły się dobrze wśród świata. W ciągu dnia na przemian spokój lub bombardowanie. Bardzo dużo ludzi kryło się w naszych piwnicach na zgliszczach spalonego klasztoru. Raz dziennie gotowałyśmy dla nich zupę.
27 sierpień … Zakonnice zza rzeki powróciły. Zdawało się, że niebezpieczeństwo minęło. Na wsi „chłodno i głodno i od swoich daleko”. Dzień możliwie spokojny. Za to noc chyba straszniejsza i okropniejsza od nocy 24 sierpnia. Kilka zakonnic nie mogąc znieść nerwowo tych okropnych huków, schroniło się do katakumb, aby mniej słyszeć te huki i świsty. Różnica była jednak niewielka. Gdy na ulicy przed kościołem upadła 500 kg bomba, wstrząs w katakumbach był okropny – zdawało się zakonnicom, że już koniec. Lecz nie. Ach! co się przeżyło. Jedynie w modlitwie czerpałyśmy siłę i moc ducha. Ani jedną chwilę nie przestawałyśmy się modlić. Dni były spokojniejsze do przeżycia. Samolotów nie było słychać. Za to codziennie Sowieci posyłali na miasto kilkanaście pocisków artyleryjskich; nie były one tak straszne jak bomby.
W chwilach spokojniejszych zbierałyśmy z ogrodu pomidory – Chleba nie było w mieście, trzeba było karmić ludzi pomidorami. Gdy uciszyło się, ludzie wychodzili ze schronów i piwnic, aby zaopatrzyć się w żywność. Przy naszym sklepiku w ogrodzie oblężenie. Każdy wyciągał ręce i prosił o pomidory lub owoce. Kilka zakonnic obsługiwało ludność a trzeba było się śpieszyć, bo przerwy między pociskami było niedługie.
U nas w podwórku, w piwnicach kryło się dużo łudzi; trzeba im było dać i zupy i po kawałku chleba. Czas przedłużał się – Niemcy stawiali silny opór. Przed nadejściem frontu ewakuowali ludność. Pożary, łuny, swądy palących się wiosek, robiły wrażenie ogromnej grozy wojny. Co dzień nowe spustoszenia czyniły w mieście pociski i bomby. Jednej nocy, w pierwszych dniach września, okropne bombardowanie miasta. U nas w podwórzu było dużo ludzi. Około 2 godz. po północy przed stajnią spadła bomba. Dużo ludzi ciężko rannych. Jeden człowiek zabity, dwie osoby bez oczu i nosa, budynki mocno uszkodzone a żadnej zakonnicy nawet włos nie spadł z głowy. Cudownie nas Matka Boża chroni.
Na kilka chwil przed bombardowaniem Panna Immaculata wróciła z podwórka do domu.
12 wrzesień … Dzień okropny dla Łomży. Niemcy cofając się zaczęli okrutnie niszczyć miasto. Wszystkie lepsze i większe bu­dynki wysadzili minami w powietrze. Pozostałe domy palili po kolei. Ulice nad Narwią stały w płomieniach. I nasza ulica Dworna od wschodniej strony stała w ogniu. Pożar zbliżał się do nas. Pod wieczór przyszło dwóch Niemców z zamiarem podpalenia naszego domu. Zastali nas przy odmawianiu brewiarza w piwnicy. Prosiły­śmy ich, aby nie palili nam domku, wskazując na zgliszcza kla­sztoru i kościoła. Odeszli w milczeniu. Nie dowierzając im, wy­niosłyśmy jednak wszystkie rzeczy do ogrodu. Na straży stała Pan­na Alojza, aby w razie potrzeby mogła przekupić żołnierzy, gdyby przyszli powtórnie. Słychać było, że wiele ludzi uratowało swoje domy pieniędzmi. Żołnierze – podpalacze jednak już nie przyszli. Przeokropna noc. Miasto ognia, dymu, łomotu walących się do­mów. Po północy straszny huk – zerwano mosty na rzece. Potem względna cisza – nowych pożarów w mieście nie widać, nie sły­chać warkotu samolotów, ani świstu pocisków. Coś dziwnego i nie wytłumaczalnego. Z rana ludzie powychodzili ze schronów. Nikt nie wie jaka sytuacja. Na ulicę strach wyjść cywilnym z powodu „łapanki”; zakonnicom nie wypada. Ta cisza ogromnie denerwuje. Nareszcie jeden ze śmielszych obywateli wyszedł z piwnicy do ogrodu. Zobaczył na ratuszu powiewający sowiecki czerwony sztan­dar. Powiedział, że Sowieci zajęli Łomżę. Ludzie jak mrówki wy­legli ze schronów i piwnic. Nastąpiło pewne odprężenie. Może choć tych huków i pożarów nie będzie. Łomża została zdobyta przez Sowietów o godz. 3 po północy. To ją uratowało, że nie spłonęła do reszty.

Materiał opracowano na podstawie:
Kronika Panien Benedyktynek Opactwa świętej Trójcy w Łomży (1939-1954).
Autor. S. Alojza Piesiewicz.

Koniec części 9
C.D.N.

Redakcja Serwisu

Link do 10 części Kroniki Panien Benedyktynek Opactwa Św. Trójcy w Łomży:
https://historialomzy.pl/kronika-panien-benedyktynek-opactwa-sw-trojcy-w-lomzy-czesc-10/

986 Ogólnie 2 Dziś
  
 

Zostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

Avatar